sobota, 23 stycznia 2016

KĄCIK EMIGRANTA, z cyklu "ale jak Ci się żyje w Anglii, ale tak na serio". Część pierwsza. Rasizm i dyskryminacja w UK.

Swego czasu, dostawałam od Was regularnie maile. Czasem chcieliście się podzielić jakąś uwagą, podsyłaliście mi ciekawe linki, równie często zapewnialiście, że spłonę w piekle :)
Ostatnimi czasy piekło zeszło na drugą pozycję, bo numerem jeden naszych rozmów jest jednak zdecydowanie emigracja. Jak mi się żyje (ale tak naprawdę, możesz napisać, nikomu nie powiem)? Jak dzieci (ale tak szczerze)? Czy jesteś zadowolona (tak na serio) oraz czy mogę zapytać, jak to wygląda od strony finansowej?
No więc Kochani, owszem, można zapytać mnie o stronę finansową. Sama nie lubiłam, gdy stojąc przed jedną z, myślę najważniejszych, życiowych decyzji, na pytanie "ile kasy potrzebuję na start?" słyszałam "no trochę". Wiecie, dla jednego "trochę" to trzy tysiące, dla drugiego trzydzieści. Ja wiem, że standard życia też mamy różny i jeden wyda w miesiącu na żarcie pięćset złotych, drugi- tysiąc złotych, a jeszcze inny dziesięć tysięcy, ale z góry sobie załóżmy, że ośmiorniczek u Sowy nie jadam.
Pytania powtarzacie. Są to dokładnie te same pytania, te same wątpliwości, które ja miałam trochę ponad rok temu. Zatem pomyślałam sobie, jako że ktoś słusznie zauważył, że w obecnej sytuacji emigracja z Polski to nie tyle emigracja, co ewakuacja, że zbiorę te wszystkie aspekty życia w Anglii do kupy i Wam opowiem o moich doświadczeniach i obserwacjach pod różnym kątem.
Tym samym proszę, żebyście pamiętali, że nie twierdzę, że tak jest w całej Anglii, że tak jest zawsze i wszędzie. Piszę na podstawie własnych, subiektywnych odczuć i przeżyć.
I piszę z Essex.

Jako, że brakuje mi nieco czasu, a i raczej chyba nikt nie lubi czytać postów, które nigdy się nie kończą, rozłożymy to wszystko na raty.

Zatem,
taaadaaaaaaam
nowy KĄCIK EMIGRANTA z cyklu "jak ci się żyje w Anglii, ale tak na serio". Część pierwsza. Rasizm i dyskryminacja w UK.

Tak, tak, zaczęłam od chwytliwego tematu, ale też takiego, który nieco mnie zaskoczył.
Mianowicie przyznaję, że jako osoba, która nigdy nie mieszkała poza granicami Polski, a równocześnie jako osoba, która lubi dużo czytać, byłam święcie przekonana, że rasizm jest cechą narodową Polaków. Owszem, odkąd niemieccy skini gonili mojego ojca na dworcu w Berlinie, w czasach gdy jeździł na zagraniczne saksy, domyślałam się, że skrajny nacjonalizm istnieje wszędzie. Jednak sądziłam, że to jak z partią Kowalskiego- niewielki odsetek tych, którym mózg niepotrzebny, bo mają mięśnie. I tyle. Natomiast u nas, w Polsce, to zjawisko o znacznie szerszej skali.
Wiecie, gdzieś na świecie rodzi się jakiś mały Niemiec. Wszyscy się cieszą, tylko Polacy robią facepalma, "kurwa, następny Adolf". Ludzie na całym świecie doceniają angielskie poczucie humoru, nikomu nie przeszkadza angielska flegma- dla Polaków to nieśmieszne muły. Rosjanie- chlejusy, faszyn from Raszyn, ujeżdżają na ulicach niedźwiedzie, oczywiście zanim pójdą się lać po mordach. Siekierami. Amerykanie- grubi debile. Przy Rumunach zawsze trzymamy rękę w kieszeni, którą czule ściskamy portfel. Jeśli jeszcze tam jest. Rumunie to to samo co Cyganie, no nie? Cyganie to zaraza. Itd., itp. Natomiast reszta Europy, no może niekoniecznie reszta, ale na pewno zachód wolny jest od uprzedzeń, multi-kulti jest rzeczą naturalną, cenioną i przez wszystkich preferowaną. A jeśli nie, to są to wyjątki.
O, święta naiwności! :)
Teraz fakty.
Kilkadziesiąt procent (nie piszę dokładnie, bo źródła mówią tak o 60, jak i o 80%!!!) dzieci emigrantów spotyka się z rasizmem, głównie w angielskich szkołach, ale i poza nimi.
My również się o niego otarliśmy.
Wprawdzie nie była to jakaś spektakularna akcja, ale moje najstarsze dziecko wracając ze szkoły do domu, usłyszało od dzieci sąsiadów, że "oto do naszej miejscowości przyjechały polskie gówna".
Po podzieleniu się rewelacją w domu ojciec jego rodzony, czyli mąż mój, Siara, skomentował to (psychologicznie wnikając w sedno problemu):
-Idź synu i daj gówniarzowi w mordę.
Na co syn się skrzywił, bo on w wieku 11 lat był już wyższy od swojej matki, która ma 167 cm i wagowo cięższy, a poza tym ćwiczył w Polsce kick-boxing, w połączeniu z judo, elementami samoobrony i karate, co dawało mu w prawej ręce śmierć, w lewej trwałe kalectwo. O nogach nawet nie wspominam.
Na szczęście, jako że po matce dziecię rozważne, to siły używa niechętnie, wiedząc jak się może to skończyć.
Matka jego rodzona, znaczy ja, skomentowała natomiast sytuację słowami:
-Nie jesteśmy wyborcami Bosaka, na litość Bobra! My mamy mózg, buzię i potrafimy się wysłowić. My walczymy argumentami, nie pięściami, o to, co podpowiada nam rozum i serce.
I jeszcze coś tam wspomniałam, że "zostawcie to mnie, pójdę porozmawiać z jego rodzicami, nie ma co świrować".
Matka chłopca, najebana w cztery dupy o 15, wyraziła głębokie ubolewanie słowami "jak wam się tu coś nie podoba, to wróćcie do swojego kraju". Po czym matka Don Juana, czyli ja, wróciłam. Ale nie do kraju, do domu, ze słowami:
-Idź synu i daj gówniarzowi w mordę.
Syn poszedł, wrócił 15 minut później, lekko okurzony, ale kontent.
Po kolejnych 20 minutach usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Gówniarz przyszedł przeprosić i upewnić się, że wszystko już ok i jesteśmy wszyscy "friends".

Przykład drugi.
W klasie Don Juana jest nowy chłopiec z Rumunii. Bardzo fajny dzieciak, skądinąd. Dobrze wychowany, miły, uśmiechnięty i grzeczny. Wiem, bo bywa u nas w domu, mój syn bardzo go lubi. Poznałam jego rodziców. Ojciec pracuje, matka opiekuje się w domu młodszym dzieckiem. Piękna i bardzo mądra kobieta. Angielskiego nauczyła się sama, mówi z akcentem wprawdzie, ale perfekt. Poprosiła któregoś dnia Don Juana o mój numer i zadzwoniła powiedzieć, że skoro nasze dzieci się lubią może chcielibyśmy wpaść do nich rodzinnie na grilla, poznać się, pogadać, itd. Otwarta i życzliwa jednym słowem.
A., chłopiec, ma w klasie problemy. Dzieci się z niego śmieją, szydzą z niego. Przyjaźni się tylko z moim synem. Nauczyciele zapomnieli dać mu hasła umożliwiającego zalogowanie się do szkolnego systemu, dzięki któremu A. mógłby odrabiać 99% prac domowych. Zatem prac domowych, od kiedy przyszedł do szkoły, nie odrabiał. Nikt się tym nie zainteresował. Nikt go o to nie spytał. Jak i nikt nie zainteresował się tym, że przecież nowy dzieciak potrzebuje szafki.
A. dzieli szafkę z moim synem, który sam mu to zaproponował. Matka chciała spotkać się z dyrektorem. Powiedziano jej, że wczoraj ktoś do niej zadzwoni i poda możliwy termin. Nikt nie zadzwonił. Matka A. rozważa pozew.
Żeby nie było- szkoła przez OFSTED (coś na kształt naszego kuratorium) uważana za bardzo dobrą.

Przykład trzeci.
Przyjechaliśmy, moje dzieci ruszyły do szkoły. W tym samym dniu przyszła po Don Juana koleżanka z klasy Angielka, wraz z grupą innych angielskich dzieci, z pytaniem, czy wyjdzie na dwór się pobawić.
Don Juan wrócił jakieś 40 minut później. Zły. Bardzo zły. Wkurwiony.
Zabawa miała polegać na dokuczaniu małemu Pakistańczykowi.
Mały dzieciak biegał sobie sam z pistolecikiem i strzelał do wyimaginowanych wrogów, a oni mieli mu go zabrać, połamać (co zresztą zrobili), no i samego dzieciaka nieco "szturchnąć".
Z dumą przyznaję, że tylko mój syn się nie zgodził i stanął w obronie malca. Został nazwany ciotą. Nie wiem dokładnie co było dalej, bo dziecko skończyło zwierzenia na tym etapie, ale on miał rozdarty dres, a inny chłopiec podbite oko.

Z dyskryminacją w miejscu pracy nikt z nas się nie spotkał. Ani w rodzinie, ani wśród znajomych. Jak i z otwartą niechęcią do dorosłych emigrantów przez dorosłych tubylców. Wnioski nasuwają się same - czego mamusia i tatuś nie powiedzą, powie Wam ich dziecko.
Oczywiście nie mówię tu o wszystkich Anglikach.
Mówię o jakimś ich procencie. Nie wiem jakim, nie chcę strzelać. Nie chcę obstawiać ile w tych uśmiechach, które na co dzień widzę jest prawdy, a ile maski zakładanej, by uniknąć pierdla.

W UK za dyskryminację rasową grozi do trzech lat więzienia. Jeśli macie rasistowskich sąsiadów, w jakikolwiek sposób Wam dokuczają, szef Was dyskryminuje- koniecznie to nagrajcie i wio na policję.
Swoją drogą, ja miałam okazję rozmawiać z policjantem z tutejszego komisariatu i spytałam go ile w takim karaniu za dyskryminację rasową prawdy. Powiedział mi, że gdybym matkę chłopca wtedy nagrała byłaby to podstawa do natychmiastowego aresztowania.
Oczywiście nie jestem jebnięta na tyle, żeby życzyć trzech lat pijanej kobiecie za to, że powiedziała, co powiedziała. Jednakże jeśli ktoś z Was ma jakiekolwiek poważne problemy, ponawiam- zbierajcie dowody i nie wahajcie się dzwonić na policję.

Na koniec zaznaczę Wam, że gdy tu przyjechaliśmy spotkałam się w różnych miejscach z ogromną życzliwością Anglików. Poza niechlubnymi wyjątkami, które miały mnie w dupie i coś tam odburkiwały na grzecznościowe "hello", nasi sąsiedzi przedstawiali się i oferowali pomoc, jeśli tylko będziemy jej potrzebować. Obecnie potrafię znaleźć muffinki przed drzwiami z załączoną karteczką "sami ich nie zjemy, pomóżcie nam. xxxx C. (sąsiadka)". Gdy nie wiem czegokolwiek, co dotyczy przepisów, prawa, spraw urzędowych, czy tam tradycji, angielskich obyczajów- nie jestem odsyłana od Annasza do Kajfasza, jak to ma miejsce w Polsce. Wszyscy zawsze starają mi się pomóc. Teraz, od ręki.
Idą mi na rękę, traktują życzliwie, po ludzku i z dużą dozą wyrozumiałości. Udają, że nie słyszą chujowego akcentu i zapewne częstych błędów gramatycznych. Chwalą (na wyrost) jak świetnie mówię w ich języku. Jestem notorycznie zagadywana, zwłaszcza na spacerach z dziećmi. Trzy słowa o pogodzie, pięć słów o psie, który nas obwąchuje, kolejne pięć o dziecku, które bawi się z moim. Zwykłe grzecznościowe "cześć, jak się masz", mówione przez zupełnie obcych, uśmiechniętych ludzi w różnym wieku.

Reasumując, jeśli miałabym Wam coś radzić, to:

* wybierzcie dobrą dzielnicę, w której zamierzacie mieszkać. Zwłaszcza jeśli macie dzieci. Dobra,znaczy droższa. Coś za coś.

*nie kozaczcie, ale i nie kładźcie uszu po sobie. Niech każdy wie, że szanujecie mieszkańców i kraj, w którym przyszło Wam mieszkać, jesteście życzliwi i otwarci, ale z Bette Midler zamienicie się w Katherine Knight, jak Was ktoś wkurwi.

*uczcie dzieci gdzie jest granica przyzwoitości żartów, "niewinnych" pozornie pytań, dotyczących ich (i cudzej!) narodowości. Uczcie je zgłaszać wszelkie próby dyskryminacji, czy to Wam, czy bezpośrednio dorosłym, pod których nadzorem to się dzieje. Równocześnie uczulajcie, że nikt w swoim kraju nie lubi słyszeć "a my to mamy lepsze, a tamto fajniejsze, a wy to w ogóle jesteście głupsi". Duma narodowa jest ok, ale nie wyższość. Uczcie ich po prostu dyplomacji. Jak również tego, że ciemnoskórzy koledzy to nie brudasy i nie ciapaci, a Angole nie są głupi. Albo się później nie dziwcie, że jak Kuba Bogu....


7 komentarzy:

  1. Mam nadzieję, że na następne części nie każesz nam długo czekać. Mimo, że nie wybieram się na emigrację żadną, tym bardziej zewnętrzną, bo nawet na wewnętrznej długo nie wytrzymuję. Niemniej bardzo jestem ciekawa Twoich obserwacji. Wiele już, przy okazji innych wpisów, opowiedziałaś, ale taka reasumpcja (patrz, jak przyswajam nowomowę!) jest bardzo interesująca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Swieta prawda. My tez spotykamy sie tutaj z ogromna zyczliwoscia, ale zdarzy sie tez uslyszec cos niechcacy, czyli to, co naprawde ludzie mysla i mowia za naszymi plecami. Ale nie obwiniamy za to calego narodu, tylko poszczegolnych glupich ludzi. Takich pelno jest na calym swiecie. I zgadzam sie, ze z tym trzeba walczyc. Koniecznie! Ja 4 miesiace po przyjezdzie wygralam sprawe w Employment Tribunal - pracodawca usilowal mi wmowic, ze zgodzilam sie na wolontariat! Sadzil, ze jakas panienka z Polski nie bedzie wiedziala, co z tym zrobic... No i sie zdziwil!:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mieszkam w Holandii.Już szmat czasu ,przyjechałam tu jeszcze przed wstapieniem Polski do Unii . Moje doświadczenia są być może zdziebko inne (te początki) bo i realia wtedy jeszcze były inne. I moje oczekiwania również.
    Teraz mogę sobie tylko pogratulować ,że żyję w takim a nie innym kraju . Wszystko tu istnieje i rasizm (bardzo ukryty), i mobbing, i cuda niewidy - w sumie -jednak lepiej nie mogłam wybrać..CZuje się niezwykle bezpieczna pomimo multi - kulti itp. I najgorsze - po ostatnich wypadkach w Polsce czuję się jakby mi odcięto właśnie pępowinę.
    Jestem już w wieku emerytalnym. Życzyłabym wszystkim polskim emerytom by chociaż 1/3 mieli te możliwości ,które mają holenderscy i nie chodzi akurat o wysokość emerytury - ale o opiekę i możliwości dla starych ludzi .No .. czy tam powoli starzejących się:)) Jestem bardzo ciekawa Twoich dalszych spostrzeżeń..Pozdrowienia z Holandii

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawy cykl. Lubię tak z pierwszej ręki dowiedzieć się, co i jak:).

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja mieszkam tu i niedaleko od Ciebie 28-lat p.Gosia pozdrawiam jak Twoja astma ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, różnie,jednak z przewagą "lepiej" ;)

      Usuń
  6. ja tam ciekawska nie jestem ale lubię wiedzieć więc pisz Matko Nietypowa pisz ;-)

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...