środa, 4 maja 2016

fotorelacja z majówki

Majówkę spędziliśmy jak większość rodaków. Grillując, rzecz jasna. 
Jako, że pogoda nieco się u nas ostatnio poprawiła i było wyjątkowo słonecznie, a grad, który padał dnia poprzedniego albo się całkowicie rozpuścił, albo też wydawał się być ciepły, postanowiłam wpiąć kwiatka w rozpuszczone włosy, ubrać klapki i długą, kolorową, kwiecistą sukienkę bez ramiączek, odcinaną tuż pod (że się tak pochwalę) biustem, którą to se zanabyłam ostatnio w charity shopie, czyli że w naszym lumpeksie, w ilości sztuk cztery. Rzecz jasna nie, że cztery takie same. Tylko tak (i tu panowie klikają sobie na kolejne zdjecie, a panie śledzą tekst z zapartym tchem, bo to najlepszy jego fragment): kupiłam sobie właśnie tą długą kolorową, taką w kolorze nude z czarnymi lamówkami i w czarne kokardki. Odcinaną w pasie i lekko rozkloszowaną. Początkowo się bałam, że będę mieć w niej duży tyłek, ale ostatecznie stwierdziłam, że jak by się człowiek nie starał z Quantum of the Seas nigdy się nie zrobi małej żaglówki, więc jebał pies. Trzecia jest biała i krótka z odsłoniętymi ramionami i ażurkowym haftem na dole i u góry. A z czwartą to sobie nieco popłynęłam, bo ją wzięłam bez mierzenia, czując na sobie oddech Siary, dla którego wszystkie sukienki są jednakowe, ale za to każdy śrubokręt, kufa, jakoś inny. Gdzie te chłopy widzą w tym logikę, to ja nie wiem. W każdym razie tą amarntową, też długą i nieco za małą to sobie zostawię na święta. Się w niej na stół położę i schab peklowany będzie jak znalazł. A teraz najlepsze- zapłaciłam 7,5 funta za całość. Muszę se foty pierdyknąć i pokazać się Państwu w całej sukienkowej krasie. Zrobię to przy okazji wpisu o charity shopach w UK, który planuję, gdyż zarówno sama idea tutejszych lumpeksów, jak i rzeczy, które można w nich znaleźć zdecydowanie zasługują na osobną notkę.
Wracając do, jak to się modnie mówi, outfitu majówkowego- całe szczęście, że przed tym zanim wyjechaliśmy poszłam pranie w tej kiecce wywiesić, bo gdzieś tam między rozwieszaniem skarpet i gaci jak mnie monsun zimowy pierdolnął, to przez chwilę wyglądałam dokładnie jak na załączonym obrazku. Ostatecznie wyjechałam w dżinsach, T-shircie i kardiganie, co okazało się wyjątkowym nietaktem, ale o tym później.



Zaparkować postanowiliśmy w południowej części parku, bo jedynie tam można było robić grilla na specjalnie przeznaczonym do tego obszarze. I o ile 5 funtów za parking zdzierżyłam, to uważam, że 8 (ilość osóbx2 funty. Stifler, jako że poniżej 5 lat się nie liczy) za możliwość grillowania własnej szamy, na własnym grillu jest już zdzierstwem. Jednakże spuszczę na to kurtynę milczenia, gdyż jak wiadomo my, emigranci, opływamy w luksusy i jesteśmy niesamowicie bogaci.
Mój mąż, Siara, psze Państwa, posiada rozliczne talenty. Nie wiem, czy to kwestia tego, że facet jest Polakiem, a my poniekąd w genach mamy zdolność do radzenia sobie w każdej sytuacji. Czy może kwestia tego, że dobrze pamiętam czas, gdzie brakowało nam na Maybacha, a i czasem np. na mechanika samochodowego i w ramach oszczędności Siara nauczył się naprawiać samochód sam. Najpierw swój, później wszystkie samochody w rodzinie i wśród znajomych. Moja mama potrzebowała położyć panele na ścianę- voila, położył jej panele. Potrzebowaliśmy mieć wykafelkowane- voila, wykafelkował. Trzeba było położyć panele podłogowe- pierdut! I była podłoga. Siara potrafi naprawić chyba każde urządzenie, jakie mamy w domu. Obecnie doszedł do takiej wprawy, że jak mnie prosi o wykałaczki i nić dentystyczną, to się boję mu podać, bo co ja, kufa, później zrobię z helikopterem?! Ale żeby nie było tak różowo, to Wam powiem, że Siara za chuja wafla nie potrafi grillować. Wiem to ja, wiedzą to nasi znajomi, którze w akcie desperacji zjedli suchy chleb i wszystkie grillowe sałatki zanim doczekali się mięsa, wiedzą to nasze dzieci, które ostrzegły mnie, żeby lepiej zabrać kanapki, ale Siara nie wie. Fakt, że z tym grillem to straszną wiochę zrobiliśmy, bo se kupiliśmy 2 sztuki jednorazówek, a wszyscy mieli takie satacjonarne, wypasione. Za to pozytywem jest, że Siara spalił tylko kurczaki, burgery udało się uratować...


Co do robienia wiochy to właśnie w tym miejscu powinniśmy powrócić do rzeczonego outfitu- otóż, gdybym wiedziała, że na lewo od nas pół pola będzie opanowane przez społeczność Romską, to ubrałabym się bardziej adekwatnie do sytuacji, bo stojąc przy tym grillu w t-shircie niedaleko pana w śnieżnobiałej koszuli, skórzanej kurtce i świecących, śliwkowych spodniach w kant czułam się nieco niestosownie. Ciekawostką tu niech będzie ilość odzieży i błyskotek ubranych na raz przez Romskie kobiety. Wysnułam nawet teorię, że tam musi być takie niepisane prawo, że kto pierwszy wstaje w taborze, ten chodzi najmodniej ubrany. Jednakże Anglia nauczyła mnie jednego- tu absolutnie wszystkie chwyty modowe są dozwolone. Tu na placu zabaw w kwietniu stoi mama w kozakach, obok mamy w tenisówkach, tuż przy mamie w japonkach. W styczniu faceci idą do sklepu w krótkich spodenkach i klapkach, a na głowach mają wełniane czapki, w przeciwieństwie do swoich nowo narodzonych dzieci, które zimą w wózkach jeżdżą bez czapek. Tu w lipcu nosi się kurtki z futerkiem na kapturze. Rano w sklepie moje sąsiadki spotykam w pidżamach i szlafrokach. A grube laski też noszą legginsy. Tu jak brodaty gość w porozciąganym swetrze, zwisającej jak u Smerfa czapce siedzi w parku na ławce, to to jest hipster. Jak leży- to żul. I najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt nikogo nie obcina wzrokiem. Toteż i na naszym polu, mimo lekkiego przepełnienia, panowała pełna dyskrecja. Nie to co w Polsce nad jeziorem, gdzie oczywiście też niby nikt nikogo nie obczaja, ale weź człowieku tylko ziewnij, to nieświadomie zorganizujesz flash-moba.



Ponieważ moje własne dzieci doprowadzają mnie ostatnio w domu do szewskiej pasji, bo cały czas się kłócą i tłuką oraz tłuką i kłócą, postanowiłam wziąć badmintona z myślą, że jak się wybiegają, wieczór będziemy mieć z Siarą spokojny. I jak widzicie Państwo na załączonym obrazku- z jednej strony był to błąd. Ale z drugiej strony, to żeśmy jednak dobrze zrobili, bo Siara pierwotnie chciał wziąć zestaw do baseball`a.



Zawinęliśmy się kiedy nowobogaccy Rosjanie, po prawej, ze złotymi łańcuchami grubości dokładnie takiej, na jakiej można by trzymać krowę tudzież nosorożca, otworzyli drzwi swojego samochodu i zaczęli puszczać głośno muzykę. I dla jasności, żeby nie było, że jakaś anty-muzykalna jestem- to nie było już nawet żadne włajaż, włajaż, tylko klasyczne bialyje rozy. Zatem większość nas została zgwałcona przez uszy, choć znalazł się również ktoś, kto postanowił poddać się szaleństwu i zatańczyć.



Postanowiliśmy udać się do północnej części parku w poszukiwaniu rzeźb z bajki Gruffalo, które Stifler chciał koniecznie zobaczyć, bo choć bajki w życiu nie widział, to ma koszulkę z głównym bohaterem i to wystarczy. W parku czuć było już w pełni zbliżające się lato. Wszystkie sosny pięknie się zazieleniły. Po drodze minęliśmy staw...


...oraz sporo zwierząt gospodarskich jak owce (tam hen, hen w oddali),

konie,



kozy,

krowy.


Jeszcze krowy.


Tak, nadal krowy. Dużo było tych krów.


Dotarliśmy również do 1500-letniego dębu, który nazywał się Charles Manson i był świadkiem starcia Ragnara Lodbroka z królem Ellą. No dobra, zalewam. Nie wiem co to za drzewo, nie wiem ile ma lat i dlaczego było zagrodzone. Choć moje dzieci to akurat wersję z Mansonem łyknęły, ale oni łyknęli też, że Jamajka barwami na fladze chciała podkreślić dumę narodową z bananów w każdym stadium- zielonym, żółtym i czarnym...Mój Bobrze, czasem sobie myślę, że oni mają przesrane mając matkę wychowaną na Monty Pythonie.


Kilka mil później, tuż po tym jak nogi zaczęły wchodzić nam w dupę, jako że, jak już mówiłam, Stifler nigdy nie oglądał tej bajki, próbowaliśmy mu wmówić, że Gruffalo to kamyk, krzak, biedronka, patyk, cokolwiek bylebyśmy nie musieli iść już dalej. . Niestety niespełna trzylatki są sprytniejsze niż człowiek może to sobie wyobrazić. Na zdjęciu Don Juan przekonuje go, że mlecz to Gruffalo


No i w końcu dotarliśmy! Ze stężałymi uśmiechami, zmęczeni, ale szczęśliwi wykrzyknęliśmy niemal chórem "patrz, Stifler! Gruffalo!". Po czym dość niespodziewanie dla wszystkich Stifler też krzyknął dźwięk bliżej nieartykułowany, a później jeszcze "ja pierdzielę! o mój boże!" i zaczął dość szybko uciekać w przeciwnym kierunku. Jakieś pół mili dalej, gdy już złapaliśmy dziecko w lekkim szoku i jakieś 40 minut później, gdy udało nam się go uspokoić, przekonaliśmy go nawet do zdjęcia z bohaterem kreskówki. Jedynym warunkiem była asysta ojca, który w razie czego, jak objaśnił nam Stifler, miał dać Gruffalo w ryj. Jakby ożył, rzecz jasna.


Wrzucę Państwu jeszcze zdjęcie dzieci z wężem z tejże bajki.


Oraz takim małym czymś.


No i zdjęcie sowy.


Oraz szałasu, który me dzieci na zmianę budowały i burzyły.


Błędem natomiast było zniszczenie szałasu ojca.


A wracając zobaczyłam prześliczny, leśny zakątek pełny humelophatis violetowis zwisantis. No dobra, na kwiatach też się nie znam. W każdym razie ładne były, takie tam fioletowe dzwoneczki. A że chcieliśmy już od dawna sobie z Siarą zaktualizować nasze wspólne zdjęcie w ramce, to se pomyślałam, że to świetna okazja. Jak się później okazało zaufałam najstarszemu dziecku, siadłam dupą w błoto oraz pozwoliłam, aby w chuj obrzydliwy pająk przeszedł mi przez rękę tylko po to, aby mieć zdjęcie w chwili gdy mówię "ej, ale na pewno nie widać mi tu wałków" i sprawdzam osobiście czy nie widać , podczas gdy mój mąż wygląda jak srający w kucki psychopata, który mnie dusi. Życie. Czyli....takie tam z misiem pysiem <3


I jeszcze kilka innych zdjeć Państwu wrzucę, a co się będziemy oszczędzać! ;)


10 komentarzy:

  1. Matko, uwielbiam ten Twój giętki język :)
    Fajną miałaś majówkę pomimo.....

    OdpowiedzUsuń
  2. uwielbiam czytać, popłakałam się :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uff, kiedy nie pisałaś, a ja pytałam, czy wszystko ok, to właśnie tego- takich postów mi brakowało :)
    No i koniecznie, musowo zrób te fotki kiecek.
    Muszę Marcinowi dać tego posta do przeczytania, bo otóż tak- nam też brakuje na maybacha, a ten mi trzeci tydzień kończy kłaść kafelki na balkonie, bo czeka na mojego brata- sam się mimo patowej sytuacji ekonomicznej nie nauczył. A nic tak nie motywuje przecież faceta, jak tekst: patrz, czytaj i się kurna ucz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie dosc, ze Siara rzeczywiscie wyglada na tym zdjeciu jak srajacy w kucki psychopata w trakcie duszenia zony, to jeszcze podczas tych figli plereza omsknela mu sie z czerepu na podbrodek.

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas jeszcze sezonu grillowego nie otwieralismy, zimno bylo jak sam sk**syn. No dobra, chyba sie glupio tlumacze, bo sie po urlopie rozpakowywalam i spalam.
    O kfiatkach to juz na fejsie dyskutowalim to sie nie bede powtarzac. Ale kiecki koniecznie wrzuc, cobysmy mogly pozazdroscic :-)
    Ty, a na TYM zdjeciu to on faktycznie wyglada jakby Cie wlasnie zadusil i teraz mial po trawie przeciagnac. Buahahahaha!

    OdpowiedzUsuń
  6. Się mi majówka bardzo podobała. Wasza, rzecz jasna. Bo moją spędziłam na wsi czyli u siebie w domu.
    Cieszę się, że znów piszesz. Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  7. o żesz. to te kwiatki nie nazywają się po prostu dzwoneczki??

    OdpowiedzUsuń
  8. To o bananach jest cudowne. Kradnę!

    OdpowiedzUsuń
  9. Witaj Aniu, jak zawsze u Ciebie uśmiałam się, aż boki bolą. Wspaniała rodzina, ekscytująca majówka. Ja też jestem ciekawa tych kiecek za tak niewiele funtów. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. U nas ta bajka nazywa się Grufołak! Oglądałam - mnie sie bardzo podobała córka lat 5 nie była zachwycona ;)

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...