środa, 11 maja 2016

głuptas mamusia

Wybraliśmy się ze Stiflerem po nowe kapcie. W drodze zapytałam go od razu czy też szukamy takich w Minionki, jak te obecne, ale Stifler pokręcił głową i powiedział, że nie i że chce inne, bo takie w Minionki już miał.
W Sainsbury`s były wprawdzie w Jacka pirata, ale niestety nie było odpowiedniego rozmiaru. Był za to odpowiedni rozmiar tych z Grufallo, ale z kolei dziecku nie przeszła jeszcze trauma po majówce. Co okazał uciekając z krzykiem w stronę działu ze słodyczami.
Moja krew.
Na szczęście tuż obok Sainsbury`s jest obuwniczy. A kapci w nim do wyboru, do koloru. Te w Minionki odpadły w przedbiegach. No więc stoję i pytam:
-Stifciu, jakie chcesz kapciuszki- miejskie moro, leśne moro, z koparką, w pirata, ale nie w Jacka, takiego zwykłego, czy z pająkiem?
- Hmmmm, z pająkiem.
- No i git. Proszę, oto kapcie z pająkiem. Przymierz. Dobre?
- Nie, cisną.
I tu dochodzimy do momentu, którego szczerze nienawidzę.
Jak ja, kufa, nie lubię kupować dzieciom butów, czy tam kapci, to się nie da opisać. Bardziej to chyba nie lubię tylko brukselki i znacznej części rodziny mojego męża.
-Gdzie cisną?
- O tu- mówi Stifler i pokazuje na palce. Macam. Wymacuję obowiązkowe pół centymetra luzu. Starym sposobem wkładam palec z tyłu kapcia. Wchodzi. Otwieram buzię. Zamykam. Co ja będę dyskutować, jak mamy jeszcze dwa rodzaje moro, z piratem i koparką.
-Dobra- mówię- to sprawdźmy inne. Może leśne moro?
- Tylko nie te! Te są obrzydliwe! Głupie! Debilne!
- Zrozumiałam. To może miejskie moro?- pytam.
Cisza.
Odwracam się.
Dziecka nie ma.
Stoi przy innym regale.
- Chcę te! Te są czadowe!- krzyczy
- Jak byśmy pro-gender nie byli, nie dostaniesz do domu różowych kozaczków z futerkiem w kucyka Pony. Co z tym miejskim moro? Przymierz.
-Cisną.
- Gdzie?
- W palce.
Nie może, kufa, być! Pół centymetra luzu, palec wchodzi, rozmiar większe niż ostatnio. Niech będzie, sam se chce, będzie chodził jak pingwin. Biorę jeszcze większe.
- Przymierz te.
-Cisną w palce.
Patrzę na Stiflera spod zmrużonych powiek.
Stifler patrzy na mnie spod zmrużonych powiek.
Wytrzymujemy tak z trzy minuty.
-Dobra, koparka czy pirat? Te w koparkę są fajne. Zupełnie jak z Boba Budowniczego, pamiętasz? "Bob Budowniczy zawsze da radę! Bob Budowniczy nie jest sam! Piach, żwir i cement nie straszne nam. Boba lubimy... "
Odwracam się. Pani ekspedientka wygląda jakby znała tą piosenkę. Stiflera nie ma. Zza regału dobiega mnie
-....pink, grey, Merry Christmas, toilet, shoe, nisedoł (knees and toes, z piosenki), Beyonce...
Więc ja tu sobie śpiewam, kuźwa, do regału, gdy moje dziecko prowadzi towarzyskie pogawędki! Idę w kierunku skąd dobiega głos. Stifler tym razem zabawia starszą panią.
-Nie bardzo go rozumiem, ale jest słodziutki- mówi starsza pani.
- Tak, jasne. Lubi być w centrum uwagi - tu patrzymy na siebie ze Stiflerem spod zmrużonych powiek
- Może aktorem zostanie?- żartuje starsza pani
- A wie pani, że to niegłupie. Muszę go zacząć na castingi prowadzić. Poczekam tylko na coś w czym by się odnalazł, np. "Dzieci kukurydzy 7", "Laleczka Chucky 4", czy tam klasyczny "Omen".
Zostawiam panią z lekko uchylonymi ustami, biorę Stiflera na ręce, stawiam przed regałem i mówię zdecydowanym tonem
-Ostatnia szansa. Chcesz pirata czy koparkę?
-Chcę siku.
No więc z powrotem na ręce, biegiem do wyjścia, biegiem w przeciwną stronę, bo zostawiłam torebkę, znowu do wyjścia i świńskim kłusem, przy okrzykach "szybciej, mamo, szybciej! Daj z siebie wszystko! Już nie mogę! Nie wytrzymam!" w kierunku Sainsbury`s, bo tam są toalety.
Brudne, ale są.
Stoimy zatem przed muszlą. Stifler przodem, ja tyłem się inhaluję, bo ze sportów to tylko bierki bez inhalacji mi jakoś idą. Stoimy. I stoimy. I stoimy. Gdy nagle słyszę
-Nie, pomyliłem się. Nie chcę siku. Możemy wracać.
Taaaak, to są te chwile, gdy instynkt macierzyński z wielkim trudem wygrywa nad tym morderczym.
Ale nic to.
Wracamy.
Głupia, psze Państwa, nie jestem. Toteż trzymam go przy sobie za rękę. Koniec, kurna, se myślę! KONIEC! Bierzemy pierwsze z brzegu, w odpowiednim rozmiarze i wychodzimy! Trza być twardym, a nie miętkim! Trza być konsekwentnym!
- Aua, mamusiu, aua!
- Co cię boli, Stiflerku?- konsekwentnie padam na kolana zaniepokojona
-Rączka. Nie ściskaj tak, aua, aua!
Czuję jak pot przestaje kapać mi po dupie chyba z wrażenia, że oczy wyszły mi z orbit.
-Stifler, przecież ja cię nie ściskam. Normalnie trzymam. Ani trochę nie ściskam.
-Aua, mamusiu! Bardzo boli. Puść mi rękę. Aua, aua, aua!
I tu, rozumiecie Państwo, następuje rozdwojenie jaźni- każdy rodzic to zna. Lewa strony twarzy, ta którą widzi wyraźnie zaniepokojona ekspedientka, jest jak Crystal z Dynastii. Prawa, po której stoi Stifler, to Predator.
- Stifler, natychmiast przestań błaznować!!!- cedzę przez zęby. Muszę cedzić. Strasznie trudno jest normalnie mówić jedną stroną twarzy promiennie się uśmiechając, a drugą robiąc groźną minę- Puszczę teraz twoją rękę, a Ty ani drgnij. Wezmę karton z Twoim rozmiarem kapci w koparkę, jak z Boba i idziemy do kasy zapłacić. Zrozumiałeś?
-No- potwierdził Stifler z pełnym zaangażowaniem jakiego oczekiwałam
No więc szukam tych zasranych dziesiątek, biorę ten pieprzony karton i kątem oka widzę tylko jak Stifler odpalił nitro przy klapkach, driftem wszedł w zakręt przy japonkach i dalej dzida, dał w długą, mijając wyprzedaż kozaków, przebiegł przez bramkę, która się rozwyła i wybiegł na chodnik.
Zatem rzucam ten karton, puszczam się tym moim świńskim kłusem w tymże kierunku. A chuj z torebką! Łapię zbója na pierwszym zakręcie i pamiętając, że nie wolno zwracać się do niespełna trzylatka słowami "porąbało Cię?", pytam:
- Czy nie wiesz, że nie wolno wybiegać samemu ze sklepu? Obiecałeś być grzeczny, nie byłeś. Nie będzie dzisiaj Klubu Myszki Miki na dobranoc!
I wtedy dostrzegam powód wyjącej bramki, ściśnięty mocno w obu dłoniach.
-Co tam masz?- pytam
- Bo ja bym bardzo chciał te kapciuszki mamusiu. Bardzo, bardzo. Dlaczego nie chcesz mi kupić tych, mamusiu? One są takie piękne. Takie śliczne.
Biorę kapcia z ręki syna i nie wierzę własnym oczom.
-Synu, przecież (w domyśle: ja pierdolę) one są w Minionki (w domyśle: do chuja wafla), a Ty nie chciałeś w Minionki, bo powiedziałeś, że takie już miałeś (w domyśle: kurwa mać!)
- Takich nie miałem. Ja miałem w jednego Minionka, a te są w dwa Minionki! Głuptas mamusia...
Bez słowa, za to ze znamionami depresji, zmierzam z nim do obuwniczego. Ja proszę o dziesiątkę z kapci w Minionki, ekspedientka oddaje mi torebkę. Biorę Stiflera za rękę i wychodzimy. Piszczymy na bramce. Ostatni raz tego dnia musimy się wrócić, bo jak już powiedziałam niezależnie jak by nie błagał i jak pro-gender jesteśmy nie kupię mu do domu na zmianę różowych kozaczków z futerkiem w kucyka Pony, nawet jak sobie jednego sam zajuma.

11 komentarzy:

  1. Cudowne :)
    Oczywiście, jak się czyta. Ja w krytycznych sytuacjach miałam ochotę uderzać głową (własną) we framugę kub ścianę. Teraz córki mają traumę... (mówią: mamo, robiłaś wtedy taką straszną minę...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A trzeba było ich głową. To by traumy nie miały.;-)

      Usuń
  2. Czyta się wyśmienicie, Kobieto o dwóch półtwarzach:))) Gratuluję zwycięstwa instynktu macierzyńskiego nad tym morderczym:))

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam i płakałam. I wiesz co? Twarda sztuka z Ciebie. Bo po pierwsze- no niestety, ale mnie się już zdarzyło pytać Lilę, czy Ją pogięło (no bo to przecież to samo, co porąbało :)), po drugie- a ja się mazałam po ostatnich zakupach butów zimowych, kiedy- Lila chciała te kozaki bo "takie ma Michasia", a Eliza nie chciała tych kozaków bo "takie ma Nikola i Paulina".
    No :)
    Niech moc będzie z nami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uśmiałam się. Podziwiam Twój spokój mimo wszystko

    OdpowiedzUsuń
  5. No to masz niezły ubaw! Ja na szczęście nie miałam nigdy takich problemów w sklepach, tylko w restauracjach :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. To jeszcze nic. wybor butow z Hanką to pikus...
    ja mam drama codziennie rano...ona tego nie zalozy bo Tosia bedzie ubrana dzis inaczej i na widok tego co wybralam mega ryyyk. / a skad ja mam wiedziec jak dzis jej przyjaciolka bedzie ubrana do przedszkola???/

    OdpowiedzUsuń
  7. tak. Dzieci powinny być dogłębnie wdzięczne rodzicom przede wszystkim za to, że dożyły do dorosłości, pomimo wszelkich przesłanek, żeby zginąć tragicznie w dzieciństwie :) ja np jestem wdzięczna. Sama siebie zatłukłabym tak z 10 razy dziennie :) :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak - a przyjdzie jeszcze czas dojrzewania....

    OdpowiedzUsuń
  9. Kochana, będzie weselej kiedy zostanie nastolatkiem ( choć wydaje się, że już bardziej nie może :DD) potem dojdziesz do wniosku, że wnuki są nagrodą dla dziadków, za to, ze nie zabili ich rodziców kiedy Ci byli nastolatkami :D, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))) a ja slyszalam, ze wnuki to dlug ktory splacamy wedlug wlasnych rodzicow,:)))
      A tak na serio, to bardzo sie ciesze, ze mam to juz za soba, a do wnukow poki co jeszcze nie tesknie.

      Usuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...