piątek, 3 czerwca 2016

KĄCIK EMIGRANTA. Dlaczego angielska szkoła ssie, część 2 i ostatnia

Dobra, lecimy dalej z koksem, czego to nie powinniśmy zrzynać z zachodu. A wręcz- czego powinniśmy się rękoma i nogami wystrzegać:

1) obyś cudze dzieci uczył...

Gdybyście spytali moje dzieci co jest najgorsze w angielskiej szkole, odparłyby zgodnie- zachowanie uczniów.
Przez pierwsze miesiące moi synowie nie mogli uwierzyć w to, co widzą podczas lekcji. 
Pominę fakt, że dzieci mogą swobodnie przemieszczać się po klasie i rozmawiać między sobą, byle cicho, rzecz jasna. 
"Byle cicho" w praktyce wygląda tak, że po powrocie pytam syna "co tam było na historii?", a on mi na to "nie wiem, niewiele słyszałem". 

Jakiemuś dzieciakowi nie podoba się polecenie nauczyciela więc zaczyna krzyczeć, że tego nie zrobi. 
Że tego nauczyciela nienawidzi, a tak w ogóle to "fuck you" i "fuck off". 
Ma wyjść z sali? 
Nie wyjdzie! 
Czasem nauczyciel prowadzący daną lekcję idzie po pomoc, do nauczyciela, który uczy w klasie obok, tudzież dzwoni po asystenta i razem wynoszą siłą Brajanka z klasy. Oczywiście Brajanek jest głęboko wstrząśnięty naruszeniem swojej cielesności, słychać to po ilości faków, które latają jak skowronki oraz groźbach co też zrobi mamusia Brajanka, jak się dowie jak podle synuś jest traktowany.
Reszta klasy nie reaguje/ śmieje się/ doradza Brajankowi, jak można nauczyciela pozwać. Czasem akcja z Brajankiem trwa pół lekcji, toteż dzieci niewiele przez pozostałą połowę zdążą się nauczyć. 

Taka sytuacja: rzecz się dzieje rok temu, w podstawówce synów, klasa Don Juana, rok szósty. 
Brajanek krzyczy na nauczyciela używając tych wszystkich dostępnych "faków" w rozmaitych kombinacjach. Krzyczy,  że nauczyciela nienawidzi i ten nauczyciel może go w dupę pocałować. Nauczyciel prosi, żeby Brajanek się uspokoił. Mówi, że to nie w porządku, że nie należy tak się zwracać do ludzi. Że obowiązuje kultura. Brajanek radzi, gdzie nauczyciel ma sobie swoją kulturę wsadzić. Cała akcja trwa już dobre 10 minut. Nauczyciel fajny, młody, stoi i słucha. Aż w końcu podchodzi do Brajanka i podniesionym tonem, który przechodzi w krzyk żąda, aby Brajanek się natychmiast uspokoił. Ma się do nauczyciela nie zwracać w ten sposób, do nikogo ma się w ten sposób nie zwracać, bo ludzie zasługują na szacunek. Bo tak się nie godzi. 
W klasie cisza, jak makiem zasiał. Dzieci się boją, toć wariata im za nauczyciela dali. I chama. Tak, chama skończonego, jak on śmie krzyczeć?!  Na biedne, małe, niewinne Brajanki. 
Zatem ktoś pęka i  wstaje. I mówi, że nauczyciel nie ma prawa na dzieci krzyczeć. Nauczyciel przeprasza, mówi, że to prawda, jednak przypomina też, że dzieci nie mają prawa zwracać się do niego per "spierdalaj, cioto". Uczeń od którego zaczęła się awantura już posłusznie i  z promiennym uśmiechem na twarzy wychodzi do dyrektora. Na drugi dzień ów nauczyciel nie przychodzi na lekcje. Przychodzi pani pedagog porozmawiać o złu, które wczoraj miało miejsce. O tej strasznej rzeczy, która się stała, a nigdy stać się nie powinna. Pan O. podniósł głos. Jedna dziewczynka zaczyna szlochać. Pani pedagog pyta ile osób czuje się pokrzywdzonych. Podnoszą rękę wszyscy oprócz mojego syna. 
Mój syn jest w szoku. 
"Chciało mi się rzygać". 
To jego słowa. Tak do mnie później całą sytuację komentuje. 

Obecnie, w secondary school, nauczyciel nie mógł uspokoić dzieci, które wydawały różne głupie odgłosy. Powiedział "zachowujecie się jak zwierzęta". Jedna dziewczynka wstaje i żąda przeprosin dla całej klasy. Nauczyciel nie chce przeprosić. Mówi, że nie jest w stanie prowadzić lekcji, a te ryki i zawodzenie przypomina mu stado zwierząt. Na co nieukontentowana dziewczynka mówi "wiesz co, sam jesteś zwierzę". Klasa w ekstazie. Najwyżej 5 osób się nie śmieje, patrząc w okno. Nauczyciel oddycha głęboko, prosi ją żeby usiadła. 
Kogoś zaskoczę, jak napiszę, że nauczyciele zmieniają się w tej szkole jak skarpetki? 

2) kary

Kary za przewinienia to temat rzeka. Po tym jak dziewczynka bez powodu uderzyła mojego najstarszego syna w twarz nazywając go "polskim chujem" zażądałam zawieszenia jej i usłyszałam, że "to nie jest powód, żeby dziecko tak surowo potraktować".

Po tym jak Szara Eminencja został pobity zażądałam zawieszenia oprawców. Niestety moje żądanie było niezgodne z polityką szkoły, gdyż kara przewidziana za taki występek to nie wychodzenie na dwór na przerwę.
Aua, aua, jak boli!!!

Angielskie dziecko może wejść nauczycielowi na głowę i na nią nasrać.
W przenośni bądź dosłownie. 
Zbierze się wtedy grono pedagogów, które będzie mówiło "nu nu nu, tak nie wolno Dżesiko. Pani, której nasrałaś na głowę była z tego powodu bardzo smutna. Ale oczywiście nie z powodu Twojej kupy. Twoja kupa była bardzo piękna. Śliczna. Wszyscy jesteśmy dumni, że robisz tak piękne kupy. Dostaniesz dyplom.  Rozumiemy też, że byłaś zdenerwowana. I masz prawo. Pani popełniła błąd prosząc Cię o przeczytanie na głos już piątej linijki. Przecież masz dopiero 11 lat. Jednak kupę robimy do toalety. Ty nie zrobiłaś i musisz ponieść karę. Dzisiaj posiedzisz na przerwach w "pokoju wyciszenia""
Tu pragnę dodać, że pokój do wyciszania się, czyli pokój dla niegrzecznych dzieci, obfituje w możliwość grania w nogę, planszówki, wykonywania różnych plastycznych pierdół, są tam książki, puzzle i inne zabawki. Jest też oczywiście nauczyciel, którego zadaniem jest zszargane dziecięce nerwy ukoić. No i biedna Dżesika, za nasranie, zostaje na przerwie wysłana do tegoż pokoju. Jak Dżesikę wkurw dopadnie na lekcji, to jak tylko nauczycielowi uda się fizycznie ją tam wysłać- i lekcję w takim pokoju przesiedzi. I pięć lekcji również.
Jak się o tym dowiedziałam, to tak se kombinowałam, że gdy miałam te 10 czy tam 11 lat to na bank wolałabym siedzieć w takim pokoju niż na matmie czy fizyce. Tym bardziej, że moje 11-letnie ambicje ograniczały się do "będę rządzić światem" i na wstępnie uznałam, że ani matma, ani  fiza nie będzie mi w tym potrzebna. 

Szara Eminencja przylazł po pierwszym tygodniu do domu i mówi, że w jego klasie są dzieci, które się nie uczą, ale na zajęciach "grają na laptopach, tabletach, konsolach".
No to tłumaczę dziecku, że "synuś, gry też są edukacyjne. Może te dzieci mają inny tryb nauki, potrzebują wyjść poza schemat i uczyć się innymi metodami". Na co synuś zdegustowany rzecze "ta, poza schemat....grając w Minecrafta". Zaznaczę po raz kolejny, że NIE JEST to szkoła specjalna. Ot, publiczna podstawówka.

Nie słyszałam również, aby którykolwiek z kolegów syna, którzy sprawiają problemy, nie uczestniczą w notorycznie w zajęciach bądź też notorycznie w nich przeszkadzają nie otrzymał promocji do następnej klasy. 

W Don Juana gimnazjum dzieci dostają cukierki i batony, gdy są grzeczne na lekcji. Gdy zrobią pracę domową. Gdy się zgłoszą. 

Rozumiecie Państwo, co próbuję Wam przekazać?
Mniej więcej krótki poemat o tym, jak wychować małego roszczeniowego idiotę, z cechami bandyty...

2) 12-latki stylizowane na stare pudernice. Niesamowita seksualizacja smarkul.

Nie wiem, czy to taka ogólna tradycja, czy my tak trafiliśmy, ale w momencie, gdy wszystkie  koleżanki Don Juana poszły do secondary (gimnazjum) zaczęły się malować. Do szkoły. Przypominam, że dzieci mają 11-12 lat! Większość pofarbowała włosy.  
I nie żebym to ja z tych restrykcyjnych była, co to tusz po 18 roku życia, a cienie po 21. 
Nie, żebym wyzywała matki, które malują 2-latkom paznokcie od idiotek, które "pchają dzieci w ręce pedofilów". 
Ba! Ja głośno przypominam, że wykorzystywani ministranci są po szyję zapięci. Ba! Ja sama pomalowałam 2 pazury z trzy dni temu Stiflerowi, bo mu się kolor mojego lakieru szalenie podobał i mnie zwyczajnie ładnie poprosił, przekonując, że będzie mu pasował do jego pluszowego dinozaura.
Natomiast amerykańskich konkursów małych miss to ja nie trawię. Może i mam dziwny gust, ale nie uważam, żeby 3-letnia Daisy z tapirem jak Dolly Parton, po solarze jak skwarka i w makijażu taniej blachary, w ciuchach rodem od bułgarskich tirówek, wyglądała "zabawnie" i "słodko". I jak Bobra kocham, nie mogę obiecać, że gdybym spotkała taką narzeczoną laleczki Chucky, gdzieś w środku nocy, nie zaczęłabym krzyczeć. I bynajmniej z zachwytem nie miałoby to wiele wspólnego.  Tymczasem tutejsze mamusie gimnazjalistek śmiało mogłyby z tamtymi matkami-wariatkami konkurować. To nie jest, psze Państwa, delikatny makijaż dla podkreślenia urody . I już nawet pomijam, że uważam, iż 11letniej urody nie trzeba makijażem podkreślać. Już serio sobie daruję, że "szkoła to nie miejsce....", żeby nie zaleciało naftaliną. Ale na Bobra, jak pojebanym trzeba być, aby pozwolić jedenastoletniej dziewczynce na pół tony cieni, tonę tuszu, centymetrowe krechy na górnej i dolnej powiece i do wyboru- brwi wkurwionego Breżniewa, lub brwi- owsiki?! Patrzę, patrzę i oczom nie wierzę. Spotykamy na placu zabaw, po szkole, koleżanki Don Juana. Jednak przykuwa moje oczy w sposób szczególny. Nie wiem na co patrzeć- na kusą mini, przykrótką koszulkę z dużym dekoltem, dłuuugie sztuczne rzęsy a`la te piźnięte Kardaszianki, czy też na czerwone usta. Ja wiem, że młodość jest czasem eksperymentów (nie zawsze udanych) z fryzurą, makijażem i ogólnie stylem. Jednakże młodość, podkreślam. Nie dzieciństwo. 12-latka, nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie to dziecko. Dziecko, którą starzy bardzo brzydko krzywdzą pozwalając, aby wychodziła z domu wyglądając jak tania dziwka. 
W 8 klasie z kumpelą zostałyśmy wysłane na matmie do łazienki, bo miałyśmy rzęsy maźnięte tuszem. Jedną warstwą, dyskretnie. Matematyczka schyliła się nad nami, by zobaczyć jak pracujemy i wpadła w furię.  To były piękne czasy.
Tymczasem znacie piosenkę "Dzieci" Elektrycznych Gitar?
Zaczyna się od słów:

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły 
zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki 
chodnik zapluły, ludzi przepędziły 
siedzą na ławeczkach i ryczą do siebie 

Myślę, że Kuba Sienkiewicz musiał ją napisać po pobycie w Anglii...

3) frekwencja

Bodajże 10 dni w roku można opuścić. Oczywiście muszą to być dni usprawiedliwione. Dalej to rodzic może się spodziewać do 2,5 tysiąca funtów kary (lub pierdla w wypadku odmowy zapłacenia). Toteż ostrzegłam moje dzieci, że gdyby zachciało im się wagarować, to niech mają na uwadze, że będę musiała ich później sprzedać na organy, żeby ową karę zapłacić.

Wszystko fajnie i pięknie? W teorii. Chcecie wiedzieć jak to wygląda w praktyce?

Od zerówki po ostatnią klasę zasmarkane dzieci z gruźliczym kaszlem w ławkach. Jeśli nie gorączkują, nie ma podstaw, aby nie były w szkole. 
Szara Eminencja była przeziębiona. Ubrał się bidak, jak co rano, w mundur, ale sznurując buty dostał takiego napadu kaszlu, że pobiegł do toalety i zwymiotował. 
- Rozbierz się, zostajesz- powiedziałam, po czym napisałam na Class Dojo (taki portal do komunikacji między rodzicami i nauczycielami) do wychowawczyni Tyba, że do końca tygodnia będzie on nieobecny, bo jest mocno przeziębiony. Nie miał opuszczonego ani jednego dnia, więc świat się nie zawali jak se cztery dni w domu poleży i się wykuruje, se myślę. Bo był to wtorek. Ten przed Świętami (tymi, co się celebruje narodziny Brajana. Czyli w grudniu). Po godzinie zadzwoniła do mnie dyrektor, spytać co się dzieje. No więc mówię zgodnie z prawdą, że nie, nie gorączkuje, ale ma paskudny kaszel, od którego zwymiotował, katar, łzawią mu oczy i boli go głowa. I że leży pod kocem, pije herbatę z malinami, daję mu domowy syrop, a on wygląda niemrawo i chce spać. Pani dyrektor tłumaczy mi, że to nie powód do nieobecności. Taki sezon. Wszyscy chorzy. Wymiotował? Zdarza się podczas kaszlu. Boli go głowa? Damy mu tabletkę. Dzisiaj nam daruje, ale jutro Tybo ma przyjść do szkoły, zwłaszcza, że to niesamowicie ekscytujący tydzień, dużo się będzie działo i dużo by stracił. 
No więc poszedł. Wyniósł z tego tygodnia niewiele, bo wiecie jak się człowiek czuje przy takim mocnym przeziębieniu, ale to nic nie szkodzi, bo dzieci oglądały dwa razy dziennie po 1,5 godziny bajki i filmy świąteczne. Dalej było 45 minut przerwy na lunch i do końca dnia robienie jakichś dekoracji. Także kamień, kurwa, z serca, że go to nie ominęło. 
Tak, to była ironia.
Finalnie na Święta Tybo czuł się nieco lepiej, ale za to Larry, z którym siedzi w ławce, nie pojechał do rodziny, bo kaszlał tak, że wymiotował, łzawiły mu oczy i bolała go głowa.

Inną kwestią są mali Anglicy (choćby w klasie Szarego), którzy podczas roku szkolnego wyjeżdżają sobie na wakacje z rodzicami (bo taniej, wiadomo). Emigranci ponoć mają więcej problemów z uzyskaniem zgody na taki wyjazd. Echem odbiła się w prasie choćby sprawa polskiej mamy, która walczyła z dyrektorem o kilkudniowy wyjazd dziecka w maju do Polski, na własną (znaczy dziecka, nie matki) Komunię, która to chciano by się odbyła w gronie rodzinnym. 
Tutaj akurat powtarzam forumowe ploty i doniesienia prasowe. Nie mamy w tej kwestii własnych doświadczeń, nie próbowaliśmy w ciągu roku wyjeżdżać na wakacje, więc jak to z tym jest w praktyce- nie wiem.
  
4) krótsze wakacje
Dzieci mi kazały ten punkt dopisać, jako minus. Ja tak nie uważam. Ale po kolei... 
 Angielska szkoła nie dzieli się, jak polska, na dwa półrocza, ale na cztery termy. Dzieci startują w pierwszym tygodniu września i jest to jesienny term, dalej jest zimowy, wiosenny i prawie do końca lipca (koniec szkoły 25.07 bodajże) trwa term letni, w którym to można zaszaleć nie nosząc krawata, za to krótkie (w kant) spodenki i pola (z logo szkoły). Między termami, w połowie,  mają po tygodniu przerwy, tzw. half term. Dodatkowo mają wolne, jak polskie dzieci, w okresie Świąt do Nowego Roku, w okolicy Zajączka (święta zwane przez niektórych Wielkanocą), no i wolne wszystkie bank holiday, czyli święta państwowe.  Średnio raz na kilka tygodni w ich szkołach odbywa się staff training day, czyli że szkolenie nauczycieli - nie wiem tego na pewno, ale myślę, że to taki survival. Nauczyciele nie przychodzą wtedy w garniturach i garsonkach, tylko w mundurach moro, a później szkolą się w dżungli jak przeżyć z Brajankami i Dżesikami na co dzień i nie dostać pierdolca. Na koniec dyrektor każdej placówki rozdaje im jakieś prochy, żeby było łatwiej. Tak to sobie wyobrażam w każdym razie.
Koniec końców wakacje trwają od końca lipca do początku września. I dobrze. Zawsze uważałam, że polskie 2 miesiące to zdecydowanie za długo. Tymczasem angielski miesiąc z hakiem + przerwy na resetowanie się w ciągu roku uważam za rozwiązanie w sam raz.  Tymczasem moi synowie od końca czerwca, gdy ich polscy rówieśnicy zaczynają wakacje, a oni nie,  życzą całemu światu żeby szczezł, także ten....Kwestia dyskusyjna.

5) poziom

Poziom szkolnictwa to pierwsza rzecz, o którą mnie rodacy pytają. 
Szary po pierwszym dniu angielskiej szkoły, kazał mi przysięgać, że nie zapisałam ich do placówki specjalnej, gdyż na lekcji czytali książkę o małym dinozaurze, który robił kupę. W wieku 9 lat.
A później miał "science". Czyli połączenie naszej biologi z fizyką i chemią. Uczyli się o rozpuszczalnikach i rozpuszczalności substancji. W wieku 9 lat.
Mój najstarszy syn jest w top secie i na matematyce dwunastolatki wykonują działania na ułamkach z różnym mianownikiem. 
KABOOOOM!
To jest coś, psze Państwa, bo w niższych setach, czyli gorszych klasach z tego samego rocznika, wykonują nadal działania na ułamkach z tym samym mianownikiem :)
Z drugiej strony właśnie me dziecko czyta se dział "optyka", bo będzie miał z tego test w najbliższy poniedziałek. Optykę zdaje się, że miałam na fizyce w liceum.

Poziom, psze Państwa, rzekłabym, że jest bardzo zróżnicowany. Uważam jednak, że za mało się od dzieci wymaga. Prace domowe zakrawają na kpinę. Połowa dzieci w ogóle ich nie odrabia, ale też trudno się dziwić, skoro rodzice bywają oburzeni, że "nie po to dziecko w szkole 5 godzin dziennie przez 5 dni siedzi, żeby w domu mu jeszcze dzieciństwo zabierać i kazać robić jakieś durne przykłady z matmy".
A te "durne przykłady z matmy", w ilości sztuk około 20 to Szra Eminencja dostaje raz w tygodniu. Jak i ćwiczenia z angielskiej gramatyki. Tak na pół kartki A4. 
U Don Juana prac domowych jest więcej, ale ograniczają się one do poziomu "napisz 10 faktów o Moskwie", wypełnij test, "napisz kartkę z pamiętnika niewolnika", itd. Wątpię tym samym, aby którekolwiek angielskie 12-letnie dziecko potrafiło napisać rozprawkę. Może w sumie to i dobrze, bo ja mam niemal 32-lata, umiem napisać rozprawkę, ale za chuja wafla ta umiejętność mi się w życiu nie przydała...

32 komentarze:

  1. Taaaa.... od czego by tu... mnie dyrektor w liceum, w 1-wszej klasie, podal pudelko kremu Nivea, co bym sobie oczy pomalowane zmyła, bo w moim LO była taka zasada, że na pacykowanie się przymykano oko dopiero od 2-giej klasy.
    Jak Cię czytałam to miałam mnóstwo cisnących sie komentarzy, ale teraz wiem, że nie ma to sensu, bo bym tu ksiązkę napisała. Ograniczę się więc do pytania: jacy są dorośli Brytyjczycy? Tzn. co wyrasta z tych Brajanków i Dżesik ???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różni są. Nie chcę krzywdząco generalizować, ale moim zdaniem przeciętny Brytyjczyk ma niewielką wiedzę ogólną. Geografia u niego leży i kwiczy, historia podobnie. Większość tutejszych lekarzy to np. Hindusi, czy inni obcokrajowcy. To daje do myślenia, nie? ;) Jasne, że spotkałam tu świetnych, mądrych, dowcipnych dorosłych rodowitych Brytyjczyków. Choćby policjantka, która prowadzi naszą sprawę (wiesz, w związku ze szkołą) sama jest głęboko oburzona zachowaniem młodzieży i pozwala sobie na komentarze w stylu "gdybym ja zrobiła coś takiego i moja matka by się o tym dowiedziała, trzeba by było zdrapywać mnie ze ściany" albo "za moich czasów takie zachowanie w szkole było niedopuszczalne". A babeczka wygląda wcale nie starzej ode mnie. Czyli, Zante, jest nadzieja ;), że to nie w UK jest tak źle, tylko świat ochujał i każde następne pokolenie, wbrew logice (bo ta podpowiada, że mając ogromne możliwości powinno być tylko lepiej) staje się coraz to durniejsze.
      Dodam jeszcze tylko, że w Anglii spotykam naprawdę dużo wszelkiej maści patologii. Całych patologicznych rodzin, liczących kilka pokoleń (zazwyczaj bez pracy, żyjących wyłącznie z zasiłków). Może to kwestia miejsca, gdzie mieszkam, ale w gruncie rzeczy zawsze mieszkałam w kijowych dzielnicach, jednak nigdy nie napatrzyłam się na tylu ludzi, którzy zachowują się jak żywcem wyjęci z Jerry Springer Show, co tutaj.

      Usuń
    2. To, co mówisz, burzy moje wyobrażenie o Brytyjczykach. Oczywiście to wyobrażenie powstało z TV czyli z niczego. Ale wydawało mi się, że w bogatym, od zawsze, kraju takich pokoleniowych patologii nie ma, że to "przywilej" popegerowskich, polskich wsi.
      To powiedz, czy w takim razie jest możliwe, że to miejscowość (czy może bardziej region), w której Twoje chłopaki chodzą do szkół, jest jakaś szczególnie rozwydrzona czy raczej tak jest wszędzie, bo wszelkie prawa obywatelskie (w tym dzieci) czasem przekraczają granice absurdu? Bo to jest absurd przecież, by uczeń miał więcej praw niż nauczyciel.

      Usuń
    3. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia czy tak jest wszędzie. Mieszkałam tylko tutaj, także to lokalne obserwacje. Jedyne co mi daje do myślenia, to fakt, że po pierwszym poście napisało do mnie kilkanaście osób, które miały podobne doświadczenia dotyczące rasizmu, czy tam po prostu podłego traktowania dzieci w szkołach przez rówieśników i były one rozsiane po całej Anglii. Wspólnie doszliśmy do tego, że na pewno ciężej jest dzieciom, które przyjeżdżają tu w pewnym wieku nie znając lub mając tylko podstawy języka, niz dzieciom tu już urodzonym. Jednakże wszyscy Ci, którzy się do mnie odezwali, jak i większość moich znajomych z UK dość mocno odczuwa ostatnio (w związku z głosowaniem przeciw wyjściu/za wyjściem z UK z UE) zaostrzenie nastrojów antyemigranckich.

      Usuń
    4. Czyli jest prawdopodobne, że to nasilone zjawisko z powodów takich samych jak i w Polsce: emigranci i uchodźcy. Wygląda na to, że każde społeczeństwo łatwo podpuścić dla politycznych celów i spowodować, że rozum idzie się przespać. Ech...

      Usuń
  2. Noooo... Powiem, że to horror prawie, ale... powoli polska szkoła zmierza w tym właśnie kierunku. Pod względem nietykalności dziecka, edukacji w kierunku: "a mnie się należy", edukacji w kierunku:" żądam przeprosin bo czuję się urażona jakimś tam zwróceniem uwagi", tolerancji wobec makijażu oraz stroju szkolnego w którym przeważają stylizacje plażowe. Poziom także równamy do tego obowiązującego w EU.
    Nauczyciele mają jednak lepiej bo szczycą się statusem funkcjonariusza publicznego co daje ochronę prawną przed agresją fizyczną oraz zniewagami na równi z policjantem i posłem na sejm a nawet prezydentem. W teorii, naturalnie. Jak jest w praktyce, nie wiem bo nie doświadczyłam.
    W kwestii wakacji i przerw śródrocznych zgadzam się z Tobą całkowicie i pochwalam system angielski. W sprawie małoletnich uszminkowanych i wystrojonych jak barbie dziewczynek również podzielam zdanie i cieszę się, że przedstawicielka młodego pokolenie mam tak sądzi. No, ale, mamy do czynienia z "nietypową matką polką":)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz co czytają miałam tak : U kurna Le nie jedziemy po chwile i no wcale nie jest tak zle jedziemy. Zle dobrze zle dobrze. I patrząc na mojego 5latka to boje się. Bo to dziecko wrażliwe niestety. Wiec chyba pomimo wszystko zostane w tej durnej Polsce. Choc moze za godzinę mi siw zmieni.
    Pozdrawiam Was chłopaków tez. Niech sie trzymają
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze wiedzieć, inni nauczyciele mają gorzej... ale polskiej szkole już niewiele brakuje, niestety 😣

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz Aniu, chcesz to publikuj ten komentarz, chcesz to nie publikuj. Przeczytałam wpis ale... nuuuuda... Zupełny subiektywizm. No i z zachowaniem czy poziomem wiedzy dokładnie to samo co mi opowiadała właśnie moja siostra o polskiej szkole. Tak że nie zgadzam się z ani jednym Twoim punktem. Sorry. I miałabym więcej niż jeden kotrargument na każdy Twój argument ale mi się pisać nie chce. Wyrobiłas sobie wypaczone spojrzenie na społeczeństwo na podstawie kilku "wybitnych" jednostek. Nie. Brajanek i Dżesika to nie reprezentacja społeczeństwa brytyjskiego, to jego margines i tak powinnaś zacząć to postrzegać. Przykro mi że trafiłaś tam gdzie trafiłaś, ale nie zamierzam Cię głaskać po główce z tego powodu. Opisujesz margines jako normę a to nie prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że wpis jest subiektywny, bo to moje obserwacje, moje doświadczenia z mojej miejscowości i szkół moich dzieci. Niestety moje obserwacje zgadzają się z obserwacjami części moich znajomych. I choćby mojej nowej dentystki, jak się ostatnio okazało, która mieszka w mieście obok (większym) i jak się domyślasz- w całkiem luksusowej dzielnicy. Toteż nie czuję, żeby był to jakiś kosmos:) Mam też oczywiście znajomych o doświadczeniach i poglądach zupełnie innych. Jak i takich znajomych, którzy przekonują mnie, że trawa tu jest zieleńsza, a niebo bardziej błękitne:) Co do poziomu szkolnictwa- napisałam, że jest on zróżnicowany, zależy od przedmiotu. Co do zachowania- to nie są to bzdury wyssane z palca, to samo zeznawałam na policji wnosząc tu skargę. I oczywiście sama domyślam się, że kijowo trafiłam (dzięki, ale nie oczekuję głaskania po główce), jednak tak trafiłam. Do 38 tysięcznego miasteczka bądź co bądź w Anglii. Zatem widać i takie miasteczka, i takie szkoły tu istnieją. I o tym należy mówić, bo dość nie fair byłoby pierdolenie na ojczyznę wypominając wszystkie przewinienia polityków po 7 pokolenie wstecz, a tu zachwycać się byle gównem. Są rzeczy, które znacznie bardziej mi się podobają w UK niż w ojczyźnie i są takie, które mi się tu nie podobają w ogóle. Nawet opis szkoły nie był całkowicie negatywny, bo pierwszy dłuuugi elaborat był o tym, co wg mnie Polska powinna z angielskiej szkoły bezwzględnie zerżnąć (i bodaj 13 punktów żem pierdyknęła, więc nie ma to tamto). Jednak żeby nie popadać w bezgraniczny zachwyt, ostatnimi 2 wpisami opisałam ciemną stronę mocy i tyle.
      Natomiast to, co napisałam do Zante o typowym Brytyjczyku nie piszę na podstawie moich żulastych sąsiadów, a na podstawie choćby pielęgniarek i recepcjonistek w przychodni, które każdorazowo, gdy widzą datę napisaną rzymskimi cyframi (polska książeczka mojego dziecka) zapadają w stupor. Gdy im tłumaczę, że to cyfry rzymskie one z niejaką pogardą mówią, że takich nie znają (choć w szkole je raczej uczyli, wiem, bo rok temu Tybo uczył się tu cyfr rzymskich. Które swoją drogą oczywiście znał, bo wcześniej uczył się ich w polskiej szkole). Ponadto rzeczone pielęgniarki obrażone mówią do mnie "cyfry rzymskie? myślałyśmy, że jesteś z Polski, nie z Rumunii". I wiesz, w tym momencie pomyślałabym, że jedna jest niedouczoną idiotką, ale ich tam siedzi pięć i wszystkie wbijają we mnie wzrok. Zatem mówię im "bo jestem. Cyfry są RZYMSKIE, nie rumuńskie". Cisza. Zatem próbuję dalej: Rzym. Cisza. Ave Cezar. Cisza. Koloseum. Cisza.
      Ja pierdolę.
      I to jest druga praktyka lekarska, do której się zapisałam w tym miasteczku, bo w poprzednim na dzień dobry stwierdzono, że skoro moje dziecko do 18 miesiąca miało inne szczepienia niż angielskie dzieci, to nie będą się pierdolić z ustalaniem mu indywidualnych szczepień tylko powtórzą wszystkie (!!!) szczepienia od noworodka. Witki mi opadły.
      W tej nowej praktyce pielęgniarka od szczepień wezwała mnie, bo przetłumaczyłam jej na angielski jakie moje dziecko miało szczepienia, ale tylko do 7 miesiąca. A co dalej?- się mnie pyta, pukając w kartkę, którą jej napisałam, położoną przed sobą na biurku.
      Nic nie powiedziałam. W zasadzie chyba tylko westchnęłam ciężko i (uważaj bo to mocne) obróciłam tą kartkę na drugą stronę. Gdyż ponieważ- taaaadaaaam- na drugiej stronie były wypisane szczepienia od 7 miesiąca wzwyż. I nawet zawinięta strzałka, taka wiesz "obróć kartkę" nie zachęciła idiotki, przepraszam, pani pielęgniarki, aby kartkę obrócić.
      Ja pierdolę po raz drugi.

      W żaden sposób mi nie ubliżasz, więc pierwstego zdania w ogóle nie rozumiem- dlaczego miałabym nie publikować tego komentarza?

      Usuń
    2. Iwona A. - tak w sumie to zachowujesz się jak PanKaczyński: wiem, ale nie powiem, bo mi się nie chce. Po cholerę, w takim razie zaczynasz? Nikt z nas, komentujących, nie ma podstaw Ci wierzyć, że Ania opisuj " margines jako normę a to nie prawda".
      P.S. Wiem, że dawno Cię w Polsce nie było i to pewnie z tego wynika, ale "nieprawda" to rzeczownik, a rzeczowniki z "nie" pisze sie razem. Wiem, czepiam się, ale nie mam powodu "Cię głaskać po główce".

      Usuń
    3. No no Zante, ale mi dowalilas, nie mialas sie czego czepic to sie czepilas nieprawdy. Pisz na komorce to zobaczysz ile bykow narobisz :-)) A komentarz pisalam z Polski, dla Twojej informacji. I na jakiej podstawie twierdzisz ze margines to norma to tez nie wiem. Ja mieszkam w UK znacznie dluzej niz Nietypowa i nigdy sie z takim czyms nie spotkalam. To znaczy spotkalam margines, ale nie twierdze ze to reprezentacja spoleczenstwa i norma spoleczna. Bo tak nie jest.

      Usuń
    4. Iwona - przeczytaj jeszcze raz, co napisałam. Nie powiedziałam, że margines to norma. Zacytowałam Ciebie. Może powtórzę, bo czytanie na komórce też generuje błędy. Napisałam: Nikt z nas, komentujących, nie ma podstaw Ci wierzyć, że Ania opisuje "margines jako normę a to nie prawda". I właśnie to w cudzysłowie to Ty powiedziałaś. A "nieprawda" rzeczywiście to pretekst, by znów Cię zacytować i oznajmić, że "nie zamierzam Cię głaskać po główce z tego powodu". A to dlatego, że to było bardzo protekcjonalne w stosunku do Ani. Zresztą Ty w wielu dyskusjach chcesz uchodzić za znawcę wszystkiego co brytyjskie, a Twoje uwielbienie dla nowej ojczyzny rzuca się w oczy.

      Usuń
  6. Z tego co wiem - Poska szkołanie odbiega aktualnie wiele od tej angielskiej...Tzn te prawa ucznia. W polskiej szkole bywa ,że nauczyciele się boja nie dzieci rozwydrzonych a ich rodziców ( bo np. znany gangster z okolicy zrobi porządek- znam takie przpyadki..)
    Sam system jest w porządku tzn te przerwy i krótsze wakacje itp. Podobnie jest tutaj w Holandii..
    Co do wiedzy - jak sie zorientowałam - tu w Holandii byc mozę ogólna wiedza jest skromniejsza ale jak jest sie fachowcem w jakiejś dziedzinie to jest sie tym fachowcem. Tu raczej jeżeli ktoś nie ma weny do gotowania to raczej na pewno nie zostanie kucharzem..Specjalizacja bym powiedziała.Myśle,że tez tak jest w ąnglii.
    CO do patologi - rodziny zasiłkowe z pokolenia na pokolenie to problem nie tylko Anglików.Tak jest również w Niemczech ,bywa i tutaj w Holandii..Więc trzeba by się zastanowić czy ten system zasiłkowy aby jest ok???
    W Holandii wszelkie zachowania rasistowskie zwalcza się z urzędu . Nie słyszałam o większych problemach w szkole. Z tym ,że ja tu nie mam dzieci i tak od środka nie specjalnie śledzę problem.Za to staram się wiedzieć jak najwięcej . na temat bo cholerka mam polskie znajome nauczycielki więc siła rzeczy muszę porównywać...

    OdpowiedzUsuń
  7. Znam ludzi,którzy wyjechali do Niemiec,Anglii,USA..
    W różnym czasie,jedni niedawno,inni jeszcze za PRL-u.
    Nie wiem dokładnie,co tam robią,pewnie lepiej lub gorzej,ale jakoś sobie radzą.Jednak prawie wszystkich łączy jedno - zmarnowali swoje dzieci.Dzieci niegłupie,często utalentowane,dobrze się uczące ( w Polsce,przed wyjazdem)Żadne z tych dzieci nie skończyło studiów,często nie zdobyły nawet wykształcenia odpowiadajacego naszemu średniemu.Przeważnie też nie założyły tam rodzin - mam na myśli dzieci w wieku 30+,a nawet starsze.Znam przypadek,że dzieci wróciły do Polski,żyją z emerytury babci,dorabiają jakimś drobnym handlem.Nie twierdzę,że to norma,ale,jesli trafiły do takich szkół,jakie opisujesz..,to wiele wyjaśnia:) Porównywanie takiej patologii z polską szkołą jest całkowicie absurdalne.Polskie szkoły,choć nieidealne, jawią się na tym tle oazami bezpieczeństwa,spokoju,gwarantującymi bardzo przyzwoity poziom nauki.
    To prawda,że świat zwariował,ale dla matki najważniejsze są jej dzieci.Musisz znaleźć jakieś wyjście z tej,jak dla mnie,dramatycznej sytuacji,bo najważniejsze są dzieci.
    Tak myślę,pozdrawiam
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, Aniu, nie znam takich drastycznych przypadków i mam zupełnie inne relacje od znajomych, którzy wychowali na obczyźnie swoje dzieci. Większość dzieciaków kształci się tu, czy odnosi sukcesy przy początkowo minimalnym zaangażowaniu (moje dzieci koszą wszystkie możliwe nagrody bez problemu), później-wiadomo- znacznie większym niż ich angielscy/niemieccy rówieśnicy. Oczywiście każdy chyba przyznaje, że jego droga do sukcesu była znacznie bardziej wyboista, choćby dlatego, że często różnym przygłupom musieli udowadniać, że nie są niepiśmiennymi istotami z trzeciego swiata, równie często trafiali na mobbing, czy jakąkolwiek inną dyskryminację, jednakże kto chciał, to sukces odniósł. Rzecz w tym, żeby nie stracić hartu ducha i się gdzieś tam nie poddać (nie twierdzę, że to łatwe przy tak niesprzyjających warunkach), ja też znam osobę, która żyje wyciągając łapę po emeryturę babci. W Polsce.
      Ale ogólny Twój przekaz rozumiem i zgadzam się, że dzieciom na emigracji jest zwyczajnie trudniej.
      pozdrawiam

      Usuń
    2. Acha..przypomniałam sobie,znam jeden przypadek dorosłego już dziecka emigrantów,które jest dobrze wykształcone i odniosło zawodowy sukces.Znajomi(oboje pracownicy naukowi jednej z polskich uczelni),kiedyś przed laty otrzymali stypendium na uniwersytecie w Aarhus w Danii i tak im się poukładało,ze tam zostali na stałe.Cały czas pracują na uniwersytecie jako pracownicy dydaktyczni( co istotne,bo na uniwersytecie można tez szorować kible:))Ich syn,solidnie wykształcony,osiągnął w krótkim czasie dużo więcej niż by mu się udało osiagnąć w Polsce.
      pozdrawiam,Aniu i życzę dużo siły
      Ania

      Usuń
  8. Witaj Nietypowa.
    Czytam Twoja tworczosc od dlugiego czasu i przyznam, ze sprawia mi to wielka radoche. Lubie Twoja fantazje i poczucie humoru. Zazwyczaj zgadzam sie z Twoimi pogladami, nie komentowalam jednak, poniewaz jakos nigdy nic madrego nie przyszlo mi do glowy. Ostrzegam, ze teraz tez nic madrego nie bedzie, tylko moje wlasne spostrzezenia dotyczace szkolnictwa w UK-akurat tutaj rzucil mnie los.
    Wydaje mi sie, ze po prostu zle trafilas. Ja mieszkam w malo ciekawym miejscu, wiec szkol tez sie obawialam. Niepotrzebnie. Primary School- dyrektorka zawsze stoi w bramie i wita dzieci rano i zegna po poludniu. Jest wtedy dostepna dla rodzicow jezeli chca z nia porozmawiac. Mozna wtedy zasygnalizowac jakikolwiek problem i porozmawiac o jego rozwiazaniu. Jakiekolwiek objawy przemocy, bullyingu sa traktowane serio. Moglam sie o tym przekonac na mojego wlasnego dziecka skorze. Jedna z kolezanek wyslal mojemu dziecku obrazliwe sms-bylo to po szkole, w godzinach wieczornych. Dziecko moje wzielo sobie do serca nazwanie go "fat cow", a poniewaz bylo szykanowane przez ta istote jakies 2 tyg, zdecydowalam, ze trzeba porozmawiac z wychowawczynia i zasygnalizowac problem. Wychowawczyni byla zbulwersowana zachowaniem istoty. Powiedziala, ze porozmawia z dyrektorka i mama owej istoty i obiecala, ze bedzie mnie informowac co zrobiono w tej sprawie. No i wychaczyla mnie nastepnego dnia i poinformowala mnie co zrobiono w tej sprawie. Bylam zadowolona z podjetej akcji.
    Drugie dziecko chodzi to Secondary school. Dziecie marudzi, ze jest to "very strict school" a ja sie z tego ciesze. Nauczyciele przestrzegaja, zeby uniform byl poprawny, bez zadnych przerobek. Dziewczynki spodnice maja do kolana i nie moga byc krotsze- bo to szkola a nie rewia mody. Chlopcy musza miec wlosy krotkie, bez zadnych wzorkow czy wygolen. Za kazde przewinienie jest kara-detention-musza siedziec w pustej klasie, bez zadnych rozrywek. Dzieci maja absolutny zakaz przynoszenia komorek zy innych gadzetow. Kto ten zakaz zlamie, sprzet zostaje skonfiskowany, dziecko ma kilkudniowe detention a rodzice zostaja wezwani do szkoly.
    Makijaz? Boze, jaki makijaz? Dyrektor albo jego zastepca stoi kazdego ranka w bramie i sprawdza czy uczniowie sa ubrani zgodnie z regulaminem. Nawet dziewczynki wlosy musza miec uczesane zwyczajnie w kitka, bez zadnych fantazji. Nauczyciele reaguja na kazdy wybryk czy przejaw nieodpowiedniego zachowania-rodzice sa wzywani do szkoly i delikwent dowiaduje sie, ze albo bedzie sie zachowywal normalnie, albo bedzie sie musial pozegnac ze szkola, bo szkola ma taka polise ze wszyscy maja prawo przychodzic do szkoly bez strachu, ze bedzie sie przesladowanym.
    Wiem, moj komentarz nie jest obiektywny, ale ja opisuje szkoly moich dzieci i ze sie w nich reaguje na takie przypadki, jakie maja miejsce w szkolach Twoich dzieci.
    Co do poziomu w anigelskiej szkole, to ja tez dawno temu uwazalam, ze tutejsze dzieci nic nie umeja. Dopiero kolezanka nauczycielka-tez Polka, wiec porownanie ma, wytlumaczyla mi, ze tutaj dzieci uczone sa moze i mniej, ale za to solidniej i rzeczy, ktore im sie pozniej przydadza w zyciu. No i cos w tym jest, bo ja z tablicy Mendelejewa pamietam tylko...nazwe i ani razu jej nie uzylam w moim doroslym zyciu.
    Jak juz napisalam, Twoje dzieci trafily zle. Nie twierdze, ze to wyjatek, na pewno takich szkol jest wiecej, ale dobre szkoly tez istnieja. Czy nie myslalas o przeniesieniu ich do innych szkol? Popytaj wsrod tubylcow, moze Ci cos doradza?
    Pozdrawiam,
    Marudna.
    PS. zamontowalam sobie wreszcie satelite i po obejrzeniu odcinka "szkola" osmielam sie stwierdzic, ze zachowanie polskich nastolatek bardzo sie od angileskich nie rozni...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myśleliśmy o zmianie szkoły, ale nie mamy gwarancji, że nie trafimy z deszczu pod rynnę. Do szkoły średniego syna, poza jednym incydentem i jedną, głupią babą- pech chciał, że akurat wicedyrektorką- nie mam zastrzeżeń. Co do szkoły starszego- zdecydowanie go nie kochają, ale sytuację opanowaliśmy na tyle, że się go boją. Wiedzą, że wszelkie dokuczanie mu skończy się na policji.
      Tak, szkoła stosuje detention...a dzieci mają to w nosie. Delikatnie mówiąc. Rodziców również wzywa/wzywała. I nic, absolutnie nic do czasu zaangażowania przeze mnie policji się nie zmieniało. Z tym, że wydaje mi się, że takie "nie będę z nim siedział w ławce, bo jest z Polski", to wynosi się z domu, bo to nie są jak na mój gust typowe teksty 12-latków, toteż brak jakichkolwiek zmian po wizycie rodziców w szkole jakoś mnie specjalnie nie dziwił.
      Co do poziomu, to uważam jak napisałam, że jest zróżnicowany. Nie neguję angielskiego systemu, słyszałam, że kształci świetnie i ściśle wykwalifikowanych fachowców, natomiast uważam, że poziom wiedzy ogólnej w społeczeństwie jest jednak niższy. I absolutnie zgadzam się, że z polskiej szkolnej wiedzy pozostało mi w głowie jakieś 50%, z czego przydała się w życiu kolejna połowa, jak nie mniej.
      I dzięki Ci za "coming out";) Znaczy, że się postanowiłaś ujawnić i opowiedzieć swoje doświadczenia. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Świetna wiedza w wąskiej dziedzinie jest bardzo cenna i na rynku pracy na pewno pożądana. Natomiast jednoczesne ograniczenie wiedzy ogólnej chyba jednak społeczeństwom dobrze nie robi. Wydaje mi się, że nawet jeśli pamięta się z materiału szkolnego 1/4 (albo i mniej), to pozostaje, że gdzieś "coś dzwoni", gdzie szukać informacji (poza wikipedią, rzecz jasna;-)))), ale przede wszystkim rozeszarza to horyzonty, uczy kojarzenia faktów, poszukiwania przyczym i skutków róznych zjawisk.

      Usuń
    3. Zante, bardzo trafna wypowiedz, ale odnosi sie do Twojego pokolenia. Te "swietnie wyksztalcone" polskie dzieci maja wiedze ogolna bardzo mierna, faktow nie potrafia kojarzyc ani troche, o poszukiwaniu przyczyn i skutkow nie wspomne. No i w dodatku wiedzy w waskiej dziedzinie tez nie maja bo to nie jest w Pl praktykowane. Zapytaj wykladowcow uczelni wyzszej, jaki poziom reprezentuja teraz polscy studenci.
      Denerwuja mnie takie wypowiedzi jak Twoja, a wiesz czemu? Bo wcale na zachodzie nie jest gorzej niz w Twoim kraju, wystarczy sie tylko pozbyc postawy meczennika narodow i poczucia wyzszosci na innymi.

      Usuń
    4. Już wyżej napisałam, że Twoje uwielbienie dla nowej ojczyzny jest wszystkim znane. Polska to już nie jest Twój kraj, więc pozwalasz sobie na wytykanie wad narodowych tym miernotom, które tu zostały. Widać również, że rzadko używasz języka polskiego, bo masz kłopot z czytaniem ze zrozumieniem. Ja nie pisałam o polskim społeczeństwie tylko społeczeństwach w ogóle.
      W jednym muszę Ci przyznac rację, że jestem stara i moje pokolenie, w stosunku do Twojego, to przepaść.

      Usuń
    5. Odpisze po raz ostatni bo nie widze potrzeby strzepienia jezyka. Ty wiesz doskonale dlaczego napisalas to co napisalas i wiesz doskonale do kogo i czego Twoje wypowiedzi sie odnosza. Czepiasz sie slow, obrazasz mnie - tak, czuje sie obrazona Twoimi wypowiedziami. Ja jestem to samo pokolenie co Ty Zante. To nie moja wina ze tak wygladam.

      Usuń
    6. Skoro to samo pokolenie, to dlaczego nie napisałaś "naszego" pokolenia? Nie wiem ani ile masz lat ani jak wyglądasz i nie mam pojęcia jakie to ma znaczenie w tej dyskusji. Czym ja Cię obraziłam??? Tym, że Polska to juz nie Twój kraj czy tym, że błędnie przeczytałaś? A może tym, że uznałam, że jesteś dużo młodsza? Nie wykluczam, że Cię przeproszę, jak powiesz za co. Myślę jednak, że nie powiesz, bo postanowiłaś się obrazić profilaktycznie, by nie przyznać, że traktujesz wszystkich z wyższością i protekcjonalnie.

      Usuń
  9. Och moje drogie przedmówczynie.Myślę, że obie panie troszkę zniechęciły autorkę blogu do wynurzeń na temat jej doświadczeń na emigracji.
    Emigracja żadna dla nikogo nie jest łatwa ani prosta. Myślę że szczere opisywanie jak jest jest o tyle cenne ,że co niektórych np . w Polsce skłoni przemyślen. Np o rasizmie,mobingu itp.
    Co do polskiej szkoły - za moich czasów wiedza ogólna była większa za to z fachowością było róznie.Tę teoretycznie zdobywało się na studiach . ALbo w zawodówkach.I było jak było. Teraz wiem,że poziom ogólny jest byle jaki (w Polsce) zawodówek nie ma a kierunki studiów są tak mało powiązne z gospodarką ,że dobrzy fachowcy spełniają się gdzie indziej ..
    Polscy emigranci na własnej skórze przekonują się co znaczy ksenofobia, rasizm itp. Inna sprawa ,że na zlą opinie pracowicie sobie zapracowali.Plus ogólna polityka Anglii. Trzeba mieć twardą skórę , żeby się przystosować ,wiele zaakceptować a i wiele zwalczyć. Bardzo mi się podoba ,że Ania próbuje blaski i cienie opisać prawdziwie.To nie jest ważne Zante ,czy ktoś napisze z błędem .To tylko znaczy,że skoro chodzi i czyta polskie blogi,polska prasę ,interesuje się tym co się dzieje w Polsce tzn, że ten ktoś jest związany z Polska.
    Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia podobno. Nikt nie wyjeżdza z naszego ukochanego kraju bo musi. Przeważnie chce sobie polepszyć byt.
    Nawet młodzi ,zaraż po szkole jadą w pierwszym rzędzie na zachód teoretycznie w poszukiwaniu pracy:)) Część z nich rzeczywiście pracuje a część tu w Holandii siedzi w koffe schoopach..I zajmują się ufo..czyli znikającymi samochodami.Nie lepiej jest w Anglii.
    Szokiem dla niektórych jest ksenofobia Anglików. Na pewno to jest niefajne. trzeba by pewnie wiele przemyśleć. Jednocześnie w tejze Anglii jest konglomerat kultu,ras,kolorów skóry ,wyznań. To samo tutaj w Holandii. I szkolnictwo jest inne. Sztuką - i to pochwałam ANię - tak wychować swoje dziecko,żeby umiało bronić swoich praw ale też było otwarte na prawa innych.
    Aniu - proszę nie ustawaj w opisywniu swoich obserwacji.Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  10. Przepraszam za błędy i literówki .Szczególnie jak piszę emocjonalnie - zdarzą mi się to aż nazbyt często.

    OdpowiedzUsuń
  11. czyli na Młodych gniewnych nie przesadzali ani odrobinę?

    OdpowiedzUsuń
  12. aLusia, Młodzi gniewni to był dokument :)))

    OdpowiedzUsuń
  13. Hej,
    przepraszam, że się ładuję z kopytami, ale ponieważ zwróciłaś się do mnie z pytaniem na blogu Iwony, to na nie odpowiedziałam, nie wiem natomiast, czy to jeszcze przeczytasz. Po prostu Ci skopiuję to, co napisałam:
    "Aniu Nietypowa - tak właśnie było. Komentarz napisałam od razu i zresztą nie odnosił się bezpośrednio do Zante, tylko do kilku sytuacji, z którymi zetknęłam się ostatnio w dość krótkim czasie i które bardzo mnie rozdrażniły. Nie znam Zante, więc interesu w tym nie miałam. Później, wieczorem, grzebałam w linkach Iwony."
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałam u Iwony, ale dzięki serdeczne, że pofatygowałaś się, żeby i tu w razie czego skopiować. również pozdrawiam!

      Usuń
  14. Witam w Twoich progach :-)
    Zaglądałam tu kilka razy ale dopiero dziś odważyłam ię "ustounkować".
    Trochę bowiem wiem o czym mówisz. Z własnego doświadczenia w Holendrowni. Jakieś 14 lat temu, z tutejszego Urzędu Miasta wysłano mnie do szkoły na kurs niderlandzkiego. A że był to kurs również praktyczny, to po kilku miesiącach miałam praktyki...w szkole. Jako "przyboczna" pani nauczycielki od zajęć kreatywnych. Plastyka, muzyka (!) i w-f (!) w klasach młodszych. Zadeklarowałam się bowiem jako "kunstenares" i z pewnym doświadczeniem w pracy z dziećmi w Polsce.
    Moje refleksje? Bardzo różne...Te najmłodsze, 4-6 lat były naprawdę słodkie dziunie często. Ciekawskie i w miarę grzeczne. Dzieciaki w przekroju 10-13 lat aroganckie i czasem bezczelne, ale też mądrale. Jeden 11-letni Lukasik, gdy dowiedział się skąd pochodzę-zrobił mi wykład z geografii (gdzie leży Polen, jakich ma sąsiadów, hoofdstad oraz stolice sąsiadów)....ale on znał też stolice jakiejś Ugandy czy innego Honolulu... W najmłodszych grupach muzyka była połączona z w-fem. Jak dla mnie świetna zabawa. Nawet mogłabym skakać i śpiewać z dzieciakami - gdybym znała słowa ichnich piosenek.... :-) Ale to były lekcje kreatywne, czyli bardziej na luzie. Trudno mi mówić o poziomie edukacji. Z obserwacji jednak wnioskuję, że tak jak w Anglii wiedza jest bardziej praktyczna niż ogólna. Z dziećmi szło mi jednak jako tako, tortury to ja przeżywałam w pokoju nauczycielskim... Strasznie na serio tam było.... Czy byłam zaszokowana arogancją dzieci? Czasem tak. Ale z drugiej strony widziałam respekt nawet dla pani od plastyki. Szokowała mnie swoboda w innych sprawch: gdy szkolna lekarka pyta 13-letnią dziewczynkę czy chce pile antykoncepcyjne..... Po tych kilkunastu latach przyzwyczaiłam się do innej mentalności ale wówczas wydawało mi się, że te dzieciaki wiedzą więcej odemnie nie tylko o seksie..... :-)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...