sobota, 25 czerwca 2016

akt solidarności z matkami Maksów

Pamiętacie Państwo jak się śmiałam z mamusi Kłentina, przez ky-ły?
Taaaak? 
No więc karma jest dziwką.

Wychodzimy sobie ze Stiflerem z placu zabaw i tuż za furtką natykamy się na starszych państwa z dwoma owczarkami belgijskimi.
Tu pragnę wtrącić, że Stifler w stosunku do zwierząt zachowuje się jak Elmirka https://www.youtube.com/watch?v=pxvzEfI0BFU.
A w sumie może i gorzej.
Nie to, żeby jakoś gnębił umyślnie, sprawiał ból, czy coś w tym stylu. On po prostu zwierzęta kocha. Kocha całym swoim prawie trzyletnim serduszkiem. 
I gdyby tak człowiek nad nim nie stał, to by je taaak ukochał, że by im po prostu flaczki na wierzch wyszły. 
Swoją drogą myślę, że on wśród okolicznych zwierząt ma ksywę "Tęczowy Most".

Dodatkowo nie mogę go oduczyć dwóch rzeczy. 
Po pierwsze- wyciągania ręki do obcych psów.

-Pogłaskam pieseczka!- i już wyciągnięta ręka, za którą łapię. 
- Nie pogłaskasz, dopóki nie spytamy właściciela czy możesz!-to ja
- Mogę, psze pana, pogłaskać pieseczka?- to Stifler, po polsku oczywiście
- Hello, little guy!- to pan do Stiflera
- Pan się zgodził, mówi, że piesek nie gryzie i kocha dzieci.- to Stifler do mnie

Następną rzeczą, której nie mogę go oduczyć to wchodzenie na wysokie obroty i krzyczenie przy zwierzętach. 

Państwo sobie wyobrażą taką scenę jak malutki chłopczyk, o blond włoskach i niebieskich oczkach, staje blisko Waszego pieska i nagle wydziera się jak ci z Iron Maiden:
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Jaki piękny pieseczek!!!!!! Aaaaaaaaaaa!!!!O Bożenko, jakie ma piękne oczkaaa!!! Aaaaaaaa!!!! Jaki mu ogonek
śmieszny z dupki wystajeee!!! Aaaaaaaaaaaaaa!!!!!! Taki okrąglutki jak kółeczko!!!! Aaaaa!!!!!!!!
itd., itp.
Raz taki biedny piesek zaczął się trząść. I w sumie mu się nie dziwię.

W związku z powyższym, gdy widzę psa trzymam Stiflera na dwa metry z daleka i profilaktycznie ograniczam głaskanie.
Tak było i tym razem, ale starszy pan pierwszy zagadał, widząc że Stifler pokazuje jego psa (i nawija o tych uszkach włochatych,o tym śmiesznym ogonku, co wystaje z dupki, itd.)
-Jak chce to się może pobawić z naszą suczką. Pies jest stary już, ma 13 lat i nieskory jest do zabawy. Ale suczka ma 7 miesięcy i uwielbia dzieci. 
- To miłe, tylko wie pan, mój syn jest bardzo energiczny. Podekscytowany głośno woła i w ogóle, psy raczej tego nie lubią.
- Nie ona. Ona jest przyzwyczajona. Mój prawnuczek taki żywiołowy jest. Mieszkamy razem. Uwielbia go, całymi dniami się razem bawią. 

No więc mówię do Stiflera, że proszę aby nie krzyczał, nie wykonywał gwałtownych ruchów i może pogłaskać spokojnie pieska. 
Stifler głaszcze. Pies stoi i merda ogonem. Stifler mowi "siad", pies się cieszy. Stifler mówi "podaj łapę", pies nadal stoi i merda ogonem.
-Widzisz, mamusiu, jaki on jest mądry! Jak Ty!
No dzięki, kufa!

Stifler odbiega, pies biegnie za nim merdając ogonem i łasząc się, ja się robię nerwowa i ruszam za nimi. 
Przy okazji wołam:
-Eli!- bo Stifler ma na imię Eligiusz, jakby kto nie wiedział.
Na co uprzejmy, starszy pan też woła:
-Eli!- mówiłam już, że w UK starsi ludzie są w większości przesympatyczni?
No to ja znowu:
-Eli!
I straszy pan znowu:
-Eli!
Ja:
-Eli!
Starszy pan:
-Eli!
W sumie dziwny on jakiś, tak se myślę. Łypię więc podejrzanie na niego okiem i się nie poddaję:
-Eli!
I dziad jeden, co mnie przedrzeźnia też łypie na mnie okiem podejrzanie i drze ryja:
-Eli!
No więc ja głośniej:
-Eli!
A on znowu:
-Eli!
No pojebany jakiś!

Na szczęście Stifler się odwraca i pyta
-Mówiłaś coś matko ma, najpiękniejsza i najwspanialsza rodzicielko, o mądra i cudowna?
Nie. Żartuję. Eli się odwraca i pyta:
-Co?
-Nie wolno się oddalać z nieznajomym pieskiem. Powiedz "bye bye" pieskowi, powiedz "bye bye" państwu, bo musimy już iść do domu.
-Bye bye- mówi Stifler w kierunku pieska- Bye bye- mówi w kierunku państwa
-Bye bye- odpowiada buc jeden, po czym dodaje głaszcząc suczkę- Eli też już musi iść do domku, bo to pora jej obiadku i pewnie 
jest już głodna.
Po czym starsi państwo odchodzą, a ja zostaję z niedomkniętą szczęką.

Dziś jest ten dzień, w którym łączę się w bólu z matkami wszystkich Maksów <3

piątek, 17 czerwca 2016

ciężki jest los matki Superbohatera

Gdy moje dziecko prosiło mnie o koszulkę z Psim Patrolem, Spongebobem, Buzzem Astralem, plecak z Toy Story, tenisówki w Minionki, gacie w Auta, itd.- płaciłam (drżącą ręką). 

Gdy moje dziecko po trzy godziny dziennie bawiło się samochodzikiem wygrywającym jedną melodię "tam-tam-tamtamtam- tam-tam-tam-tamtamtam, Świnka Peppa"- owszem, opadała mi niebezpiecznie do połowy oka lewa powieka i dostawałam tiku nerwowego, ale poza tym to piłam meliskę i oddychałam głęboko. 
I raz tylko w afekcie na Siary głupie pytanie "co? no co?" krzyknęłam "tam-tam-tamtamtam-tam-tam-tam-tamtamtam Świnka Peppa, KURWA!!!!"

Gdy kupowałam mu pościel w Kubusia Puchatka byłam mistrzynią popadania co wieczór, na ponad godzinę, w katatonię. Tyle bowiem trwa bajka "Kubuś i Hefalumpy", którą to od 11 lat znam i (z przerwami) w miarę regularnie oglądam. 

Gdy moje dziecko przerzuciło się na Klub Przyjaciół Myszki Mickey i było jedynym chłopcem, który chciał w przyszłości zostać Minnie oraz tylko właśnie mała, pluszowa Minnie z Tesco, którą zabierał wszędzie ze sobą mogła w tym czasie ukoić jego nerwy, które słabsze są niż  repertuar Dody i straszniejsze niż jej śmiech- nic nie mówiłam. Twardo. 
Nawet wtedy, gdy wieczorami wysłuchiwałam jak to kiedyś będę go odwiedzać w jego różowym zamku, a on będzie stał w nim na balkonie, w różowych szpilkach i w różowej kiecce w białe groszki i będzie sypał z tegoż balkonu na przechodzących płatki róż i brokat.  
Owszem, miałam wprawdzie dziwne wizje mojego syna z różową kokardą w białe groszki na głowie i mnie, pomarszczonej jak krzyżówka moszny z orzechem włoskim, stojącej pod balkonem jego zamku i obsypanej brokatem. 
I owszem, barek opróżnił się w tym okresie dość szybko, ale przynajmniej mogłam go posprzątać.

I przyszło najgorsze. 

Czas Superbohaterów! 

Batman, Superman, Spiderman, Zielona Latarnia, Flash, Robin, Hulk, Thor i Kapitan Ameryka.
Codziennie rano mam średnio 30 sekund na kapnięcie się kim dziś jest, zanim narobi szkody. 
Ściągam go pod sufitem z mebli- Spiderman. Obracam go tak, żeby nie zwisał z łóżka do góry nogami, bo robi się purpurowy- człowiek- nietoperz. Lata z pokrywką od garnka- Kapitan Ameryka.  Lata z tłuczkiem do mięsa- Thor, itd....

Z tym tłuczkiem to osobna historia w ogóle. Bo tłuczki do mięsa w domu mam dwa. Jeden klasyczny, drewniano-metalowy, a  drugi tylko raz użyty- mały, lekki, cały drewniany, chujowy strasznie do klepania kotletów, ale jako młot Thora ponoć idealny. Jak się machnie w kanapę (po przetestowaniu różnych miejsc jak mamusi laptop, tatusia plecy, budowle lego braci, itp. doszliśmy wspólnie do wniosku, że tylko tam Thor może uderzać) to taki ma skubany odrzut, że mi doniczkę ze storczykiem rozpieprzył.


Mój Bobrze jak on się wystraszył!
Jak krzyczał!
Storczyk, oczywiście.
 A jak podeszłam wkurwiona, to Stifler najpierw przez 10 sekund próbował robić słodką minę, konkretnie to dopóki nie dostrzegł mojej, a potem krzyknął "celowałem w pająka". Po moim "pająk jest w łazience!" (tak, znalazł się, jestem prawie pewna, że to ten sam), po prostu zaczął wyć. 

Ale już pies jebał tą doniczkę. 
Wierzcie mi Państwo, że najgorzej jest jak się dzieciak zaczyna przeobrażać na dworze, bądź w sklepie.
Aaa tak, prawda! Nie pisałam, że to nie przychodzi naturalnie, tylko on się w Superbohatera przeobraża? Jak wygląda przeobrażanie?
Ano idę sobie po Sainsbury`s, zmierzam po jajka, gdy nagle dziecko me zaczyna się krztusić, wywraca oczy na drugą stronę, cały się wywraca na drugą stronę, robi dziwne rzeczy z twarzą, targają nim torsje, wyciąga ręce przed siebie i staje się sensacją na dziale z nabiałem. Ludzie stoją i się gapią, ja puszczam koszyk, padam na kolana, klepię go po plecach podczas gdy on wydaje odgłos jakby rzygał. 
Wymiotował, znaczy się.  
Ja się drę "zakrztusiłeś się śliną? włożyłeś coś do buzi? Stifler! Stifler!", a on się uspokaja i mówi "Jestem Batmanem. Chodź Kobieto Kot, dzisiaj walczymy razem!" I zaczyna biec, jak dziki. Gdy go gonię słyszę jeszcze tylko "nisko przy ziemi, nisko przy ziemi! Pamiętaj, ten świat jest pełen łotrów!".

Jak se w Lidlu oglądałam w poniedziałek haremki- takie spodnie, co wyglądają jakby były dla tych z infekcją krocza albo pełnym pampersem... no chyba, że tak jak ja i Obelix, podciąga się gumę pod cycki, to wtedy mają podwójną funkcję- po pierwsze antygwałty, a po drugie jakie są wygooodneee! Toć się nie mogę nachwalić normalnie! W dupsko nie wchodzą, w brzucho nie cisną! Ewentualnie cisną pod cyckami. Człowiek się schyli- rowa nie widać!  Rewelka, polecam! 
No ale mniejsza z tym, w każdym razie oglądam te haremki (wzięłam czarne) i nieopatrznie puściłam Stiflera rękę. Nie na tyle długo, żeby zdążył uciec. Na tyle długo, że wdrapał się na stojące za mną lodówki z drobiem, gdzie strzelał pajęczyną z ręki do ludzi. 

W Tesco mu Szara Eninencja powiedział, że nie wierzy, że Stifler jest Supermanem, ma rentgen w oczach i widzi przez ściany. 
Więc se w pięć sekund utorował drogę przy puszkach z czerwoną fasolką, zgiął się w pół, przebiegł na drugą stronę regału, wrócił, skupił się, zmrużył oczy i krzyknął "widzę! po drugiej stronie regału są ciastka Oreo". 
Nosz kurwa mać!

Zaprawdę powiadam Wam, że czas Superbohaterów jest trudnym czasem dla matki.
Choć są i jasne strony. 
Siara budował z dziećmi z Lego, a ja mogłam się dotlenić i w spokoju kontemplować.
Pisałam ten post do Państwa z plaży. Całe życie mieszkam niedaleko plaży. Plaża mnie uspokaja, szum morza koi moje zszargane nerwy. Tak, to ten szum morza...możliwe też, że jednak majeranek i wódka, którą zawsze z sobą zabieram.
Nieistotne.
Teraz skupiam się na tym, jak bezboleśnie dziecku powiedzieć, że jestem dorosła i to ja ustalam zasady. Nie chcę być dłużej Kobietą Kot, ani Wonder Woman. 
Chcę być Deadpoolem!!! <3

P.S. zdjęcia przedstawiają: 
 Stiflera, który transformuje się podczas spaceru. Sorry za jakość, ale musiało być duże zbliżenie, abyście Państwo mogli zobaczyć jego minę i zrozumieć co miałam na myśli pisząc "robi dziwne rzeczy z twarzą"

 Stifler transformuje się w lesie. 












czwartek, 16 czerwca 2016

strach nie tylko ma wielkie oczy, ale jest nagi i zarzuca głową jak Nergal

Ja pierdolę, serio gorsze od znalezienia w domu pająka jest próba zabicia go, gdy zapierdala po suficie. 
Człowiek omylny jest, więc nie trafia. Krzyczy. Pająk pewnie też. Dodatkowo pająk spada. Chuj wie gdzie. Średnie dziecko zajarane woła "na ciebie spadł, widziałem, widziałem!".
I nie wiesz w takim momencie, czy żmiję na własnym łonie wyhodowałaś, czy faktycznie chce cię uratować. 
Na wszelki wypadek postanawiasz się rozebrać.
Na wszelki wypadek do naga.
Szybko.
Bardzo szybko.
Konkretnie tak szybko to się rozbierałam ostatni raz, jak mi się garnek przy odcedzaniu ziemniaków z ręki wyślizgnął.
Przy okazji zaczynasz zarzucać włosami jak Nergal na koncertach. Tylko szybciej.
Nadal krzyczysz, ale teraz krzyczy też twoje dziecko.
Nie wiem jak pająk, ani go nie słyszę, ani co gorsza- nadal nie widzę.
Dziecko zrywa się do ucieczki, potykając o koty.
I to jest myśl!
Spierdalasz więc oba z kanapy i ciągniesz je po dywanie krzycząc: "szukaj pająka, Psot! szukaj pająka, Rychu!".
Koty wstają, idą porobić smutne oczy przy miskach. Oba.
Po kiego ja je w ogóle mam, niech mi ktoś przypomni?!

Później to już tylko siedzisz w napięciu w kucki i strzepujesz z siebie niewidzialnego pająka co 5 sekund. I wiesz, że dopóki nie złapiesz gnoja, już nigdy nie będziesz mógł spać z otwartymi ustami spokojnie.
Ostatni raz chyba się tak bałam, jak rzuciłam bumerangiem z "Funta" i nie wrócił.

sobota, 11 czerwca 2016

mam jednorożca!


Wróciłam właśnie z kościoła. 
Zazwyczaj chodziliśmy jak wszyscy, w niedzielę, ale w niedzielę są straszne tłumy, a my unikamy tłumów, jak rosyjski kierowca kontroli drogowej,  więc do Tesco pojechaliśmy dzisiaj, na spokojnie. 

Mąż mój zaparkował na dworze, pod niewielkim mostem konkretnie. A później wyszedł z samochodu i- chciałabym to napisać jakoś delikatniej, ale zdaje się, że się nie da- no więc deklem przyjebał w łączenie filarów. 
Pomogłabym mu, ale ciężko jest pomagać, jak się ma skrzyżowane nogi i całą swoją koncentrację przekierowuje się na panowanie nad tym, żeby się nie posikać ze śmiechu.
No więc on tak stał zwinięty trzymając się za głowę, a ja rozmazywałam sobie makijaż i gadałam "mój bobrze, jak można być taką fujarą..." dokładnie to do czasu, jak zobaczyłam, że mu krew przez palce przecieka. 
Więc się grzecznie pytam czy nic mu nie jest, a on najpierw dziwnie charczał, potem strasznie bluźnił i rzucał się po ziemi. Ogólnie rzecz biorąc, to nie chciał odpowiedzieć. 
Ale spoko, nic poważnego się mu nie stało.
Jest nawet lepiej niż dobrze. 
Całą drogę powrotną licytowaliśmy się, kto się bardziej w życiu uszkodził. Bo ja to np. piekąc ostatnio muffiny wsadziłam po blachę rękę bez kuchennej rękawicy, którą to miałam założoną na drugiej ręce, którą to z kolei trzymałam opartą na biodrze. Rzekłabym, że moje życie zmieniło się na dobry tydzień dokładnie o 180 stopni. 
Wracając do Siary siedzi aktualnie przed telewizorem i pije piwo, a ja czuję się jak księżniczka. 
W końcu mam swojego jednorożca <3
Obrażonego wprawdzie, ale jednak. Ledwo co mi burknął, że jest w agonii. 
Powiedziałam mu, że w agonii to jest jednoręki mężczyzna zawieszony na skarpie, którego swędzą jaja. Więc się obraził jeszcze bardziej i się teatralnie pokłada. 
Mam więc jednorożca z manierą Jandy <3




piątek, 3 czerwca 2016

KĄCIK EMIGRANTA. Dlaczego angielska szkoła ssie, część 2 i ostatnia

Dobra, lecimy dalej z koksem, czego to nie powinniśmy zrzynać z zachodu. A wręcz- czego powinniśmy się rękoma i nogami wystrzegać:

1) obyś cudze dzieci uczył...

Gdybyście spytali moje dzieci co jest najgorsze w angielskiej szkole, odparłyby zgodnie- zachowanie uczniów.
Przez pierwsze miesiące moi synowie nie mogli uwierzyć w to, co widzą podczas lekcji. 
Pominę fakt, że dzieci mogą swobodnie przemieszczać się po klasie i rozmawiać między sobą, byle cicho, rzecz jasna. 
"Byle cicho" w praktyce wygląda tak, że po powrocie pytam syna "co tam było na historii?", a on mi na to "nie wiem, niewiele słyszałem". 

Jakiemuś dzieciakowi nie podoba się polecenie nauczyciela więc zaczyna krzyczeć, że tego nie zrobi. 
Że tego nauczyciela nienawidzi, a tak w ogóle to "fuck you" i "fuck off". 
Ma wyjść z sali? 
Nie wyjdzie! 
Czasem nauczyciel prowadzący daną lekcję idzie po pomoc, do nauczyciela, który uczy w klasie obok, tudzież dzwoni po asystenta i razem wynoszą siłą Brajanka z klasy. Oczywiście Brajanek jest głęboko wstrząśnięty naruszeniem swojej cielesności, słychać to po ilości faków, które latają jak skowronki oraz groźbach co też zrobi mamusia Brajanka, jak się dowie jak podle synuś jest traktowany.
Reszta klasy nie reaguje/ śmieje się/ doradza Brajankowi, jak można nauczyciela pozwać. Czasem akcja z Brajankiem trwa pół lekcji, toteż dzieci niewiele przez pozostałą połowę zdążą się nauczyć. 

Taka sytuacja: rzecz się dzieje rok temu, w podstawówce synów, klasa Don Juana, rok szósty. 
Brajanek krzyczy na nauczyciela używając tych wszystkich dostępnych "faków" w rozmaitych kombinacjach. Krzyczy,  że nauczyciela nienawidzi i ten nauczyciel może go w dupę pocałować. Nauczyciel prosi, żeby Brajanek się uspokoił. Mówi, że to nie w porządku, że nie należy tak się zwracać do ludzi. Że obowiązuje kultura. Brajanek radzi, gdzie nauczyciel ma sobie swoją kulturę wsadzić. Cała akcja trwa już dobre 10 minut. Nauczyciel fajny, młody, stoi i słucha. Aż w końcu podchodzi do Brajanka i podniesionym tonem, który przechodzi w krzyk żąda, aby Brajanek się natychmiast uspokoił. Ma się do nauczyciela nie zwracać w ten sposób, do nikogo ma się w ten sposób nie zwracać, bo ludzie zasługują na szacunek. Bo tak się nie godzi. 
W klasie cisza, jak makiem zasiał. Dzieci się boją, toć wariata im za nauczyciela dali. I chama. Tak, chama skończonego, jak on śmie krzyczeć?!  Na biedne, małe, niewinne Brajanki. 
Zatem ktoś pęka i  wstaje. I mówi, że nauczyciel nie ma prawa na dzieci krzyczeć. Nauczyciel przeprasza, mówi, że to prawda, jednak przypomina też, że dzieci nie mają prawa zwracać się do niego per "spierdalaj, cioto". Uczeń od którego zaczęła się awantura już posłusznie i  z promiennym uśmiechem na twarzy wychodzi do dyrektora. Na drugi dzień ów nauczyciel nie przychodzi na lekcje. Przychodzi pani pedagog porozmawiać o złu, które wczoraj miało miejsce. O tej strasznej rzeczy, która się stała, a nigdy stać się nie powinna. Pan O. podniósł głos. Jedna dziewczynka zaczyna szlochać. Pani pedagog pyta ile osób czuje się pokrzywdzonych. Podnoszą rękę wszyscy oprócz mojego syna. 
Mój syn jest w szoku. 
"Chciało mi się rzygać". 
To jego słowa. Tak do mnie później całą sytuację komentuje. 

Obecnie, w secondary school, nauczyciel nie mógł uspokoić dzieci, które wydawały różne głupie odgłosy. Powiedział "zachowujecie się jak zwierzęta". Jedna dziewczynka wstaje i żąda przeprosin dla całej klasy. Nauczyciel nie chce przeprosić. Mówi, że nie jest w stanie prowadzić lekcji, a te ryki i zawodzenie przypomina mu stado zwierząt. Na co nieukontentowana dziewczynka mówi "wiesz co, sam jesteś zwierzę". Klasa w ekstazie. Najwyżej 5 osób się nie śmieje, patrząc w okno. Nauczyciel oddycha głęboko, prosi ją żeby usiadła. 
Kogoś zaskoczę, jak napiszę, że nauczyciele zmieniają się w tej szkole jak skarpetki? 

2) kary

Kary za przewinienia to temat rzeka. Po tym jak dziewczynka bez powodu uderzyła mojego najstarszego syna w twarz nazywając go "polskim chujem" zażądałam zawieszenia jej i usłyszałam, że "to nie jest powód, żeby dziecko tak surowo potraktować".

Po tym jak Szara Eminencja został pobity zażądałam zawieszenia oprawców. Niestety moje żądanie było niezgodne z polityką szkoły, gdyż kara przewidziana za taki występek to nie wychodzenie na dwór na przerwę.
Aua, aua, jak boli!!!

Angielskie dziecko może wejść nauczycielowi na głowę i na nią nasrać.
W przenośni bądź dosłownie. 
Zbierze się wtedy grono pedagogów, które będzie mówiło "nu nu nu, tak nie wolno Dżesiko. Pani, której nasrałaś na głowę była z tego powodu bardzo smutna. Ale oczywiście nie z powodu Twojej kupy. Twoja kupa była bardzo piękna. Śliczna. Wszyscy jesteśmy dumni, że robisz tak piękne kupy. Dostaniesz dyplom.  Rozumiemy też, że byłaś zdenerwowana. I masz prawo. Pani popełniła błąd prosząc Cię o przeczytanie na głos już piątej linijki. Przecież masz dopiero 11 lat. Jednak kupę robimy do toalety. Ty nie zrobiłaś i musisz ponieść karę. Dzisiaj posiedzisz na przerwach w "pokoju wyciszenia""
Tu pragnę dodać, że pokój do wyciszania się, czyli pokój dla niegrzecznych dzieci, obfituje w możliwość grania w nogę, planszówki, wykonywania różnych plastycznych pierdół, są tam książki, puzzle i inne zabawki. Jest też oczywiście nauczyciel, którego zadaniem jest zszargane dziecięce nerwy ukoić. No i biedna Dżesika, za nasranie, zostaje na przerwie wysłana do tegoż pokoju. Jak Dżesikę wkurw dopadnie na lekcji, to jak tylko nauczycielowi uda się fizycznie ją tam wysłać- i lekcję w takim pokoju przesiedzi. I pięć lekcji również.
Jak się o tym dowiedziałam, to tak se kombinowałam, że gdy miałam te 10 czy tam 11 lat to na bank wolałabym siedzieć w takim pokoju niż na matmie czy fizyce. Tym bardziej, że moje 11-letnie ambicje ograniczały się do "będę rządzić światem" i na wstępnie uznałam, że ani matma, ani  fiza nie będzie mi w tym potrzebna. 

Szara Eminencja przylazł po pierwszym tygodniu do domu i mówi, że w jego klasie są dzieci, które się nie uczą, ale na zajęciach "grają na laptopach, tabletach, konsolach".
No to tłumaczę dziecku, że "synuś, gry też są edukacyjne. Może te dzieci mają inny tryb nauki, potrzebują wyjść poza schemat i uczyć się innymi metodami". Na co synuś zdegustowany rzecze "ta, poza schemat....grając w Minecrafta". Zaznaczę po raz kolejny, że NIE JEST to szkoła specjalna. Ot, publiczna podstawówka.

Nie słyszałam również, aby którykolwiek z kolegów syna, którzy sprawiają problemy, nie uczestniczą w notorycznie w zajęciach bądź też notorycznie w nich przeszkadzają nie otrzymał promocji do następnej klasy. 

W Don Juana gimnazjum dzieci dostają cukierki i batony, gdy są grzeczne na lekcji. Gdy zrobią pracę domową. Gdy się zgłoszą. 

Rozumiecie Państwo, co próbuję Wam przekazać?
Mniej więcej krótki poemat o tym, jak wychować małego roszczeniowego idiotę, z cechami bandyty...

2) 12-latki stylizowane na stare pudernice. Niesamowita seksualizacja smarkul.

Nie wiem, czy to taka ogólna tradycja, czy my tak trafiliśmy, ale w momencie, gdy wszystkie  koleżanki Don Juana poszły do secondary (gimnazjum) zaczęły się malować. Do szkoły. Przypominam, że dzieci mają 11-12 lat! Większość pofarbowała włosy.  
I nie żebym to ja z tych restrykcyjnych była, co to tusz po 18 roku życia, a cienie po 21. 
Nie, żebym wyzywała matki, które malują 2-latkom paznokcie od idiotek, które "pchają dzieci w ręce pedofilów". 
Ba! Ja głośno przypominam, że wykorzystywani ministranci są po szyję zapięci. Ba! Ja sama pomalowałam 2 pazury z trzy dni temu Stiflerowi, bo mu się kolor mojego lakieru szalenie podobał i mnie zwyczajnie ładnie poprosił, przekonując, że będzie mu pasował do jego pluszowego dinozaura.
Natomiast amerykańskich konkursów małych miss to ja nie trawię. Może i mam dziwny gust, ale nie uważam, żeby 3-letnia Daisy z tapirem jak Dolly Parton, po solarze jak skwarka i w makijażu taniej blachary, w ciuchach rodem od bułgarskich tirówek, wyglądała "zabawnie" i "słodko". I jak Bobra kocham, nie mogę obiecać, że gdybym spotkała taką narzeczoną laleczki Chucky, gdzieś w środku nocy, nie zaczęłabym krzyczeć. I bynajmniej z zachwytem nie miałoby to wiele wspólnego.  Tymczasem tutejsze mamusie gimnazjalistek śmiało mogłyby z tamtymi matkami-wariatkami konkurować. To nie jest, psze Państwa, delikatny makijaż dla podkreślenia urody . I już nawet pomijam, że uważam, iż 11letniej urody nie trzeba makijażem podkreślać. Już serio sobie daruję, że "szkoła to nie miejsce....", żeby nie zaleciało naftaliną. Ale na Bobra, jak pojebanym trzeba być, aby pozwolić jedenastoletniej dziewczynce na pół tony cieni, tonę tuszu, centymetrowe krechy na górnej i dolnej powiece i do wyboru- brwi wkurwionego Breżniewa, lub brwi- owsiki?! Patrzę, patrzę i oczom nie wierzę. Spotykamy na placu zabaw, po szkole, koleżanki Don Juana. Jednak przykuwa moje oczy w sposób szczególny. Nie wiem na co patrzeć- na kusą mini, przykrótką koszulkę z dużym dekoltem, dłuuugie sztuczne rzęsy a`la te piźnięte Kardaszianki, czy też na czerwone usta. Ja wiem, że młodość jest czasem eksperymentów (nie zawsze udanych) z fryzurą, makijażem i ogólnie stylem. Jednakże młodość, podkreślam. Nie dzieciństwo. 12-latka, nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie to dziecko. Dziecko, którą starzy bardzo brzydko krzywdzą pozwalając, aby wychodziła z domu wyglądając jak tania dziwka. 
W 8 klasie z kumpelą zostałyśmy wysłane na matmie do łazienki, bo miałyśmy rzęsy maźnięte tuszem. Jedną warstwą, dyskretnie. Matematyczka schyliła się nad nami, by zobaczyć jak pracujemy i wpadła w furię.  To były piękne czasy.
Tymczasem znacie piosenkę "Dzieci" Elektrycznych Gitar?
Zaczyna się od słów:

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły 
zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki 
chodnik zapluły, ludzi przepędziły 
siedzą na ławeczkach i ryczą do siebie 

Myślę, że Kuba Sienkiewicz musiał ją napisać po pobycie w Anglii...

3) frekwencja

Bodajże 10 dni w roku można opuścić. Oczywiście muszą to być dni usprawiedliwione. Dalej to rodzic może się spodziewać do 2,5 tysiąca funtów kary (lub pierdla w wypadku odmowy zapłacenia). Toteż ostrzegłam moje dzieci, że gdyby zachciało im się wagarować, to niech mają na uwadze, że będę musiała ich później sprzedać na organy, żeby ową karę zapłacić.

Wszystko fajnie i pięknie? W teorii. Chcecie wiedzieć jak to wygląda w praktyce?

Od zerówki po ostatnią klasę zasmarkane dzieci z gruźliczym kaszlem w ławkach. Jeśli nie gorączkują, nie ma podstaw, aby nie były w szkole. 
Szara Eminencja była przeziębiona. Ubrał się bidak, jak co rano, w mundur, ale sznurując buty dostał takiego napadu kaszlu, że pobiegł do toalety i zwymiotował. 
- Rozbierz się, zostajesz- powiedziałam, po czym napisałam na Class Dojo (taki portal do komunikacji między rodzicami i nauczycielami) do wychowawczyni Tyba, że do końca tygodnia będzie on nieobecny, bo jest mocno przeziębiony. Nie miał opuszczonego ani jednego dnia, więc świat się nie zawali jak se cztery dni w domu poleży i się wykuruje, se myślę. Bo był to wtorek. Ten przed Świętami (tymi, co się celebruje narodziny Brajana. Czyli w grudniu). Po godzinie zadzwoniła do mnie dyrektor, spytać co się dzieje. No więc mówię zgodnie z prawdą, że nie, nie gorączkuje, ale ma paskudny kaszel, od którego zwymiotował, katar, łzawią mu oczy i boli go głowa. I że leży pod kocem, pije herbatę z malinami, daję mu domowy syrop, a on wygląda niemrawo i chce spać. Pani dyrektor tłumaczy mi, że to nie powód do nieobecności. Taki sezon. Wszyscy chorzy. Wymiotował? Zdarza się podczas kaszlu. Boli go głowa? Damy mu tabletkę. Dzisiaj nam daruje, ale jutro Tybo ma przyjść do szkoły, zwłaszcza, że to niesamowicie ekscytujący tydzień, dużo się będzie działo i dużo by stracił. 
No więc poszedł. Wyniósł z tego tygodnia niewiele, bo wiecie jak się człowiek czuje przy takim mocnym przeziębieniu, ale to nic nie szkodzi, bo dzieci oglądały dwa razy dziennie po 1,5 godziny bajki i filmy świąteczne. Dalej było 45 minut przerwy na lunch i do końca dnia robienie jakichś dekoracji. Także kamień, kurwa, z serca, że go to nie ominęło. 
Tak, to była ironia.
Finalnie na Święta Tybo czuł się nieco lepiej, ale za to Larry, z którym siedzi w ławce, nie pojechał do rodziny, bo kaszlał tak, że wymiotował, łzawiły mu oczy i bolała go głowa.

Inną kwestią są mali Anglicy (choćby w klasie Szarego), którzy podczas roku szkolnego wyjeżdżają sobie na wakacje z rodzicami (bo taniej, wiadomo). Emigranci ponoć mają więcej problemów z uzyskaniem zgody na taki wyjazd. Echem odbiła się w prasie choćby sprawa polskiej mamy, która walczyła z dyrektorem o kilkudniowy wyjazd dziecka w maju do Polski, na własną (znaczy dziecka, nie matki) Komunię, która to chciano by się odbyła w gronie rodzinnym. 
Tutaj akurat powtarzam forumowe ploty i doniesienia prasowe. Nie mamy w tej kwestii własnych doświadczeń, nie próbowaliśmy w ciągu roku wyjeżdżać na wakacje, więc jak to z tym jest w praktyce- nie wiem.
  
4) krótsze wakacje
Dzieci mi kazały ten punkt dopisać, jako minus. Ja tak nie uważam. Ale po kolei... 
 Angielska szkoła nie dzieli się, jak polska, na dwa półrocza, ale na cztery termy. Dzieci startują w pierwszym tygodniu września i jest to jesienny term, dalej jest zimowy, wiosenny i prawie do końca lipca (koniec szkoły 25.07 bodajże) trwa term letni, w którym to można zaszaleć nie nosząc krawata, za to krótkie (w kant) spodenki i pola (z logo szkoły). Między termami, w połowie,  mają po tygodniu przerwy, tzw. half term. Dodatkowo mają wolne, jak polskie dzieci, w okresie Świąt do Nowego Roku, w okolicy Zajączka (święta zwane przez niektórych Wielkanocą), no i wolne wszystkie bank holiday, czyli święta państwowe.  Średnio raz na kilka tygodni w ich szkołach odbywa się staff training day, czyli że szkolenie nauczycieli - nie wiem tego na pewno, ale myślę, że to taki survival. Nauczyciele nie przychodzą wtedy w garniturach i garsonkach, tylko w mundurach moro, a później szkolą się w dżungli jak przeżyć z Brajankami i Dżesikami na co dzień i nie dostać pierdolca. Na koniec dyrektor każdej placówki rozdaje im jakieś prochy, żeby było łatwiej. Tak to sobie wyobrażam w każdym razie.
Koniec końców wakacje trwają od końca lipca do początku września. I dobrze. Zawsze uważałam, że polskie 2 miesiące to zdecydowanie za długo. Tymczasem angielski miesiąc z hakiem + przerwy na resetowanie się w ciągu roku uważam za rozwiązanie w sam raz.  Tymczasem moi synowie od końca czerwca, gdy ich polscy rówieśnicy zaczynają wakacje, a oni nie,  życzą całemu światu żeby szczezł, także ten....Kwestia dyskusyjna.

5) poziom

Poziom szkolnictwa to pierwsza rzecz, o którą mnie rodacy pytają. 
Szary po pierwszym dniu angielskiej szkoły, kazał mi przysięgać, że nie zapisałam ich do placówki specjalnej, gdyż na lekcji czytali książkę o małym dinozaurze, który robił kupę. W wieku 9 lat.
A później miał "science". Czyli połączenie naszej biologi z fizyką i chemią. Uczyli się o rozpuszczalnikach i rozpuszczalności substancji. W wieku 9 lat.
Mój najstarszy syn jest w top secie i na matematyce dwunastolatki wykonują działania na ułamkach z różnym mianownikiem. 
KABOOOOM!
To jest coś, psze Państwa, bo w niższych setach, czyli gorszych klasach z tego samego rocznika, wykonują nadal działania na ułamkach z tym samym mianownikiem :)
Z drugiej strony właśnie me dziecko czyta se dział "optyka", bo będzie miał z tego test w najbliższy poniedziałek. Optykę zdaje się, że miałam na fizyce w liceum.

Poziom, psze Państwa, rzekłabym, że jest bardzo zróżnicowany. Uważam jednak, że za mało się od dzieci wymaga. Prace domowe zakrawają na kpinę. Połowa dzieci w ogóle ich nie odrabia, ale też trudno się dziwić, skoro rodzice bywają oburzeni, że "nie po to dziecko w szkole 5 godzin dziennie przez 5 dni siedzi, żeby w domu mu jeszcze dzieciństwo zabierać i kazać robić jakieś durne przykłady z matmy".
A te "durne przykłady z matmy", w ilości sztuk około 20 to Szra Eminencja dostaje raz w tygodniu. Jak i ćwiczenia z angielskiej gramatyki. Tak na pół kartki A4. 
U Don Juana prac domowych jest więcej, ale ograniczają się one do poziomu "napisz 10 faktów o Moskwie", wypełnij test, "napisz kartkę z pamiętnika niewolnika", itd. Wątpię tym samym, aby którekolwiek angielskie 12-letnie dziecko potrafiło napisać rozprawkę. Może w sumie to i dobrze, bo ja mam niemal 32-lata, umiem napisać rozprawkę, ale za chuja wafla ta umiejętność mi się w życiu nie przydała...