piątek, 30 września 2016

behind blue eyes

Dziś był dzień Vadera.
Nie lubię dnia Vadera, bo mój najmłodszy syn głównie chodzi i sapie, a ja muszę popierdalać w nausznikach. No bo jak on jest Vader, to ja jestem Leia. Proste, nie? I, jako że na miejsce w przedszkolu nadal czekamy (drudzy pod kreską), poszliśmy sobie do children`s centre, coby dziecko się socjalizowało z innymi dziećmi i przestało tęsknić za Hubertem Grzybem.
W children`s centre okazało się, że mają dzień piosenki.
Hurra! Jak ja kocham karaoke!
Kiedyś Państwu wstawię filmik, jak to Stifler wyje jak śpiewam. To jest mój „Kevin sam w domu” wśród znajomych. Wszyscy widzieli. Każdy współczuł już moim dzieciom.
Każdy z kim byłam na karaoke współczuł też sobie. Starczy powiedzieć, że Mandaryna przy mnie to Mariah Carey.
Ale nie! Oto matki mają wolne! Dzieci będą śpiewały.
Mała, ruda dziewczynka sepleni „Wheels on the bus”. Poznaję głównie po tym, że pomaga sobie pokazując jak się kręcą koła. Następnie chłopczyk- "Itsy bitsy spider". Mały brunet- nic nie śpiewa, zaczyna wyć i się tarzać po ziemi.
-A może Eli chce wystąpić?- zwraca się do mojego syna animatorka, której twarzy nie widać spod makijażu
-Kochanie, pani prosi, żebyś teraz Ty coś zaśpiewał. Zaśpiewasz?- pytam Stiflera
-Dobra- zgadza się chętnie, bo Stifler w swojej głowie jest „gwiazdą, gwiazdą, ludzi fantazją, wyzwala zazdrość”, itd. No więc wstaje i zaczyna:
„Boli mnie głowa i nie mogę spać ,
chociaż dokoła wszyscy już posnęli.
Nie mogę leżeć a nie mogę wstać,
mija ostatnia nocka w mojej celi…”
-Czekaj, kochanie- przerywam mu- Maleńczuk jest bardzo fajny, ale może zaśpiewałbyś coś dla dzieci? Może coś po angielsku? Wiesz, Humpty Dumpty, Finger Family i te sprawy...
- No dobra- stoi, myśli- A mogę to, co śpiewa Alicia?- pyta w końcu
Tu się należą Państwu wyjaśnienia, że Alicia to nasza 10-letnia sąsiadka zwana przeze mnie „dziecko kukurydzy”. Kto czytał ten horror Stephena Kinga, ten wie o co biega. Reszcie powiem w skrócie, że Alicia to ten typ, na który starsze panie z dezaprobatą kręcą głową, cedząc przez zęby z pogardą „no tak, bezstresowe wychowanie”.
Alicia śpiewa całymi godzinami, dniami i tygodniami głównie „Hello” Adele. Śpiewa coś tam jeszcze, ale się nie wsłuchiwałam. Tak mnie się przede wszystkim skojarzyło.
Skąd to wiem?
Bo jak drze mordę, to u nas, po „other side”, słychać. Zwróciłabym jej uwagę, ale ze dwa tygodnie temu widziałam, jak leżąc przed drzwiami, na ziemi, rzucała własnymi butami w matkę, wyzywając ją od dziwek, toteż dochodzę do wniosku, że mi jednak nie przeszkadza. Zresztą kumpela ostatnio na tablicy na fejsie pisała, że sąsiadka jej mamy drze z kolei mordę, że „kent liw łidałtju” więc ostatecznie to ja już tą Adele wolę.
- Może Humpty Dumpty? Bardzo ładnie umiesz to zaśpiewać – spróbowałam negocjować
- Może to, co Alicia śpiewa, tylko to albo nic- powiedział Stifler, z taką miną jakby był z PiSu, a ja bym mu chciała zabronić mówić „to wina Tuska”
-Dobra, dajesz- odparłam. Wyprostowałam się, uśmiechnęłam. Spojrzałam na wszystkie matki, żeby się upewnić czy słuchają i żadna nie gada. Jeszcze bym zdążyła opieprzyć, zanim by wystartował. Na ich szczęście-pełne skupienie, wszystkie oczy zwrócone na mojego syna. I właśnie wtedy mój mały, słodki trzylatek, z buzią aniołka, łamanym angielskim, acz na tyle wyraźnie by zrozumieć, zaczął:
I took a pill in Ibiza (wziąłem pigułę na Ibizie)
to show Avicii I was cool (żeby pokazać Aviciiemu, że jestem fajny)
And when I finally got sober, felt ten years older (kiedy w końcu wytrzeźwiałem, czułem się 10 lat starszy)
But fuck it, it was something to do (ale pieprzyć to, to trzeba było zrobić)
Dalej nie znam-skończył
-Nic nie szkodzi kochanie, nawet lepiej- odparłam spokojnie, starając się opanować drżenie opadniętej powieki.
Sodomia i Gomoria, no mówię Państwu.
Pisałam już, że od Mikołaja chcę piersiówkę?
Będę se, kufa, siedzieć w kąciku, w tych jebanych nausznikach i pociągać. Może lepiej te wszystkie sale zabaw zniosę…
W domu opowiedziałam o tej wtopie reszcie chłopaków, którzy obiecali mi pomóc.
-Znaleźliśmy kompromis- pół godziny później optymistycznie stwierdził Szara Eminencja, po czym zawołał- Stiiifler, chodź, zaśpiewaj mamusi.
No i wszedł zresocjalizowany Stifler. I zaśpiewał:
No one knows what it`s like, to be the Batmaaaan,
To be the Sandmaaan,
Po czym spojrzał mi głęboko w oczy i dokończył:
behind blue eyes...
Toteż postanowiłam zostawić Was z Limp Bizkitz. I z klątwą.
Jeśli ktoś tego do tej pory nie znał, jak ja, to teraz już zawsze, gdy w radiu będzie leciała ta piosenka, będzie słyszał cholernego Batmana i pieprzonego Sandmana. I tak jak ja, nie będzie mógł się wczuć, żeby smutno zaśpiewać. Nie dziękujcie  


2 komentarze:

  1. Nie znam angielskiego, więc nie wiem jaki kompromis "wokalny" wynaleźli Twoi mężczyźni, ale podziwiam odwagę najmłodszego, że chciał śpiewać publicznie. Pozdrowienia dla wszystkich.

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...