sobota, 26 marca 2016

Wesołego Zajączkowania!

Szanowni Państwo,
ostatnimi czasy jestem niezwykle zarobiona.
Między zmywaniem garów, korzystaniem z dzieciakami z wiosennej (czasami) pogody, a kontemplacją nad sensem życia, czy nad tym jak można nie wygrać w biathlonie mając na plecach karabin (?!), między czytaniem newsów z serii Macierewicz znowu nie łyknął z rana tabletek, małpy również zaprzeczają, jakoby Tomasz Terlikowski pochodził od nich, a rosyjscy archeolodzy odkopali jajo dinozaura...po czym postanowili kopać dalej, aby odkryć go całego- nawet ja nie mogłam przegapić, że oto przyszedł Zajączek (przez heretyków święta te bywają również nazywane Wielkanocą).
Zajączek przychodzi głównie po to, aby nam przypomnieć, że mamy wyrzucić choinkę. Staropolskim zwyczajem jednak "gość w dom- wódka na stół, cukier do kredensu"- można się zatem napić.
Pamiętajcie przy ilości kupowanych trunków, że rok 2016 jest w chińskim kalendarzu rokiem małpy i należy to uszanować!
Katolikom ponoć radzi się w tym czasie szczególnie wgłębić się w życie Jezusa i oczywiście go naśladować. Wielu moich znajomych twierdzi, że jest to związane z tym, że zniknął w piątek i pojawił się w niedzielę, ale jak wiecie ani ja, ani moi znajomi nie jesteśmy specjalistami od chrześcijaństwa, toteż radę tą należy traktować z pewną dozą nieufności.
Radą, którą mogę dać z autopsji jest natomiast ostrożność w opowiadaniu świątecznych żartów przy stole, zwłaszcza w towarzystwie dzieci. Zeszłoroczne "czym się różni zwykły zajączek od zajączka latającego? Ten drugi ma na plecach orła" nikogo nie rozśmieszyło.
No i życzenia, żeby nie było:
członkom oraz wszystkim tym, którzy głosowali na PiS życzę starego jajka, czerstwego chleba i tłustej wędliny. Jak widać nie chowam urazy więc załączę wesołe "niech Was popieprzy!". Oby reinkarnacja istniała i obyście się odrodzili jako Fiat Multipla.
Albo gorzej, jako Stanisław Pięta.
Tak, żeby nawet włosy po przeszczepie odrzucały twarz.
Całej reszcie niech Vin Diesel błogosławi!
Kochajcie się!
Rozpieszczajcie siebie i swoje dzieci!
Tylko nie do przesady. Tu za przykład niech posłużą rodzice pani Sobeckiej, którzy zawsze twierdzili, że nie mają ulubionego dziecka.
A jest ponoć jedynaczką.
Dużo dobrego prawie wszystkim! :*


Emotikon kiss

sobota, 12 marca 2016

komar

Stifler zobaczył jakiś czas temu na zdjęciu komara.
-Co to?-zapytał
-Komar, synu.
-Tak, komar, mamo. Ładny komar. Można go przytulać i głaskać.
-No nie bardzo, synu. Komar bardzo szybko lata.
-Tak, bardzo szybko lata. I robi miodek.
- Też pudło. To pszczółki robią miodek akurat.
-Tak, to pszczółki. Komary mieszkają w dziuplach i jedzą orzeszki.
-To wiewiórki.
-Tak, wiewiórki. Komary mieszkają pod drzewem. W lesie. Żołędzie jedzą.
-To z kolei dziki. Usiądź synku, mamusia ci opowie o komarach...
No i powiedziałam co wiedziałam, skupiając się z całej siły na tym, aby nie użyć słów "małe skurwysyny".
Przez następny tydzień dziecko przyswajało wiedzę.
-Dziewczyny komary są większe od chłopaków komarów, tak?- spytał ni stąd, ni zowąd kilka dni temu podczas mycia głowy.
-I robią "bzzzzz bzzzz" nad uchem i gonimy je z kapciem wtedy?- pierwsze pytanie na drugi dzień po przebudzeniu.
- Piją krew, tylko krew i nie jedzą naleśników?- kolejny dzień, przy kolacji
- Jestem komarem, mamo- dwa dni temu.
Od tego czasu wypróbowaliśmy już cztery aparaty gębowe kłująco-ssące:
1) własnoręcznie zrobiony z papieru i przymocowany do okularów przeciwsłonecznych- głupi pomysł, pogniótł się i zniszczył przy próbie dziabnięcia pierwszej ofiary.
2) rolka po folii aluminiowej przymocowana na gumkę - niby dobra, ale niewygodna. Ciężko nad nią panować. Komar, rozglądając się za ofiarą przy stole, wylał kubek z herbatą przywalając w niego rzeczonym kłująco-ssącym aparatem. Mam zalanego laptopa.
3) rolka po papierze toaletowym przymocowana jak wyżej- komar nie zaakceptował projektu. Wył i krzyczał, że wygląda jak głupek.
4) słomka przymocowana na taśmę klejącą do nosa- na razie sprawdza się najlepiej.
Od wczoraj jesteśmy nagminnie dziabani ową słomką i chodzimy wszyscy w jednym kapciu, bo drugim musimy wymachiwać.
Słomkę zdejmujemy dopiero jak komar zaśnie, bo inaczej się wydziera, że mordują.
Renee Zellweger przytyła do roli Bridget Jones 10 kilo.
Stifler był dziś ze słomką doklejoną do nosa na wizycie kontrolnej u dentysty.
A do dentysty mamy dwie mile.
Sami sobie Państwo zdecydujcie, kto się bardziej poświęca dla roli.
Na piechotę na dodatek szliśmy, bo Siarze wczoraj jakaś sprężyna w aucie pękła, czy coś takiego i "dziękuj losowi, że żyję", czy coś w tym stylu.
No więc idziemy- ja, Stifler, jego słomka, jego dwaj bracia za nami w bezpiecznej odległości. I przy okazji tłumaczymy po drodze wszystkim zainteresowanym ludziom, że Stifler jest krwiopijcą.
-Komar- tłumaczy Stifler
-Mosquito- tłumaczę ja
I tak przez całą drogę.
A że dziecko mam mądre (po mnie, rzecz jasna), to szybko rozkminiło, że na mieście jest komarem "in inglisz". Ośmielony wieloma tłumaczeniami po drodze, do kliniki wparował już całkiem pewny swego angielskiego i sam nawet postanowił ludzi zagadywać. Wyglądało to mniej więcej tak, że stawał przed wybranym człowiekiem i na bezdechu recytował wszystkie znane mu angielskie słowa:
-Hello, bye bye, buble, pink, winter, cow, purple, fish, flowers, car, dog, woof woof, window, Monday, truck, God save the Queen, Peppa Pig!
Matką jestem konsekwentną więc w tym czasie konsekwentnie odmawiałam zarejestrowania dwóch pozostałych synów pod zmienionym nazwiskiem. Więcej problemów z nimi nie miałam, bo skupili się na lekturze dwa rzędy foteli dalej. Jeden czytał wprawdzie coś jak nasza "Pani domu", a drugi gazetkę o szydełkowaniu, ale musiało ich to wciągnąć, bo nawet nie patrzyli w naszym kierunku.
Gdy weszliśmy do gabinetu pani dentystka spytała, czy może zrobić Stiflerowi zdjęcie, bo chciałaby pokazać komara mężowi, gdyż jest słodki i zabawny. Komar, nie mąż. Odparłam, że o ile szanowny małżonek nie pracuje w opiece społecznej to spoko, może. Po czym komar zapozował do zdjęcia, a później dźgnął ją słomką. Pani dentystka udawała, że krwawi i klaskała niby łapiąc komara, a ja stałam i se myślałam, że akurat bardzo to wszystko niesprawiedliwe, bo ja kiedyś w pracy udawałam misia koalę, a przecież, kufa, nie moja wina, że one śpią do 20 godzin na dobę! I mnie nikt jakoś nie klaskał, do mnie nikt się nie śmiał i w żaden inny sposób nikt niewątpliwego mego talentu aktorskiego nie docenił !
A urodziłam się, żeby być koalą. Zapewniam.
P.S. Wybaczcie jakość zdjęcia, ale matce krwiopijca to już pozować nie chciał...


piątek, 11 marca 2016

trochę magii

Dla tych wszystkich, którzy nie mają problemów z alkoholem.
A mają problemy bez alkoholu.
Dla tych wszystkich, którzy przeczytali już, że wojskowi będą krzewić katolickie wartości, co w praktyce oznacza np., że Siły Powietrzne, na polecenie ministra Macierewicza, będą robić opryski wodą święconą.
http://wiadomosci.onet.pl/…/mon-przedstawilo-koncep…/3gl9r0…
Dla tych wszystkich, którzy przeczytali odpowiedź profesur (literówka zamierzona- profesur to taki twór jak wilkołak, czy wampir) Pawłowicz do emerytki http://polska.newsweek.pl/krystyna-pawlowicz-cytaty-pawlowi…
Dla tych wszystkich, którzy strzelili po prostu dzisiaj prasówkę. Piosenka:
https://www.youtube.com/watch?v=MzlK0OGpIRs
A jak nie pomoże to grafika dziabnięta z prywatnego profilu Yuki z Mordowni, z instrukcją obsługi i gotową odpowiedzią w razie pytań na resztę dnia:


czwartek, 10 marca 2016

o tym, że nie pasuję do współczesnego świata

Wczorajsza sytuacja z klasy mojego syna.
Nauczycielka francuskiego nie jest w stanie uspokoić ucznia. Prosi, grozi karnym zostaniem po szkole, nic nie działa.
Nie jest też w stanie dalej prowadzić lekcji. Dzieciak łazi po klasie, ignoruje ją celowo. W końcu nauczycielka podchodzi do niego i mówi gdzie ma zająć miejsce. Chłopiec odwraca się do niej tyłem. Nauczycielka kładzie mu rękę na ramieniu. Nie ściska, nie szarpie. Po prostu kładzie rękę i dalej powtarza, nie krzyczy, a jedynie powtarza zdecydowanym tonem, gdzie natychmiast ma zająć miejsce. Klasa za to zaczyna krzyczeć. Że nie ma prawa go ruszać. Dotykać. Szarpać. Nauczycielka się broni, że przecież ta ręka na ramieniu była otwarta, ot tak położona, celem zwrócenia uwagi, że broń cię jakikolwiek boże, ale nie szarpała przecież. Nawet jej nie zacisnęła. Wzrokiem szuka poparcia u chłopca, który stworzył problem. On milczy i tajemniczo się uśmiecha. Klasa tymczasem daje rady "pokrzywdzonemu":
- Idź do dyrektora! Popłacz się! Powiedz, że cię bolało jak ściskała! No popłacz się!
Na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które się nie odzywają i patrzą w okno.
Mój syn jest w szoku. Nauczycielka w nie mniejszym.
12-latki, psia mać!
Don Juan kończy relację:
-... i złożyłem jej oświadczenie na piśmie, że widziałem jak było.

Nic nie mówię.
W głowie kłębi mi się tysiąc myśli. Z jednej strony jestem dumna z syna, z drugiej wiem, że będzie miał przejebane.
On zdaje się wyczytuje mi z twarzy wszystkie niewypowiedziane obawy, bo uśmiecha się uspokajająco i mówi nagle
- Chrzanię ich.
- ?
- Mówię, że ich chrzanię. Dziś próbowali wrobić ją, jutro tak samo mogą próbować wrobić mnie. Nie lubię cwaniaczków. To jedna z fajniejszych nauczycielek. Idioci, nic nie potrafią docenić.

Mój syn ma nad łóżkiem m.in. napisane
"Nie należy mylić prawdy z opinią większości"
a także
"Nie musisz być wielki, żeby zacząć
ale musisz zacząć, żeby być wielki"

Uśmiecham się.
Karierę w nowym kraju zaczął też od rebelii.
Obronił ciemnoskórego młodszego dzieciaka przed grupką angielskich wyrostków, z którymi chodził do podstawówki.
Uśmiecham się.
Przypomina mi się, jak prosił mnie zawsze o jakieś opakowanie po jogurcie, czy tam śmietanie i rozstawiał je latem na podwórku napełnione wodą. Dla bezpańskich zwierząt. Bo on kocha zwierzęta. Ma 12 lat, a mnie się już wydaje, że widzi dużo więcej niż powinien i mnie się również wydaje, że te zwierzęta to on kocha bardziej niż ludzi.
Uśmiecham się.
Pamiętam jak, wychodząc z Biedronki, Szara Eminencja podała 2 zł mężczyźnie żebrzącemu pod sklepem.
-Skąd miałeś kasę?- spytałam zdziwiona
-Z kieszonkowego mi zostało.
Z kieszonkowego mu zostało, więc oddał panu pod Biedronką. W wieku 8-9 lat. Tak naturalnie.
Szkoda, że polski episkopat nie potrafi tak naturalnie własnymi dobrami się dzielić. A latek mają panowie biskupi trochę więcej przecież niż osiem, czy dziewięć.

Kiedyś myślałam, że ludzie wybierający np. domową edukację pozbawiają swoje dzieci przede wszystkim możliwości pełnej asymilacji w społeczeństwie, w zasadzie od najmłodszych lat.
Dziś przestaję im się dziwić.
Do niedawna myślałam o tym, co moje dzieci mogą w przyszłości dać społeczeństwu.
Dziś myślę o tym, co społeczeństwo może im dać w zamian.

Macie Państwo czasem wrażenie, że nie pasujecie do współczesnych czasów?

Nie mam żyłki kombinatora.
Mogłabym Państwu tu epopeję napisać o tym, ile razy poległam, ile razy nie wzbogaciłam się, bo nie miałam sumienia wykorzystać okazji. Ba, ja czasami, w przeciwieństwie do innych, nawet nie wiedziałam, że właśnie super okazja do dojenia się nadarza. Taka ze mnie łajza, życiowo niezaradna.

"Pokorne ciele dwie matki ssie".
Tak sobie zawsze w duchu powtarzam.
A później moja niewyparzona gęba robi swoje.
No zwyczajnie nie daję rady milczeć, jak ktoś pierdoli farmazony. Jak za współczesne autorytety robią intelektualne mamuty o moralności taniej kurwy.
W żadnej ciąży nie miałam tyle mdłości, co każdego dnia przy porannej prasówce.
Bawi mnie poczucie wyższości chamów, którym słoma z butów na kilometr wystaje.
Wkurwia mnie konsumpcjonizm.
Wciskanie ludziom gówna z obietnicą lepszego życia... gdy zmienią telefon. Bo pani na reklamie zmieniła i proszę, jaka teraz ładna i uśmiechnięta, jaki ma fajny dom, rodzinę i przyjaciół, do których może dzwonić, rzecz jasna.
Nie, nie oceniam, ale osobiście nie zauważyłam, żeby kupując miliardowy gadżet moje życie robiło się lepsze, a świat piękniejszy.
Pierdolę kult młodości.
Nie mam zamiaru się w przyszłości nabotoksować i wyglądać jak manekin, tylko po to, żeby nie burzyć poczucia estetyki w idealnym społeczeństwie widzianym oczami dr Gojdźa. Ust "na glonojada" też sobie nie jebnę. Zostanę przy swoich. Niedoskonałych. Jak cała ja.
Rzygać mi się chce, gdy widzę jak ludzie niszczą siebie, planetę, jak traktują zwierzęta.
Męczą mnie idioci.
Ot tak, po prostu.
Ciągle zaskakuje mnie własna naiwność i niedostosowanie do współczesnych zmiennych wartości. Bo jak coś jest ewidentnie czarne, to jest czarne, no nie? A jak białe, to białe, tak?
Otóż niekoniecznie.
Zależy, jaki ma się w tym interes, żeby tak kolory widzieć. Bo w dzisiejszych czasach można przymknąć oko. A najlepiej w ogóle oczy zamknąć od razu. Odwaga cywilna przechodzi do lamusa. Jest gdzieś przy dobrych manierach. To też jest passe.
Bogobojność mnie "leczy".
Ludzie kochani, żebyście Wy wierzyli choćby w połowie tak w siebie, w swoje dzieci, co wierzycie w tych swoich bogów...
Przyjaźń jest dla mnie wartością nadrzędną. Zbyt łatwo ufam ludziom.
Martwi mnie to, że ludzkość schodzi na ...no nie na psy, bo to byłby nadal komplement.

Mam swoje marzenia. W przyszłości chcielibyśmy z Siarą i chłopakami zostać profesjonalną długoterminową rodziną zastępczą.
Tego jednego byłam pewna, że wielka rodzina, to nasze wspólne marzenie. Że z dziećmi to my sobie zawsze poradzimy.
Byłam pewna, podkreślam.
Już nie jestem.
Patrzę na swoje biologiczne latorośle i wychodzi mi na to, że wychowuję takich samych popaprańców jak ja. Kompletnie nieprzystosowanych do współczesnego świata.
Moje dzieci.
Z książkami, zamiast tabletów.
Wychowane na Kubusiu Puchatku, zamiast Pokemonów.
Uczone staroświeckich już zasad- ustąp starszym miejsca, kobiety traktuj jak damy, pomóż, bądź życzliwy, podziel się...

Mama A., o której Wam pisałam, zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy moje 12-letnie dziecko nie używa "brzydkich słów" z powodu naszych przekonań religijnych? Bo A. jej mówił, że wszyscy w szkole "fakują" (ona mu powiedziała, że jak wszyscy to wszyscy, lepiej nie odstawać, bo powiedzą, że jest się ciotą), a mój Apoloniusz twardo nie. I czy mnie to nie martwi, bo on odstaje, jest "taki inny".
-Pani droga, my ateistami jesteśmy. Ja po prostu dzieci wychowuję. My mamy umowę, że będą mogli się wyrażać, jak na dane słowo znajdą określoną przeze mnie ilość nie "brzydkich" synonimów. Bo ja muszę być pewna, że to "kurwa" będą (jeśli już) to w przyszłości używać jak ja, dla podkreślenia emocji, a nie dlatego, że język mają ubogi. Ja im tłumaczę, że środkowy palec znaczy "fuck off", a to nic innego jak "spierdalaj". Jeśli po polsku by się tak nie odważyli do kogoś odezwać, to nie widzę powodu, dlaczego mają tak mówić po angielsku. Czy tam pokazywać. Dla mnie na jedno wychodzi. Mnie się wydawało, że w końcu oni do szkoły chodzą, a nie na ustawki, więc nie będą potrzebować taka języka.
Głos mam pewny siebie, ale znów nie wierzę, w to co słyszę. Ktoś się mnie pyta, czy mnie nie martwi, że mój dwunastolatek nie pokazuje "faków"?!
Serio, takie czasy?!

Jadę w autobusie i słucham historii Stiflera. Pasjonującej. Pomieszanie bajki o Złotowłosej i trzech misiach z Czerwonym Kapturkiem i wstawką o autkach. Kątem oka widzę jeszcze troje dzieci w jego wieku. Wszystkie gapią się w telefony matek, z których dobiegają ciche dialogi bohaterów z kreskówek. Matki milczą, patrzą w okno.
Nie wierzę w to, co widzę.
Przestaję się dziwić, że późniejsza młodzież bywa taka durna.

Nie cierpię też tych rodzicielskich skrajności.
Albo "ryby i dzieci głosu nie mają" albo "pokrzycz sobie w sklepie kochanie na całe gardełko, jesteś przecież tylko dzieckiem i burak ten, co nie rozumie emocjonalnej potrzeby krzyczenia w sklepie mojego dziecka".
Kufa, a to nie jest przypadeczkiem tak, że dziecko to część społeczeństwa, psze Państwa?
I tego też, moim skromnym zdaniem, od najmłodszych lat należy go uczyć. Od najmłodszych lat. Nawet jak się Państwu wydaje, że dziecko nie rozumie. Bo ono rozumie czasem więcej niż Wy, niestety.
Nie, Brajanku, nie wymusimy twoim darciem, czy tarzaniem się po podłodze ustąpienia nam w kolejce w sklepie, bo pan przed nami być może kupuje sobie coś na kolację po 12 godzinach zasuwania w fizycznej pracy i jego też nóżki bolą.
A pani przed nim może ma zapalenie pęcherza. Albo sraczkę. Albo raka. I też chciałaby już do domku.
A gdyby każde dziecko tak się darło w sklepie, pani kasjerka najpewniej już w piątej godzinie swojej zmiany dostała by jobla. Pani kasjerka jest w pracy. Szanujemy panią kasjerkę, dzięki niej możemy tu robić zakupy.
Więc, drogi Brajanku, mimo że dla swojej mamusi jesteś najważniejszy, musisz dopiero sprawić, abyś dla świata był równie ważny. Sprawić czynami, a nie wymusić darciem, tupaniem, czy egoizmem.
I w tym miejscu Państwu podlinkuję przykład z życia i przy okazji przemyslenia innej blogerki: http://iw-od-nowa.blogspot.co.uk/2016/01/zakupy-wychowanie-czyli-przegrana-sprawa.html
Dżizuskurwajapierdolę, drodzy rodzice, czy to doprawdy takie trudne?
Czy to ja jestem pojebana, czy Wy?

Jak to się stało, że na spotkaniu z nauczycielami, pani od geografii, być może chora na Parkinsona, bo drżała wyraźnie na całym ciele, mówi do mnie
-Twój syn jest bardzo kulturalnym i dobrym dzieckiem. On jedyny przytrzyma mi drzwi, gdy idę z książkami. Jedyny spyta czy mi nie pomóc.
Ja wiem, psze Państwa, że ja w takiej chwili powinnam puchnąć z dumy, ale mnie się tylko kołacze po głowie
-Jedyny?! Kurwa! Jedyny?! Jak to się stało?! Kiedy?!

Właściwie to nie wiem, o czym jest ten post.
Chyba o tym, że nie pasuję do współczesnego świata i codziennie przekonuję się o tym coraz bardziej i bardziej.
Tak w jednym zdaniu ujmując, to zdaje się, że chciałam się z Państwem podzielić refleksją, że nie im jestem starsza tym mniej dziwię się osobom żyjącym z dala od cywilizacji.
Tak po prostu.

poniedziałek, 7 marca 2016

zabawki na czasie

Wczoraj mnie mąż przekonywał, że sobie nowy telefon powinnam kupić. 
Nie rozumiem co mu mój stary przeszkadza? To jemu się rozłącza podczas rozmowy, czy mnie?
No więc właśnie. 
Na pewno nie kupię sobie smartfona. Miałam taki przez chwilę, zanim zginął śmiercią tragiczną w wiadrze z mopem, bo nie trafiłam z odkładaniem na półkę, gdy sprzątałam łazienkę. Ponieważ mój mąż notorycznie się ze mnie śmieje, że co chwilę coś upuszczam, zatem on do dzisiaj zna historię, że przełączyłam go na tryb samolotowy, podrzuciłam do góry i okazał się być najbardziej chujowym transformersem jakiego widziałam.
A że on mnie zna najlepiej, to nie ma powodów by tego nie łykać.
Poza tym od wielu lat mam ten sam model, co reszta zaprzyjaźnionych rodziców czyli "daj dzieciakowi nowy, a ten ja wezmę". I jest dobrze.
Ja w ogóle to jestem przeciwna pogoni za każdą nowinką techniczną, nie popieram ślepego konsumpcjonizmu i związanego z nim owczego pędu.
Siara wprost odwrotnie, przez co nawet zabawki moje dzieci mają na czasie i trendy.
I tak oto jak odpadła i się zgubiła głowa Daphne, a kot pogryzł ciało Action Mana, to mąż wczoraj Stiflerowi stworzył macochę Kim Kardashian bez peruki.
Dziś miał wypadek jeden ze Smerfów, a kot biega w pysku z gumową kaczuszką. Czuję, że jak ojciec wróci z pracy Stifler będzie miał do kolekcji figurkę Jarosława...