sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych!!!

Szanowni Państwo,
z okazji nadchodzących Świąt (niezależnie w jakim obrządku je obchodzicie) i za chwilę z okazji Nowego Roku życzę Wam tego, czego akurat potrzebujecie, niezależnie czy to będzie miłość, zdrowie, czy trzysta baniek w gotówce.
Życzę Wam po prostu spełnienia marzeń.
Tym, co w ogóle grudniowych Świąt nie obchodzą i tak wszystkiego dobrego życzę, w końcu trzysta baniek może się przydać.
Nam wszystkim życzę jeszcze spokoju i rozwagi w tym porypanym świecie. 
Wy, drodzy Państwo, możecie mi życzyć szczęśliwego rozwiązania i w ogóle tych takich, co to życzy się ciężarnym ;)
Tak, tak, gdzieś tam w połowie stycznia, jak odwiedzająca nas Mamusia wróci do siebie i będę miała czas, to opiszę Państwu jak to "ubrałam dla żartu raz spodnie męża...i pasowały". Tymczasem trzymajcie się ciepło i w świątecznym szale nie dajcie się zwariować zapominając o tym, co jest naprawdę ważne.
Buziaki :* <3

czwartek, 15 grudnia 2016

O karmieniu piersią i w ogóle cyckach w przestrzeni publicznej, a także o w chuj źle pojętym feminizmie i o tym, że się nie solidaryzuję z kim popadnie, choćby też miał jajniki, bo nie na tym polega sprawiedliwość i równość.


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że możecie mi Państwo wierzyć, iż żadne, absolutnie ŻADNE cycki nie są w stanie mnie zszokować. Widziałam mniejsze od moich, większe, bardziej jędrne, mniej jędrne, silikonowe, trącone zębem czasu i bezwzględnym prawem grawitacji. Widziałam karykaturalne piłki lekarskie gwiazd porno, blizny po mastektomii, tez podwójnej oraz kobietę z trzema cyckami. 
Na zdjęciu, ale według mnie się liczy. 

Karmiłam piersią trzykrotnie, miałam trzy biopsje gruboigłowe, przeszłam zapalenie piersi, wiem jak wygląda pierś w przekroju, a nawet widziałam u kumpeli na cycku wstrętnego liszaja. Ponoć od kota. 

Pragnę również dodać, że nie jestem typem „obrzydliwej” księżniczki. Mało co mnie brzydzi. Pawia puszczam w zasadzie tylko gdy widzę polityków, ekspertów chazanopodobnych i komedie romantyczne.

Dalej to pragnę zarysować Państwu sytuację. Wersje są dwie. 

W jednej kobieta, która zdążyła ledwie trzy guziki odpiąć, by nakarmić niemowlaka, przy stoliku w restauracji, została wyproszona przez kelnera do toalety, gdzie miała czynność dokończyć, na co się nie zgodziła, finalnie kończąc w sądzie z pozwem o dyskryminację w ręce. Poniosła klęskę, bo w Polsce nadal patriarchat i matki się dyskryminuje.

Druga- kobieta, która wywaliła pierś karmiąc niemowlaka, goście przy stoliku obok poprosili o interwencję kelnera, który zaproponował rzeczonej Pani, siedzącej do tej pory w centralnym miejscu sali, najbardziej ustronne miejsce- krzesło przy oknie, tuż przy korytarzu do toalety, gdzie mogłaby czynność spokojnie dokończyć. Właściciel proces wygrał, bo według sądu do dyskryminacji nie doszło. 

A teraz bazując na argumentach Państwa przeciw decyzji sądu, ja Państwu wytłumaczę, dlaczego wyrok popieram.

1. "Zabrania się matkom karmić piersią!"
Nikt niczego nikomu nie zabrania. Mamę karmiącą prosi się o dyskrecję ze względu na to, że część społeczeństwa czuje się w najlepszym wypadku zmieszana oglądając Twoje piersi. Ja wiem, że Ty tylko karmisz, a nie z naklejonymi gwiazdkami na sutki tańczysz na stole,  jednak większość z nas ma jedną parę cycków. Tych samych, których używamy do karmienia nie wolno pokazywać nam publicznie już pięć minut później, bo grozi za to mandat. Cały czas więc są to te same cycki, co do których utarło się w naszej kulturze, że ich nie pokazujemy i traktujemy jako intymną część ciała. Obcym ludziom, podczas gdy Ty karmisz Brajana, towarzyszą przeróżne emocje. Też negatywne. Jeśli nic tym nie zyskasz- po kiego w nich je wywoływać? Miej w sobie trochę empatii. Nie zawstydzaj ludzi. Nie wywalaj całego cycka, zainwestuj w chustę, apaszkę, czy pieluchę tetrową. Jeszcze nie widziałam żeby ktoś przyczepił się do kobiety, która przysłonięta karmi sobie dziecko. Wilk syty, owca cała. Ty się nie stresujesz, bo nikt się nie przypieprzy, dziecko się nie stresuje, bo ograniczysz mu bodźce, postronni się nie stresują, bo nie zobaczą tego, czego nie chcą oglądać. Same korzyści. 

2. "Czy widziałaś żeby jakaś kobieta cały cycek do karmienia wywalała?"
Mało, ze widziałam. Ja jednej mało dzieciaka nie zabiłam. 
Wpadłam na nią w gdańskim Carrefourze. Było lato, miała na sobie bluzkę na ramiączkach, całą jedną pierś na wierzchu i niemowlaka przyczepionego do sutka na wysokości, gdzie wiekszośc z nas ma pępek. 
Wpadłam na nią dosłownie. Ja się obróciłam, nie patrząc jak lezę, ona widać też się zagapiła. Ze stoickim spokojem przyjęła moje przeprosiny, a mnie się ręce trzęsły, w końcu wpadając na nią uderzyłam tym samym maleńkie dziecko. Przyłożyła je z powrotem do piersi i poszła wąchać płyny do kąpieli, niczego z historii nie wyciągając. 
Jeśli nie chcesz, żeby mówiono o Tobie, że masz pełnego pampersa zamiast mózgu- nie zachowuj się tak, jakbyś faktycznie mózgu nie miała.

3. "A ja w Wielkiej Brytanii to widziałam kobietę, siedzącą na środku centrum handlowego, karmiącą piersią całkowicie wyjętą z dekoltu i nikt na nią uwagi nie zwracał." 

A ja w Wielkiej Brytanii widziałam faceta w spodniach dresowych, laczkach i do tego koszuli, który czochrał się po jajach i też na niego nikt uwagi nie zwracał. Bo to wygląda tak: jeśli puścisz bąka przy Brytyjczyku, nie tajniaka, ale takiego głośnego piarda i zrobisz to bez krępacji, on najprawdopodobniej zażartuje. I wierz mi, że to wcale nie będzie znaczyło, że w duchu nie pomyśli sobie żeś prostaczka. Oni po prostu są mili i w większości starają się być niekonfliktowi. 

4. "Cholerna, zaściankowa Polska. Emigruję stąd…"
Tylko wybierz kraj rozważnie.  Zachód w tym temacie jest mocno przereklamowany. Gdy wpiszesz w google „breastfeeding” (karmienie piersią) i „cover up” (zakrywanie się) pojawią Ci się zdjęcia ustrojstw sprzedawanych na Ebayu i Amazonie- płacht, chust, prawie plandek itp., służących do dyskretnego karmienia. Dalej to pojawi Ci się strona debate.org, a na niej pytanie z ankiety: czy karmiące piersią matki powinny się zasłonić w przestrzeni publicznej? No i odpowiedź: 64% ankietowanych twierdzi, że tak. Jeszcze dalej będziesz mogła poczytać zachodnie blogi, fora, poradniki dla rodziców, w których opisane są doświadczenia matek, którym zwracano uwagę w różnych zakątkach świata, gdy za mocno eksponowały to, czym karmią. 
Za to słyszałam, że w Nowej Gwinei jest pięknie. No i Papuasi nie powinni Ci robić problemów. 

5. "A w Tajlandii karmi się piersią jak się chce i gdzie się chce. "
A w Tybecie to się „niebiańskie pogrzeby” przeprowadza. Zostawia się zwłoki na powietrzu, coby je ptaki rozszarpały. Jeszcze się takie zwłoki odpowiednio przygotowuje, żeby na pewno zostały tylko kości. Znam też inne ciekawostki dotyczące dalekich krajów. Jak tak sobie opowiadamy, co się dzieje na świecie, to mogę się podzielić…

6. "Nasze matki karmiły nawet w wiejskich kościółkach i nikogo to nie oburzało."
Istnieje pewna różnica między wiejskim kościółkiem, a dobrą restauracją w mieście. Trochę taka jak między imprą w remizie, a balem w hotelu Marriott. 

7. "A papież Franciszek mówił, że można karmić nawet w Kaplicy Sykstyńskiej."
Papież Franciszek jest Twoim autorytetem, nie moim. No, ale dobra- co mówił dokładnie? "wywal cycki i jedziemy z koksem"? 

8. "Mam dość tego, że ktoś mówi mi, jak mam karmić. Jak ma problem z moją piersią, to jego problem."
A ile rzeczy mnie wkurwia! Czasu by mi nie starczyło, żeby wymienić. Ludzie mnie wkurwiają najbardziej. Kretyni mnie wkurwiają. I chamy. Nie dyskryminuję- płeć obojętna. Niestety za życie w społeczeństwie płaci się niejakim ograniczeniem wolności. No bo tak: możesz se kupić 1000 hektarów pod lasem, ogrodzić się wysokim płotem i biegać sobie codziennie rano nago z tatuażem na czole „wszyscyście buce” albo, mieszkając w bloku, musisz przestać napierdalać wiertarką najpóźniej o 22, choćbyś chciała wiercić do rana. 

Usłyszałam od jednej pani, że dla mnie konwenanse i zasady są ważniejsze od ludzi.

Przypominam, że konwenanse i zasady stworzyli ludzie dla ludzi. Dopóki tych „dziwnych”, „przestarzałych” konwenansów i zasad się trzymaliśmy, dopóty sąsiedzi mówili sobie na klatce „dzień dobry”, a „na galowo” nie oznaczało w mini i ecru bluzce, z odsłoniętym pępkiem. Rodzice wychowywali swoje latorośle, bo to poruta była, gdy ktoś zwrócił Twojemu dzieciakowi uwagę. Teraz czytam artykuły o blogerce, która zachwyciła się uwagą grzecznie zwróconą przez obcą kobietę jej synowi, po tym jak ten kilkuletni (4 lata?) chłopczyk panią niechcący kopnął i położył ubłocone buty na siedzeniu w metrze. 
Publiczność szaleje – jaka miła pani, co uwagę grzecznie zwróciła <3 Jaka fajna matka, że pozwoliła uwagę zwrócić swojemu dziecku <3 
Stifler ma przeszło trzy lata. Od ponad roku roku, gdyby Was przypadkiem kopnął, nie zdążylibyście mu uwagi zwrócić. Sam by przeprosił.  Syr obutych (nieobutych również) na siedzenia w komunikacji miejskiej nie zakłada. Na stół w domu też nie. Nie chodzi po ławkach. Kiedyś mu wytłumaczyłam dlaczego tak się nie robi, mimo że inne dzieci na jego oczach właziły. A później konsekwentnie nie pozwalałam. I znów powtarzałam. Aż stało się to dla niego oczywiste, że na ławce się siedzi, a nie po niej skacze.  Chce ktoś o nim artykuł napisać, bo jest w tych czasach chyba rzadszym zjawiskiem,  niż zwrócenie cudzemu dziecku grzecznie uwagi?
Nie wstydzę się faktu, że trzymam się tego, co odchodzi w niebyt. Nie wstydzę się, że Szara Eminencja był jednym z 3 dzieci, które nie były ubrane w dres jadąc do londyńskiego teatru na "Króla Lwa". 
Wracając do meritum- ktoś faktycznie kiedyś może Cię poprosić, abyś przysłoniła pierś karmiąc. Bo się krępuje. Bo go to brzydzi. Bo coś tam. Ty nie musisz się zgodzić, w końcu to „nie Twój problem”. Obowiązku nie masz. 
Kiedyś możesz poprosić kogoś, żeby podał Ci czekoladowe ciasteczka z górnej sklepowej półki, bo nie sięgasz i nie masz czasu latać za obsługą. Ktoś również nie musi się na to zgodzić. W końcu to, że niedostatecznie urosłaś, to nie jego problem. Obowiązku nie ma. Itd. Itp.
Życie w społeczeństwie polega na ciągłym naginaniu się. Musisz być elastyczna. Nie dać się złamać, ale i nie przegiąć.  A konwenanse są potrzebne, żebyśmy do reszty nie schamieli. 

9. "Mam cię w dupie i twoje odczucia, liczy się tylko mój Brajan."
Twój Brajan ważny jest tylko dla Ciebie. Aby być ważnym dla reszty świata musi sobie zasłużyć. Im prędzej się oboje o tym dowiecie, tym lepiej. Ja powtarzam to często moim dzieciom. 


10. "A obrazy Matki Boskiej karmiące Jezusa też mamy pozasłaniać?"
Kuuuufa, naprawdę sądzisz, że ktoś kto ma w domu na ścianie akty, koniecznie chciałby ujrzeć mnie, czy Ciebie nago?

11."Matka karmiąca to najpiękniejszy widok." 
Jak kiedyś zachwycałam się obrazem Muncha, moja mama się mnie spytała „takie bohomazy ci się podobają?”. 
Pozwól każdemu mieć swój najpiękniejszy widok. 

12."Prawdziwe feministki się jednoczą z damską ofiarą."
Tu nie ma ofiary. Nikt nie lubi awanturników, osób roszczeniowych i takich, które mają w dupie uczucia innych. Płeć, wiek, rasa, religia, ilość posiadanych dzieci, czy rozmiar buta nie mają tu nic do rzeczy. 

13."A wszechobecna golizna to już nie razi? A brzuchaty oblech bez koszulki w mieście to se może łazić?" 
Kto powiedział, że nie razi? Razi. Nie raz pisałam, że czuję się zażenowana widokiem nastolatek, przy których przeciętna tirówka się chowa. Że wkurwiają mnie sceny erotyczne w filmach familijnych. Podteksty seksualne w bajkach. Swego czasu roznegliżowane panienki w niedwuznacznych pozach na wystawach w kiosku. Cycki w tle reklamowanego pasztetu. Facet bez koszulki w centrum miasta to burak, niezależnie jak ciepło by nie było. Warzywniak u pani Krysi, tramwaj to nie plaża. Zapewniam Cię, przy stoliku dobrej knajpy koszulki nie zdejmie. Jak i o wydekoltowanej do pasa panience, w cipokryjce (bo spódnicą takiego paska się nie da czasem nazwać) nikt nie powie „młoda dama”. Oczywiście nikt jej też nie zabroni się tak ubierać. Codziennie dokonujemy wyborów czy zachować się z klasą, czy bez. 
Taka anegdotka mi się przypomniała: 
stoję sobie raz w markecie, przy mnie ruda pani w wieku mojej matki. Między nas wchodzi hostessa i mówi „zapraszam panie do stoiska obok”. Nie zdążyłam się odezwać, bo ta druga kobieta mówi, zalotnie trzepocząc rzęsami, „ Może ta pani (tu wskazuje na mnie) się skusi, bo ja to już za stara na takie rzeczy jestem”. Hostessa robi oczy jak 5 zł i pyta „na co pani za stara? Na degustację sera?”. Teraz ruda robi oczy jak pięć złotych i mówi „jakiego sera? Jak się spojrzałam na panią i pani koleżankę, to myślałam, że wy te całe puszapy sprzedajecie. A to o ser chodziło?”
Tak to się załatwia :)

14."Jako feministki powinnyśmy se porobić brelfie (selfie przy karmieniu piersią). Karmić przed sądem, w restauracjach, w środkach komunikacji miejskiej i na torach pociągowych! "

Spoko, nikt nam karmić nie zabrania, możemy to robić i zwisając z żyrandola. Nie mam zamiaru robić sobie brelfie, zdjęcia w windzie, w wannie, ani na tle meblościanki. Nie wstawię bobasa na profilowe i śmieszy mnie, jak ktoś tak robi. Później dostaję zaproszenie do znajomych na fejsie od noworodka podpisanego imieniem i nazwiskiem mojej koleżanki. Czasem wysyłam wiadomość „aleś odmłodniała! Jak ty to robisz?”.

15."Nie jesteś wyzwoloną feministką, jeśli zgadzasz się z tym wyrokiem" 
Wyzwoloną od czego? Od kultury? Rozumu? Empatii? 
Chyba faktycznie nie jestem. Nie ufam ślepo jednej stronie konfliktu, tylko dlatego, że rzekomo poszkodowana ma jajniki, jak ja. Nie jestem zadymiarą. Nie pójdę do boju tam, gdzie rozwiązać sprawę może tetrowa pielucha, za kilka złotych. Nie powyzywam innych kobiet, żeby im pokazać jakie to są głupie, bo się ze mną nie zgadzają. 
Kufa, ja nawet nie oddaję pocałunku w rękę, gdy mnie już jakiś facet w tą rękę całuje. Nie lubię tego, jak jasna cholera, ale przez wzgląd, że dla tego jegomościa jest to forma okazania mi szacunku- on się przede mną nisko kłania, on „całuje rączki pani”, jego tak matka wychowała, że to w dobrym guście i tonie- ja to przełknę. Ja wiem, że on nie chce mnie obrazić. Więc ja to przeżyję. Nawet jak mi tą łapę obślini, mnie korona z głowy nie spadnie, bo potrafię się wczuć w to, co nim kieruje. Z tego też powodu przysłaniałam cycka, gdy karmiłam przy kimś innym niż mąż, mama, kuzynka, bliska kumpela, itd. Dla mnie to też jest niepojęte, że widok karmiącej matki może kogoś brzydzić. Ale wiele ludzkich zachowań jest dla mnie niepojętych, a jednak staram się ludzi i uczucia szanować, jakkolwiek dziwni by dla mnie nie byli. W końcu dopóki mi Państwo tego domku na Karaibach nie zasponsorujecie, jakoś muszę tu żyć. A żyjąc tu nie będę podgrzewała atmosfery popuszczając wodze fantazji, że dziecko przesz wyje z bólu i głodu, a ludzie się do gołego cycka w restauracji dowalają. Taaa. Serio. Jedna babeczka napisała na forum o tym bólu :)... Choć gdybym chciała, byłabym w tym dobra. Mogłabym nawet połączyć kilka wersji. Posłuchajcie:

Była ciemna noc. Na dworze lało i szalała burza. W pewnej sopockiej restauracji, pewien zły kelner wyrwał matce, która zdążyła dopiero trzy guziki bluzki odpiąć, od piersi płaczącego niemowlaka i wrzucił do toalety. Doszło do dyskryminacji! Mało tego- do zamachu na wszystkie matki karmiące w Polsce. I na wszystkie dzieci, rzecz jasna.  I wtedy właśnie przez okno wleciały smoki….

p.s. Nie musicie się ze mna zgadzać. Zachowajcie kulturę wypowiedzi (przeklinać nie- personalnie oczywiście można, nawet wskazane, żebym nie czuła się samotna ;) ). Dajcie sobie spokój z najeżdżaniem na innych, opowiedzcie o własnych odczuciach i doświadczeniach. 

peace and love <3 ;)

środa, 7 grudnia 2016

Maoam dla tatusia

Wczoraj Stifler dostał od cioci kwaśne gumy Maoam.
Stifler nie lubi kwaśnych gum. W przeciwieństwie do swoich braci, którzy, jeśli idzie o słodycze, zdecydowanie wybredni nie są. Gdy starsi bracia włożyli po pierwszej gumie do buzi i zaczęli wydawać odgłosy w stylu „mmmm, dobra”, Stifler doszedł widać do wniosku, że głupi nie jest, lubi- nie lubi, wszystko jedno, skoro gumy są „mmmmm, dobre”, to też se zeżre.
Otworzył pierwszą, obejrzał, obwąchał, oblizał z każdej strony trzymając w dwóch palcach i stwierdził z uznaniem „truskawkowa”. Wpakował do buzi, zrobił minę jak ja gdy słucham Macierewicza, wypluł zdecydowaną większość gumy, wypluł kawałek 1 mmx 2 mm, który zdążył z niej odgryźć i trzymając Maoam w daleko wyciągniętej ręce, zaczął wycierać sobie rękawem drugiej ręki język.
Francja- elegancja, wiadomo.
Po czym, gdy zobaczył, że na niego patrzę, dodał takie „yyyyy, bardzo dobra…ale może podzielę się z tatusiem jeszcze”.
No i guma spoczęła na stole. Przynajmniej wtedy, gdy ją osobiście ostatni raz widziałam…
Dalej to od czasu do czasu dochodziło do mnie coś takiego:
Stifler: Rychu! Nie liż gumy! To dla tatusia!
……………………….
Stifler: A Rysiu mi usiadł na tatusia gumie, swoją wielką, włochatą pupą i nie chce zejść!!!! Buuuuuuuuuuu....
<odgłos wycia>
………………………………..
- I widzisz, Rychu, co zrobiłeś?! Teraz gdzieś spadła i nie mogę znaleźć. O, widzę ją! Jest za biurkiem, zaraz ją sięgnę…łeeee, tu jest pająk…jesteś Maoam tatusia! Muszę cię gdzieś schować…
………………………………..
Szara Eminencja: Ktoś mi może wytłumaczyć co w moim kapciu robiła guma?
Stifler biegnąc z pięściami: Spróbuj tylko wyjąć gumę tatusia z kryjówki….!!!
Szara Eminencja: Nie wolno wkładać rozpakowanej gumy do cudzego kapcia! Zresztą zapakowanej też nie. Ona ma teraz bakterie.
Stifler: Bakterie?! Pójdę ją umyć…
………………………………..
Szara Eminencja (z łazienki): Stifler, chodź tu i wyrzuć tą gumę! Zostawiłeś ją tym razem na podłodze, przy kiblu! Co ona tu robi?
Stifler: Bo jak chciałem umyć gumę, to mi wpadł do umywalki Kruszynek (ten mały kotek, co to go wyciągałam z gardła Psota, który go wcale nie zjadł) i się bałem, że popłynie do ścieków. Wtedy może faktycznie rzuciłem gumą. Ale żeby ratować Kruszynka! Dobra, dobra, już ją wyrzucę…
…………………………….
I czy to moja wina, że Stifler wcale jej nie wyrzucił, a ja akurat byłam siku, jak mąż wrócił z pracy i nie zdążyłam interweniować w sprawie gumy?!
Usłyszałam tylko "otwórz buzię, tatusiu. Gumę dla Ciebie zostawiłem".
Później to już stwierdziłam, że po ptokach. Lepiej mu niczego nie uświadamiać w myśl zasady „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”.
Oraz trochę „co nas nie zabije, to nas wzmocni”.
A wieczorem, gdy zaczynaliśmy oglądać „Absolutnie fantastyczne”, Siara niespodziewanie się odezwał:
- Moim zdaniem nie powinnaś kupować takich gówien dzieciom.
- Co masz na myśli?- spytałam
- Tą gumę, co mi Mały dał. Ty wiesz, że ona jakieś takie dziwne grudki miała, że normalnie nie dało się pogryźć. Ohydztwo. Chuj wie, co to za chemia…
Matko bosa, nie ma co od razu histeryzować. Tym bardziej, że ja akurat wiem co to za chemia.
Podłogę w kiblu czyściłam w tym dniu Cifem. Też przy kiblu 




piątek, 2 grudnia 2016

o dojrzewaniu chłopców

Dziś chciałabym przedstawić Państwu proces dojrzewania chłopców, na przykładzie męskiej części mojej rodziny i ich wyboru odzieży świątecznej (akcja: centrum handlowe)


Stifler
kategoria wiekowa: przedszkolak

-Mamusiu, kupisz mi ten piękny sweterek w bałwanki? Ubiorę go jak przyjdzie Mikołaj. Zobaczy mnie i powie „Uuuu, jaki elegancki chłopczyk i jaki ma piękny sweterek w bałwanki. Dostaniesz chłopczyku jeszcze więcej prezentów. I jeszcze więcej. I igloo z Eskimosem i wielorybem Lego Duplo. I książeczkę. Dwie książeczki. A taki jesteś elegancki, że ci Hungry Hippos dorzucę. I puzzle z Psim Patrolem. I….”




Szara Eminencja
kategoria wiekowa: uczeń szkoły podstawowej

- Mamo, na dwudziestego drugiego potrzebuję jakiś świąteczny sweter, bo mamy Christmas Jumper Day…Wszystko jedno…A nie jest babski?...Obojętnie…Na pewno to czerwony, bo na moje oko różowy?....Bez różnicy…A nie jest babski?



Don Juan
kategoria wiekowa: nastolatek

- Ty wiesz co oni sobie znowu wymyślili?! Christmas Jumper Day! Co my jesteśmy, przedszkolaki?! Nie założę żadnego durnego swetra, z jakimś porypanym bałwankiem!…A mogę se dostać uwagę, wisi mi to!...Dobra, koszulka może być… Nie, nie ta z reniferem. O, ta! Ta jest dobra.




Siara
kategoria wiekowa: dorosły, dojrzały, z własną godnością osobistą prawie 40-latka

- Nie próbuj mi się tego świątecznego badziewia kupować, bo sama w tym będziesz chodzić. Na litość Bobra, mam prawie 40 lat, nie będę jak jakiś debil siedział przy stole z Rudolfem Czerwononosym Reniferem! Trochę klasy trzeba mieć! Trochę godności osobistej! Jak to „co założę”?! Normalnie się ubiorę. Koszulę założę. W kratę. Na luzie. Sami swoi będą. Nie potrzebuję nic nowego…Ejjjjj, noooo, czekaj…Patrz, jaka zajebista koszulka… Hahaha… No zarąbista jest... Hehehe….I to jest klasa…Hihihihi… Zmieniłem zdanie, chcę tą koszulkę…. Hahahahaha. 



Proces dojrzewania, jak widać, nadal trwa.
Będę dawała znać z postępów.
(Ubieram czerwoną kieckę)



wtorek, 22 listopada 2016

gdy twoje dziecko nie chce nosić czapki...

Melduję, że żyję, acz miewam się raczej ciulowo.
Pomijam remont na chacie. Gorsze jest to, że najstarszy synuś mnie załatwił. 
Wszystko zaczęło się od złotej angielskiej jesieni. 
Tak konkretnie, to od kilku dni wieje i leje.
I zdaje się niedawno właśnie, w drugiej połowie listopada w każdym razie, synuś doszedł do wniosku, że czapki są dla leszczy. 
Ba, na wuj czapka?!
Jemu nawet zamek w kurtce niepotrzebny. I tak cały czas rozchełstany chodzi!
Oczywiście wbijam mu do głowy, że "syneczku drogi, mamusia nie ma własnego koncernu farmaceutycznego, ani zapasowego zdrowia dla Ciebie", ale reaguje taką samą ignorancją jak wtedy, gdy go przekonuję, że nie mam własnych wodociągów, gdy siedzi godzinę pod prysznicem. Czy też, że nie mam własnej elektrowni- gdy nie gasi światła.
No i właśnie najpierw siebie załatwił, potem Stiflera, który teraz jako Spiderman strzela pajęczyną z nosa. Powiedzmy pajęczyną. A na końcu załatwił mnie.
Zaczęło się niewinnie od lekkiego kataru. Po kilku godzinach oczy łzawiły mi jak wtedy, gdy Hanka Mostowiak wjechała w kartony. Po północy czerep nad oczami rypał mnie już tak, że stwierdziłam, że wejdę po cichu do jego pokoju, póki śpi i tą cholerną czapkę mu Kropelką do łba przykleję.
Niech se próbuje zdjąć. Powodzenia.
O trzeciej nad ranem, gdy doszły do tego bóle zatok szczękowych, a ja chciałam dokonać domowymi sposobami ekstrakcji kilku zębów tak z górnej, jak i z dolnej szczęki albo od razu seppuku, wpadłam na lepszy pomysł. Zamówię na ebayu maszynkę do tatuażu. A potem wytatuuję mu na czole "Słodki króliczek mamusi". Albo "Kocham Justina Biebera". W życiu już tej pieprzonej czapki nie zdejmie.



niedziela, 13 listopada 2016

złap mnie, jeśli potrafisz

Widziałam ostatnio tweeta jakiejś amerykańskiej blogerki, która napisała, że 75% czasu dzieci poświęcają na zadawanie pytań, a pozostałe 25% na wyjaśnianie nam dlaczego się mylimy...
Stifler: A dlaczego ten samochód zaparkował na trawie?
Ja: Nie wiem. Może nie było innego miejsca? Może kierowcy było tak wygodnie...
Stifler robi niezadowoloną minę. Wspinam się więc na wyżyny rodzicielskiej kreatywności:
-Czekaj, wiem! Zimno jest, może kierowca nie chciał, aby jego samochodzik stał na zimnym betonie i żeby marzły mu oponki. Pewnie mu lepiej na miękkiej trawce.
Stifler się uśmiecha i zamyśla.
A po chwili dodaje:
-Taaak. Albo olej mu kapie i nie chciał pobrudzić podjazdu.
To niezręczne uczucie, gdy w niedzielę, tuż po dziewiątej, zaczynasz sobie zdawać sprawę, że przygotowane kity o zastrzyku mocy (szczepieniu), mogą w poniedziałek nie zadziałać, a w głowie zaczyna Ci się projekcja "złap mnie, jeśli potrafisz" z gabinetem lekarskim w tle i do muzyki Scatman Johna...

czwartek, 3 listopada 2016

ciężkie jest życie trzylatka

Stifler siedzi na ziemi, wokół niego mnóstwo kartek, kredek i mały kubek w Minionka z jogurtem pitnym. Obok leży Psot, jego "najlepszy kumpel od lat". Robię obiad w otwartej kuchni i słyszę, jak Stifciu wzdycha i ciężko się odzywa:
- Dołuje mnie to, że nie umiem ładnie rysować...same kropki...kreski... dziwne kółka. Już dwa lata próbuję narysować samochód, a wychodzą jakieś bazgroły. I właśnie Psot dotknął jajami mojej słomki. Pięknie się ten dzień zaczął...



piątek, 28 października 2016

akcent

Około dwa lata temu...
- I`m going for a walk. Powtórz.
- Ajm going for e łok.
- Łok, to Ty masz synuś, kurna, w chińskiej kuchni. Akcent, dziecko, akcent! A tu? Co to ma być? 2U?
- No, tu ju...
- To Ty, synuś, się angielskiego uczysz, czy grasz w statki?
Foch i obraza majestatu.
Czasy obecne...
- ...to samo gdyby się paliło. I gdyby włamywacz się włamał. I jakby który przestał oddychać. Zawsze pod 999. Byle nie wchodzić do sypialni mamusi przez 45 minut, bo mam opóźnienie w najnowszym Walking Dead.
- W czym?
- W łoking ded.
- Jakim ded?
- Łoking.
- Chyba łokin...czego mnie klepiesz?!
- Bo myślałam, synuś, że się krztusisz. A to Ty tak mówiłeś?
- No tak, poprawiałem Cię, bo masz fatalny akcent.
- Normalnie mówię. Łoking ded.
Jeden zastrzygł uszami i się pod nosem uśmiechnął. Drugi tak otwarcie prychnął śmiechem.
Foch i obraza majestatu.
Dodatkowo żmije na własnym łonie i te sprawy


sobota, 22 października 2016

o tym, że ja się sprzeciwiam nazywaniu szamba perfumerią, czyli o Kai Godek i innych "ekspertach" w telewizji

Dostałam od Państwa kilka wiadomości z linkami do programu Andrzeja Morozowskiego, w którym gośćmi byli Pani Wanda Nowicka i Kaja Godek. 
Za linki oczywiście jestem wdzięczna, ale nie skorzystam, z bardzo prostej i przyziemnej przyczyny. 
Gdy widzę Kaję Godek, na tych śmiesznych pro-life pikietach, dostaję zatwardzenia, gdy ją słucham- sraczki. 

Rzeczona Pani nie jest dla mnie nikim szczególnym, żeby jej słuchać i nadwyrężać zdrowie. 
Zasłynęła jako mama chłopca z Zespołem Downa, którego postanowiła urodzić i stała się dzięki temu pro-birth bohaterką. Nic mi nie wiadomo, aby posiadała inne dzieci, które zmarły w męczarniach przy porodzie. Nie czytałam o tym, aby jej dziecko było poczęte na skutek gwałtu. Nie słyszałam też, aby ciąża zagrażała jej życiu. Nie doczytałam nawet, żeby Kaja Godek była matką wielodzietną. Żeby Zespół Downa jej synka miał postać ciężką chociażby. Z tego co się orientuję, nie jest lekarzem, nie jest psychologiem z dorobkiem naukowym, nie prowadziła żadnych badań na poparcie swoich tez. 
Z dodania dwa do dwóch nieustannie mi wychodzi, że Kaja Godek postanowiła skazywać kobiety na przymus rodzenia dzieci z, dajmy na to, Zespołem Patau (Państwo sobie wygooglują, nie mogę wstawić zdjęcia, przez zjebów wrażliwych na widok dzieci, o których życie walczą), ponieważ sama postanowiła urodzić synka z Zespołem Downa.
No pszesz logiczne.

Podkreślam więc-  Pani Godek, w moim skromnym światku, jest nikim. Ot, zwykłą fanatyczką. 
Dawno temu natomiast, czytałam z nią wywiad, w którym na pytanie "czy jest szczęśliwa?", odpowiedziała "mam nadzieję, że to widać".
Otóż, nie. Nie widać. 
Pani Godek wygląda mi na bardzo smutną kobietę. 
Dodatkowo wrażenie smutnej potęguje fakt, że nie stoi za nią nauka, empatia, czy humanitaryzm. A przypominam, że XXI wiek mamy. 
Jeszcze smutniejsze jest to, że jedyne co Pani Godek wychodzi to demagogia rodem z  przedszkola- toć to fundacja, którą Pani Godek wspiera całym sercem robiła plakaty "zamrożonej Marysi"- zajebiście wykształconej blastocysty, jakiej pod żadnym mikroskopem nie widziano :)
I jeszcze obrażanie jej wychodzi dobrze. 
Tak, to że nie oglądałam programu, nie znaczy, że nie słyszałam o "mordercach" ;) 

Jednak uważam, że za Wasze podniesione ciśnienia nie należy winić Panią Godek.
Winić należy TVN.

Proszę Państwa, proszę w wolnej chwili wejść na facebookowy profil Pani Kai, na którym aktywnie działa. Nie musicie czytać jej wypocin. Proszę zerknąć jedynie na licznik. Na liczbę polubień konkretnie. Jak Wam się nie chce, to ja podpowiem- 5184, w momencie, gdy piszę te słowa. Należałoby, w ramach uczciwości, odjąć wszystkich obserwatorów, którzy polubili ten profil tylko dlatego, aby być na bieżąco z wypisywanymi przez nią głupotami, coby móc je swobodnie w mediach (także społecznościowych) komentować. W końcu co drugi mój znajomy na tej zasadzie ma w polubieniach profil Pani poseł Pawłowicz. Ale nawet jeśli nikogo nie odejmiemy jej grono "wyznawców" jest wystarczająco śmiesznie małe, zważywszy na medialność Pani Godek.
Dla porównania powiem Państwu, że licznik na tej stronie pokazuje dwa razy więcej. 
A przecież jestem niszową blogerką, nie telewizyjną i prasową gwiazdą, ekspertem od macierzyństwa i embriologii, zapraszanym do sejmu.

A teraz do brzegu- dążę do tego, że to media promują Panią Godek, bo normalni ludzie wcale nie łakną, ani nie łykają tych jej głupot. 
Dla normalnych ludzi Pani Godek nie jest nawet wiarygodna. 
No bo na ile wiarygodna jest anty-feministka, która zamiast siedzieć w domu, gotować obiadki dla męża, czy zajmować się niepełnosprawnym dzieckiem, lata po telewizji, czy po sejmie, angażuje się w projekty zgodne ze swoim światopoglądem i walczy? :) 

Jestem przeciwna robieniu ze studia telewizyjnego chlewu. 
Mamy media na bardzo niskim poziomie, dlatego też nie mam polskiej telewizji.
Dziennikarze, goniąc za sensacją, za słupkami oglądalności, zapominają nawet o poprawności językowej. Wiecznie tylko sieczka, pranie mózgu, dezinformacje, strasznie, odwracanie uwagi, klerykalizacja albo promowanie patologii w programach typu Warsaw Show i robienie ekspertów z osób pokroju Tomasza Terlikowskiego, Dariusza Oko, Henryka Hosera, Marty Kaczyńskiej, czy Kai Godek właśnie. 

Dziś czytam nagłówki, że Pan Morozowski myśli o pozwie przeciw Pani Godek. 
Serio?! 
To taka kolejna zagrywka medialna, czy Pan Morozowski jest na tyle krótkowzroczny, że nie przewidział, iż jak wpuści do studia byle kogo, z byle jakim dorobkiem, byle jaką kulturą, za to nieograniczoną nienawiścią do ludzi, to syfu narobi? 

Drodzy Państwo, jeśli zamiast podnosić sobie ciśnienie i oglądać programy z udziałem Pani Godek i "ekspertów" jej pokroju, będziemy solidarnie te programy bojkotować, Pani Godek w końcu przestanie być gdziekolwiek zapraszana.
To chyba jasne, nie?
Finalnie zostanie z tymi 5 tysiącami wyznawców. Nawet 10 tysiącami, licząc tych, którzy nie mają facebooka. Dajmy jej dodatkową piątkę, niech ma, niech się cieszy.
Tak czy siak, zostanie z tą MARGINALNĄ garstką zwolenników. 
Gdzieś, na marginesie społecznym właśnie. Tam, gdzie jest miejsce każdego fanatyka, pozbawionego krzty empatii i gotowego zadać cierpienie drugiemu człowiekowi, w imię własnego światopoglądu. 

Zamiast tematycznego zdjęcia Pani Godek, wstawię Państwu ponownie mój hit- zamrożoną Marysię, według Pani Godek i jej podobnych :D
To jedyny akcent humorystyczny, jaki dostrzegłam w tym całym syfie.



piątek, 14 października 2016

trauma

Stoję sobie pod prysznicem, jedną ręką myję zęby, drugą-głowę, jak to matka, gdy nagle coś z całą mocą pierdulnęło mi w kabinę. 
Już nawet nie wyjęłam szczoteczki z gardła, tylko przerażona zaczęłam łapą drzwi z pary przecierać, coby sprawdzić, czy szyba cała i co to właściwie, kufa, było.
Otóż to był Stifler. Zaryczany bardzo. 
Otwieram kabinę, zaczynam się ręcznikiem nieporadnie owijać, bo mi piana z włosów do oczu leci.
Stiflerowi w tym czasie gile zwisają już do pasa.
-Co się dzieje?- pytam, nie na żarty wystraszona
-Psot mi zjada Kiciusia!- ledwo co może się wysłowić Stifler- Ratuj, bo go zeżre!

Kiciuś to zabawka. Bardzo mała. Nieco mniejsza niż te większe z Kinder Niespodzianek. Z całej kolekcji mini-zwierzątek, Kiciuś jest właśnie ulubieńcem Stiflera. Zabiera go na spacer w kieszeni, kładzie na umywalce, gdy myje zęby, wieczorami odkłada na szafkę nocną, by rano móc się od razu nim bawić od nowa.

No więc ruszam do akcji, dalej nieporadnie owinięta tym ręcznikiem, z pierwszym krokiem zalewając łazienkę. Wpadam do salonu i od razu obczajam, że kot faktycznie przeżuwa.
Rzucam się na kota.
Kot zaczyna spierdalać. 
Czasem mi się wydaje, że moje koty robią miny. Ten ma na pysku wypisaną panikę.
Gonię go dalej. Kot spieprza do sypialni. 
Łapię kota. Próbuje mnie podrapać. Prawie na nim siadam i wkładam mu łapę do pyska. 
Kot dostaje oczu, jakby cierpiał na Gravesa- Basedowa. Ma odruch wymiotny.
Wyjmuję mu łapę z pyska i drę się do Stiflera "przynieś mamusi inhalator, szybko!", bo czuję, że dostaję ataku astmy. 
Kot ucieka pod łóżko. Nerwowo próbuje przeżuć, co mu w pysku zostało.

Ja się pod łóżko nie zmieszczę?! Ja?!

Wczołguję się po kota i przyduszam go do ziemi, przy czym dyszę i charczę, bo mi w klacie bulgocze. 
Kot ma minę, jakby pod łóżko mu wlazła Pawłowicz. W ramach samoobrony drapie mnie w mordę. Też bym tak zrobiła. 
-Stifler, gdzie mój inhalator?- drę się resztkami sił, trzymając się jedną ręką za ryja, drugą macając za kotem, który się rakiem wycofał do ściany, a później się na niej rozpłaszczył.

I żuje. 
Gnój, żuje!

-A dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz w torebce bańki?- odpowiada pytaniem na pytanie Stifler, a ja już wiem, że pies jebał inhalator. Będę se musiała bez poradzić.
Zejdę pod tym łóżkiem, qrwa, bo zapomniałam dziecku pokazać, co mu z Funta przyniosłam już wczoraj!
Zejdę, ale wyjmę temu pieprzonemu kotu, tego pieprzonego Kiciusia z pyska! Z gardła! A jak trzeba będzie to i z dupy!

Łapię go jeszcze raz i wyciągam spod łóżka, na chama oczywiście, bo się wbija we wszystko, w co tylko może. 
Też w moją gołą nogę. Drę się wniebogłosy.
-Na placu zabaw sobie pokrzycz, w domu nie wolno- dochodzi mnie od Stiflera. 
Kto go wychował?! Po czyjej on jest stronie?! 
Następnie kot wskakuje na łóżko, po czym wbija się pazurami dla odmiany w kapę. Wyciągając mu pazury podziwiam, jak lecą w niej oczka. 
Trzymam go jednak mocno. Trzymam za pysk. Kot dostał szczękościsku. Mnie wpadła piana do oka. 
Tak se oboje cierpimy!
Spada mi ręcznik. 
Kot cierpi bardziej.

Udaje mi się uchylić mu pysk. Szybko wkładam palec. Ewidentnie czuję małe uszka i ogonek. 
Za sobą słyszę kroki.
-Masz mój inhalator?- charczę
-Aaaa, inhalator! No nie mam. Mam bańki i Kiciusia. Dlaczego mi nie powiedziałaś, że nosisz bańki w torebce, hę?- odpowiada Stifler
- Co masz?- pytam, bo czuję, że mi przed oczami ciemnieje i chcę to usłyszeć przed śmiercią
- No mam bańki i Kiciusia. A dlaczego...
- Skąd masz Kiciusia?- przerywam mu
- Na umywalce leżał. Położyłem go tam, jak zęby myłem. A już myślałem, że mi go Psot zeżarł, hehe...
-To co Psot żre?-pytam, zalewając się łzami od tej cholernej piany
-Nie płacz. To pewnie tylko ten herbatniczek, co mu dałem...

Opowiadam to wszystko Siarze przez telefon, mrugając oczami czerwonymi, jak u Felicjańskiej, gdy pewnej nocy gnała swoim Alfa romeo.
-He he- pociesza mnie mąż- A pamiętasz, jak Szary zgubił "Kruszynka", tego pieska, chyba nawet z tej samej kolekcji? I też powiedział, że mu kot zeżarł. A Ty później tydzień patykiem w kuwecie grzebałaś, zanim się znalazł między poduszkami kanapy.

Mój Bobrze, no rejczel , że pamiętam! 
A on myślał, że ta panika u mnie to skąd?
Po traumie. Wiadomo.
Teraz jeszcze z traumy wyleczę kota i będzie luzik!


czwartek, 13 października 2016

nowy miesiąc, nowe dotacje

Po tym jak kompetentna szkoła Ojca Dyrektora przeszkoli pracowników prokuratur i sądów za, bagatela, 3 banieczki (http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,130517,20825872,szkola-rydzyka-wygrala-konkurs-min-sprawiedliwosci-za-3-mln.html) , słyszałam, że następne dotacje dostaną:
- Piotr Szeliga, na warsztaty "jak nie dać się szantażować prostytutce"
- Zbigniew Ziobro dostanie kasę na rozwikłanie zagadki, kto był prowodyrem i organizatorem "czarnego marszu". To nie jest łatwe, bo do tej pory wszystkie przesłuchane kobiety zgodnie twierdziły, że marsz odbył się za sprawą: polityków PiS, Episkopatu i fundacji pro-life. 
-Marta Kaczyńska (oburzona opublikowaniem wyników badań, z których wynika, że co 10 ojciec wychowuje nie swoje dziecko), ma się ponoć ubiegać o dotację, która w całości przeznaczona będzie na rzecz ojców, mogących zrobić sobie darmowe testy na ojcostwo.
-Mariusz Kamiński, Adam Hofman i Adam Rogacki na rozwój sieci polskich biur turystycznych "Madryt". Oczywiście dostaną także zwrot za paliwo związane z załatwianiem formalności
-to nie będzie jedyna dotacja dla Adama Hofmana, gdyż kolejną dostanie na edukacje seksualną pracownic biura klubu PiS, warsztaty ponownie mają się odbyć w Mielcu. 
-Tomasz Kaczmarek będzie miał swój autorski program "etyka zawodowa jest najważniejsza"
-Antoni Macierewicz otrzyma grant na program ogrodniczy poświęcony brzozom. W programie będzie można usłyszeć o brzozie karłowatej, brodawkowatej, pancernej i innych.
-Bogdan Pęk wygrał konkurs na nadzorcę wymiany wykładzin hotelowych
-Jacek Kurski, Mariusz Kamiński, Ludwik Dorn i jego trzecia żona, na cykl kursów "stabilne, katolickie małżeństwo"
- nieco zapomnianego Marcinkiewicza, dzięki dotacji, można będzie posłuchać w audycji RM "i nie wódź nas na pokuszenie", w której piętnowane będzie porzucanie rodziny dla młodszej kochanki
- Krystyna Pawłowicz z Jarosławem Kaczyńskim przygotowują dla Państwa wykłady "życie w rodzinie". I tu ciekawostka- Pani Krystyna postanowiła sama sobie dorobić, w związku z tym zastąpi Małgorzatę Rozenek-Majdan w programie "Damą być". Oprócz uczenia młodych dziewcząt zasad kultury, w planach Pani Krystyny jest również nauczenie Francuzów jedzenia widelcem, na podstawie nagrania konsumpcji sałatki w sejmie. Bartosz Kownacki wyraził pełne poparcie dla tego pomysłu i zaznacza, że im prędzej wcielimy go w życie, tym lepiej dla Francuzów. W końcu będą se mogli zjeść schaboszczaka, jak cywilizowani ludzie. Póki Pani Krystyna do nich z kulturą nie dotrze, niestety nadal muszą polować na żaby i ślimaki.
-Ksiądz Mirosław G. (ten, którego dziecko zmarło podczas porodu na parafii, acz w sądzie podano w wątpliwość czy dziecko było dzieckiem), wspomoże, dzięki dotacji, ruch pro-life, żeby ladacznice z Czarnego Marszu nauczyć szacunku do życia i chronić najmłodszych.
- Hoser będzie miał sponsorowaną misję do Korei Południowej. Końcowym efektem ma być znak pokoju między Koreńczykami z południa, a tymi z północy. Coś na kształt tego, co przekazali sobie Tutsi i Hutu, dzięki pomocy KK, w Rwandzie. 
- Siostra Bernardetta wraz z innymi boromeuszkami dostanie wsparcie finansowe na sieć domów dziecka. Wszystko nadzorować będzie ksiądz z Tylawy. W planach jest również przyznanie im Orderu Uśmiechu, o którym pierwszy raz ma zadecydować nie Kapituła, a Mikroprezes.
- ostatnia, planowana na ten miesiąc, dotacja ma podobno trafić do profesora Chazana. Zupełnie nie wiem o co w niej będzie chodziło, znam tylko tytuł projektu "won do piekła, kurwo wściekła".



niedziela, 9 października 2016

pusta ławka

Drodzy Państwo,
jestem ateistką. Nie wierzę w żadnego boga, ale kiedyś, dawno temu, jak jeszcze bardzo chciałam wierzyć, ktoś mądry powiedział mi, że bóg jest wszędzie. A najwięcej jest go w drugim człowieku.
Nie potrzebujecie do modlitwy złotych ołtarzy, gdy pod nimi modlą się głodne dzieci.
Nie potrzebujecie świątyń za miliony, tuż obok upadających szpitali.
Nie potrzebujecie potężnych pomników wartych krocie, obok ledwo ciągnących hospicjów.
Nie potrzebujecie pasterzy w wypasionych furach za pieniądze owieczek, które często nie mają co do gara włożyć.
Nie potrzebujecie ich.
To oni potrzebują Was. A konkretnie- Waszych pieniędzy.
Dziś jest 9.10- dzień pustej ławki w kościele (=pustej tacy)
Za specjalistę od poczęć po gwałcie.
Za podejście do in vitro.
Za brednie o antykoncepcji.
Za blokowanie edukacji seksualnej.
Za sabotowanie zbiórek WOŚP i szkalowanie twórców i uczestników akcji.
Za poniżanie kobiet.
Za podejście do tematu godnej śmierci.
Za stosunek do homoseksualistów.
Za skuteczniejsze dzielenie społeczeństwa, niż to robi PiS.
Za machlojki finansowe.
Za język nienawiści prosto z ambon.
Za krycie pedofilii.
Za pielęgnowanie nacjonalizmu i ksenofobii.
Za zawłaszczanie polskich ziem.
Za wyzyskiwanie najuboższych, najbardziej potrzebujących.
Za okradania nas wszystkich.
Za cofanie Polski do średniowiecza.
Za niewiarygodny ogrom zła na przestrzeni wieków.
Za bezczelność, arogancję, chamstwo, butę i hipokryzję.
Posłanka Pawłowicz ostatnio otwarcie napisała, że to Episkopat rządzi naszą ojczyzną. Na koniec więc zostawię Państwu linka z tym, co dla nas współpraca PiSu i Episkopatu m.in. oznacza:http://wiadomosci.dziennik.pl/…/506655,posel-pis-stanislaw-…
Tu artykuł sprzed kilku dni, o pedofilu w sutannie z Częstochowy, który wykorzystywał dzieci z domu dziecka, którego był dyrektorem:http://wiadomosci.onet.pl/…/czestochowa-ksiadz-oskar…/mwp3dg
A tu o tym, co się dzieje z księżmi, a co z ofiarami:
http://wyborcza.pl/1,76842,11374492,Sprawa_ksiedza_z_Tylawy…
Przejmijmy w końcu sprawy w swoje ręce!

piątek, 30 września 2016

behind blue eyes

Dziś był dzień Vadera.
Nie lubię dnia Vadera, bo mój najmłodszy syn głównie chodzi i sapie, a ja muszę popierdalać w nausznikach. No bo jak on jest Vader, to ja jestem Leia. Proste, nie? I, jako że na miejsce w przedszkolu nadal czekamy (drudzy pod kreską), poszliśmy sobie do children`s centre, coby dziecko się socjalizowało z innymi dziećmi i przestało tęsknić za Hubertem Grzybem.
W children`s centre okazało się, że mają dzień piosenki.
Hurra! Jak ja kocham karaoke!
Kiedyś Państwu wstawię filmik, jak to Stifler wyje jak śpiewam. To jest mój „Kevin sam w domu” wśród znajomych. Wszyscy widzieli. Każdy współczuł już moim dzieciom.
Każdy z kim byłam na karaoke współczuł też sobie. Starczy powiedzieć, że Mandaryna przy mnie to Mariah Carey.
Ale nie! Oto matki mają wolne! Dzieci będą śpiewały.
Mała, ruda dziewczynka sepleni „Wheels on the bus”. Poznaję głównie po tym, że pomaga sobie pokazując jak się kręcą koła. Następnie chłopczyk- "Itsy bitsy spider". Mały brunet- nic nie śpiewa, zaczyna wyć i się tarzać po ziemi.
-A może Eli chce wystąpić?- zwraca się do mojego syna animatorka, której twarzy nie widać spod makijażu
-Kochanie, pani prosi, żebyś teraz Ty coś zaśpiewał. Zaśpiewasz?- pytam Stiflera
-Dobra- zgadza się chętnie, bo Stifler w swojej głowie jest „gwiazdą, gwiazdą, ludzi fantazją, wyzwala zazdrość”, itd. No więc wstaje i zaczyna:
„Boli mnie głowa i nie mogę spać ,
chociaż dokoła wszyscy już posnęli.
Nie mogę leżeć a nie mogę wstać,
mija ostatnia nocka w mojej celi…”
-Czekaj, kochanie- przerywam mu- Maleńczuk jest bardzo fajny, ale może zaśpiewałbyś coś dla dzieci? Może coś po angielsku? Wiesz, Humpty Dumpty, Finger Family i te sprawy...
- No dobra- stoi, myśli- A mogę to, co śpiewa Alicia?- pyta w końcu
Tu się należą Państwu wyjaśnienia, że Alicia to nasza 10-letnia sąsiadka zwana przeze mnie „dziecko kukurydzy”. Kto czytał ten horror Stephena Kinga, ten wie o co biega. Reszcie powiem w skrócie, że Alicia to ten typ, na który starsze panie z dezaprobatą kręcą głową, cedząc przez zęby z pogardą „no tak, bezstresowe wychowanie”.
Alicia śpiewa całymi godzinami, dniami i tygodniami głównie „Hello” Adele. Śpiewa coś tam jeszcze, ale się nie wsłuchiwałam. Tak mnie się przede wszystkim skojarzyło.
Skąd to wiem?
Bo jak drze mordę, to u nas, po „other side”, słychać. Zwróciłabym jej uwagę, ale ze dwa tygodnie temu widziałam, jak leżąc przed drzwiami, na ziemi, rzucała własnymi butami w matkę, wyzywając ją od dziwek, toteż dochodzę do wniosku, że mi jednak nie przeszkadza. Zresztą kumpela ostatnio na tablicy na fejsie pisała, że sąsiadka jej mamy drze z kolei mordę, że „kent liw łidałtju” więc ostatecznie to ja już tą Adele wolę.
- Może Humpty Dumpty? Bardzo ładnie umiesz to zaśpiewać – spróbowałam negocjować
- Może to, co Alicia śpiewa, tylko to albo nic- powiedział Stifler, z taką miną jakby był z PiSu, a ja bym mu chciała zabronić mówić „to wina Tuska”
-Dobra, dajesz- odparłam. Wyprostowałam się, uśmiechnęłam. Spojrzałam na wszystkie matki, żeby się upewnić czy słuchają i żadna nie gada. Jeszcze bym zdążyła opieprzyć, zanim by wystartował. Na ich szczęście-pełne skupienie, wszystkie oczy zwrócone na mojego syna. I właśnie wtedy mój mały, słodki trzylatek, z buzią aniołka, łamanym angielskim, acz na tyle wyraźnie by zrozumieć, zaczął:
I took a pill in Ibiza (wziąłem pigułę na Ibizie)
to show Avicii I was cool (żeby pokazać Aviciiemu, że jestem fajny)
And when I finally got sober, felt ten years older (kiedy w końcu wytrzeźwiałem, czułem się 10 lat starszy)
But fuck it, it was something to do (ale pieprzyć to, to trzeba było zrobić)
Dalej nie znam-skończył
-Nic nie szkodzi kochanie, nawet lepiej- odparłam spokojnie, starając się opanować drżenie opadniętej powieki.
Sodomia i Gomoria, no mówię Państwu.
Pisałam już, że od Mikołaja chcę piersiówkę?
Będę se, kufa, siedzieć w kąciku, w tych jebanych nausznikach i pociągać. Może lepiej te wszystkie sale zabaw zniosę…
W domu opowiedziałam o tej wtopie reszcie chłopaków, którzy obiecali mi pomóc.
-Znaleźliśmy kompromis- pół godziny później optymistycznie stwierdził Szara Eminencja, po czym zawołał- Stiiifler, chodź, zaśpiewaj mamusi.
No i wszedł zresocjalizowany Stifler. I zaśpiewał:
No one knows what it`s like, to be the Batmaaaan,
To be the Sandmaaan,
Po czym spojrzał mi głęboko w oczy i dokończył:
behind blue eyes...
Toteż postanowiłam zostawić Was z Limp Bizkitz. I z klątwą.
Jeśli ktoś tego do tej pory nie znał, jak ja, to teraz już zawsze, gdy w radiu będzie leciała ta piosenka, będzie słyszał cholernego Batmana i pieprzonego Sandmana. I tak jak ja, nie będzie mógł się wczuć, żeby smutno zaśpiewać. Nie dziękujcie  


poniedziałek, 26 września 2016

Pudrowanie syfa

Jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał o Rafale Betlejewskim i jego najnowszej „Prowokacji”?
Na wszelki wypadek szybko streszczę.
Pan Betlejewski (ponoć dziennikarz, artysta, performer) wymyślił sobie takie oto gówno, które nazwał „eksperymentem społecznym”: zatrudnił aktorów, którzy udawali pracodawców, no i zaprosił na rozmowy kwalifikacyjne zwykłych, szarych ludzi.
A, nie! Sorry, zaprosił „zdesperowanych ludzi”. A dokładnie… „ Byli to ludzie, dla których praca – jakakolwiek praca – jest jedyną drogą do wydobycia się z beznadziei, w której się znaleźli. Miałem przed sobą ludzi zdesperowanych – albo, mówiąc innym językiem, bardzo zmotywowanych, gotowych na wiele. Czy na wszystko?” (źródło: Pan Rafcio Empatia Betlejewski na Medium Publicznym, tu linczek-http://mediumpubliczne.pl/…/eksperyment-spoleczny-w-radomi…/).
Na co gotowi byli ci zdesperowani ludzie? Ano, były policjant gotów był szmuglować w pampersie „ciapatych” za 18 tysięcy miesięcznie. Starszy pan, prawdopodobnie emeryt, wstępnie zgodził się zostać dilerem, a nawet wstrzykiwać po przeszkoleniu herę swoim klientom. A puszysta Pani zgodziła się schudnąć przez kilka miesięcy 15 kilo, wymasować kark prezesa, zapewniała, że potrafi zrobić przysiady i dała się wyzwać od „grubasów”. Tu na marginesie dodam, że została osobistą „bohaterką” pana (celowo z małej, jakby się dało jeszcze zmniejszyć czcionkę na fejsie, to bym to właśnie zrobiła) Rafała, więc tuż po tym, a może przed tym, jak wyskoczył z okrzykiem „Betlejewski Prowokacje!”, to nawet ją, kuźwa, przytulił. Czyż to nie cudowny, wrażliwy człowiek?!
I w tym momencie i moją bohaterką została, bo nie jest nigdzie napisane, aby oddała przytulenie z otwartej ręki, prosto w twarz (ewentualnie prawym sierpowym), co ja bym w powyższym przypadku niechybnie uczyniła, nie zważając na możliwe konsekwencje.
Gówno to, jak tłumaczy Rafał Empatia miało cel trojaki- odkrywcze uświadomienie nam chujowej sytuacji na rynku pracy, pokazanie do czego zdolni są zdesperowani ludzie oraz NAUCZENIE KANDYDATÓW NA PRACOWNIKÓW SZACUNKU DO SIEBIE.
Pała, kurwa, pała z wszystkiego, panie Betlejewski! A już najbardziej to z szacunku do ludzi i zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.
1) Taki „eksperyment” mógłby być uznany wyłącznie na Uniwersytecie im. Bolka i Lolka. Zatwierdzony przez rektora Rumcajsa, popartego przez doktora Reksia.
Nie nazywajmy szamba perfumerią, a show kosztem zdesperowanych ludzi „eksperymentem”.
2) Show nie wniosło NIC nowego, o czym przeciętny Kowalski by nie wiedział. Pana zaskakuje, że pracodawca potrafi być skurwysynem wykorzystującym determinację pracownika/kandydata na pracownika? Nie? A Panią? Też nie? Mnie również nie. Kto miał być zatem tym zaskoczonym odbiorcą? Dzieci?
3) Show nie wniosło ogólnie nic nowego, wszak nie od dziś wiadomo, że ludzie postawieni pod ścianą skłonni są do znacznie gorszych rzeczy niż szmuglowanie „ciapatych”. Pan Betlejewski pewnie na wiadomość, że skrajnie głodni ludzie są w stanie zjeść ludzkie zwłoki, albo nawet zamordować kogoś celem późniejszej konsumpcji wyraziłby swoje szczere zdziwienie. Zdaje się, że ktoś tu spał, jak w szkole „Medaliony” omawiano. A i współcześnie ludzie się ogłaszają, że nerkę chcą sprzedać, gdyż pilnie potrzebują pieniędzy, więc gdzie tu, do cholery, coś odkrywczego w tym wszystkim?
4) Pan Betlejewski w całej swojej empatii zapomniał, że bezrobotni ostatnie pieniądze potrafią wydać na bilet, aby się dostać na taką rozmowę kwalifikacyjną, a tam buc jakiś, cyrkowy showman niemalże, po tym jak ich upokorzy, omami wizją lepszego jutra, wyskoczy z okrzykiem „Betlejewski Prowokacje!”
5) Kogo ten bubek chce godności uczyć? Tego starszego Pana, który, jak sam Betlejewski twierdzi, jest prawdopodobnie emerytem. Nikt mu nie powiedział, że ponad połowa polskich emerytów żyje za mniej niż 10 zł dziennie i tym samym z godności już dawno zostali odarci przez naszych skurwysyńskich polityków? Szkoda, że Rafcio nie wpadł na to, aby tych z Wiejskiej powkręcać i pokazać do czego oni byliby zdolni, by zdeptać zwykłych ludzi i pozostać przy korycie. Tymczasem czuję, że w następnym odcinku Betlejewski udowodni nam, że gdyby emeryci się szanowali, to leżeliby teraz na Majorce, zamiast złom i butelki sprzedawać, po kilkudziesięciu latach uczciwej pracy…
6) Czy wyobrażacie sobie Państwo, że dopiero po oburzonych głosach internautów, wśród nich psychologów, socjologów podpisanych imieniem i nazwiskiem, Medium Publiczne postanowiło ukryć twarze na zdjęciu przedstawiającym ludzi, którzy wzięli udział w show Betlejewskiego. Początkowo każdy mógł wykrzyknąć „o, patrz, Zdzichu! Toć to Kryśkę wyzwali od grubasów i musiała kark jakiemuś gościowi masować”
7) Pan Betlejewski oprócz fali krytyki pod swoim adresem (i przy okazji adresem Medium Publicznego) zapoczątkował również falę komentarzy pryszczatych Krzysiów i Luizek pt. „ci ludzie sami są sobie winni, mogli odmówić”. Tylko, co pryszczata Luiza wie o życiu, drodzy Państwo? Co pryszczaty Krzyś wie o polskim rynku pracy? O tym, że w wieku 45 lat, bez szczególnej specjalizacji, bez niepełnosprawności, dla potencjalnego pracodawcy często jest się już emerytem? Co taki jeden, czy drugi głupek na utrzymaniu mamusi wie o sytuacji, gdy w domu czeka na ciebie chore dziecko, któremu nasze polskie państwo nie refunduje leczenia? Co wie o sytuacji, gdzie nie masz co do gara włożyć, masz półroczne zaległości w czynszu, debet na koncie i od kilku(nastu) miesięcy bezskutecznie szukasz pracy? Te wszystkie pryszcze by wyszły! Dumnie by odmówiły :) Pryszczaty Krzysiu, durna Luizko- gdybym nie miała pieniędzy na leczenie mojego dziecka, gdybym nie miała pieniędzy na jedzenie dla niego, czy na kurtkę na zimę, gdybym nie miała innych opcji- TAK, pozwoliłabym, aby byle skurwiel-pracodawca wyzwał mnie od grubasów, paszczaków, idiotek i chuj wie czego jeszcze. Albowiem ideały-ideałami, a w życiu nikt jeszcze dumą i honorem dzieciakowi brzucha nie napełnił.
8) Na Medium Publicznym jakaś tam pani Dorotka, ponoć tam pracująca, której nazwiska nie pamiętam i nawet nie chcę w akcie zademonstrowania Państwu głębokiej pogardy dla takich osób, pyta retorycznie „jak bardzo można dla pracy się SKUNDLIĆ?”. Nazwiska nie zapamiętałam, twarz owszem. Mam nadzieję, że będziemy kiedyś sąsiadkami. Jak twoje dziecko, Dorotko, zachoruje na takiego siatkówczaka i przyjdzie ci dowiedzieć się ile musisz samodzielnie uzbierać, aby uratować mu oko, stanę nad tobą i spytam się „jak bardzo jesteś w stanie się SKUNDLIĆ, aby to zrobić?”
9) Jeśli jakikolwiek polski gnój-pracodawca nie wiedział, na ile może sobie pozwolić, to właśnie pan Betlejewski go postanowił oświecić.
10) Gdyby to był faktyczny eksperyment społeczny, mający na celu ukazanie polskiego rynku pracy, role byłyby odwrócone- aktorzy chodziliby na faktyczne rozmowy o pracę i obnażali prawdę o pracodawcach.
Od wczoraj pan Betlejewski przeprasza uczestników programu. Zapewnia, że wśród ekipy był psycholog (żądam nazwiska „psychologa”, co się zgodził brać udział w czymś tak nieetycznym, aby w razie potrzeby moi znajomi mogli go omijać na milę!). Przeprasza i równocześnie wstawia u siebie, na stronie, linki do osób z Medium Publicznego, które go popierają. Wstawiając link do przeprosin pisze, że internautów cechuje „moralny animusz”.
Dlatego powstała ta notka. Pan Betlejewski nadal nic nie rozumie. I jest mu zdaje się tak samo przykro, jak było gdy śmiał się na antenie TOK FM z gwałtów http://natemat.pl/34243,kpil-z-gwaltow-w-audycji-tok-fm-raf…
Serdecznie zapraszam Państwa do bojkotowania jego programów, tudzież programów do których zostanie zaproszony. Niech się sam brandzluje przed lustrem, dumny niesamowicie ze swojego geniuszu, wrażliwości i empatii.

czwartek, 22 września 2016

czarny protest

12-latka w kieleckim szpitalu urodziła dziecko. Ponoć "nie wiedziała do końca co się dzieje".
Wiedziałaby, gdyby w Polsce inwestowano w edukację seksualną, a nie w lekcje o gadającym wężu i niepokalanym poczęciu, które z nauką de facto nie mają nic wspólnego.
Wiedziałaby, gdybyśmy za polityków nie mieli w Polsce mizoginów i idiotów, którzy twierdzą, że woleliby, aby ich dziecko "było pogłaskane przez pedofila, niż trafiło na lekcje edukacji seksualnej" (JKM), czy też tych, którzy otwarcie pedofilii bronią, jak poseł Pięta wypowiadający się w sprawie zboczeńca w sutannie z Koniakowa.
O polskich politykach można by pisać wiele. Jedno jest pewne, że obecni, ci u władzy, są czopkami tych, do których wszyscy mówią "ojcze", a ich własne dzieci "wujku". A ci z kolei, póki kilkuletni chłopcy w ciążę zajść nie mogą, a kochankę nadal można za pieniądze parafian w prywatnej klinice wyskrobać, nie zrobią nic, absolutnie nic, aby pomóc polskim kobietom.
Moja koleżanka, matka jednego chłopca, kilka dni temu dowiedziała się, że jest w drugiej ciąży.
Przedwczoraj dowiedziała się, że ma raka.
Czy będzie jej dane usunąć 5-tygodniową ciążę i podjąć się leczenia, by 4-letni Kuba miał nadal mamę, czy straci swoje prawa do życia? Czy, jak setki tysięcy innych kobiet, stanie się w świetle prawa tylko inkubatorem? Czy czuwać nad jej ciążą będzie nie tylko ginekolog, ale i policja?
Tak, aborcja jest złem.
Dla MNIE. Według MNIE.
Jednak nie większym niż urodzenie dziecka przez dziecko, czy zabicie kobiety poprzez odmowę jej leczenia.
Nie większym niż zmuszenie zgwałconej kobiety do odczuwania przez 9 miesięcy dziecka gwałciciela w sobie, a później obarczenie jej ryzykiem porodu i dalszą traumą wychowywania bądź oddania tegoż dziecka do adopcji. Pamiętajcie, że tą "kobietą" może być kolejna 12-latka, zgwałcona choćby przez "kochającego" tatusia, czy dziadzia.
Zawsze marzyłam o wielkiej rodzinie.
JA marzyłam. JA chciałam ją mieć.
I JA byłam w komfortowej sytuacji, będąc w pełni zdrową, świadomą, pełnoletnią, urodzenia trójki równie zdrowych dzieci własnego męża.
To był mój wybór i mojego partnera, niczyj więcej.
Nie próbuję nawet wyobrazić sobie, co będzie musiała czuć kobieta, w znacznie odmiennej od mojej sytuacji, rodząca ciężko chore dziecko, które przeżyje w męczarniach lub na prochach kilka godzin. Poród może odbyć się kosztem jej zdrowia. I wszystko to dlatego, że jakieś aroganckie gnoje, płci obojga, wiedzą lepiej co dla niej i dla tego malucha jest lepsze. Lepiej od niej. Lepiej od lekarzy, którzy chcą inwestować w rozwój nauki, a nie rydzykowe interesy.
I najgorsze jest, że te gnoje wiedzą to z daleka. Z sejmu. Z chorych pro-life fundacji, które zainteresowane są pomocą dzieciom do momentu narodzin, bo, jak powszechnie wiadomo, gdy już niepełnosprawne dziecko przyjdzie na świat jest zdane wyłącznie na swoich opiekunów. Przestaje być dla gnoi ważne, a dla państwa staje się zbędnym, bezużytecznym balastem, natomiast jego zrozpaczeni, przemęczeni do granic możliwości i zdesperowani w walce o życie i godność dziecka rodzice- upierdliwymi żebrakami, których należy odganiać, jak natrętne muchy.
Przykład humanitaryzmu naszych elit mieliśmy, gdy zapłakani rodzice błagali w sejmie o pomoc, kilka lat temu. I oczywiście guzik w sumie wywalczyli.
Przykład humanitaryzmu mamy na co dzień, gdy pro-life pierdoli o tym, jak paskudna jest aborcja i w ramach wsparcia rodziców dzieci obarczonych ciężką genetyczną chorobą zapewnia...modlitwę za te dzieciaki, czy też duchową adopcję.
Bo od formalno-prawnej adopcji Bobrze strzeż!
Toć kto by sobie taki "kłopot" na głowę brał?
Dr Chazan? No nie sądzę.
Przykład humanitaryzmu mamy wtedy, gdy brakuje miejsc dla dzieci w żłobkach, w przedszkolach, ośrodkach rehabilitacyjnych, itd. Matki po urodzeniu dzieciaka nie mogą wrócić do pracy, tym samym mając często problem co pod koniec miesiąca do gara włożyć, aby to, tak dzielnie bronione przez pro-life życie, przetrwało bez niedożywienia. Zaawansowanego przynajmniej...
Nie mają czym zapłacić za buty na zimę dla tego dzieciaka, bo wyobraźcie sobie, pro-life`owcy, że w sklepie za "Ojcze nasz" się nic nie kupi. W aptece również. A to niespodzianka, co?
Przykład humanitaryzmu mamy dziś, gdy Pani Łukomska- Pyżalska dostaje swoje 500+ w całkiem pokaźnej kwocie, a samotna matka jednego dziecka, żyjąca za najniższą krajową, w wynajętym mieszkaniu, już nie.
Przykładem humanitaryzmu jest pozwolenie na urodzenie ósmego dziecka, kobiecie gwałconej przez pijanego męża, w Pcimiu Dolnym. Mimo, że ona pozostałej siódemki nie ma czym wykarmić.
Przykładem humanitaryzmu będzie zmuszenie matki Madzi i jej podobnych do urodzenia kolejnego potomka. Bo aborcja to "grzech i przestępstwo".
Czy standardem w polskich szpitalach stanie się opieka lekarzy pokroju Chazana? (http://mamadu.pl/129059,przepraszam-a-pan-jest-wierzacy-czy…).
Słyszeliście już o dr Krysztofiaku? (http://www.gs24.pl/…/5532722,za-poglady-na-bruk-rektor-wymo…)
Czy teraz przyjdzie czas na lekarzy pokroju prof. Dębskiego?


piątek, 16 września 2016

wychowana na Reksiu

KĄCIK ZOOLOGICZNY
Wszystko zaczęło się od zdziry Marleny...
Tak, od zdziry, w końcu nikt kto się szanuje nie pokazuje cycków nieznajomym.
A ja, co nie wyszłam prania wywiesić, to Marlena- pach! na glebę i osiem par cycków dumnie leżąc na plerach wyprężała!
Tak, Marlena jest kotem sąsiadów. Nie jest jakąś laską po Czarnobylu, czy coś.
W zasadzie Marlena, to nawet nie Marlena, ale ja wszystkie koty sąsiadów po polsku ponazywałam.
No takie zboczenie.
Słyszałam, że niektórzy księża mają gorsze, więc moim nie ma się co ekscytować.
W każdym razie lampucera Marlena przychodziła do moich kotów miesiąc z okładem. A pewnego dnia to zauważyłam, że Marlena ma alergię, bo się drapie jak pojebana.
I Rychu ma alergię.
I Psot ma alergię.
I se myślę- „biedne kotki”-bo sama alergiczką jestem, też się czasem drapię i wiem, jakie to upierdliwe.
Nadążacie Państwo?
Trzy koty siedzą w rzędzie, drapią się w tempie techno, z regularnością z jaką podają numery konta w Radiu Maryja, a stara, 32-letnia, krowa patrzy i se myśli, że „biedne kotki” i że „alergia”...
Przyznaję, że gdyby na moim gorszym dniu oprzeć losy ludzkości,
to byście Państwo dziś kwadrat toczyli.
Ta refleksja o alergii naszła mnie tuż przed wyjazdem do New Forest, więc nie miałam czasu długo o tym myśleć, tylko żeśmy się spakowali i na wakacje ruszyli. I nie wiem czy to kwestia tego, że pchły już były odchowane, zapoznane z kotami i zaczęło im się nudzić, czy może raczej tego, że wszyscy jesteśmy bardzo ładni więc po prostu na nas poleciały, ale faktem pozostaje to, że nie wiedziałam, iż moje dzieci, moi synowie, potrafią mieć skalę głosu jak Maria Callas, gdy na nich mały robaczek skoczy.
Albo dwa.
Albo osiem.
I to jednego dnia.
Popędziłam do najbliższego zoologicznego, gdzie przemiły pan, uśmiechnięty od ucha do ucha, wręczył mi „spot-on”. Takie kropelki na pchły, co to się kotom w kark wciera, a one zdychają.
Pchły, nie koty.
Ponieważ nam się rzadko trafia coś normalnego w życiu, tak i pchły trafiły się nam takie, które prawdopodobnie przeżyły Nagasaki i Hiroszimę, toteż po kropelkach przesłały pozdrowienia środkowym palcem, a my tak dwanaście, jak i dwadzieścia cztery, a nawet siedemdziesiąt dwie godziny później, przy wyczesywaniu, znajdowaliśmy nadal żywe osobniki. I co gorsze- żwawe, jak piosenkarki z Jarzębiny.
Wróciłam do zoologicznego zatem i mówię, że potrzebuję więcej tych kropli, a pan, uśmiechnięty od ucha do ucha, mi mówi z kolei, że nie da, bo to pięć tygodni musi minąć, żeby kotom nie zaszkodziło.
- A co z pchłami?
- Ano za dwa tygodnie możemy spróbować im dać tabletki, bo mają ten sam środek pchlobójczy w odpowiednim stężeniu.
-A do tego czasu?
-Wyczesywać.
No to żeśmy wyczesywali.
Po godzinie dziennie średnio.
Po tych dwóch tygodniach, to z samego futra szło dwa nowe koty ulepić. Dodatkowo codzienne odkurzanie, trzepanie koców i w ogóle frajda na całego, ahoj, przygodo! i te sprawy.
Ja nie mam problemów z dawaniem kotom tabletek, pod warunkiem oczywiście, że im włożę rozkruszoną pigułę w jakieś żarcie. Wcinają wtedy, aż im się uszy trzęsą. Jak je kocham, tak inteligencji ich bym nie przeceniała. Myślę, że jakby ludźmi były, to by się zapisały do jakiego ONRu, czy innego stowarzyszenia, dla osób potrzebujących specjalnej atencji. W każdym razie po rzeczonych tabletkach na Rychu znalazłam jedną martwą pchłę. Dziś twierdzę, że padła z przeżarcia, ze starości, albo ze śmiechu, jak widziała, że te tabletki odwijam.
Dobrze, że w chacie nie mam mikroskopu, bo założę się, że cała reszta pokazywała mi w tym czasie dupę.
Jak łatwo się domyślić po nieudanej akcji pod kryptonimem „napalmem w te pieprzone gówna”, udałam się do kolejnego zoologicznego, ominęłam uśmiechniętego sprzedawcę i sama załadowałam do koszyka to, co mi poradziła mama- szampon przeciwpchelny i takąż obrożę.
Przy kasie pani zagaiła:
- O, pies pchły podłapał?
- Koty- sprostowałam
- Ale to szampon dla psów!
- No shit, Sherlock!- miałam ochotę powiedzieć, bo na opakowaniu siedział labrador, ale odrzekłam tylko- A bo dla kotów nie macie. W każdym razie to szampon przeciw pchłom. Pchły to pchły, co za różnica?
- No jest różnica. Szampon dla psów jest toksyczny. One mogą zdechnąć.
Matko, jaka kretynka mnie się trafiła, jak zwykle…
- Ja chcę żeby zdechły! Chcę się pozbyć tych cholernych pcheł!
- Ale ja mówię o kotach…
No masz, kurwa!
- To u was nie dostanę szamponu dla kotów?
- Nigdzie nie dostaniesz. Nie ma takiego. – i głupia pinda suszy zęby, jak ja trzeci tydzień ze Szwadronem Śmierci walczę.
- A obroże?
- A obroże są dla kotów, możesz wziąć.
- A bezpieczna po spot-on`ie i tabletkach?
- Taaaa, one to taki pic i tak tam mało co działają, jeśli w ogóle cokolwiek.
Poczułam, jak mi szczęka opada. Normalnie się kobieta w zoologicznym marnuje, a mogłaby już w Amwayu jakim karierę robić, jako specjalistka od marketingu.
- To co działa, co istnieje i co mogę wziąć?
- Spray działa. Miałaś spray? Nie? A jakie miałaś tabletki i spot-on? To zaraz coś dobierzemy.
Myślę, z perspektywy czasu, że tym sprayem, to tym pchłom nawet brydża nie przerwałam. Pewnie założyły sobie mikro-maski przeciwgazowe i przewróciły oczami, że „kuuufffa, ta dalej swoje”.
Zakładając, że chcę mieć rodzinę wielodzietną miałam na myśli własne dzieci, a nie setkę małych pcheł. No i wiecie co mówią- forum wspiera, forum radzi, forum nigdy cię nie zdradzi- a zatem: drodzy Forumowicze, drogie Kocie Matki i Koci Ojcowie- ja wiem, że nie ma co wpadać w panikę, ale to już czwarty tydzień, więc NA LITOŚĆ BOBRA, HELPUNKUUU!!!