piątek, 27 maja 2016

z klasą u dentysty

W zeszłym tygodniu se zęby czyściłam. Koniec notki. Nie, żartuję. No i czyściłam te zęby, czyściłam i w końcu skumałam, że to co próbuję doszorować to, matko bosko, dziura między lewą dolną czwórka, a piątką. I tu przyznaję, że ostatni raz u dentysty byłam w Polsce. Znaczy już niemal będzie półtora roku temu będzie. Poleciałam więc po telefon i wystukałam numer do kliniki, do której chodzą moje dzieci. No i mówię, że nie, nie mam lekarza i wszystko mi jedno kto nim zostanie, bo znając życie ta miła pani, co sprawdza zgryz moim dzieciom mnie i tak nie da naklejki i że byle szybko. W międzyczasie se angielski postanowiłam podszkolić, bo mnie w szkole wśród całej masy potrzebnych słów jak "archeolog" czy tam "magiczna różdżka" nie uczyli takich niepotrzebnych bzdur jak jest ubytek, próchnica, koronka, mostek, cała proteza górna i dolna. A bo kto wie, co ja tam będę potrzebować. Zatem na wszelki wypadek całe zdania też pojechałam od razu: "Pani mi da więcej znieczulenia" "Jak nie można, jak można." "Zanim wejdę wsunę pani przez drzwi list od mojej poprzedniej dentystki, a pani zastuka w te drzwi jak przeczyta i będzie gotowa." Tu spieszę z wyjaśnieniem, że moja poprzednia pani dentystka faktycznie postanowiła mojemu nowemu dentyście napisać list. Nie wiem o co chodzi, ale przypuszczam,że o to jak jej kiedyś, zdaje się po końskiej dawce znieczulenia, zwymiotowałam w gabinecie. Posprzątałabym po sobie, ale mnie się wydawało, że jestem Marylą Rodowicz więc natura była silniejsza i śpiewałam "Małgośkę". A poza tym to jeszcze opanowałam: " Nie zawsze krzyczę z bólu. Czasem też z samego strachu. Tak czy siak znieczulenie pomaga mi pokonać moją nerwową naturę." " Czy jak będzie pani borować problemem byłoby nucić też "over the rainbow"? I gdyby asystentka mogła grać na ukulele- to mnie relaksuje." "Pani grała kiedyś w darta? To ja się teraz wyszczerzę, a pani rzuci we mnie strzykawką, bo inaczej nie usiądę." No wiecie Państwo, standardowe rozmówki polsko-angielskie z działu "u dentysty". No więc przyszedł wyznaczony dzień, wchodzę i zagajam z czym przyszłam. Pani dentystka marszczy brwi, patrzy w papiery, na mnie. Spokojnie, jestem przyzwyczajona. Ja myślę, że wśród Anglików mam ksywę Enigma. Gdzie nie pójdę i się nie odezwę tam na siebie długo patrzą, a później ciągnąc słomki wybierają kogoś z plemienia, aby poszedł i mnie rozgryzł. Oczywiście mój angielski jest bez zarzutu. To oni mówią niepoprawnie. No ale do brzegu. Stoję sobie w progu, patrzę nieufnie na tą dentystkę, ona na mnie, mnie przez głowę po raz ostatni przelatują te wszystkie angielskie próchnice i koronki, dentystka se myśli "Ależ ona jest zajebista!". Znaczy nie wiem tego na pewno, ale tak zgaduję. Po czym się odzywa. Po polsku. -Pani usiądzie na fotel i otworzy buzię, zobaczymy co tam się dzieje. No takiego chamstwa, to ja się nie spodziewałam!!! A na koniec dano mi rachunek i powiedziano, że znieczulenie niedługo ustąpi i że mam się nie gryźć w policzek i nie jeść przez dwie godziny. Jasne, kufa. Pani dentystka o ostatnie to akurat może być spokojna, bo przy takich cenach to ja chyba przez dwa miesiące nie będę jadła. Ale spoko, nie martwcie się. Nie dałam po sobie poznać szoku. Trza trzymać klasę, wiadomo. Wyszłam więc jak zwykle. Jak dama. Postanowiłam z godnością osobistą udać się do domu i tam dopiero wsadzić kciuka do buzi i kiwać się przez dwie godziny. Nawet ktoś mi walnął zdjęcie po drodze, które załączam...






sobota, 21 maja 2016

KĄCIK EMIGRANTA. Dlaczego angielska szkoła ssie, część 1

Pamiętacie Państwo jak w lutym wrzuciłam na fejsa i bloga notkę o zaletach angielskiej szkoły (http://nietypowamatkapolka.blogspot.co.uk/…/kacik-emigranta…)
i obiecałam na drugi dzień napisać o wadach?
Taaaadaaaaam.
Może i z małym opóźnieniem, ale toć ja zawsze słowa dotrzymuję:
KĄCIK EMIGRANTA, z cyklu "ale jak ci się żyje w Anglii, ale tak na serio". Część 3.1. Angielska szkoła. Ciemna Strona Mocy
1) BULLYING- PRZEŚLADOWANIE
Obaj moi synowie spotkali się z z bullyingiem w angielskich szkołach, które w kuratorium postrzegane są jako szkoły dobre.
Szara Eminencja niemal dokładnie miesiąc temu, został napadnięty przez trzech uczniów, podczas przerwy na lunch i pobity. Dwóch gówniarzy go trzymało, a trzeci gówniarz kopał i bił pięściami po brzuchu krzycząc "wróć do swojego kraju". Po powrocie do domu mój średni syn, najbardziej pokojowe i empatyczne dziecko na świecie, delikatnie mówiąc był w ciężkim szoku. Gdy udało mu się powiedzieć w końcu co się stało i po tym, jak się zinhalowałam i mogłam znowu oddychać, zadzwoniłam do szkoły dokładnie po to, po co normalne matki w takim przypadku do szkoły dzwonią. Mianowicie, aby przeciągnąć dyrektorkę przez przewody telefoniczne i urwać jej jaja. Niestety pani dyrektor była na spotkaniu, połączono mnie zatem z panią wicedyrektor, od której to dowiedziałam się, że:
1) Nic takiego się nie stało. To przykre, ale chłopcy czasem się biją.
Ad 1
Powiedziałam pani wice, że owszem, chłopcy czasem się biją, ale bicie się oznacza walkę dwóch stron. Natomiast gdy dwóch chłopców przytrzymuje jednego dzieciaka, podczas gdy trzeci oprawca napierdala go po brzuchu krzycząc przy tym "wróć do swojego kraju" jest to ATAK. I to atak na tle ksenofobicznym.
Tu panią wicedyrektor wyraźny chuj strzelił, zapowietrzyła się i powiedziała, że:
2) Zdaje się, że nie mówię dobrze po angielsku, bo nie rozumiem znaczenia słowa atak. Angielskie attack, jakby ktoś miał wątpliwości. A przecież ona tłumaczy mi, że to nie był atak, tylko bójka, bo dzieci się czasem biją...
3)Dziecko może sobie krzyczeć co chce, bo W TYM KRAJU JEST DEMOKRACJA.
Ad 2 i 3
Być może nie mówię dobrze po angielsku, ale smutniejsze jest to, że to ona nie rozumie znaczenia słów i nie wie co to "bójka", "atak" i "demokracja". A najsmutniejsze jest to, że pracuje w angielskiej oświacie i ma kontakt z dziećmi, a nie powinno się jej nawet chomików powierzać pod opiekę.
4) Na pytanie dlaczego nikt o wydarzeniu jakie miało miejsce o godzinie13 nie raczył mnie poinformować, tylko po fakcie odesłano moje dziecko do klasy, jak gdyby nigdy nic i dzieciak wrócił normalnie o 15:15 do domu, pani wicekretynka odparła, że szkoła liczy sobie dajmy na to 300 uczniów i oni "nie będą dzwonić za każdym razem, gdy jakieś dziecko jest smutne"
Ad 4
To znaczy, że dziennie w waszej szkole wpierdziel dostaje 300 uczniów???
5) Ta rozmowa nie ma sensu i pani nie będzie ze mną rozmawiać
Ad 5
I bardzo dobrze. Nie przywykłam do prowadzenia konwersacji z hybrydą kołka z myszoskoczkiem o inteligencji upośledzonej flądry.
To tak oficjalnie, bo wiadomo, że ja dama jestem więc się nie będę zniżać do poziomu takiej głupiej krowy!
Nieoficjalnie to się zamknęłam we własnej sypialni i powiedziałam to wszystko na raz, co mówią raperzy w tych momentach swoich utworów, które radio cenzuruje. Następnie wysmarowałam takiego maila na lokalny komisariat, wnosząc skargę na panią wicetępądzidę za propagowanie niczym nieuzasadnionej ksenofobii, popieranie przemocy na terenie szkoły oraz oczywiście bezpośrednio na gówniarzy, że przypuszczam, iż lokalna policja jeszcze długo będzie miała o czym mówić. Pojechałam również do kuratorium. Na drugi dzień byłam na spotkaniu z panią dyrektor, która po rozmowie z policją nie wiedziała jak nas (mnie i Szarą Eminencję) przepraszać. Tak czy siak, ze względu na wniesione oficjalnie skargi- sprawa w toku.
Co do starszego syna, to znacie Państwo nieco okoliczności przyrody. W zasadzie każdy jego dzień w szkole jest walką o godność i demonstracją siły (głównie psychicznej, choć niekoniecznie). Zaznaczę tu, że mój syn jest w klasie dla najzdolniejszych dzieci (tzw. top set). Zachowań, które Wam zaraz opiszę dopuszczają się zatem dzieci najinteligentniejsze.
Znaczy szkolna elyta.
Otóż dzieci nie chcą z moim synem siedzieć w ławce oraz pracować na lekcjach, "bo jest z Polski". Mówią to otwarcie do nauczycieli. Dwóch pedagogów, DWÓCH, zareagowało jedynie na takie słowa wkurwem. Jedna nauczycielka nazwała zachowanie tychże dzieci obrzydliwym, druga wywaliła chłopca, który się burzył z tego powodu z klasy. Reszta udaje, że nie słyszy, bądź nie słyszy faktycznie (o tym dlaczego napiszę następnym razem). Część nauczycieli bierze w dyskryminacji świadomy bądź, w co ciężko raczej uwierzyć, nieświadomy udział mówiąc do mojego dziecka np. "to się przesiądź (ze swojego miejsca!) i usiądź sam z boku" albo "to nie pracuj jeśli oni nie chcą być z tobą w grupie, posiedź sobie po prostu".
Jak to teraz młodzież mówi?
Żal pl.?
Ktoś potrafi rzucić w syna jakimś przedmiotem typu długopis, czy tam książka. Ktoś inny go popchnie, jeszcze ktoś inny zwali jego rzeczy z ławki. Bo o przezwiskach typu "polski chuj" to już nawet nie wspomnę. Oczywiście wszystko podczas lekcji.
Szkoła długo, długo nie reagowała. To znaczy na spotkaniach ze mną musiałam ich niemal wyciągać z własnego tyłka, zapewnieniom o poprawie, przeprosinom i obietnicom nie było końca, ale de facto nic się nie zmieniało. Nic oprócz widma końca granicy cierpliwości mojego syna.
A to rosły chłopiec jest i bardzo wyszczekany. Po matce. Któregoś pięknego dnia, po tym jak dostałam smsa od mojego dzieciaka, że jakaś smarkula zawołała go per "ej, polski chuju" a jak się odwrócił, to dostał w twarz- poszłam do szkoły, powiedziałam kilka zdań, po których learning leader (opiekun roku) zrobił się blady, a dyrektor czerwony, po czym prosto ze szkoły udałam się na komisariat. Później do Citizens Advice (biuro porad obywatelskich) i wraz z nimi zgłosiłam się do prawnika (w toku). Szefowa tegoż biura idzie też w moim imieniu do lokalnego MP (członka parlamentu), gdyż obie jesteśmy zgodne, że ja i mój niewyparzony język powinniśmy zostać w domu zanim znowu komuś powiem, że ma łeb tylko po to, żeby mu deszcz do środka nie napadał.
W piątek, po 9 miesiącach od rozpoczęcia roku, odbył się w szkole apel z udziałem policji.
Po apelu pół klasy wyło, a synuś jeden się śmiał.
Zaczął też dostawać urocze Walentynki, które to z miłą chęcią, za zgodą syna, Państwu pokażę.



 Oraz luźno przetłumaczę z szacunku do tych, co to mieli w szkole ruski zamiast angola.

"Do Apola
Bardzo mi przykro, że byłam wobec ciebie rasistką i mam nadzieję, że znowu będziemy mogli być przyjaciółmi. Wiem, że nie najlepiej się układa między nami, ale postaram się to naprawić"
"Do Apolla
To musi być ciężkie przeprowadzić się z jednego miejsca do drugiego i uczyć się nowego języka, ale to nie powstrzymuje cię przed byciem dzieckiem takim jak ja . Ostatnimi czasy widziałam jak dużo ludzi było wstrętnych w stosunku do ciebie i duzo myślałam o tym, co ja robiłam. Wiem, że to było złe i nie wiem, co ja sobie wyobrażałam. Jest mi naprawdę przykro i proszę, czy możesz mi wybaczyć?"
W tym miejscu pragnę Państwu z całego serca podziękować również za zainteresowanie, wszelkie maile i wiadomości na fejsie, wszystkie rady i słowa wsparcia. I przeprosić za opieszałość w odpisywaniu. Chcę odpisać, naprawdę chcę, ale się czasem boję, że wylewu dostanę, jak za którymś razem będę znów ten syf opisywać.
Jak byście byli ciekawi dlaczego nie zmieniliśmy szkoły- w naszym miasteczku są dwie i Don Juan (o, ironio!) chodzi do tej lepszej. Poza tym bullying to nie jest problem lokalny i świadczy o tym choćby ilość maili jakie od Was dostałam po ostatnim na ten temat wpisie.
Zresztą, czy ktoś jeszcze o tym nie słyszał: http://www.polityka.pl/…/1661984,1,tajemnicza-smierc-polski… ?
Syn uznał też, że nie ma siły szukać szkoły, w której nie będą go poniżać za nic. Za bycie Polakiem po prostu. I jak już chcą tak nie lubić Polaków, to niech przynajmniej mają powód. Niech zobaczą z kim zadarli Emotikon wink
Dumna jestem z tego mojego dzieciaka. Mówiłam już?
Dobra, muszę się chwilowo wylogować Kochani, zatem resztę powodów, dlaczego angielska szkoła pod pewnymi względami też ssie poznacie....hmmmm...jutro ;)Emotikon wink
P.S. jeśli Wy lub Wasze dzieci zmagacie się z bullyingiem w UK śmiało zachęcam do kontaktu. Nie posiadam wszechwiedzy i nie gwarantuję, że pozbędziecie się problemu, ale posiadamy z synem już pewne doświadczenie jak skutecznie sobie radzić w podbramkowych sytuacjach, a i rady daję rozważnie zazwyczaj ;)Emotikon wink

środa, 11 maja 2016

głuptas mamusia

Wybraliśmy się ze Stiflerem po nowe kapcie. W drodze zapytałam go od razu czy też szukamy takich w Minionki, jak te obecne, ale Stifler pokręcił głową i powiedział, że nie i że chce inne, bo takie w Minionki już miał.
W Sainsbury`s były wprawdzie w Jacka pirata, ale niestety nie było odpowiedniego rozmiaru. Był za to odpowiedni rozmiar tych z Grufallo, ale z kolei dziecku nie przeszła jeszcze trauma po majówce. Co okazał uciekając z krzykiem w stronę działu ze słodyczami.
Moja krew.
Na szczęście tuż obok Sainsbury`s jest obuwniczy. A kapci w nim do wyboru, do koloru. Te w Minionki odpadły w przedbiegach. No więc stoję i pytam:
-Stifciu, jakie chcesz kapciuszki- miejskie moro, leśne moro, z koparką, w pirata, ale nie w Jacka, takiego zwykłego, czy z pająkiem?
- Hmmmm, z pająkiem.
- No i git. Proszę, oto kapcie z pająkiem. Przymierz. Dobre?
- Nie, cisną.
I tu dochodzimy do momentu, którego szczerze nienawidzę.
Jak ja, kufa, nie lubię kupować dzieciom butów, czy tam kapci, to się nie da opisać. Bardziej to chyba nie lubię tylko brukselki i znacznej części rodziny mojego męża.
-Gdzie cisną?
- O tu- mówi Stifler i pokazuje na palce. Macam. Wymacuję obowiązkowe pół centymetra luzu. Starym sposobem wkładam palec z tyłu kapcia. Wchodzi. Otwieram buzię. Zamykam. Co ja będę dyskutować, jak mamy jeszcze dwa rodzaje moro, z piratem i koparką.
-Dobra- mówię- to sprawdźmy inne. Może leśne moro?
- Tylko nie te! Te są obrzydliwe! Głupie! Debilne!
- Zrozumiałam. To może miejskie moro?- pytam.
Cisza.
Odwracam się.
Dziecka nie ma.
Stoi przy innym regale.
- Chcę te! Te są czadowe!- krzyczy
- Jak byśmy pro-gender nie byli, nie dostaniesz do domu różowych kozaczków z futerkiem w kucyka Pony. Co z tym miejskim moro? Przymierz.
-Cisną.
- Gdzie?
- W palce.
Nie może, kufa, być! Pół centymetra luzu, palec wchodzi, rozmiar większe niż ostatnio. Niech będzie, sam se chce, będzie chodził jak pingwin. Biorę jeszcze większe.
- Przymierz te.
-Cisną w palce.
Patrzę na Stiflera spod zmrużonych powiek.
Stifler patrzy na mnie spod zmrużonych powiek.
Wytrzymujemy tak z trzy minuty.
-Dobra, koparka czy pirat? Te w koparkę są fajne. Zupełnie jak z Boba Budowniczego, pamiętasz? "Bob Budowniczy zawsze da radę! Bob Budowniczy nie jest sam! Piach, żwir i cement nie straszne nam. Boba lubimy... "
Odwracam się. Pani ekspedientka wygląda jakby znała tą piosenkę. Stiflera nie ma. Zza regału dobiega mnie
-....pink, grey, Merry Christmas, toilet, shoe, nisedoł (knees and toes, z piosenki), Beyonce...
Więc ja tu sobie śpiewam, kuźwa, do regału, gdy moje dziecko prowadzi towarzyskie pogawędki! Idę w kierunku skąd dobiega głos. Stifler tym razem zabawia starszą panią.
-Nie bardzo go rozumiem, ale jest słodziutki- mówi starsza pani.
- Tak, jasne. Lubi być w centrum uwagi - tu patrzymy na siebie ze Stiflerem spod zmrużonych powiek
- Może aktorem zostanie?- żartuje starsza pani
- A wie pani, że to niegłupie. Muszę go zacząć na castingi prowadzić. Poczekam tylko na coś w czym by się odnalazł, np. "Dzieci kukurydzy 7", "Laleczka Chucky 4", czy tam klasyczny "Omen".
Zostawiam panią z lekko uchylonymi ustami, biorę Stiflera na ręce, stawiam przed regałem i mówię zdecydowanym tonem
-Ostatnia szansa. Chcesz pirata czy koparkę?
-Chcę siku.
No więc z powrotem na ręce, biegiem do wyjścia, biegiem w przeciwną stronę, bo zostawiłam torebkę, znowu do wyjścia i świńskim kłusem, przy okrzykach "szybciej, mamo, szybciej! Daj z siebie wszystko! Już nie mogę! Nie wytrzymam!" w kierunku Sainsbury`s, bo tam są toalety.
Brudne, ale są.
Stoimy zatem przed muszlą. Stifler przodem, ja tyłem się inhaluję, bo ze sportów to tylko bierki bez inhalacji mi jakoś idą. Stoimy. I stoimy. I stoimy. Gdy nagle słyszę
-Nie, pomyliłem się. Nie chcę siku. Możemy wracać.
Taaaak, to są te chwile, gdy instynkt macierzyński z wielkim trudem wygrywa nad tym morderczym.
Ale nic to.
Wracamy.
Głupia, psze Państwa, nie jestem. Toteż trzymam go przy sobie za rękę. Koniec, kurna, se myślę! KONIEC! Bierzemy pierwsze z brzegu, w odpowiednim rozmiarze i wychodzimy! Trza być twardym, a nie miętkim! Trza być konsekwentnym!
- Aua, mamusiu, aua!
- Co cię boli, Stiflerku?- konsekwentnie padam na kolana zaniepokojona
-Rączka. Nie ściskaj tak, aua, aua!
Czuję jak pot przestaje kapać mi po dupie chyba z wrażenia, że oczy wyszły mi z orbit.
-Stifler, przecież ja cię nie ściskam. Normalnie trzymam. Ani trochę nie ściskam.
-Aua, mamusiu! Bardzo boli. Puść mi rękę. Aua, aua, aua!
I tu, rozumiecie Państwo, następuje rozdwojenie jaźni- każdy rodzic to zna. Lewa strony twarzy, ta którą widzi wyraźnie zaniepokojona ekspedientka, jest jak Crystal z Dynastii. Prawa, po której stoi Stifler, to Predator.
- Stifler, natychmiast przestań błaznować!!!- cedzę przez zęby. Muszę cedzić. Strasznie trudno jest normalnie mówić jedną stroną twarzy promiennie się uśmiechając, a drugą robiąc groźną minę- Puszczę teraz twoją rękę, a Ty ani drgnij. Wezmę karton z Twoim rozmiarem kapci w koparkę, jak z Boba i idziemy do kasy zapłacić. Zrozumiałeś?
-No- potwierdził Stifler z pełnym zaangażowaniem jakiego oczekiwałam
No więc szukam tych zasranych dziesiątek, biorę ten pieprzony karton i kątem oka widzę tylko jak Stifler odpalił nitro przy klapkach, driftem wszedł w zakręt przy japonkach i dalej dzida, dał w długą, mijając wyprzedaż kozaków, przebiegł przez bramkę, która się rozwyła i wybiegł na chodnik.
Zatem rzucam ten karton, puszczam się tym moim świńskim kłusem w tymże kierunku. A chuj z torebką! Łapię zbója na pierwszym zakręcie i pamiętając, że nie wolno zwracać się do niespełna trzylatka słowami "porąbało Cię?", pytam:
- Czy nie wiesz, że nie wolno wybiegać samemu ze sklepu? Obiecałeś być grzeczny, nie byłeś. Nie będzie dzisiaj Klubu Myszki Miki na dobranoc!
I wtedy dostrzegam powód wyjącej bramki, ściśnięty mocno w obu dłoniach.
-Co tam masz?- pytam
- Bo ja bym bardzo chciał te kapciuszki mamusiu. Bardzo, bardzo. Dlaczego nie chcesz mi kupić tych, mamusiu? One są takie piękne. Takie śliczne.
Biorę kapcia z ręki syna i nie wierzę własnym oczom.
-Synu, przecież (w domyśle: ja pierdolę) one są w Minionki (w domyśle: do chuja wafla), a Ty nie chciałeś w Minionki, bo powiedziałeś, że takie już miałeś (w domyśle: kurwa mać!)
- Takich nie miałem. Ja miałem w jednego Minionka, a te są w dwa Minionki! Głuptas mamusia...
Bez słowa, za to ze znamionami depresji, zmierzam z nim do obuwniczego. Ja proszę o dziesiątkę z kapci w Minionki, ekspedientka oddaje mi torebkę. Biorę Stiflera za rękę i wychodzimy. Piszczymy na bramce. Ostatni raz tego dnia musimy się wrócić, bo jak już powiedziałam niezależnie jak by nie błagał i jak pro-gender jesteśmy nie kupię mu do domu na zmianę różowych kozaczków z futerkiem w kucyka Pony, nawet jak sobie jednego sam zajuma.

środa, 4 maja 2016

fotorelacja z majówki

Majówkę spędziliśmy jak większość rodaków. Grillując, rzecz jasna. 
Jako, że pogoda nieco się u nas ostatnio poprawiła i było wyjątkowo słonecznie, a grad, który padał dnia poprzedniego albo się całkowicie rozpuścił, albo też wydawał się być ciepły, postanowiłam wpiąć kwiatka w rozpuszczone włosy, ubrać klapki i długą, kolorową, kwiecistą sukienkę bez ramiączek, odcinaną tuż pod (że się tak pochwalę) biustem, którą to se zanabyłam ostatnio w charity shopie, czyli że w naszym lumpeksie, w ilości sztuk cztery. Rzecz jasna nie, że cztery takie same. Tylko tak (i tu panowie klikają sobie na kolejne zdjecie, a panie śledzą tekst z zapartym tchem, bo to najlepszy jego fragment): kupiłam sobie właśnie tą długą kolorową, taką w kolorze nude z czarnymi lamówkami i w czarne kokardki. Odcinaną w pasie i lekko rozkloszowaną. Początkowo się bałam, że będę mieć w niej duży tyłek, ale ostatecznie stwierdziłam, że jak by się człowiek nie starał z Quantum of the Seas nigdy się nie zrobi małej żaglówki, więc jebał pies. Trzecia jest biała i krótka z odsłoniętymi ramionami i ażurkowym haftem na dole i u góry. A z czwartą to sobie nieco popłynęłam, bo ją wzięłam bez mierzenia, czując na sobie oddech Siary, dla którego wszystkie sukienki są jednakowe, ale za to każdy śrubokręt, kufa, jakoś inny. Gdzie te chłopy widzą w tym logikę, to ja nie wiem. W każdym razie tą amarntową, też długą i nieco za małą to sobie zostawię na święta. Się w niej na stół położę i schab peklowany będzie jak znalazł. A teraz najlepsze- zapłaciłam 7,5 funta za całość. Muszę se foty pierdyknąć i pokazać się Państwu w całej sukienkowej krasie. Zrobię to przy okazji wpisu o charity shopach w UK, który planuję, gdyż zarówno sama idea tutejszych lumpeksów, jak i rzeczy, które można w nich znaleźć zdecydowanie zasługują na osobną notkę.
Wracając do, jak to się modnie mówi, outfitu majówkowego- całe szczęście, że przed tym zanim wyjechaliśmy poszłam pranie w tej kiecce wywiesić, bo gdzieś tam między rozwieszaniem skarpet i gaci jak mnie monsun zimowy pierdolnął, to przez chwilę wyglądałam dokładnie jak na załączonym obrazku. Ostatecznie wyjechałam w dżinsach, T-shircie i kardiganie, co okazało się wyjątkowym nietaktem, ale o tym później.



Zaparkować postanowiliśmy w południowej części parku, bo jedynie tam można było robić grilla na specjalnie przeznaczonym do tego obszarze. I o ile 5 funtów za parking zdzierżyłam, to uważam, że 8 (ilość osóbx2 funty. Stifler, jako że poniżej 5 lat się nie liczy) za możliwość grillowania własnej szamy, na własnym grillu jest już zdzierstwem. Jednakże spuszczę na to kurtynę milczenia, gdyż jak wiadomo my, emigranci, opływamy w luksusy i jesteśmy niesamowicie bogaci.
Mój mąż, Siara, psze Państwa, posiada rozliczne talenty. Nie wiem, czy to kwestia tego, że facet jest Polakiem, a my poniekąd w genach mamy zdolność do radzenia sobie w każdej sytuacji. Czy może kwestia tego, że dobrze pamiętam czas, gdzie brakowało nam na Maybacha, a i czasem np. na mechanika samochodowego i w ramach oszczędności Siara nauczył się naprawiać samochód sam. Najpierw swój, później wszystkie samochody w rodzinie i wśród znajomych. Moja mama potrzebowała położyć panele na ścianę- voila, położył jej panele. Potrzebowaliśmy mieć wykafelkowane- voila, wykafelkował. Trzeba było położyć panele podłogowe- pierdut! I była podłoga. Siara potrafi naprawić chyba każde urządzenie, jakie mamy w domu. Obecnie doszedł do takiej wprawy, że jak mnie prosi o wykałaczki i nić dentystyczną, to się boję mu podać, bo co ja, kufa, później zrobię z helikopterem?! Ale żeby nie było tak różowo, to Wam powiem, że Siara za chuja wafla nie potrafi grillować. Wiem to ja, wiedzą to nasi znajomi, którze w akcie desperacji zjedli suchy chleb i wszystkie grillowe sałatki zanim doczekali się mięsa, wiedzą to nasze dzieci, które ostrzegły mnie, żeby lepiej zabrać kanapki, ale Siara nie wie. Fakt, że z tym grillem to straszną wiochę zrobiliśmy, bo se kupiliśmy 2 sztuki jednorazówek, a wszyscy mieli takie satacjonarne, wypasione. Za to pozytywem jest, że Siara spalił tylko kurczaki, burgery udało się uratować...


Co do robienia wiochy to właśnie w tym miejscu powinniśmy powrócić do rzeczonego outfitu- otóż, gdybym wiedziała, że na lewo od nas pół pola będzie opanowane przez społeczność Romską, to ubrałabym się bardziej adekwatnie do sytuacji, bo stojąc przy tym grillu w t-shircie niedaleko pana w śnieżnobiałej koszuli, skórzanej kurtce i świecących, śliwkowych spodniach w kant czułam się nieco niestosownie. Ciekawostką tu niech będzie ilość odzieży i błyskotek ubranych na raz przez Romskie kobiety. Wysnułam nawet teorię, że tam musi być takie niepisane prawo, że kto pierwszy wstaje w taborze, ten chodzi najmodniej ubrany. Jednakże Anglia nauczyła mnie jednego- tu absolutnie wszystkie chwyty modowe są dozwolone. Tu na placu zabaw w kwietniu stoi mama w kozakach, obok mamy w tenisówkach, tuż przy mamie w japonkach. W styczniu faceci idą do sklepu w krótkich spodenkach i klapkach, a na głowach mają wełniane czapki, w przeciwieństwie do swoich nowo narodzonych dzieci, które zimą w wózkach jeżdżą bez czapek. Tu w lipcu nosi się kurtki z futerkiem na kapturze. Rano w sklepie moje sąsiadki spotykam w pidżamach i szlafrokach. A grube laski też noszą legginsy. Tu jak brodaty gość w porozciąganym swetrze, zwisającej jak u Smerfa czapce siedzi w parku na ławce, to to jest hipster. Jak leży- to żul. I najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt nikogo nie obcina wzrokiem. Toteż i na naszym polu, mimo lekkiego przepełnienia, panowała pełna dyskrecja. Nie to co w Polsce nad jeziorem, gdzie oczywiście też niby nikt nikogo nie obczaja, ale weź człowieku tylko ziewnij, to nieświadomie zorganizujesz flash-moba.



Ponieważ moje własne dzieci doprowadzają mnie ostatnio w domu do szewskiej pasji, bo cały czas się kłócą i tłuką oraz tłuką i kłócą, postanowiłam wziąć badmintona z myślą, że jak się wybiegają, wieczór będziemy mieć z Siarą spokojny. I jak widzicie Państwo na załączonym obrazku- z jednej strony był to błąd. Ale z drugiej strony, to żeśmy jednak dobrze zrobili, bo Siara pierwotnie chciał wziąć zestaw do baseball`a.



Zawinęliśmy się kiedy nowobogaccy Rosjanie, po prawej, ze złotymi łańcuchami grubości dokładnie takiej, na jakiej można by trzymać krowę tudzież nosorożca, otworzyli drzwi swojego samochodu i zaczęli puszczać głośno muzykę. I dla jasności, żeby nie było, że jakaś anty-muzykalna jestem- to nie było już nawet żadne włajaż, włajaż, tylko klasyczne bialyje rozy. Zatem większość nas została zgwałcona przez uszy, choć znalazł się również ktoś, kto postanowił poddać się szaleństwu i zatańczyć.



Postanowiliśmy udać się do północnej części parku w poszukiwaniu rzeźb z bajki Gruffalo, które Stifler chciał koniecznie zobaczyć, bo choć bajki w życiu nie widział, to ma koszulkę z głównym bohaterem i to wystarczy. W parku czuć było już w pełni zbliżające się lato. Wszystkie sosny pięknie się zazieleniły. Po drodze minęliśmy staw...


...oraz sporo zwierząt gospodarskich jak owce (tam hen, hen w oddali),

konie,



kozy,

krowy.


Jeszcze krowy.


Tak, nadal krowy. Dużo było tych krów.


Dotarliśmy również do 1500-letniego dębu, który nazywał się Charles Manson i był świadkiem starcia Ragnara Lodbroka z królem Ellą. No dobra, zalewam. Nie wiem co to za drzewo, nie wiem ile ma lat i dlaczego było zagrodzone. Choć moje dzieci to akurat wersję z Mansonem łyknęły, ale oni łyknęli też, że Jamajka barwami na fladze chciała podkreślić dumę narodową z bananów w każdym stadium- zielonym, żółtym i czarnym...Mój Bobrze, czasem sobie myślę, że oni mają przesrane mając matkę wychowaną na Monty Pythonie.


Kilka mil później, tuż po tym jak nogi zaczęły wchodzić nam w dupę, jako że, jak już mówiłam, Stifler nigdy nie oglądał tej bajki, próbowaliśmy mu wmówić, że Gruffalo to kamyk, krzak, biedronka, patyk, cokolwiek bylebyśmy nie musieli iść już dalej. . Niestety niespełna trzylatki są sprytniejsze niż człowiek może to sobie wyobrazić. Na zdjęciu Don Juan przekonuje go, że mlecz to Gruffalo


No i w końcu dotarliśmy! Ze stężałymi uśmiechami, zmęczeni, ale szczęśliwi wykrzyknęliśmy niemal chórem "patrz, Stifler! Gruffalo!". Po czym dość niespodziewanie dla wszystkich Stifler też krzyknął dźwięk bliżej nieartykułowany, a później jeszcze "ja pierdzielę! o mój boże!" i zaczął dość szybko uciekać w przeciwnym kierunku. Jakieś pół mili dalej, gdy już złapaliśmy dziecko w lekkim szoku i jakieś 40 minut później, gdy udało nam się go uspokoić, przekonaliśmy go nawet do zdjęcia z bohaterem kreskówki. Jedynym warunkiem była asysta ojca, który w razie czego, jak objaśnił nam Stifler, miał dać Gruffalo w ryj. Jakby ożył, rzecz jasna.


Wrzucę Państwu jeszcze zdjęcie dzieci z wężem z tejże bajki.


Oraz takim małym czymś.


No i zdjęcie sowy.


Oraz szałasu, który me dzieci na zmianę budowały i burzyły.


Błędem natomiast było zniszczenie szałasu ojca.


A wracając zobaczyłam prześliczny, leśny zakątek pełny humelophatis violetowis zwisantis. No dobra, na kwiatach też się nie znam. W każdym razie ładne były, takie tam fioletowe dzwoneczki. A że chcieliśmy już od dawna sobie z Siarą zaktualizować nasze wspólne zdjęcie w ramce, to se pomyślałam, że to świetna okazja. Jak się później okazało zaufałam najstarszemu dziecku, siadłam dupą w błoto oraz pozwoliłam, aby w chuj obrzydliwy pająk przeszedł mi przez rękę tylko po to, aby mieć zdjęcie w chwili gdy mówię "ej, ale na pewno nie widać mi tu wałków" i sprawdzam osobiście czy nie widać , podczas gdy mój mąż wygląda jak srający w kucki psychopata, który mnie dusi. Życie. Czyli....takie tam z misiem pysiem <3


I jeszcze kilka innych zdjeć Państwu wrzucę, a co się będziemy oszczędzać! ;)