czwartek, 26 stycznia 2017

małe dziecko- mały problem, duże dziecko.....

KĄCIK RODZICIELSKI

"Małe dziecko- mały problem, duże dziecko- duży problem", mówili.
I mieli rację. 

No bo tak: ze Stiflerem to jest problem taki, że do tej pory zamiast "er" wymawiał "el", a wczoraj mu się coś w głowie poprzestawiało i zamiast "er", mówił "jot".
Na początku nie zakumałam nawet, bo przyszedł i spytał czy się pobawimy w "pijacki statek". 
Ho, ho, moja krew- se myślę. A potem zaczęłam mu tłumaczyć, że nie możemy, bo ja nie mogę- ciąża, on nie może- w końcu ma trzy lata dopiero, może kiedyś, gdy będzie starszy, itp., itd. 
Dopiero jak se opaskę na oku próbował zawiązać, to mnie tknęło i mówię do niego "powiedz "hurra"". Potem kazałam mu powtórzyć drugi raz i trzeci. Zawołałam Siarę, który mu też kilka razy to "hurra" kazał powtórzyć. A gdy przestaliśmy się śmiać, to się zaczęliśmy martwić. 

A z Don Juanem jest jeszcze gorzej. 
W marcu skończy 13 lat, rozmiar stopy 46 i najmniej ze 180 cm wzrostu. Ostatnio, żeby mu w oczy odkrzyknąć, że jest na coś tam za mały, musiałam głowę zadrzeć. I się poprawiłam od razu. Że za młody. 
Cholera jasna, będzie mi się tu śmiał głupkowato...
Ale już nawet nie chodzi o to, że nie mogę go ponosić, nie pozwala do siebie mówić "mamusi króliczek" i nawet na kolanach nie chce siadać. 
Chodzi o to, że Szara Eminencja mi powiedział, że Don Juan ma dziewczynę. A jak się spytałam u źródła, czy to prawda, to tak nie dba o moje zdrowie, że nawet nie zaprzeczył. 
Dżesika ma na imię. 
I jeszcze się mnie spytał, czy może iść do Dżesiki do domu. 
- A nie moglibyście iść pograć w piłkę, jak normalni chłopcy w waszym wieku?- przyznaję, że spanikowałam. 

Mało tego, jako że od roku 9 dochodzą mu przedmioty zawodowe musiał se już teraz wybrać cztery. 
Powiem Państwu, że rozstrzał tu mają ogromny. 
Od programowania po krawiectwo. 
Od biznesu po gotowanie.
Od nauki o mediach po robienie w drewnie. 
No i synuś przyszedł, cobym wspomogła jego burzę mózgu. Mówię do niego, żeby wziął dodatkowy angielski, bo mu się przyda, a poza tym ostatnio dostałam od jego nauczycielki angielskiego list pochwalny. To mi powiedział, że nie ma takiej opcji, a co do listu- to ponoć całej klasie wysyłała. 
Dziwne. Jak ja dostawałam 5, to mówiłam, że jako jedyna z klasy. 
Jak 1, to twierdziłam zawsze, że cała klasa dostała. 
Ja nie wiem po kim on ma tą prawdomówność...

W każdym razie miał już zaznaczoną dramę na pierwszym miejscu- po naszemu zajęcia teatralne- bo chciałby w przyszłości do szkoły teatralnej być może zdawać, jeśli mu to nie będzie kolidowało z planami zostania gwiazdą popu i sławnym pisarzem sci-fi, a dalej to jest niezdecydowany. 
- Może muzyka- kombinuję. 
Keyboard na zeszłe urodziny żeśmy mu kupili, bo się napalił. Na lekcje nauki gry na pianinie go zapisaliśmy. Przez semestr (a w Anglii są cztery), to się nauczył grać "7 years" i to tak, że w pierwszym momencie się przestraszyłam, że mi dzieciak Beaty Kozidrak zaczął słuchać. A teraz keyboard kurzem zarasta. 
-Nie, ja chcę w przyszłości śpiewać, nie grać. A tu na muzyce jest tylko nauka gry na instrumencie- wyjaśnił. 
Dalej to mi zasugerował, że ja stetryczała jestem i nie wiem jak się teraz kariery robi. 
- Bo teraz to się nie trzeba uczyć. Teraz to się idzie do "X-factora"- powiedział. 
Żeby się stać znowu fajną matką, to zapewniłam, że ja tam mu zawszę będę kibicować. W razie jednak, gdybym miała rację, że uczyć to się zawsze trzeba, bo fajnie jest wiedzieć chociażby, że Morgan Freeman i Nelson Mandela to nie jest ta sama osoba, a i w muzyce jakaś tam np. nauka emisji głosu może się przydać. No i jakby się do "X-factora" nie dostał, to ma się nie martwić, bo- Bobrowi dzięki- ojciec w fabryce pracuje, toteż jakieś "factory" mu zawsze załatwi. 
A jak ja będę kanapki mu do roboty szykować, to specjalnie co rano ręce skrzyżuję ponad głową i krzyknę "iks!".
Nie wiedzieć czemu wziął i się obraził. 
A ponoć to ciężarne są humorzaste.

Jak się odobraził, to powiedział, że se dopisał "media", bo lubi pisać i rozmawiać z ludźmi. I na tym znowu utknął. 
Wspólnie wybraliśmy catering, bo w gastro to się robotę zawsze w razie czego znajdzie, a on lubi gotować. "Dżesika też to wybrała"- powiedział. 
Chciałam skreślić, ale nie pozwolił. 
No i jako ostatni wybraliśmy francuski. Lubi ten język, obecnie jest najlepszy ze swojego roku, a poza tym  do wszystkich opcji nam pasował. 
Bo patrzcie Państwo- będzie mógł brać udział w zagranicznych produkcjach, jak już zostanie aktorem. 
W restauracji to mógłby rozmawiać z zagranicznymi gośćmi. 
Mógłby zostać korespondentem francuskim. 
Udzielać wywiadów do francuskiej telewizji bez tłumacza, jako słynny pisarz sci-fi. . 
A jak, nie daj Bóbr, żadna z powyższych opcji nie wypali i w tym całym Iksfaktorze też by mu nie wyszło, to będzie ojcu przy robocie Garou podśpiewywać. 
Ma się ten łeb, co nie?!
Chyba normalnie doradztwo zawodowe otworzę <3


czwartek, 19 stycznia 2017

Szary ma pingle

Co Was ominęło ostatnimi czasy?
Jedenaste urodziny Szarej Eminencji. Dacie wiarę, że ma już 11 lat? Jak to się stało, że taka młoda matka ma takie stare dziecko? A dziecko to, od tygodnia, okulary nosi.
No poszłam z nim do okulisty, bo od jakiegoś czasu zaczął wyglądać jak Harry z „Trzeciej planety od słońca”.
Tu w ramach ciekawostek opowiem Państwu jak wygląda załatwienie okularów dla dziecka w UK.
Jako że nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać, udałam się do przychodni, gdzie poinformowano mnie, że badanie wzroku można bezpłatnie i bez żadnego skierowania wykonać w dowolnym zakładzie optycznym. Czekaliśmy na nie całe 5 dni, w tym sobotę i niedzielę. Jak już się doczekaliśmy okazało się, że od moich czasów wiele się zmieniło. Otóż ku mojemu zaskoczeniu pani okulistka nie kazała zakryć Szaremu łapą raz jednego, raz drugiego oka i przeczytać literki z tablicy, tylko tak po ludzku ściągnęła spod sufitu trzy machiny prosto z NASA i po chwili stwierdziła, że fakt, trochę krótkowzroczny jest, ale bez tragedii. Kamień z serca, bo po syfie jaki ma w pokoju i zdziwieniu jakie prezentuje, gdy drę mordę, że ma posprzątać, skłonna byłabym sądzić, że naprawdę mało co widzi.
Dalej to poszliśmy wybrać mu oprawki, a Szary błysnął geniuszem przy panu, który miał nam w tym pomóc. Przymierzył pierwszą parę, drugą, trzecią, po czym rzekł poważnie „oprawki jak oprawki, ale najgorzej, że w tych szkłach nic lepiej nie jest”. Pogłaskałam go tylko po główce, tym bardziej doceniając, że za chwilę zajmie pierwsze miejsce w szkolnym turnieju szachowym, kazałam skupić się na kształcie, a panu, który zaczął mu się dziwnie przyglądać bezgłośnie powiedziałam, że syn jest adoptowany.
Wracając do tematu- oprawki to niesamowicie ważna sprawa. Wiem to od drugiej klasy podstawówki, czasu, w którym nabyłam swoje pierwsze okulary. Moja mama wówczas tego niestety nie wiedziała, toteż nie Jurek Owsiak, a ja, 25 lat temu, byłam prekursorem noszenia wielkich czerwonych pingli w grubej oprawce. Jaka szkoda, że na nie niechcący usiadłam. I ponownie, jak wróciły z naprawy. Za trzecim razem matka uznała, że plastiki są robione fajansiarsko i kupiła mi dla odmiany okulary cienkie, metalowe. Już nie wyglądałam jak Owsiak. Wyglądałam jak John Lennon. Podczas jednej z przeprowadzek rąbnięto mi wszystkie albumy ze zdjęciami. Czasem się z tego cieszę.
Koniec końców wybraliśmy jedne niebieskie i zapasowe czarne- nie za grube, nie za chude. Ja byłam za czarnymi okrągłymi, ale Szary powiedział, że będzie wyglądał jak John Lennon. Na litość Bobra, jaki współczesny 11-latek wie kim był John Lennon?! Wyglądałby po prostu jak Harry Potter. Ostatecznie stanęło jednak na klasycznych, prostokątnych ramkach. Potem popatrzyłam na cenę oprawek i stwierdziłam, że najbardziej w ciąży to brakuje mi piersiówki. Ale fajne są, dobrze w nich wygląda. Chciałam mu nawet zdjęcie zrobić, ale jeszcze specjalnie przyzwyczajony nie jest, nie czuje się swobodnie i na wszystkich 30 fotach wygląda jak byśmy go bili. Cały czas tłumaczę mu jak ważne jest to, aby je nosił. Ja przez swoje zaniechania do tej pory jak widzę posła Piętę w telewizji wysyłam sms o treści "POMAGAM". Taki mam słaby wzrok. 
Okulary były gotowe za równy tydzień. Czekały na nas w ładnych, firmowych etui. Opanowałam drżenie powieki, wyciągnęłam portfel, a miły pan powiedział „nie, nie, nie, całość pokrywa NHS”. A ja poczułam, jak zwykle w takich momentach, że kocham Anglię i że se kiedyś wytatuuję Elżbietę na klacie albo na całych plerach.
W domu dałam Szaremu ściereczki do czyszczenia i powiedziałam mu cały okularowy dekalog. Wiecie, że ma je koniecznie zdejmować przed snem, że jak znowu zacznie mrużyć oczy to znaczy, że są brudne i ma je przetrzeć. Że ma je zawsze odkładać do tego ładnego, firmowego etui. I przede wszystkim, że w okularach nie można się bić. W razie czego ma się najpierw przeciwnikowi dobrze przyjrzeć, zdjąć pingle i lać na pamięć. W razie rażącej przewagi przeciwnika natomiast, ma nie być głupi, ma pingli nie zdejmować, tylko właśnie przytrzymywać na nosie krzycząc „tych w okularach się nie bije”. Nie wiem ile z tego zrozumiał, ale czytałam mu od wczesnego dzieciństwa „Mikołajka”, więc coś tam z historii z Ananiaszem mu chyba w głowie zostało.
Tymczasem wrzucę Państwu zdjęcie tortu. Wiem, wiem, Buddy Valastro ze mnie. Tyle tylko, że się inspiruję netem i zatrudniam nieletnich do roboty i wujowo im płacę. Znaczy taki chiński Buddy Valastro ze mnie ;) 


czwartek, 5 stycznia 2017

o tym jak obaj przegrali

Oddycham od kilku dni do torebki.
Miałam się nie odzywać, ale przecież nie byłabym sobą.
Serio nie mogę już czytać nagłówków w sprawie morderstwa w Ełku. Po raz setny dochodzę do wniosku, że lewica jest równie pojebana, co pislamoprawica.
Obcokrajowiec, kucharz z knajpy, zadźgał miejscowego Sebixa, który wraz z kumplem postanowił nie zapłacić za dwie butelki Coli czy innego Sprite.
Dodatkowo naubliżał właścicielowi kebaba i obsłudze, mówiąc m.in. "na kolana psie".
To z petardą, to ponoć po morderstwie się stało, tak przynajmniej twierdzą na Polsacie (http://www.polsatnews.pl/…/elk-petarde-do-baru-z-kebabem-w…/).
Obcokrajowiec płacze i żałuje, bo nie chciał nikomu życia odebrać. Po prostu, zdaje się, poniewczasie się zorientował, że dźganie nożem w serce i nery może spowodować denata.
A teraz z autopsji.
Pisałam Państwu szczerze, jak gdzieś tam, bo do spowiedzi nie chodzę, o zeszłorocznych szykanach jakich doświadczali moi synowie w angielskich szkołach. Dla tych co ominęli, pszę bardzo, linczkuję:
http://nietypowamatkapolka.blogspot.co.uk/search?q=bullying
Moi synowie nie usłyszeli wprawdzie "na kolana psie", ale że są "gównami z Polski, których tu nikt nie chce", to już tak. Zwłaszcza u starszego syna, długo, dłuuugo każdy szkolny dzień był demonstracją siły. Głównie psychicznej, choć nie tylko. A przypominam, że dzieciak miał wówczas niespełna 12 lat.
Szkoła w gruncie rzeczy ignorowała nasze skargi dopóki nie udaliśmy się z nimi na policję. A i tam zmienialiśmy policjantów prowadzących sprawę, dopóty nie trafiła nam się osoba, która faktycznie podeszła do nas z sercem i troską, rozumiejąc i autentycznie współczując skali i wagi problemu.
Pokonać falę nienawiści było kurewsko trudno, psze Państwa. Zwłaszcza, jak się słyszało od załóżmy pani wicepizdy, tfu, chciałam napisać- wicedyrektorki jednej ze szkół, do których uczęszczał mój syn, że angielskie dziecko może sobie krzyknąć do polskiego dziecka "wypierdalaj do swojego kraju", bo "my tu, w Anglii, mamy demokrację. I na tym polega wolność słowa. A jak ci się nie podoba, zawsze możesz zmienić dziecku szkołę".
To była dla nas ciężka lekcja życia.
Był taki czas gdzie praktycznie codziennie byłam w szkole, a później na lokalnym komisariacie.
I wiecie co?
Były momenty, że leciały mi krokodyle łzy. I nie wiem do teraz czy bardziej ze wściekłości, czy z żalu.
Były momenty, że kurwowałam wraz z Siarą tak, że Eminem to przy nas leszcz zwykły.
Było morze wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy ładując się tutaj.
Były setki przegadanych godzin z dzieciakami, te wszystkie rozmowy o tym, że nie zawsze jest tak, jak być powinno, że życie to nie bajka, a większość ludzi niestety jest na przemian głupia lub zła, tudzież głupia i zła równocześnie. Gadaliśmy o ksenofobii, o tym skąd się bierze. O tym, że prawo jest po naszej stronie i wyegzekwujemy je, choćbyśmy się mieli stać gwiazdami śniadaniowej tv.
W międzyczasie prowadziłam też rozmowy, w dość ostrym tonie, z lokalnym MP i innymi urzędnikami.
I każdego wieczora, zanim moje dzieci poszły spać, powtarzałam im jak ważny jest spokój, opanowanie, strategia i rozwaga. Równocześnie powtarzałam, że jedynym sposobem na przekonanie do siebie ksenofobów jest bycie dobrym człowiekiem. Choć w takich okolicznościach jest to zajebiście niełatwą sprawą.Wiecie jak ciężko jest uczyć dzieci szacunku do kraju, w którym część obywateli traktuje cię jak gówno i tak tez nazywa?
Oczywiście uczyłam też chłopaków, że nie mogą sobie dać dmuchać w kaszę. I tu się przydała wpajana od małego pewność siebie, poczucie humoru i potęga ciętej riposty. Fanga w nos, czasem również.
Gdy pewnego dnia wracałam ze Stiflerem z placu zabaw i postanowiłam zajść po moją najstarszą pociechę do szkoły, usłyszałam jak jeden dzieciak woła za nim "Po co wy, Polacy, w ogóle tu przyjeżdżacie?"
A wtedy mój syn odwrócił się i wypalantował " No hellołłłłłłł....żreć łabędzie Jej Królewskiej Mości i prać skarpetki w londyńskich fontannach. A ty myślałaś, że po co? ".Mina dzieciaków i mamusiek bezcenna. Natomiast mój syn podszedł do mnie z uśmiechem.
Uśmiechem Jokera.
Moim uśmiechem.
Wtedy wiedziałam już, że wygramy.
Dziś od tych, co w zeszłym roku go prześladowali, dostał kartki na święta. Z częścią chodzi do kina. Nadal nie jest najbardziej lubianym dzieckiem w szkole, ale nikt mu nie podskoczy, bo już wiedzą, iż nie na darmo się mówi, że "gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle" (możliwe, że w oryginale było inaczej, ale mi ta wersja bardziej pasuje  )
Jeśli jesteś obcokrajowcem- rasa i religia nieistotna, możecie mi Państwo wierzyć, w końcu my jesteśmy białymi ateistami- uratować może Cię tylko asymilacja z lokalną społecznością (co wcale nie oznacza odcięcia się od korzeni), świecenie obywatelskim przykładem, choćby cię w środku skręcało, spokój i cywilizowane podejście do wszystkich problemów. Jeśli swoje kłopoty postanawiasz rozwiązać samosądem, bądź pewien, że karma wraca. Samosąd spotka i ciebie.
I nigdy nie wygrasz.
To właśnie stało się w Ełku.
Bardzo dobrze wiem, jak czuł się poniżany personel kebaba.
Bardzo dobrze rozumiem, że zmarły zachował się jak gnojek i rozpoczął jatkę.
Wiem też, że początkowo pokrzywdzeni zareagowali niewspółmiernie.
Powiem Państwu więcej.
Gdyby ci ludzie, jak zwykło się mawiać na mojej dzielnicy, tak po prostu "sklepali mu mordę", nie byłoby tego wpisu. Lub byłby taki króciutki, o treści "dobrze zrobili". Nawet, gdyby przypadkiem, podczas szarpaniny, uderzył się głową o coś i zmarł- byłoby przykro, w końcu głupio zginąłby człowiek, ale zwaliłabym to na karb pewnego wpisanego ryzyka, pt. "kozaczysz? możesz dostać po ryju".
Ale nic, NIC nie usprawiedliwia sięgnięcia po nóż i zadźgania choćby gnojka za dwie butelki napoju i słowne poniżanie. A przekroczenie obrony koniecznej musi być surowo karane.
Inaczej dzieciakowi tych, którzy dziś krzyczą, że Tunezyjczyk dobrze zrobił, jutro może odbić palma, zajumie ze spożywczaka paczkę gum Orbit, 2 chupa chupsy i powie właścicielce, że jest starą krową, po czym zostnie zadźgany na miejscu.
Nie ma przyzwolenia zdrowej grupy społecznej na rasizm, ksenofobię, chuligaństwo. Jak i nie powinno być na morderstwa.
Tunezyjczyk miał wybór, dokładnie taki sam, jak my tu mieliśmy, gdy doświadczaliśmy rasizmu i dyskryminacji. Mógł walczyć zgodnie z prawem o swoje (jak już pisałam tutejsza policja i urzędnicy bywają równie opieszali, co polscy), mógł wrócić skąd przybył lub szukać szczęścia gdzie indziej.
Odbieranie życia w imię obrony honoru było bardzo złym wyborem.
Choć wydaje mi się, że jestem w tej opinii odosobniona.
No, ale wiecie jak ze mną jest- pierdolę coraz dziwniejszą "polityczną poprawność".
A na koniec, dla wszystkich osób mieszkających za granicami swojej własnej ojczyzny mam jedną złotą radę- jak najszybciej oswójcie się, że nigdy nie będziecie "u siebie". Nawet, jeśli po 10, 20, czy 30 latach będzie się tak czuli, to zawsze może na waszej drodze pojawić się Sebix, dla którego będziecie tylko Polką, która hajtnęła się z Niemcem, kimś kto ze wszystkich sił usiłuje być bardziej brytyjskim od Brytyjczyka, albo zwykłym wieśniakiem z małego, zapyziałego państwa, które nie każdy potrafi wskazać na mapie. To jest cena, którą się płaci za ...(i tu każdy wpisuje swoj powód emigracji).