piątek, 29 lipca 2016

o moim rwaniu i roztrzęsieniu Siary

W poniedziałek to rwanie ósemki miałam. 
W gabinecie siedziałam 30 minut, z czego sama ekstrakcja zajęła 30 sekund. Podpisałam tonę papierów wnikliwie sprawdzając, czy nie zostaję cudzym żyrantem oraz jak jest „nerka” po angielsku i „przeszczep organów”, bo z natury nieufna jestem. Chirurg był jakby stworzony do rwania. Po dwa metry- wzrostu i w obwodzie. Pogadaliśmy sobie o mojej arytmii, astmie, uczuleniu na jod, że nie wstrzyknie mi botoksu, bo to nie ten chirurg, o tym, że z 10 tysięcy rwań ósemek miał 10 przypadków paraliżu nerwów na amen, żebym się rozluźniła i że na pewno botoksu nawet nie ma, nawet dla znajomych i krewnych i mogę przestać rozciągać kurze łapki pokazując o jaki efekt mi chodzi.

Później spytał czy jest ok, że znieczulenie będzie w dwóch zastrzykach. I okazało się, że mnie oszukał, bo jeden zastrzyk w dziąsło dostałam normalnie, a policzek to mi nastrzyknął w trzech miejscach. Wiem, bo liczyłam do naklejek za dzielność, ale i tak mi nie dał więc śmiało można rzec, że zostałam oszukana podwójnie.
Dalej to się nachylił, wbił mi coś w zęba, wyjął to coś zakończone innym czymś całym we krwi, asystentka zaczęła majstrować mi przy buzi, a lekarz sobie wyszedł. 

-Mój Bobrze, zaczęło się- pomyślałam sobie- Poszedł zwymiotować. 

No więc siedziałam tak, po jednej stronie ze sztywną gębą i czekałam aż wróci, podczas gdy rzeczona asystentka sprzątała gabinet, w międzyczasie dwukrotnie do buzi mi zaglądając i coś tam mówiąc, ale postanowiłam nie dociekać.  Zaniepokoiło mnie, gdy zgasiła nade mną lampę, ale sobie pomyślałam, że teraz ultrafioletem pojadą czy też inne stroboskopy wyjmą. Ja tam się na ekstrakcjach w końcu nie znam. A później to już się wprost spytała, czy mogę też sobie iść. Odpowiedziałam jej, że „uhm” i zdziwiona w cholerę sobie poszłam. Na poczekalni stał mój lekarz i rozmawiał z recepcjonistką, gdy mnie zobaczył, to spytał czy wszystko ok, a ja chciałam wprawdzie powiedzieć, że nie, bo mdli mnie jak diabli, jak zresztą zawsze po znieczuleniu, ale z połową zesztywniałej buzi stwierdziłam, że „uhm” i jemu musi wystarczyć. Podaliśmy sobie ręce, on się uśmiechnął, ja zmrużyłam oczy, bo nie dał mi naklejek, a widziałam, że ma na biurku w kubeczku po jogurcie i poszłam. 

Wróciłabym do domu, ale miałam w bagażniku dwie badziewiary ( jak jesteście nie z mojej dzielni to już tłumaczę- duże siatki/torby, w których kiedyś przynajmniej panie na bazarach przenosiły swój towar z auta na stoiska. Moje były z Ikei i Sport Direct- to już tak w ramach ciekawostek), w większości pełne straconych nadziei. Lub mówiąc inaczej- moich starych ciuchów, w rozmiarze 34, w które się nie mieszczę i postanowiłam spojrzeć prawdzie w oczy, że z tą miłością do jedzenia pewnie się nie zmieszczę już nigdy. Przetestowałam to  dzień wcześniej, gdy postanowiłam wejść w stare spodnie. I wlazłam. Do wysokości kolan, tak dokładnie. 
W siatkach było też nieco ciuchów dziecięcych, bo chłopacy są strasznie nieekonomiczni i szybko rosną. Miałam je zawieźć do charity shopu i wiedziałam, że jeśli od razu tego nie zrobię, to znając nas, to się przyzwyczaimy i będziemy z nimi jeździć w tym bagażniku następne trzy miesiące,  w międzyczasie wkurwiając się, że nic innego się do niego nie mieści. Jako, że jak już wspomniałam nieco (w wuj) mnie mdliło, a obie siaty były wielkie, ciężkie i nie można było zaparkować koło sklepu, po głównej ulicy szłam ciągnąc je za sobą, w ogóle nie wzbudzając zainteresowania.  
A nie taaam! 
A skąd! 
Gdy wciągnęłam je w końcu do lumpeksu miałam serdecznie dosyć wszelkiej dobroczynności. Ze zdrętwiałą twarzą i równocześnie pierwszy raz w życiu z brytyjskim akcentem powiedziałam, że ciuchy przyszłam oddać i od razu spytałam gdzie postawić. A odpowiedź do mnie doszła, że to chyba pomyłka jaka. 
Zarąbiście- se myślę. 
Wiem, że w charity shopach pracują wolontariusze, a ich z gruntu już za samo poświęcenie nie można obrażać, ale jak we wszystkich charity shopach pracuje jeden wolontariusz idiota, to trafi się on właśnie mnie. 
Takie szczęście.
 Na witrynie kartka, że pilnie przyjmą wszelkie ciuchowe datki, a wolontariuszka mnie mówi, że 2 siaty to pomyłka i nie trzeba. No spoko.
I w tym momencie poczułam, że mnie się bluzka zrobiła mokra na wysokości lewego cycka, czy tam lewej piersi, jak kto woli. Tak czy siak musiałam owe badziewiary odstawić, żeby chusteczkę wyjąć, coby se ślinę (z gracją naćpanego pterodaktyla) otrzeć. 
No mówię Wam, niejedno znieczulenie w życiu miałam, ale takiej siekiery to jeszcze nigdy. 

Podnoszę więc przy okazji swój zmęczony życiem wzrok powoli i parzę na lewo. A tam, kufa, Parada.
Patrzę na prawo- Dżordż z Armenii.
Patrzę przed siebie- dwie Versucze. Chude, długie, eleganckie,  z twarzy jednak nieprzyjemne. Brwi wygięte w znak zapytania. Jedna paznokciem pokazuje na swój kącik ust. 
- Od dentysty wracam, sorry- rzuciłam w pośpiechu przez ramię, bo takiej energii dostałam, że obie siaty uniosłam lekko prawie nad głowę i zapieprzałam tym swoim znanym świńskim truchtem przed sklep, a potem do drzwi obok. 
Wchodzę- na prawo lata 80, na lewo porcelana z królową, za ladą rumiana, sympatyczna pani. Klientka w sklepie z lewostronnie wielką gębą. A nie, to lustro było akurat. 
W każdym razie wszystko wporzo.
Podaję badziewiary, starając się uśmiechać, pani dziękuje, mówi, że jestem uprzejma i coś tam o buzi wspomina. Nie wiem dokładnie, skoncentrowana byłam na tym, żeby śliną nie chlapać. 

W domu się pieprzłam na kanapę, bo obiad miałam z dnia poprzedniego gotowy i odtajam poruszając plany wakacyjne. W odpowiedzi natomiast mąż zagaja, że mnie tampon jaki wystaje.
Głupia nie jestem, nawet nie sprawdzę. Nie dam się nabrać, siedzę przecież w dżinsach.
A on swoje dalej:
-Jak mówisz, to ci się tak delikatnie tampon wysuwa- powtarza
Coś mnie tknęło i ruszam do lustra. 
I powiem Wam, że wcale taka spuchnięta nie byłam. Ot, nie wyjęli mi trzech tamponów.
-Musimy porozmawiać o Stiflerze- mąż zagaja dalej, bo ja zahartowana w przeżywaniu szoku jestem i mnie szybko mija-Jak byłaś u dentysty nazwał mnie "Kujwellą". 
-Jak Cię nazwał?
-Kujwella. Powiedział, że jest Pączek, ma brata Pieprzyka, a ja jestem Kujwella.
-Aaaa, Cruella. Cruella de Mon.
-Jak to?
- Co “jak to”? No sorry, ale ktoś musi być czarnym charakterem, ja jestem Czika.
- To mu o Cruellę chodziło?
- A o kogo? Trochę litery poprzestawiał. No i pamiętasz, że „er” na „jot” zamienia, co nie?
I tu Siara otworzył buzię, jakby sobie o czymś przypomniał i chciał coś powiedzieć. Po czym szybko zamknął. Otworzył. I znowu zamknął. I tak kilka razy, aż w końcu się przełamał i nie wytrzymał:
- Pamiętasz jak mu wczoraj powiedziałem, że przed kolacją pójdziemy sobie jeszcze w piłkę pograć?
-No.
-A potem go opieprzałem, że tak się grzeczne dzieci nie odzywają i w ogóle afera była?
-No
-To widzisz, jest taka sprawa. Bo teraz to dochodzę do wniosku, że on wtedy krzyknął tylko „hurra, hurra”…



18 komentarzy:

  1. Ja się nie dziwię, że brak komentarzy, bo żeś po prostu zatkała ludzi swoim talentem!
    :D
    A może nawet umarłaś? Bo ja osobiście prawie zeszłam czytając. (No wiesz - coś jak "pękłem balonik")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, ja musiałam też dojść do siebie :-))) i dopiero teraz tu.... :-)))

      Usuń
  2. Kochana Matko Nietypowa, ja sobie kiedyś w ramach przygotowań do charakteryzacji machnęłam cieniami do powiek piękną śliwę. A potem poszłam tak na dzielnie, dziwiąc się czemu mi się sąsiedzi dziwnie przyglądają. To było w czasach przed Błękitną Linią, więc nie przyszła miła pani porozmawiać z moimi rodzicami, na wszelki wypadek przyspieszam kroku przed niektórymi sklepami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Aż się boję, ja też muszę wyrwać jedną ósemkę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Na temat dentystów nie będę zabierać głosu .A mały dobrze ,że po angielsku mówi niewyrażnie bo wiesz tu w Limburgu to zwykłe cześć brzmi podejrzanie ...no pisze się hoi...a zwykłe dzien dobry też nieżle - mam napisać fonetycznie??a proszę bardzo - mówi się huje morhen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Ty w jakimś "oklętym" kraju mieszkasz :D

      Usuń
    2. W Holandii kochaniutka. Języka zaczełam się uczyć jak widzisz od przekleńśtw :))

      Usuń
    3. A pamiętasz jak przyszłam z jednego z pierwszych spacerów po "Twojej" wsi i entuzjastycznie rzuciłąm: >wiesz, znowu mi pare osób hujami rzyciło<.... :-))

      Usuń
    4. Renata - ponoć przekleństwa są najłatwiejsze ;-)))

      Usuń
    5. Renata, przeczytałam Twój komentarz w domu na głos. Myślę, że moi chłopacy już nigdy nie powiedzą po prostu "good morning" :)

      Usuń
  5. Był kiedyś taki film, rzecz jasna Barei, w którym pani przez megafon opowiadała o odjazdach pociągów: po polsku i po angielsku. Przy czym zanim zaczęła po angielsku, brała kluskę do ust, co by akcent był ekstra, brytyjski jak najbardziej. I tak mi się właśnie pomyślało, że jak mówiłaś z tymi tamponami w ustach, to wzięli Cię pewnie za wykładowcę University of Oxford.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Zmiennicy", wiem, znam, czerpię inspirację poprawnej wymowy. Dlatego właśnie przez 90% dnia mam pełną buzię:)Człowiek się poświęca dla tej wymowy...

      Usuń
  6. Mój pierworodny, jak był jakiś dwuletni, też miał taką "wadę" wymowy. Jak również kłopoty z wymową spółgłosek obok siebie. I tak u ciotki z adapterem i czarnymi krążkami: >ciocia jaką masz wieelką pite!<
    A przed burzą entuzjastycznie: >mama, mama zobacz jaka wielka huja!<
    A sam był oczywiście Jajeczek :-) i.t. p. i i.t.d. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matkobosko, jak dobrze, że im to w większości z wiekiem przechodzi. Właśnie sobie wyobraziłam dorosłego chłopa, który się przedstawia "Jajeczek jestem, bardzo mi miło" :)))

      Usuń
    2. Ha, znajomi, z którymi w tamtych czasach imprezowaliśmy, opowiadali: "wczoraj byliśmy u Jajeczków", albo: "właśnie wracamy od Jajeczków"....No, ale to było bardzo dawno :-)

      Usuń
  7. Chodziłam do szkoły sredniej z taką dziewczyną, która cały czas miała problemy z wymową i np. mowiła "Wiesz, ale się w sobote zjajałam" masakra...

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam znalazłam twojego bloga przypadkiem i to było jak grom z jasnego nieba... Żądzisz kobieto przeczytałam całego bloga od początku i chcę więcej. Najbardziej utkwił mi wpis z początku o kotach, jak siedziałam i czytałam to aż się popłakałam ze śmiechu. Super czekam na więcej. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Z moją siostrą było tak samo, tylko, że ona swoje hujjja zamiast hurra wykrzyczała w kościele podczas mszy przy całkowitej ciszy ;D

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...