piątek, 26 lutego 2016

różne oblicza romantyzmu

KĄCIK ROMANTYCZNY
A jak kiedyś mówiłam znajomym, że jesteśmy romantyczni jak połączenie brzeszczota z pogrzebaczem, to nie wierzyli...
Oglądam z Siarą pierwszy sezon Wikingów. Główny bohater leży z żoną w łożnicy i opowiada, że śniło mu się, iż kaszankę mu na strawę przygotowała. 
-Cóż to znaczy?- pyta ona
- Że oddałaś mi swoje serce...
Se pomyślałam przy okazji, że ciekawe jakim odpowiednikiem organów jest jabłko i cebulka, bo ja tak kaszankę podaję. Ale nieistotne.
Ruszyło mnie to trochę więc z wyrzutem mówię do Siary, że on to nigdy nie jest taki romantyczny.
- No jak kurna nie, a kto Cię wczoraj wieczorem wziął na romantyczny spacer?
- Byliśmy w sklepie, bo Ci piwa zabrakło.
- Nieważne gdzie i po co byliśmy, ale niebo było piękne, rozgwieżdżone.
- Nie zauważyłam, nie mamy w samochodzie szyberdachu.
- No błagam, ślicznie było! A Ty mi z jakimś średniowieczem wyjeżdżasz. Serio byś tak chciała, taki dajmy na to pas cnoty?
- Oj tam, pas cnoty! A co z zamkiem miłości? Pilnikiem nadziei?Jedziesz, jedziesz z romantycznym tekstem. Tu i teraz.
Mąż mi spurpurowiał. Pomarszczył lico tęgo myśląc i trwał w stuporze dobre 10 minut. Nagle gębę rozpromienił, od razu widać było, że jakaś myśl mu przyszła. Spojrzał w moją stronę czule, napotykając bazyliszkowe spojrzenie spod przymrużonych oczu i z delikatnym uśmiechem powiedział:
- Śniło mi się, że podałaś mi na strawę lody, kobieto. A teraz koniecznie spytaj, co to znaczy!
Dziś rano zastałam na skrzynce maila od niego, coś tam o tym, że romantyzm ma różne oblicza, był też fragmentem piosenki Rubika:
"Niech mówią, że to nie jest miłość
Że się tylko zdaje im..."
no i linczek:
http://innemedium.pl/…/straznik-muzeum-w-usa-gwalcil-mumie-…

P.S. I jeszcze prywatą pojadę, jako że trwa konkurs na bloga roku, a ja z dziedziny "publicystyka" mam swojego faworyta:
Zante jest jak Madonna- można kochać, można nienawidzić, ale nie wypada nie znać. Zatem gorąco zachęcam Państwa do zapoznania się z blogiem i zagłosowania wysyłając sms o treści D11178 na numer 7124.
Koszt takiego sms to 1,23 PLN brutto (z VAT)
Zagłosować z jednego numeru telefonu można tylko raz.
Pieniądze z smsów trafią do Fundacji Dziecięca Fantazja, co jest niewątpliwie dodatkowym atutem i przemawia za tym, aby się szarpnąć.
O samym konkursie swojego zdania nie będę wypowiadać, bo ja mam takiego pecha, że coś tam sobie powiem, czy napiszę i od razu wieeeelka afera, a ja nie rozumiem później o co tyle krzyku.
Zupełnie jak wtedy, jak moja teściowa była na jakimś tam egzotycznym pokazie żmij wszelakich, a mnie się niechcący wyrwało:
- Mamusi to pewnie od razu Grand Prix dali!

niedziela, 21 lutego 2016

o starych

Gadam se z przyjaciółką o naszych starych. I ona się skarży, że jej całkiem młody jeszcze, a Alzheimera chyba ma w zaawansowanej postaci. Do sklepu pójdzie po chleb, się zgubi, wróci po trzech godzinach. W końcu dociera, okazuje się, że zamiast chleba ma olej. I że bałaganiarz straszny. I jak po coś sięgnie, to nigdy na miejsce nie odłoży i ona później musi, jak ten archeolog na wykopkach...no rozumiecie Państwo, zapewne o co kaman.
To ja ją pocieszam, że mój to trochę jak dziecko we mgle błądzi.
I przykład daję, że wczoraj na obiad miała być karkówka w sosie bbq, ziemniaki pieczone z dipem czosnkowym i fasolka szparagowa.
Jednakoż najmłodsze me dziecię załapało gluta, a w ślad za nim przyszły wieczorne gorączki, apetyt mu się nieco pogorszył i na brzuszek od czasu do czasu narzeka. Myślę se, że nie będę matką wyrodną, nie podam choremu dwulatkowi do żarcia karkówki ciężkostrawnej. Tym bardziej, że wczoraj o Bolku czytałam i miałam taki humor, że do obiadu wódkę zamierzałam także podać, ale nieważne...
Rosołek zatem osobno dla niego zrobię. Tak postanowiłam. Z lanymi kluseczkami.
Jako, że mąż mój jechał na zakupy- do funta, Lidla i Tesco- które są obok siebie, żeby nie było, proszę go, żeby kupił z tej okazji:
a)tescową mieszankę warzywną. Jedyną i absolutnie niepowtarzalną, która się na rosołek nadaje
b)osobno skompletował włoszczyznę w Lidlu
Albowiem musicie państwo wiedzieć, że Anglicy są szaleni i zamiast selera mają brukiew, a zamiast pietruszki- pasternak.
I tradycyjny polski rosołek na tych warzywkach smakuje jak idź stąd i nie wracaj.
No więc dzwoni Siara do mnie z Tesco, że jedynej i absolutnie niepowtarzalnej mieszanki warzywnej nie ma.
Widać inni też w sobotę rosołki robią.
Mówią mu zatem, że spoko i żeby poszedł do tego Lidla i sam tam skompletował co należy.
A on mi na to:
- W Lidlu już byłem. Nie będę się wracał. Co mam robić?
No, drodzy Państwo.....no, mili moi...ja rozumiem, że my na siebie oprócz "Siara i Rysia" pieszczotliwie mówimy "Stokrotka i
Powolniak" , ale, kufa, bez przesady.
No więc tłumaczę mężowi, żeby nie nadszarpywał mojego i tak słabego układu nerwowego, bo wejście do Lidla raz jeszcze to
nie ponadludzki wysiłek. A on nie jest Lady Gaga, na pewno go nie zapamiętali, a jak zapamiętali to i tak wątpliwa sprawa, że
będą gadać "o, to ten kretyn, co dwa razy w tej samej godzinie do Lidla wchodzi. tym razem po seler przyszedł".
Ale, ok.
Rozumiem obawy.
Na wszelki wypadek sama stanęłabym tym razem do innej kasy.
A on mi dalej:
- W Lidlu już byłem. Co mam robić?
I tu się w relacji zatrzymam i zwrócę z uprzejmym pytaniem do Panów, bo od koleżanek wiem, że nie on jeden taki zagubiony.
Na litość Bobra, jakiej odpowiedzi Wy wtedy od nas oczekujecie???
"O, już nie musisz do tego Lidla wchodzić, bo właśnie sobie seler z dupy wyjęłam.Czekaj, czekaj, pietruszka zdaje się też idzie..."
???
A potem padło moje ulubione pytanie:
- A ten seler, z tą pietruszką, to taki potrzebny?
- Do rosołu? Nie, a skądże! Tak sobie zamówiłam, bo kolekcjonuję, kurwa.
No więc się rozłączyłam, bo co będę się denerwować w taką ładną sobotę.
A że odbijanie połączeń też mnie wkurwia, to od razu za jednym zamachem wyłączyłam telefon.
Toteż, gdy wrócił, od progu miałam litanię...
- Czy ja się podczas rozmowy z tobą rozłączam?...
A, nie!
Wróć!
- Czy ja się podczas rozmowy z Tobą kiedykolwiek rozłANczam? Czy ja połączeń od Ciebie nie odbieram? Czy telefon wyłANczam jak dzwonisz?- albowiem musicie wiedzieć, że Siara wzburzony jest nieprzewidywalny językowo.
Ja się go spokojnie i równie retorycznie zatem pytam, wewnątrz przewracając oczami, jak mój nastolatek, gdy mu każę posprzątać
- Czy ja z Tobą gadam ze sklepu, jak pacjent dzień po trepanacji czaszki?
Coś tam jeszcze burczał jakieś absurdalne pierdoły,w tym też, że go nie słucham uważnie, ale nie wiem co dokładnie, bo nie słuchałam.
W każdym razie pytanie brzmi: czy Wy to znacie, kobiety?
Panów nie pytam, bo jakem za równouprawnieniem, tak uważam, że tylko żony powinny być uniewinniane za morderstwo męża w afekcie.
P.S.
Koniec końców przyniósł do domu tutejszą włoszczyznę.
Tą z brukwią i pasternakiem.
Karkówkę zamarynowałam. Jest na dzisiaj.
Wczoraj ugotowałam chłopom, w chuj niedobry, rosołek.
O dziwo, dzieciom smakował.
Siara zjadł go honorowo, z tym, że z nienawistną miną.
No, ale sorry Batory. Jakaś kara musi być.


piątek, 12 lutego 2016

o tym, że nie należy ścierać kurzu, jak mąż gra w tanksy

Nigdy nie zdradziłam mojego męża, ale sądzę, że w naszym wypadku wyglądałoby to tak:
- Kochanie, muszę Ci coś powiedzieć. Wiem, że będzie bolało. Tak bardzo żałuję... Zdradziłam Cię...
-Ale nadal mnie kochasz? Pójdziemy na terapię, jakoś to wszystko przetrwamy...
Są jednak życiowe sytuacje, w których byłabym na bank spalona.
-Kochanie, muszę Ci coś powiedzieć. Wiem, że będzie bolało. Tak bardzo żałuję... Sprzedałam Ci czołg w World of Tanks...
-Jak mogłaś mi to zrobić, zdziro jedna?! Nienawidzę cię! Pakuj się i wynocha, koniec z nami!!!
I żeby nie było- ścierając kurz zaproponowałam przecież "przerwij na chwilę, klawiaturę przetrę"!
Nie moja wina, że nie mówi tak szybko jak ja, a ja z zasady uznaję milczenie za zgodę. Toteż szybko przejechałam szmatą, jak Bobra kocham, no i dobra, możliwe, że faktycznie nieco mi się wcisnął shift. Tak troszeczkę.
Koniec końców Siara był w gruncie rzeczy niezwykle poruszony, zaskoczony, przerażony i nieco spanikowany.
Jednak on nie lubi dużo gadać, toteż wyraził wszystkie te emocje krótkim "dżizus, kurwa, ja pierdolę!", a później zainspirował
mnie do wyboru dzisiejszej złotej myśli, która brzmi:
Nie wszystko teściowa, co drze mordę.
P.S. Chciałam zaznaczyć, że ja się nie darłam.
Ja spokojnie poinformowałam męża, że posiadam wysoką kulturę osobistą.
I godność.
I paralizator, który mi sam kupił.

środa, 10 lutego 2016

Na religioznawstwie

Na religioznawstwie dzieci w szkole Szarej Eminencji opisują jakie święta i w jaki sposób obchodzi się w ich domach. Przychodzi kolej na Szarego:
- ....a 25 grudnia obchodzimy "Święta". Jesteśmy ateistami, ale moja mama to chyba wierzy, że kiedyś tego dnia urodził się ...ten....yyyyyyy.....no moja mama ma bzika na Jego punkcie....eeee.....i cytuje Go często, i mówi tacie, że powinien słuchać Jego słów, bo w nich jest cała życiowa mądrość...hmmm....zapomniałem jak On się nazywa...
-Jezus?- nieśmiało podpowiada nauczyciel.
-Nie, nie Jezus. Tego bym pamiętał. O, wiem! BRIAN!!!
Kurtyna.
P.S. Skąd o tym wiem?
Wczoraj, jak odbierałam syna ze szkoły, najbardziej wyluzowana (i tym samym moja ulubiona) część rodziców odśpiewała mi fragment piosenki...

sobota, 6 lutego 2016

dlaczego nie bijemy dzieci

Godzina 10:45. 
Jestem już po półgodzinnym wykładzie dotyczącym sprzątania pokoju, które skwitowane zostało przewróceniem oczu na drugą stronę, po którymś razie, gdy Don Juan chciał po prostu nimi tylko wywrócić.
Później chciałam zrobić pranie i po tym jak weszłam do łazienki, kolejne 20 minut zajęło mi tłumaczenie Szarej Eminencji, że wrzucić brudne ciuchy do kosza, to nie to samo, co rzucić je na/obok niego. 
Szary z pokorą wysłuchał, bo on zawsze słucha z zaangażowaniem i pokorą, po czym doniósł grzecznie resztę ciuchów do prania, wsadzając je już bezpośrednio do pralki.
Prosto spod łóżka.
Wstawiłam więc pranie.
Siebie też miałam ochotę wstawić, ale nieważne.
Zamiast tego postanowiłam wrócić do zimnej kawy.
-Nie róbcie tego!
-Musimy!
-Nie musicie!
-Musimy!
PLUM!
PLUM!
PLUM!
To ludziki lego, po krótkim dialogu zaaranżowanym przez Stiflera, skakały do mojej kawy.
Odsunęłam zamaszystym ruchem najmłodsze dziecię, wstawiłam kawę do mikrofalówki, a co se będziemy udawać Francję-elegancję i wytwornych kawoszy, skoro 2 minuty wcześniej i tak paluchami wyciągałam z niej zabawki. Kawa odgrzana w mikrofalówce jest prawie tak samo dobra jak świeżo parzona. Każda matka o tym wie.
W końcu usiadłam, popatrzyłam Siarze w oczy i powiedziałam:
-Przypomnij mi, dlaczego my ich właściwie nie bijemy?
-Bo podnosząc rękę musielibyśmy odsłonić pachwiny.
I tyle w temacie.

piątek, 5 lutego 2016

KĄCIK EMIGRANTA, z cyklu "ale jak ci się żyje w Anglii, ale tak na serio". Część druga. Angielska szkoła (część pierwsza, bo w odcinkach będzie ;) )

Mam rzut na angielską szkołą z poziomu primary (Szara Eminencja), czyli naszej podstawówki i secondary (Don Juan), znaczy gimnazjum.
Obie szkoły diametralnie się różnią podejściem do ucznia.
Pamiętam, jak po przyjeździe tutaj, gdy wypłynął temat szkoły, ktoś z Państwa napisał, że dzielą się one na takie, które dbają o dzieci emigrantów, pomagają im w asymilacji, sprawdzają postępy, itd. oraz takie, które dzieci emigrantów sadzają w ostatnich ławkach, zostawiając je samym sobie.
Podstawówka Szarego jest stosunkowo niewielka, kameralna, mieści się w dwóch budynkach. Personel jest niesamowicie życzliwy, zaangażowany. Żaden uczeń nie jest w niej anonimowy. Dużo się w dzieje, zajęcia są uatrakcyjniane.
Gimnazjum Don Juana jest wielkie, nowoczesne i, jak się powoli okazuje, fajne głównie z zewnątrz. Nauczyciele absolutnie nie radzą sobie z rozwydrzonymi dzieciakami i młodzieżą. System kar za przewinienia jest farsą.W szkole panuje istna samowolka. Mam wrażenie, że kadra nie panuje tu nad niczym. Pamiętacie jak pisałam o A., koledze Don Juana, z Rumunii?
Gdy A. przyszedł do szkoły, trzy miesiące temu, nie dostał loginu i hasła do doodle learn- systemu umozliwiającego odrabianie dzieciom 90% prac domowych. Zatem przez trzy miesiące dzieciak sobie w ogóle lajcikowo prac domowych nie odrabiał. Aż pewnego dnia rozmawiałam z mamą A. i spytałam ją właśnie jak syn radzi sobie z doodle. No i się rypło. Tymczasem przez trzy bite miechy żaden nauczyciel się nie zainteresował, nie miał pytań, czy zastrzeżeń. Podobnie jak nikt nie zainteresował się faktem, że A. nie dostał własnej szafki. Mój syn dobrowolnie zaproponował mu dzielenie swojej. Matka od kilku tygodni nie może się doprosić spotkania z dyrektorem. Dyrektor nie odpowiada też na moje maile, a po tym, jak Don Juan został nazwany na lekcji przez jednego kolegę z klasy "polskim chujem", mam do niego parę pytań. Generalnie ani A., ani mojego syna, który na dobrą sprawę nie chodzi jeszcze nawet pełnego roku do angielskiej szkoły, nikt nie raczy choćby okazjonalnie spytać, czy rozumieją na lekcjach. Jak sami zgłoszą, że czegoś nie rozumieją- ich problem. Dzieci są pozostawione same sobie. Szkoła jest pełna przemocy słownej i agresji. Wśród uczniów, rzecz jasna. Według ofsted oceniana jako "good". Jak tu wyglądają zatem szkoły oceniane jako słabe? Zapewne strach się bać.
Dziś, za około dwie godziny, okupujemy z matką A. sekretariat. Postanowiłyśmy, że będziemy siedzieć tam tak długo, aż dyrektor zaszczyci nas audiencją. Jak się nie pojawię na fejsie do 17- przyślijcie mi do pierdla paczkę z czekoladą i zadzwońcie do ambasady, co łaska Emotikon wink
Jakie mieliśmy pierwsze wrażenia dotyczące angielskiego szkolnictwa opisywałam Państwu niemal rok temu na blogasku.
Obecnie moje odczucia są bardzo ambiwalentne. Uważam, że z jednej strony nie tylko angielskie dzieci powinny korzystać z doświadczenia tutejszego szkolnictwa- Polacy też sporo dobrych rzeczy mogliby z niego wynieść, a z drugiej strony- rodacy, w razie czego, absolutnie nie dajcie se wcisnąć wszystkiego.
Zacznijmy od tego, CO POWINNIŚMY BEZWZGLĘDNIE Z ANGIELSKIEJ SZKOŁY ZERŻNĄĆ. W 13 punktach:
1) SZACUNEK DO DZIECI
W angielskiej szkole najważniejsze jest dziecko.
Niby oczywista oczywistość, a jednak nie, psze Państwa, bo ręczę, że osobiście widziałam szkoły, polskie wprawdzie, gdzie najważniejsi byli nauczyciele. Ksiądz katecheta. Pani dyrektor. A
nawet rodzicielska trójka klasowa, czy tam szkolna.
Gdy byliśmy z pierwszą, zapoznawczą wizytą w naszej podstawówce przygotowałam sobie przemówienie. Przepłukałam gardło, zrobiłam to mi-mi-mi-mi-mi, żeby przygotować struny głosowe, po czym... nie dano mi dojść do głosu z dobrą godzinę. Ja miałam milczeć Emotikon smile Czysty sadyzm! Pani dyrektor wraz z panią menadżer rozmawiały przede wszystkim z moimi dziećmi. Opowiedziały jak nauka w angielskiej szkole wygląda, pytały o różnice, o to jak wygląda nauka w polskiej szkole. Pytały czego dzieci oczekują, czego się obawiają, co lubią, a czego nie lubią. Opowiadały co mają im do zaoferowania. Ja miałam tam być niemym świadkiem. Miałam wyciągać stosowne wnioski. Dopiero, gdy skończono rozmawiać z najważniejszymi osobami w pokoju- moimi dziećmi, panie przeszły do rozmowy ze mną. Oprowadzono nas po szkole, zapewniono o bezpieczeństwie, wsparciu, wysokim poziomie, licznych atrakcjach, przedstawiono oczekiwania wobec rodziców, itd.
W angielskiej szkole rodzic jest dodatkiem do dziecka. Nie odwrotnie.
Obrażanie dziecka w stylu, w jakim robiła to np. matematyczka ze SP nr 21 w Gdyni, wyzywając uczniów od grubasów i debili, byłoby tu niedopuszczalne. Nie sądzę, aby ktoś taki przepracował choćby tydzień.
Żałuję, że nie mogę nagrać Państwu jak wygląda wręczenie nagród w tej szkole. Albo apel z jakiejś tam okazji, na który zaproszeni są rodzice.
Otóż rodzice siedzą tradycyjnie na krzesłach, dzieci naprzeciw- na podłodze. Pani dyrektor między nami. Zawsze ustawia się bokiem do rodziców, tym samym- bokiem do dzieci. Przemawia wyłącznie do dzieci. Nie usłyszycie Państwo wyświechtanych fraz w stylu "pragniemy przekazać pewne wartości i wpoić je naszej młodzieży...", usłyszycie za to "cześć, moi drodzy, jak wam mija dzień? Jestem niesamowicie dumna z waszych osiągnięć. Zanim odznaczymy tych, którzy szczególnie wykazali się w tym tygodniu, chciałabym porozmawiać z Wami o bezpieczeństwie w sieci. Kto wie, co możemy zrobić, aby być bezpiecznym w sieci?". No i dzieci się zgłaszają, dyrektorka rozmawia z nimi, wymienia się uwagami, pyta, żartuje. Owszem, czasem puści do rodziców oko przy jakimś podchwytliwym pytaniu, czasem spyta retorycznie o coś i nas, ale my stanowimy tylko tło. Jesteśmy wyłącznie widownią, która ma patrzeć, słuchać, cieszyć się wraz z dziećmi z ich sukcesów i wyciągać własne wnioski z tego co zobaczy i usłyszy.
Czy wspominałam, że przed uroczystościami w szkole Don Juana rodzice częstowani są winem/szampanem, przekąskami i mogą swobodnie porozmawiać ze sobą, czy też nauczycielami?
To, co najbardziej lubię w angielskim personelu szkolnym to:
2) BRAK KIJA W DUPIE
Na serio nie ma to znaczenia, czy rozmawia się z panią dyrektor, z panią sekretarką, czy z panią woźną. Wszyscy są równie życzliwi, równie swobodni i pozbawieni tego naszego narodowego kija w dupie.
Wiecie co mnie jeszcze urzeka- muzyka puszczana w szkole, śpiewana przez dzieciaki na apelach, przy wszelkich uroczystych okazjach.
Dam Wam linka do tego, co śpiewały dzieci kończące rok 6, tym samym opuszczające podstawówkę, na uroczystym pożegnalnym apelu-https://www.youtube.com/watch?v=RgKAFK5djSk
A przy tej piosence rozdaje się szkolne nagrody-https://www.youtube.com/watch?v=y6Sxv-sUYtM
Dzieci nie śpiewają tu piosenek. One przekazują swoje emocje poprzez muzykę. Same wybierają utwory, które odpowiadają okolicznościom, wyrażają ich uczucia.
I to jest zajebiste.
Zawsze uważałam, że masa 8, czy tam obecnie 6-klasistów, śpiewająca na koniec szkoły "żegnaj szkoło, do widzenia koledzy i nauczyciele, witaj lato, zaczynają się wakacje, słońce świeci, motylek lata, tralalalala" jest porównywalna jedynie z masą ludzi na mszy w polskim kościele. Jedni i drudzy klepią durne teksty do tragicznych melodii, a poziom utworów wskazuje, że ich twórca był też twórcą muzyki disco-polo.
3) ROZBUDZANIE KREATYWNOŚCI, UCZENIE TWÓRCZEGO MYŚLENIA, NABYWANIE WIEDZY I UMIEJĘTNOŚCI PRAKTYCZNYCH
Znacie metodę nauczania według Marii Montessori, która stawiała na twórcze i logiczne myślenie? Wiecie, nauka przez zabawę.
Wychodzi na to, że Anglicy też ją znają Emotikon wink
Od ponad roku moje dzieci nie uczyły się ani jednej formułki. Nie ryły nic na blachę. Codziennie za to dostarczana jest im wiedza praktyczna, codziennie przeprowadzają doświadczenia. To czego się uczą jest dla nich namacalne, logiczne, zobrazowane i przekazane bez zbędnego nadęcia i pierdyliarda słów.
Oni nie czytają o procesach chemicznych- każdy dostaje kolbę, odczynniki, palnik, ustną instrukcje i jedzie z koksem.
Oni nie oglądają schematów bezkręgowców. Co środę przynoszą do szkoły stare ciuchy i buty i tak ubrani idą na dziedziniec szkolny szukać dżdżownic do obserwacji, czy innego dnia- poznawać rośliny, budować szałas.
Naprawdę sporo można by tu pisać.
Są to zupełnie inne, od znanych mi polskich, metody nauczania.
4) SZKOŁA I KADRA DOSTOSOWANA DO POTRZEB DZIECI
Widzieliście w jakiejś polskiej szkole pokój do wyciszenia się? Salę z grami i dyżurująca nauczycielką, która pobawi się ze znudzonym dzieckiem na przerwie, jeśli nie będzie miało ochoty robić nic innego?
W ogóle widzieliście kiedyś nauczycieli, którzy na przerwie, podczas swojego dyżuru, bawią się np. w berka z dziećmi?
No właśnie
5) ZAJĘCIA DODATKOWE
Szara Eminencja obecnie chodzi na kółko szachowe i piłkę nożną.
Don Juan już nie chodzi na mandaryński, gdyż ma w tym czasie naukę gry na pianinie, obecnie chodzi jeszcze na francuski + kółko sportowe- kosz i/lub rugby. Kółka chłopcy wybrali sobie sami. Są darmowe.
Do wyboru mieli poza kółkami przedmiotowymi, choćby kółko fotograficzne, czy też karate.
6) 10 MINUTOWE WYWIADÓWKI
Wspaniała rzecz!
Dostajecie Państwo z miesięcznym wyprzedzeniem karteczkę z dwoma/trzema terminami do wyboru i pełną rozpiętością godzin. Np. w poniedziałek można się spotkać z nauczycielem od 10-13, we wtorek od 14- 17, w piątek od 17-20. Państwo se pykacie na karteczce ptaszka przy dniu i godzinie, która Wam najbardziej pasuje (np. wtorek, godzina 15) i nauczyciel, za kilka dni, daje Wam przez dziecko karteczkę zwrotną z dokładną datą (wtorek, 15:20-15:30).
I teraz najlepsze- dobrze widzicie, całe spotkanie trwa 10 minut (można poprosić o więcej czasu)!
Przez 10 minut, wraz ze swoim dzieckiem, słuchacie głównie pochwał, o tym, nad czym dziecko musi popracować, a na koniec zostają zadane Państwu (i dziecku) pytania w stylu "czy chcecie o czymś porozmawiać?", "czy jest coś, co szkoła może dla Was zrobić?", "czy macie jakieś zastrzeżenia?".
Państwo nadążają?
Żadnych omawianych przez dwie godziny problemów z psychiką Jasia B., który dziabie inne dzieci wystającymi jedynkami. Żadnych matko- i ojco-czopków w stylu "oho, a nasza pani Basia znowu odmłodniała przez to półrocze! No moja Kasia to wpatrzona w panią, jak w obrazek! ".
Żadnego wysłuchiwania o zbliżającym się apelu, srapelu, wycieczce, dyskotece i innych takich, gdyż istnieje tu na co dzień.....
7) ZAJEBIASZCZA KOMUNIKACJA MIĘDZY SZKOŁĄ A RODZICAMI
Moje dziecko idzie na wycieczkę.
Od miesiąca dostaję przypomnienia mailem, smsem, listownie i mogę o tym przeczytać w gazetce wydawanej przez dyrektorkę szkoły, a wychowawczyni rozsyła przypomnienia na class dojo. Class dojo (istnieją różne portale, funkcjonują od przedszkola) to taki fejs dla nauczycieli i rodziców. Dostaje sie do niego login i hasło, które automatycznie przyporządkowuje Państwa do konkretnej klasy. Możemy na nim wysłać prywatną wiadomość do nauczycieli poszczególnych przedmiotów, można rozmawiać z wychowawczynią, z innymi rodzicami, nauczyciele wstawiają zdjęcia z życia klasy i w ogóle fajna sprawa. Ja na ten przykład, po urodzinach Szarego, dostałam od wychowawczyni wiadomość "dziękujemy za babeczki, byly pyszne, a minki zabawne".
Tak, chodziło o szturmowców, których Państwu pokazywałam. Tak, "minki".
Odchorowałam to już, nieważne.
Co tydzień pojawia się procentowe podsumowanie wyników w nauce dziecka. Można zobaczyć też ze szczegółami wszelkie plusy i minusy minionego tygodnia.
Dzieciaki także maja swój login, ale niestety nie wiem jak to działa od ich strony, bo Szara Eminencja nie daje mi zobaczyć, a jego hasło to jednak nie "dziennik cwaniaczka" Emotikon wink
Mojego dziecka nie ma w szkole, najdalej o 9:10 (zajęcia zaczynają się o 8:50)- dostaję smsa i maila "Twojego dziecka nie ma w szkole. Skontaktuj sie z nami i powiedz nam, co się dzieje". Nie zrobię tego przez najbliższe kilka minut -zadzwonią sami.
Nie wiem, jak Państwu inaczej intensywność tych kontaktów opisać....
Mieliście kiedyś, Państwo, niespłacany kredyt w Providencie?
8) PARENT PAY
Działający 24/7 system płatności rodzicielskich.
Loguję się na niego i widzę dwa konta moich dzieci. Widzę ile każdy z nich ma na tym koncie i za co powinnam zapłacić. A można zapłacić dosłownie za wszystko- za obiady, wycieczki, zdjęcia klasowe, itd.
Żadnego upokarzającego biegania do przewodniczącej trójki klasowej, pani Bogusi, z tekstem "to ja w przyszłym tygodniu zapłacę, bo mój stary teraz drugi tydzień roboty nie miał i wie pani jak to jest...".
Żadnego żenującego wysłuchiwania od tejże pani Bogusi na najbliższym zebraniu "no cóż pani profesor, nie wszyscy wpłacili jeszcze na wycieczkę", pauza,tu wbity wzrok (pani Bogusi, a za nią połowy klasy) w konkretną osobę.
Kwestia rozliczania się jest tu kwestią wyłącznie między rodzicem a szkołą.
Pełna dyskrecja.
Aaaaa i można wejść pod kreskę. Nic się nie dzieje. Sprawdziłam przypadkiem, jak w zeszłym roku zapomniałam w jednym tygodniu zapłacić chłopakom za obiady;)
9) MOTYWOWANIE UCZNIÓW
Posiadam dwie teczki dyplomów i odznaczeń moich dzieci.
W szkole u Szarego odbywa się co tydzień apel, gdzie wybiera się "gwiazdę tygodnia". Imię dziecka, które w jakikolwiek sposób zrobiło coś wyjątkowo fajnego w szkole, wisi przez cały ten tydzień na honorowym miejscu w stołówce. Wśród "gwiazd" losowane są co jakiś czas nagrody- tym sposobem Szary miał ostatnio zasponsorowane dwie godziny w sali zabaw wraz z posiłkiem dla siebie i dowolnego kolegi, dostał bilety do kina, itd. Co tydzień wśród dzieci o 100% frekwencji losowane są upominki- naklejki, drobne zabawki, przybory szkolne, itd.
Raz w roku- rower.
Zewsząd słychać "dasz radę", "wierzymy w ciebie", "będziemy cię wspierać", "świetnie ci idzie".
Dzieciaki stale są chwalone, motywowane i nagradzane.
No i jeszcze chwalone, motywowane i nagradzane.
I chwalone.
10) BEZPIECZEŃSTWO I OCHRONA DANYCH
Szczęśliwie moje dzieci przez pewien czas chodziły do tej samej podstawówki, co ich mama. Nieszczęśliwie zmieniono dyrektorkę, kilku fajnych nauczycieli zastąpiono nowymi, kilku innych zostało.
Pani woźna Grażynka, trwała oczywiście nieustannie na swoim stanowisku, posturą i mentalnością przypominając nadal górę lodową, o którą rozpierdolił się Titanic.
Poklepałam zatem swego czasu me pociechy po ramionach i rzekłam "niech Moc będzie z Wami! Najwyższy czas, aby następne pokolenie bało się pani Grażynki!".
Jej usposobienie doceniłam dopiero, gdy w naszej podstawówce wprowadzono nowoczesny system zabezpieczeń przed pedofilami i innym porypańcami, polegający na otwarciu drzwi od kanciapy pani Grażynki i usadzeniu jej samej w okienku, z grubym (jak ona) kajetem, by mogła obserwować i zapisywać wchodzących do szkoły dorosłych.
Atmosfera w przedsionku zrobiła się wykurwista.
Nikt do nikogo się nie odzywał i nawet mucha bała się pierdnąć.
Za każdym razem, gdy przychodziłam po moje najmłodsze wówczas dziecię, czyli Szarą Eminencję, pani Grażynka najpierw paraliżowała mnie wzrokiem, później łaskotała moje wrzody, patrzyła na mnie spod przymrużonych badawczo powiek, grzebiąc wyraźnie w odmętach pamięci i po chwili wołała mnie po panieńskim nazwisku tekstem "Iksińska, chodź no tutaj wpisać się do dziennika, bo muszę wiedzieć kim jesteś".
Tak se myślałam czasami, że człowiek prędzej przeżyje czołowe zderzenie z rozpędzonym pługiem śnieżnym niż z wkurwioną panią Grażynką, zatem żyłam w błogim przekonaniu, że nasze dzieci są bezpieczne, gdy tymczasem Anglia rozpostarła przede mną:
-2 metrowy płot z bramą na domofon, aby wejść na dziedziniec szkoły
-domofon, aby wejść do przedsionka
-kolejny domofon, aby dostać się na korytarz
-system zabezpieczeń na nauczycielską kartę, aby wejśc do jakiegokolwiek pomieszczenia w szkole
-wyjść też swobodnie nie można, zewsząd trzeba zostać wypuszczonym
-monitoring absolutnie wszędzie, chyba tylko poza łazienkami
-absolutny zakaz (pod groźbą pozwu) wstawiania do Internetu, w tym na portale społecznościowe, zdjęć ze szkoły własnego dziecka, na ktorych widnieją inni uczniowie i da się ich rozpoznać.
"Prawie" czyni różnicę.
11) MUNDURKI I SZAFKI
Mówcie sobie co chcecie, ale mundurki to dobra rzecz.
Eliminują szkolną rewię mody i uczą, jak to mówiła dyrektor mojej szkoły (tak, tak, chodziłam do mundurowego LO), "swobody w noszeniu garnituru/garsonki".
A poza tym dzieci wyglądają zwyczajnie ładnie i schludnie.
Nawet gdy, jak mój syn, wracają notorycznie uwalone błotem, gdyż grają w nich na długiej przerwie w piłkę, z zaciętością Krystyny Pawłowicz broniąc bramki...echhhhhh
Do szafek nikogo chyba nie muszę przekonywać. Choć wiem z autopsji, że coś drga w temacie. W gdyńskiej szkole mój starszy syn też miał szafkę. On i jego dwaj koledzy, bo jedna mała szafka dzielona była na trzech uczniów. Czyli jak zwykle- coś tam ściągniemy z zachodu, ale na miarę polskiego budżetu...podwójne "echhhh...."
12) NIEODPŁATNE PRZYBORY SZKOLNE, KSIĄŻKI, ZESZYTY+ BRAK KLASOWEGO I INNYCH DATKÓW CIĄGNIĘTYCH Z KIESZENI RODZICÓW
Do tej pory płaciłam w angielskiej szkole za: obiady, szkolne zdjęcia, wycieczki, zrzucałam się na pantomimę, wyjście do teatru, itp. . Z początkiem roku szkolnego moim obowiązkiem jest skompletować dziecku pełne umundurowanie+ strój na wych-fiz, buty na zmianę, plecak. W szkole ponadpodstawowej doszedł piórnik z wyposażeniem typu: długopis, ołówek, gumka, temperówka, kredki, przybory geometryczne. To wszystko.
13) BRAK LEKCJI RELIGII
Owszem, jest przedmiot taki jak religioznawstwo, ale dzieciaki poznają podczas tych zajęć różne religie i o każdej mówi się z szacunkiem i po równo. Poza tym jest on połączony z etyką i filozofią, co jest dodatkowym plusem.
Żadnej indoktrynacji.
Żadnego prania młodych mózgów.
Piękna sprawa.
******************************************************
No dobra.
Jutro (lub nie jutro, jak tam mi czas pozwoli w każdym razie) napiszę Państwu o tym czego, moim zdaniem, powinniśmy się nauczyć na angielskich błędach i czego się rękoma i nogami wystrzegać.
Tymczasem wrzucę jeszcze zdjęcia Szarego i Don Juana podczas odbierania nagród szkolnych. 




No i Stiflera pozującego ze szkolnej sceny wrzucę. 

I siebie, jak się patrzę z zachwytem na moje dzieci z widowni <3


Emotikon heart
A co se będziemy żałować!

czwartek, 4 lutego 2016

artysta

Dziś o tym, jak ważna jest dobra komunikacja między rodzicem a dzieckiem.
Od około pięciu minut nikt w domu nie krzyczał, nie biegał i nie wydawał dziwnych odgłosów. Nikt nie był motorówką, samochodem i dziobakiem. 
Tak, dziobakiem.
"Takim malutkim".
Nikt nie tańczył, nie śpiewał i nie zadawał podchwytliwych pytań.
Zaniepokojona udałam się na poszukiwanie mojego najmłodszego dziecka.
Stiflera zastałam w pokoju Szarego, na podłodze, w kucki, pochylonego nad kartką.
W ręku trzymał kredkę.
Podniósł tylko na mnie nieco wzrok i zaraz wbił oczy na powrót w kartkę. Na jego twarzy malowało się tyle emocji, widać było ciężką pracę, wenę twórczą, najwyższe skupienie...
-Zostaw mnie, mamo. Tworzę. Drzwi zamknij.
-Jak te dzieci szybko rosną!- pomyślałam- Jeszcze niedawno gugał do swoich rąk ku uciesze braci, którzy mieli go za intelektualną amebę, a teraz, psze Państwa, on "TWORZY"! Mój mały artysta! Mój duży chłopczyk...
Zostawiłam. Drzwi zamknęłam. I trzy minuty później usłyszałam
-Mamooooo, przyjdź już, stworzyłem kupę w majtki!
Ja pierdolę.
Oto macierzyństwo pełną gębą, w te piękne czwartkowe przedpołudnie <3