sobota, 4 kwietnia 2015

Wesołego czczenia kogo tam se chcecie lub też udanego weekendu


Życzę Wam Świąt takich, jakie sobie wymarzycie. 
Niezależnie czy będziecie w ich trakcie czcili Jezusa, jakiegoś innego boga, czy jak my- siebie Emotikon wink
Tak samo nieistotne czy na Waszym stole zagoszczą jajka i żurek, czy piwo i chipsy- zróbcie to dla mnie i spędźcie po prostu fajny weekend Emotikon win

Niech ten czas będzie dla Was równie udany, co pomysły Szarej Eminencji na wiosenne dekoracje. 
Zatem pamiętajcie, że niby narzucone formy, jak zestaw kreatywny pt. "Easter decorations" pełen wyciorków, pomponów, piankowych jajek, czy tam głów zajączków można zawsze wykorzystać tak, jak Wam w sercu gra
Emotikon heart Emotikon hear 

Emotikon heart

środa, 1 kwietnia 2015

Matka Polka Cipa...czyli jak nas kreują i jaka jest prawda

Wiecie co, całe dorosłe życie ubolewam, że żeby piec zawodowo chleb musisz się nauczyć fachu. Nikt Cię do tego nie zatrudni, jak nie jesteś piekarzem.
Aby mieć dziecko nie musisz spełniać żadnych kryteriów, poza zdrowiem fizycznym umożliwiającym rozród. No i posiadaniem partnera. Choćby na jedną noc.
Macierzyństwo/ojcostwo powinno być jak Media Markt w swojej reklamie.
Podobnie jest z feminizmem.
On również powinien być nie dla idiotek. Bo nikt inny, jak idiotki, obok samców- troglodytów (bo facetem się tego nazwać nie da, a mężczyzną to już w ogóle) wyrządziły feminizmowi najwięcej szkody. To właśnie przez nie feminizm wielu ludziom kojarzy się teraz całkowicie błędnie z bandą nienawidzących mężczyzn bab, mających obłęd i zniszczenie w oczach. 
A to nieprawda, rzecz jasna. Feministka mężczyzn nie nienawidzi. Kobieta, która mężczyzn nienawidzi najpewniej jest kobietą zwyczajnie przez nich skrzywdzoną. Czasem tak bardzo, że stała się zapiekłą suką, zgorzkniałą jędzą albo innym smutnym zjawiskiem. Ale wykrzykiwane przez nią hasła, że każdy facet to świnia, feministki z niej nie czynią i dalekie są od prawdy, tak samo jak fakt, że każda feministka ma wąsy.

Wychowaliśmy się w kraju, gdzie od wieków pokutowały pewne przekonania. Pewne stereotypy, które potrzebne były od zawsze w gruncie rzeczy, jak ten kamień w bucie, ale konsekwentnie przekazywane z pokolenia na pokolenie  łamały czasem młodym ludziom marzenia, a czasem, jak się twardy zawodnik trafił- łamały mamine i tatusine serca, dla odmiany.
Która z nas nie słyszała "nie rozkraczaj się jak siadasz, jesteś dziewczynką", "tak się nie zachowują małe damy", "musisz umieć gotować, kiedyś będziesz mamą, żoną...",itd.
Który z Was nie słyszał "nie maż się jak baba", "różowy jest dla dziewczyn", itp.
Problem pojawiał się wtedy, jak młoda dama miała w piździe bycie młodą damą, co też konsekwentnie powtarzała swoim rodzicom i to dokładnie tymi słowy. Chciała zostać bowiem operatorem koparki, pluła najdalej z całej podwórkowej paczki i nawet w kiecce przechodziła najszybciej przez płoty.
Problem pojawiał się wtedy, jak młody mężczyzna nie chciał iść z ojcem na ryby. Nie chciał strzelać z wiatrówki, ani pić piwa. Chciał zostać baletmistrzem, ku rozpaczy swego ojca, co to brał udział w każdej ustawce, ku chwale klubu i Pana. Ramen

Mam pewne zasady.
Znaczy się, ja w sumie mam sporo zasad, ale nie wszystkie są na równi ważne.
Do tych kardynalnych należy pierdolenie stanowisk,stopnia pokrewieństwa, tytułów, itp. Traktuję ludzi, absolutnie wszystkich ludzi (rodziny też się to tyczy, a może nawet zwłaszcza) tak, jak na to w moim mniemaniu zasługują. Tak, jak oni traktują mnie.

Znam lekarzy, którzy są lekarzami, bo ich mama/tata również byli. I to wysoko postawionymi. Tak, że synusia trochę na studiach przepchnęli, a później gapci załatwili pracę, bo on by tym okulistą i tak został, a jakże....
Znam księży, którzy po mszy gnali na plac zabaw z własnymi dziećmi. Uprzednio pierdoląc coś tam z ambony o życiu w grzechu bez ślubu, nie dając twardo rozgrzeszenia współżyjącym w konkubinacie...
Znam nauczycielki, które nie potrafią się wysłowić po polsku. Przekazujące dzieciakom swój chory często światopogląd, a nie wiedzę.
Znam babcie, które nie zasłużyły na miłość swoich wnuków, będące zwykłymi sukami, które gdy zaniemogły raptem stawały się świętojebliwe, "biedne" i "pokrzywdzone".
I znam matki, które urodziły dzieci chuj wie na co i po co, ale teraz są głęboko nieszczęśliwe, gdyż nie spełniły te dzieci ich oczekiwań, ciężko się przy nich najebać, nie pasują do kanapy,a w dodatku są inne niż na reklamach.
Matki Polki Uciemiężone, bo o nich mowa. Nowy typ "światowej" kobiety. 

Na fejsbuniu napisałam Wam, że ważne jest odróżnianie dumnych posiadaczek waginy od cip zwykłych.
I podtrzymuję. Bo to w życiu nie tylko ważne, ale wręcz podstawa.
Każda z nas może być dumną posiadaczką waginy. Każda może być zwykłą głupią cipą.
Solidaryzuję się z tymi pierwszymi. 
Do drugich zaś skierowany jest, zdaje się, ten tekst:
http://matkazonaiklopoty.mamadu.pl/117743,jestes-matka-i-masz-swoje-zycie-slono-za-to-zaplacisz

A teraz o tym, dlaczego mnie te  brednie wkurwiły zwyczajnie.

Streszczenie dla tych, którym się nie chce rzeczonego artykułu czytać:
otóż autorka w kilkunastu punktach udowadnia, jak ciężko być matką. Na każdym kroku zapewniając, że matki są dyskryminowane. I nie, nie przez pracodawców. O tym nie pomyślała widać, bo byłby tu opisany jeden chociaż faktyczny problem, który zna z  autopsji naprawdę wiele kobiet, planujących powrót na rynek pracy będąc mamą malutkiego dziecka. 
Matki z artykułu są dyskryminowane głównie przez wroga, którego sobie same wybrały, bo z kontekstu wynika, że przez mężów buców i kutasów złamanych, no i przez autorytety moralne pod postacią starszych cioć Gertrud, ewentualnie pań z osiedlowego warzywniaka. 
O ja pierdziu! Hitler z takiej gwardii byłby dumny! 
Strach się bać, a być matką to już w ogóle.

No i teraz psze zapiąć pasy, bo jedziem w punktach za autorką, czemuż my, o czemuż, takie pokrzywdzone.
Albowiem azaliż onegdaj gdyż kobieta-matka (ponoć) nie może:
1. Powiedzieć ,że dziecka nie chciała

Powiedzieć, to zawsze może, ale niech się później nie dziwi, że ktoś spyta "to po cholerę je ma"?
No ja to taka dociekliwa jestem, że bym spytała na pewno.
Wątpię żeby autorka wraz z koleżankami miała przygotowaną odpowiedź. Nie ten level.
Nosz w dupę jeża, nie mam w domu sprzętu, którego bym nie chciała, a niektórzy mają niechciane dzieci i jeszcze się bulwersują, że nie powinni tego co rano, tuż po założeniu kapci i przed poranną kawą, całemu światu ogłaszać?!
Nie bardzo rozumiem sens rodzenia z góry niechcianych dzieci, zwłaszcza przez (ponoć) inteligentne kobiety w XXI, może mnie ktoś oświecić?
Nawet gdy prezerwatywa zawiodła jest tyle par chcących dziecko, a nie mogących biologicznego potomka posiadać, że adopcja w dzisiejszych czasach, to chyba nie jest problem? Jeśli aborcja nie wchodzi w grę. Bo, że oficjalnie nie wchodzi, to wiemy, a jak jest nieoficjalnie- wiemy również. Kwestia sumienia.
Więc proszę mi teraz powiedzieć, po co takie niechciane dziecko się ma?
Bo mąż się uparł? Bo teściowa nalegała? Bo wszystkie koleżanki już miały i to nawet po dwie sztuki? Nieposiadanie dziecka to teraz gafa towarzyska? Trójka wystarczy, czy jeszcze ze dwa se powinnam machnąć, żeby być w dobry tonie?
No niech się któraś bezdzietna wypowie, zanim mnie chuj jasny trafi.

W moim gronie bliższych i dalszych koleżanek jest mniej więcej pół na pół. Nie zauważyłam, aby bezdzietne spotykał jakikolwiek ostracyzm. Owszem spotykają je czasem nietakty, głównie  ze strony starszego pokolenia, które przy okazji narodzin kolejnego członka rodzina rzuci w kierunku bezdzietnej koleżanki "teraz czas na ciebie".
Ale ja mam koleżanki feministki. Moje koleżanki są inteligentne. Moje koleżanki mają waginy, ale nie są cipami. Moje koleżanki odczekują w takim wypadku do najbliższego pogrzebu, stają obok rzeczonej cioci i równie kurtuazyjnie mówią "teraz czas na ciebie".
I tyle.
Nie biegną, jak rozumiem biegną uciemiężone koleżanki autorki, dzieci rodzić. Bo ciocia Gertruda wymaga!
Ja pierdzielę, co za żenada....

Autorka równocześnie zastrzega, że to, iż się dziecka nie chciało, nie oznacza, że się go nie kocha.
Tylko, że dopuszcza się myśl, że mogłoby się żyć inaczej.
Kobiety, które identyfikują się z tym tekstem- trzeba było do waginy nie dopuszczać.
Albo dopuścić myśl o antykoncepcji. Wtedy nie tylko mogłybyście marzyć o innym życiu, ale też nim żyć.
I wszyscy byliby szczęśliwi. Wy też.

Rada od cioci (nie)typowej: Nie chcesz, babo, dzieci, to ich nie miej. Proste.
Mąż chce mieć dzieci- zmień męża, o ile nie ustaliliście wspólnej drogi przed ślubem/związaniem się, co na przyszłość polecam.
Ciocia Gertruda chce mieć dzieci- niech se zrobi. Jest za stara na biologiczne potomstwo- niech se adoptuje. Nie pozwolą jej? Niech się zapisze na wolontariat do Domu Dziecka. Dzieci będzie miała w huk i jeszcze trochę!
Koleżanki mają dzieci, wobec czego Ty.....żyj, kretynko, życiem swoim. Idź ścieżką przez siebie obraną. Koleżanki za ciebie życia nie przeżyją, jak i nie umrą za Ciebie.
Wbij to sobie do tego pustego łba.
Ramen. Ponownie.



2.Powiedzieć, że potomka się czasem nie lubi.

No cóż. Ja czasem bywam wkurwiona.
I owszem, mówię to. Potomkom swoim również.
Może nie słowami "wkurwiasz mnie", ale "denerwuje mnie, jak....", to już nawet dość często.
Bo to nie jest tak, że wkurwia mnie moje dziecko.
Wkurwia mnie jego konkretne zachowanie. I wtedy mu to mówię.
Jak i on(i) czasem mówią to mnie.
I tak sobie gadamy, bo nikt z nas nie jest doskonały. Z tym, że dorosły może dążyć do doskonałości, a dziecko jest dzieckiem. Je trzeba nauczyć, że glutów w rękaw się nie wyciera, że nie trzeba do matki krzyczeć, gdy się jej chce coś zakomunikować, bo mimo, że w oczach dziecka wszystkie powyżej 20 lat jesteśmy już stare, to jednak większość z nas słuch ma dobry. Że sprzątnij pokój nie znaczy piźnij wszystko tam, gdzie ci się wydaje, że nie widać, bo tak, faktycznie tylko ci się wydaje. Że kartki są od tworzenia dzieł sztuki, nie meble. Że jak mówimy załóż czapkę, to naszym życiowym celem nie jest, aby syn wyglądał jak kretyn, co też podejrzewa, tylko same przeszłyśmy wszystkie fazy zapalenia zatoki i z doświadczenia wiemy, że przy -5 stopniach czapka się przydaje, itd., itp.
A gdy nadchodzi ten nastoletni wiek, który, pożal się Bobrze, Autorka Znakomitego Artykułu przytacza i my "rozsądnie próbujemy przemówić, a mina dziecka mówi "nie pieprz", to przypominamy sobie siebie w tym wieku. Moja mówiła wyłącznie "nie pieprz".
O patrz, autorko, do dziś mi zostało!
Zatem- nie pieprz!Proszę. Albo tytuł zmień, coby porządni ludzie nie musieli tych banialuków czytać, wpuszczeni w kanał...

Lubię moje dzieci. Z całą pewnością lubię.
Dopuszczam myśl, że autorka swoich może nie lubić. Jak i jej koleżanki.
I moim zdaniem, jeśli czuje taką potrzebę, może spokojnie powiedzieć to na głos. Przyjaciółce. Poza domem.
Nie polecam mówienia, czy też okazywania swojej antypatii potomkom. Nie polecam pisania tego na swoich blogach. Choć to modne, zauważyłam.
Mogę ręczyć, że nie ułatwi to Waszym dzieciom startu w dorosłość. Nie podbuduje ich samooceny.

Wasz wkurwiający Krzysio, lat pięć obecnie, będzie kiedyś Krzysztofem lat 17 . Przyjdzie dzień, gdzie zrozumie, że miłość nie zawsze bywa z happy endem, że prawdziwych przyjaciół to ze świecą szukać, ktoś go pierwszy raz wykiwa, ktoś zdradzi, a ktoś inny nazwie "debilem". Świat mu runie, bo w tym wieku, to świat potrafi runąć dwa razy w tygodniu. Zawsze boleśnie i zawsze absolutnie bezpowrotnie. I nie daj buk trafi w tym samym czasie na ten Wasz blog, który to rzecz jasna skrzętnie przed światem w internetach ukrywacie (hahahahahaha). I tam niech do tego przeczyta, że od jakichś 10 lat, stara go nie lubi.
Kocha go, rzecz jasna, jak autorka zapewnia.
"Jedynie" nie lubi.
No nie mogę sobie wyobrazić, jaki to ten Krzyś się poczuje dowartościowany. Jakim się poczuje fajnym człowiekiem.

Sracie się, nowoczesne mamy, z tym aby Wasze dziecko chodziło na karate, balet i komputery, bo inaczej nie da sobie rady we współczesnym świecie.
Pierdolicie o tym, że bez znajomości najmniej trzech języków obcych daleko nie zajedzie, kariery nie zrobi. I nie będzie mundry i wykształcony. Jak Wy.
A później piszecie, że Krzyś od małego jest niefajny. Bo przecież fajnych się lubi. Proste, nie?
Zatem, przy całej swej mundrości, nie zdajecie sobie sprawy, głupie pipy, że podstawą prawidłowego funkcjonowania Waszego dziecka w dzisiejszych okrutnych czasach nie jest znajomość angielskiego, tylko ugruntowane poczucie własnej wartości.
Myślałam, że tylko ja zwróciłam na to uwagę, ale moją przyjaciółkę również złapała za serce pewna scena z filmu "Służące", w której jedna z służących właśnie,  jak mantrę powtarzała swojej podopiecznej
"JESTEŚ MĄDRA, JESTEŚ DOBRA, JESTEŚ PIĘKNA"
I takie też są Wasze dzieci.
I proszę to im powtarzać.
Ja wiem, że zanim mają skończony roczek, macie już uzbierane dla nich na najlepsze uczelnie. Wiem, że zaplanowałyście im przebieg kariery sportowej, muzycznej, tudzież każdej innej.
Bo ich kochacie. "Tylko" nie lubicie.
Przyjmijcie zatem do wiadomości, że to, co najważniejsze nie wymaga kasy- jeśli je kochacie, dajcie im pewność siebie.
Dziecko już macie, teraz ktoś w Waszym domu musi być dorosły. Dorosłość polega na rozwadze. Rozwaga (nader często) na trzymaniu się maksymy "mowa jest srebrem, a milczenie złotem".
Zanim raz jeszcze będziecie chciały powiedzieć w "tajemnicy" internetom, że Wy swojego dziecka nie lubicie, oczywiście podpisując się pod tym imieniem i nazwiskiem- wyłączcie komputer. Albo przyjdę i wyzwę. Żeby dziecko, które w przyszłości  być może to przeczyta wiedziało, że to nie ono jest problemem. To matka jest jebnięta.


3. Wrzeszczeć na dziecko w sklepie. Matka musi przemawiać rozważnie.

No.
Jak wrzeszczysz w sklepie, niczym nie różnisz się od wrzeszczącego dwulatka, zatem dlaczego to Ciebie mamy nazywać dorosłym?
Na szczęście labilność emocjonalną można w dzisiejszych czasach z powodzeniem leczyć. Polecam znaleźć dobrego psychiatrę. Jak i melisę sobie kupić.


4. Mieć czas tylko dla siebie.

Ale dlaczego nie można?
Powinno się mieć. Jak byśmy się nie zapierały "guganie" cały dzień do dziecka uwstecznia.
Nie mówię, że "siedzenie" w domu uwstecznia- bardzo niekoniecznie, rzekłabym. Ale z całą pewnością życie wyłącznie kupką i zupką nie powoduje rozwoju.
Wiecie kiedy ja mam czas dla siebie- między 4 a 5 rano (specjalnie wstaje tak wcześnie,  żeby móc  wypić kawę bez "mamowania" i poczytać w spokoju) i po 22. Ten tekst został napisany właśnie między 4 a 5 oraz ma ustawioną godzinę późniejszej publikacji (hokus pokus)
W dzień mogę coś robić wyłącznie z dzieckiem przy boku.
Czy jestem zmęczona? Czasem bardzo.
Czasem zaplanuję sobie milion rzeczy, które zrobię wieczorem, a rzeczywistość okazuje się brutalna i zasypiam przy Stiflerze około 20, nie zrobiwszy połowy tego, co chciałam zrobić.
Czy się skarżę? Nie.
Dlaczego? Bo sama sobie ten stan rzeczy wybrałam, bo wiem, że moje dzieci rosną, tak nie będzie wiecznie. Bo jestem dorosła.
I mimo, że w wieku niemal 31 lat posuwam po mieście w różowych tenisówkach, za jedną z maksym życiowych biorąc sobie słowa"po co służyć w marynarce, skoro można zostać piratem", to każda moja życiowa decyzja jest przemyślana. Wiedziałam, że gdy urodzę dziecko (a pierwsze urodziłam w wieku lat 20, przypominam) moje życie ulegnie diametralnym zmianom i mając, jak obecnie, trójkę dzieci, w tym jedno 20-miesięczne, nie usiądę kiedy mi się zachce i nie utonę z książką/na fejsbuniu/ robiąc sobie maraton filmowy na pół dnia.
Zwłaszcza, jak nie mam do pomocy żadnej (załóżmy) babci, a ojciec dzieci w tym czasie jest zwyczajnie w pracy.
Przykro mi, że nie wszystkie koleżanki na to wpadły. I niektóre zapewne teraz siedzą w szoku, bo Brajanek ma już pół roczku i nadal (o japierdolękurwamać, nadal!!!) trzeba przez cały czas mu dzień organizować. O mójbosze, mójbosze!

Natomiast jak się ma babcię, gotową spędzić dzień z wnukami- czemuż to nie można się pobyczyć?
Toć to zdrowo nawet.
Oczywiście od czasu do czasu, bo niektórym mamusiom aż by się chciało z czystej przyzwoitości przypomnieć, że ich matki i teściowe już swoje dzieci odchowały, zatem dlaczego teraz muszą jeszcze chować wasze dzieci? Tylko dlatego, że jesteście leniwymi i oderwanymi od pługa granatem krowami?


5. Nie gotować, nie piec i mieć generalnie domowe obowiązki gdzieś.

I znowu pół na pół z moich koleżanek, które posiadają dzieci, gotuje/nie gotuje, piecze/nie piecze.
Wszystkie żyją szczęśliwie. Niektóre na mrożonkach, gotowych daniach, obiadach gotowanych przez partnerów, gosposie, kupnych ciastach. Żadna z nich nie jest uważana za dziwną.
Do głowy by mi nie przyszło żeby komentować zdolności kulinarne, czy raczej ich brak, u niektórych kobiet, skoro ja z nimi nie żyję, a ich partner to akceptuje.
Kto zatem komentuje? Te ciocie Gertrudy, o których pisałam powyżej? Pani sąsiadka, przed którą ukrywacie siaty z pobliskiego baru mlecznego? Mamusia?
Boszzzz, jakie z Was cipy, moje drogie.
Na ryj pewnie padacie, ale zanim wydacie z siebie ostatnie tchnienie polecicie umyć okna przed Wielkanocą.
Dla Jezuska.
Czyli dla Maciakowej z III piętra, żeby Wam w warzywniaku dupy nie obrobiła.
No nie ściemniajcie, że nie. Jezusek, jeśliby istniał nawet, miałby raczej Wasze okna w tej części ciała, co to ściśle przylegała do krzyża. Chyba nie jest aż tak małostkowy?  


6. Mieć romansu/ chcieć odejść od męża.

Każdą ze znanych mi kobiet, ewidentnie będących w nieszczęśliwym związku, namawiano do odejścia od męża.  Jeśli któraś z nich nie odeszła, to na bank, nie z powodu
" On ma prawo szukać szczęścia. Życie jest takie krótkie. Można też wszystko przeczekać. Może on się odkocha w tamtej? Trzeba być cierpliwą, poszukać swoich błędów, trochę się pobiczować, bo przecież to wszystko przez to, że nie byłyśmy czułe, dobre, kochane. Ale my i romans? On powinien nas rzucić natychmiast! Kobieta matka, która myśli o innym mężczyźnie to po prostu dziwka. I ona to robi dziecku?! Gdzie odpowiedzialność?!
Co z tego, że mąż zły/ nieczuły/ nieobecny – siedź cicho, bo takiego sobie wybrałaś."

Ja tu nie zamierzam pisać o relacji kat- ofiara. I ile to ma wspólnego z macierzyństwem.
Ja tylko napomknę, tak z innej beczki, że kobieta, która myśli o romansie podczas trwania związku, to z moralnością jednak niewiele ma wspólnego. Dziwka, nie-dziwka, nie oceniam, ale nie nazywajmy szamba perfumerią z drugiej strony.
Mąż zły/nieczuły/nieobecny- zostaw go i wtedy myśl nawet o pięciu facetach. Bzykanie się za plecami połówki nie uzdrowi związku, a już na pewno nie sprawi, że mąż stanie się dobry/czuły/obecny.

Przekonanie o szczęśliwych dzieciach nieszczęśliwych rodziców, odeszło do lamusa w zeszłym stuleciu. Pokutuje pewnie do teraz na zadupiach i wśród ciasnoty umysłowej. Toteż autorce współczuję otoczenia. Jeszcze bardziej współczuję jej koleżankom tego ciągłego życia pod dyktando, z tym mężem kutafonem skończonym. W strachu, co ludzie powiedzą. Okropne to musi być. Nie wiem, nigdy nie praktykowałam. Mam jednak koleżanki, które przez pewien czas tak żyły. Aż w końcu odeszły. Przede wszystkim ze względu na dobro dzieci, właśnie.


7. Powiedzieć: jestem zmęczona, nie mam siły. Raz nie ugotować obiadu, nie posprzątać, zaspać. Ale jak to nie ma obiadu, jak to nieposprzątane? Jak matka może zapomnieć o budziku!? Macierzyństwo, to obowiązki. O-b-o-w- i –ą-z -k -i.

Serio?
Są takie kobiety, które nigdy nie kupują gotowego żarcia/nie robią na obiad sałatki z resztek, parówek w cieście francuskim (gotowym), czy czegoś równie ambitnego?
Nam to się zdarza jeść gotową pizzę. Albo jakieś pierogi gotowe na ten przykład.
Tak, zdaję sobie sprawę, że to ze szczura pewnie, ale wychodzę z założenia, że raz od dzwonu nikt od tego nie umrze.
A męża se takiego wybrałam i dzieci (!) tak wychowujemy, że na szczęście nie widza we mnie sprzątaczki i kucharki, tylko człowieka. Takiego co to ma ból głowy czasem, a czasem zły humor. Więc jak stawiam na stole te pierogi ze szczura i mówię im, że dziś bażanta nie będzie, to mnie się  pytają, czy wszystko gra i burczy (bo zazwyczaj gotuję jednak. Staram się zdrowo). Czy mi herbaty nie zrobić. Albo kawy. I czy nie chcę się położyć. A i kolację zrobią. I Stiflera wykąpią, mleko mu podadzą, kanapeczką nakarmią. Takie mam luksusy, w dupę jeża.
Z tym, że ja nie nadużywam. Jak mogę, to robię. To nie tylko moja praca, bo tak, prowadzenie domu jest pracą według mnie równie ciężką, co praca zawodowa, ale i w pewnym sensie okazywanie bliskim mojej miłości.
Bo ja chcę, żeby ten mój chłop zjadł dobrze po powrocie do domu. I chcę, żeby on do tego domu w miarę czystego wrócił. Bo go kocham. To samo z dziećmi. I ja wiem, co to E.cola więc choć, kurwa, nie cierpię- sprzątam namiętnie. Okna myjąc rzadko i tylko jak naprawdę już mało co widać.
 I fakt, że gdybym dzieci nie miała, to bym się może nie bała, że ktoś deskę klozetową poliże, jak się będę malowała, stojąc tyłem do kibla. O-b-o-w-i-ą-z-k-ó-w mniej by było. A tak, 20-miesięczny Stifler jest szybki i nieobliczalny, toteż sprzątać muszę znacznie częściej. Jednakże to mi nie przeszkadza. To mnie nie boli. Ja to robię dla nich. I dla siebie. I oni mi w tym pomagają. Razem tworzymy dom i każdy z nas tyle wnosi w rodzinę, ile może. Bez grymasu na twarzy i bez łaski.
Tak z ciekawostek to Wam mogę napisać, że moje 9 letnie dziecko potrafi posegregować pranie i wstawić pralkę. Po co go tego nauczyłam? Żeby nie wyrósł na męża koleżanek autorki....

8. Zjeść ostatni owoc w domu, wypić resztkę mleka, czy pożreć ostatni kawałek wędliny, bo umiera z głodu. Inni domownicy mogą, to zrobić i jeszcze zostawić puste pudełko/opakowanie. Spróbuj zrobić to ty: „Mamooooo, jak mogłaś!??". A, przepraszam, matka w ogóle o tym nie pomyśli. Owoc musi zostać dla męża i dzieci. 



Owoc nie musi zostać dla męża i dzieci. Bo muszę, to ja tylko umrzeć. Kiedyś. Choć prawdą jest, że ten ostatni owoc dałabym swojemu dziecku zapewne. Nie dlatego, że bym musiała, czy tym bardziej dlatego, że moje dziecko miałoby o niego do mnie pretensje, bowiem głupio się chwalić, ale mam dzieci dobrze wychowane. Dzieci, które same by mnie zapewne spytały "a Ty nie chcesz, mamo? a chcesz może połowę?". Naprawdę nie sądziłam, że mam taki ewenement w domu. Myślałam, że to normalne. W końcu w domu rodzinnym też przy czymś ostatnim pytałam będąc dzieckiem, czy ktoś może nie ma ochoty, bo chętnie się podzielę. 

Aaaaa tak, możliwe, samo do główki nie wskoczyło. Ale tak to już jest, że dzieci nie powinno ubierać się pod kolor kanapy, żeby później cały dzień na niej zalegały grając na konsoli. Dzieci się wychowuje.  

Zatem, wracając do tematu,  dałabym im ten owoc, tylko i wyłącznie dlatego, że bym chciała. Bo ich kocham. To tak jak z prezentami na Gwiazdkę, jak się kogoś kocha bardziej cieszy sprawianie radości przez obdarowywanie, niż bycie samemu obdarowanym. Ja wiem, że to podejście niepopularne, bo nader często słyszałam "ty nie bądź taka za dobra, bo ciocia Krysia była dla swoich dzieci aniołem, a teraz to żadne na starośc nie chce się nią zająć", czy słynne "nie warto inwestować w dzieci". 
Otóż ja, w przeciwieństwie zdaje się do większości, nie traktuję swoich dzieci jako inwestycji na przyszłość. Nie oczekuję, że którykolwiek z synów się mną na starość zajmie. Miło by jednak było, gdyby chcieli utrzymać tak fajny kontakt, jaki ze sobą mamy. Znaczyłoby to dla mnie, że popełniałam mniej błędów wychowawczych, niż myślę...
Mam nadzieję, że mamie z artykułu, jak już wydrą czy wypomną ten pieprzony owoc, to chociaż pozwolą ze sobą usiąść później do stołu. Czy jada z psiej miski?

9. Upić się na imprezie.Ojcowie proszę bardzo. Przecież to, że facet stał się ojcem nie znaczy, że przestał być gościem, który pragnie zabawy. Ojciec ma prawo się nawalić nawet przy dziecku czasem. Dobra żona się nim zaopiekuje. Ogarnie przestrzeń, a potem pozwoli mu spać do południa. 


Pijana kobieta? Skandal. Nie daj Boże przy dziecku raz na rok – trzeba odebrać jej prawa rodzicielskie (to już rozumiem bardziej), ale kobieta, która baluje na imprezie i śpi potem do południa? Rany. A co w tym czasie robiły dzieci? Ojciec był z nimi? Boże, jaki to wspaniały mężczyzna. Ona taka zła. 



Jak to się mówi- babcia moja była za gorzałą katoliczką. Dlatego i ja jestem. Za gorzałą.
Jak wiecie zresztą, bo miłości do trunków nigdy nie ukrywałam specjalnie, ale pijanej to mnie od dwunastu lat nikt nie widział, nie tylko moje dzieci. Zdaje mi się, że pewien etap po prostu zostawiłam za sobą. Bez żalu. 
A jedną z rzeczy, którą pragnę nauczyć moich synów, jest kultura picia, bo jak powszechnie wiadomo, u rodaków umiejętność ta mocno kuleje. Nie ma lepszego sposobu nauczania niż przez danie dobrego przykładu. Zatem nie najebuję się, autorko. I żyję. Szczęśliwie. I nadal, mimo, że starasz mi się to wmówić-nie czuję, że coś tracę.
Natomiast widziałam pijane matki. 
Nawet policję czasem wzywałam. Ale to temat na osobną notkę.  
Jak se matka raz na ruski rok na imprezę pójdzie, dzieci rzecz jasna zostawiając pod odpowiedzialną opieką -jest w porządku.
Jak se matka baluje co weekend, bo znam i takie- nie jest w porządku.
Jak mamusia odsypia do popołudnia i dzieciaki są pozostawione same sobie, ze swoimi tabletami, komórkami, x-boxami w zastępstwie matki, a później psycholodzy prześcigają się w wymyślaniu nowych jednostek chorobowych na to, co kiedyś określano po prostu mianem "zaniedbania"-zdecydowanie nie jest w porządku. 
To tak ogólnie, w temacie matek na imprezach. Bo do tematu co wolno ojcu, a co matce nie potrafię się chyba ustosunkować. W końcu jestem feministką, człowiekiem, równorzędnym partnerem równorzędnego partnera. W moim i mojego męża mniemaniu- wolno nam dokładnie tyle samo. Co na ten temat ma do powiedzenia pani moherowy beret stojąca przy wejściu do klatki...yyyy...a co mnie to obchodzi?


10. Nie lubić placów zabaw, gier planszowych, układania lego i wymyślania zabaw.

Nie lubię budować z lego. Za chuja wafla nie mam wyobraźni przestrzennej. Mój syn w wieku lat 5 budował bardziej wymyślne konstrukcje ode mnie. Gdy to zrozumiałam strzeliłam focha z zazdrości, po czym oznajmiłam, że mamusia może grać w planszówki, skakać w workach na śmieci, bawić się żołnierzykami i samochodzikami, ale z lego budować nie będzie. Nie i basta!
Od lego jest tata. Bo nie jestem samotną matką.
Ojciec z kolei nigdy nie bawi się z nimi we wszelkie teatralne improwizacje. Czytał im na głos może z pięć razy w życiu. Nigdy zaś też nic z nimi nie wycinał, nie lepił, nie sklejał, jednym słowem- nie wykonywał z nimi żadnych prac artystycznych. 
Od tego jest mama. Bo nie jest samotnym ojcem przecież.  
A tak, zapomniałam . Te z artykułu nie mają wsparcia w mężu. Bo faceci to świnie. W ich świecie, które same sobie zbudowały.



11. Nie znosić byłego męża. Nie, ona musi się starać, być dobra, walczyć dla dobra dziecka. To, że on nie walczy dla dobra dziecka to nieważne. Ona niech będzie święta. Oaza cierpliwości, królowa pokoju. Rolą kobiety jest dążenie do kompromisu, prawda?????!!

Prawda.
Nie mam doświadczenia w rozwodach, ale tak na chłopski rozum to mnie się wydaje, że jak się ma wspólne dzieci, to dojście do kompromisu z byłym mężem byłoby najlepszym z możliwych rozwiązaniem. Jak się da, oczywiście. Bo zazwyczaj wyżej dupy i tak nie podskoczysz. 
Zatem o co Ci właściwie biega, w tym punkcie, kobieto?

12. Mieć wątpliwości, kryzysy. Zostajesz matką, musisz wiedzieć jaką drogą należy podążać. Musisz wiedzieć kim jesteś i po co jesteś. Musisz dawać przykład. Depresja? Nerwice? Doprawdy współczuje twojemu dziecku. Nie możesz sobie na to pozwolić! Nie możesz. Masz dla kogo być silna.

Wątpliwości ma każdy. Kryzysy również. Problem zaczyna pojawia się w momencie, gdy czasem słyszę skąd one (kryzysy) się biorą. 
Otóż drobne mi się w kieszeni nie zgadzają, gdy słyszę, że pani X sobie nie radzi w opiece nad jedynakiem bez pomocy własnej mamy (mąż w pracy- cham i świnia! Specjalnie zapierdala, żeby w domu nic nie robić. Ona się męczy, a on, na tej budowie, to siedzi i bąki zbija- wiadomo, leniwy facet). Ona nie może paznokci pomalować, "M jak miłość obejrzeć", na fejsie to już ma kilkugodzinne zaległości, jest przemęczona, bo Dżesika skończyła trzeci miesiąc i nadal się raz budzi w nocy. A Samanta, córka jej koleżanki, to przesypia już noce od dwóch miesięcy. 
I płacze. Achhhhh, jak to dziecko płacze. A w reklamie Pampersa te dzieci tylko się śmieją!
Starczy tego! Koleżanki rozgrzeszają,  ona nie jest tylko matką, ona w końcu jest kobietą! Człowiekiem! Też ma swoje prawa, a nie tylko dziecko i dziecko....Depresja, ludzie drodzy, toć to depresja! Teraz może tylko leżeć i pachnieć, bo biedna i chora. Obsłuż, podaj, zastąp matkę jej dziecku, zrób za nią. Wysra się sama, bo będąc w łazience przy okazji sobie brwi wydepiluje. 
To nie tak miało wyglądać. Bobas nie jest jak z reklamy. Płacze, chce żreć i sra na okrągło.
Nie można z nim robić nic fajnego, poza zdjęciami na Instagram.
To musi być depresja, jak nic.
 Możliwe, że wyzdrowieje, jak dziecko będzie w wieku przedszkolnym i do niego pójdzie. Lub jeszcze starsze, tak żeby się mogło samo sobą zająć, a ona żeby mogła wrócić do swoich zainteresowań, czyli do malowania paznokci, kawy z przyjaciółką, przy której może opowiedzieć, jak świetną jest mamą a mała jaka słitaśna lub do pracy, która okazała się banalnie łatwa, w porównaniu z codziennymi trudami macierzyństwa. Ale to nie dlatego, ten powrót. Ona jest ambitna i chce robić karierę. A nie siedzieć przy kilkumiesięcznym dzieciaku, jak jakaś kura domowa.
Nie współczujesz kryzysu? Jakaś Ty nieczuła.
Za cholerę nic nie mów, że nie dorosła do macierzyństwa. Że ewentualnie mogła se chomika kupić, jak potrzebowała czymś milutkim się pobawić, co to nie absorbuje czasu za bardzo. 
No weeeeź, trochę empatii! Widać Ty nie dorosłaś do współczucia.
Może starsze pokolenie dorosło. 
Te, dla których wielodzietność, to była normalka. 
Te, które nie miało jednorazowych pieluch na stanie, gotowych kaszek, pralek automatycznych, ekspresowych posiłków w słoiczkach, uspokajających bujaczko-leżaczków, elektronicznych niań i poradników od ekspertów. 
Te samo, co jak się dzieciakowi rajstopy podarły siadało do cerowania. A jak potrzeba było nowej kiecki, to nie popierdzielali do sieciówki, tylko nierzadko sami szyli. 
I , ojapierdole, depresji te kobiety nie miały, bo musiały do tego zawodowo jeszcze pracować, tudzież w polu robić. A jak przychodził wieczór, zamiast pomstować na swoje potomstwo, szły spać wdzięczne, że im wszy życie darują. I często nawet szczęśliwe przy okazji.
Ale to była rzeź i masakra. Bo, mój Bobrze, nie mogę tego napisać!!!
 Nie mogę Wami tak wstrząsać...... ale one.....musiały zdjąć tipsy!!!!
Serio! Czaicie?! Tak bez tipsów?!
<wpadła w katatonię. może to depresja>

Nie, nie śmieję się z chorób o podłożu psychicznym. 
Temat FAKTYCZNYCH chorób psychicznych nie śmieszy mnie ani trochę.
Zwracam jedynie uwagę, że ostatnio obok faktycznego wzrostu zachorowań, zapanowała na nie moda. I tak depresją, jak i nerwicą, jak i  wszelkimi chorobami typu ADHD gębę sobie każdy wyciera. 
Jeszcze specjalista nie zdiagnozował Piotrusia, co to znowu gada na lekcji i nauczycielkę wyzwał od starych rur, a mama już wie- to ADHD. Dajcie spokój Piotrusiowi, Piotruś jest choryyyyy. A broń Buk, że niewychowany. Że za mało czasu mu się poświęca. On choryyyyyy. I nie rozumiesz tego, to się nie wypowiadaj. Toć choryyyyy powinno zamknąć każdą dyskusję. Nawet, jak żaden specjalista nigdy tego nie potwierdził. Serce matki. Wie lepiej.

Kaśka urodziła zdrowe śliczne dziecko. Jednak ciało Kaśki zmieniło się po porodzie. 
Ona nie wiedziała, że tak się stanie. Ma dopiero 30 lat. Oglądała widać same reklamy.
Ma depresję. 
Cicho, cicho, bo skoczy z okna.
Jak to się stało, że te nasze matki i babki 50 lat temu często nie skakały?
Ja wiem, powiecie, że nie było takiego kultu ciała, młodości, jak teraz. Że poprzeczka nie była stawiana tak wysoko. 
Ale my przecież same tę poprzeczkę stawiamy- to raz. A dwa- że same feministki wokół mamy, co to znają swoją wartość.
Więc dlaczego wyją z powodu rozstępów?
I czy to, kurwa, serio jest powód do wycia?

Czasem nieskromnie odnoszę wrażenie, że jestem ostatnią osobą na świecie, która się naoglądała tyle ludzkich tragedii i sama przeżyła nie jedno, że wstydziłabym się pierdolić o depresji z takiego powodu.
Czasem nieskromnie sobie myślę, że jestem ostatnią osobą na świecie, która ma resztki przyzwoitości. I jak wie, że gdzieś obok jest matka, która urodziła dziecko niepełnosprawne i właśnie przechodzi wielką tragedię w swoim małym, osobistym świecie albo matka dziecka ciężko chorego, która codziennie drży o jego życie, wymęczona do granic wytrzymałości, przerażona jak zaszczute zwierzę- tak z czystej, ludzkiej przyzwoitości nie śmiałabym narzekać, że mam depresję, bo mi Stifler w kość daje- broi, krzyczy, biega. Bo to naprawdę "żywy" dzieciak jest, możecie mi wierzyć. No nie mogę książki, jak człowiek, poczytać. Taka jestem zmęczona....
Tragedia.
Tra-ge- dia!
Ale to tylko moje zdanie. Co kraj, to obyczaj.


Reasumując...
dalej to autorka wnosi o powołanie rzecznika do praw matek, a ja wnoszę o powołanie rzecznika do obrony mężów przed egoistycznymi, współczesnymi księżniczkami, a przede wszystkim obrony dzieci przed matkami, które powinny zamiast dziecka zanabyć najwyżej owsiki. 
Byłoby bez stresu.
A jakby się znudziło, mogłyby się odrobaczyć.
I nie lubić można by otwarcie. Wszak owsików wszyscy nie lubią.

Niezwykle cenię kobiety z wyboru bezdzietne.
A już takie, które potrafią przy tym otwarcie powiedzieć "nie mam dziecka, bo jestem na nie za wygodna", "nie mam dziecka, bo cenię sobie swobodę wyborów/ stawiam na karierę zawodową/ nie byłabym dobrą matką/ nie lubię dzieci" zyskują sobie moją sympatię z marszu. Wiedzą czego chcą, a czego nie chcą, nikogo nie krzywdzą (w tym siebie)

Nie każda musi być Matką Polką.
Żyjemy w Europie, w XXI wieku- nikt nikomu nic nie każe, nikt nikomu broni do głowy, zdaje się, nie przystawia.
Powoływanie na świat dziecka, po czym utyskiwanie na to, że się człowiek przy noworodku nie wysypia- i to nie takie zwykłe jęczenie, bo tak to ja też marudzę. Jak każdy. Ale robienie z tego tragedii narodowej, sprawia, że jesteście, durne baby, śmieszne i żałosne równocześnie.
Jak się później dziwić, że polskie dzieci plasują się na trzecim miejscu z tych najbardziej nieszczęśliwych, skoro mają często takie cipowate matki, kompletnie bez wyobraźni?
O właśnie, autorko, jak już przy cipach jesteśmy- zmień proszę tytuł wypocin, bo ten nijak ma się do rzeczywistości.
Zmień go na adekwatny.
Proponuję:
"Jeśli cipą nie tylko urodziłaś, ale postanowiłaś także nią zostać, jesteś życiowym popychadłem, bezimienną żoną swojego męża, złamanego kutasa, co to mu tylko żarcie i seks w głowie (którego, broń Bobrze sobie sama nie wybrałaś, pewnie cię do ślubu zmuszono), nie potrafisz wychowywać dzieci, za to świetnie dostosowujesz się do oczekiwań pań z osiedlowego warzywniaka, to....."
A od polskich matek się odpierdziel.
Wszak nie wszystkie mamy mężów prymitywów oraz nie każda z nas buduje swoją wartość w oparciu o słowa sąsiadki.
Niektóre z nas są feministkami, garściami czerpiącymi radość z macierzyństwa.
Macierzyństwa z wyboru.
Towarzyszą nam fajni partnerzy.
I nas, jak i ich, ten Twój tekst zwyczajnie obraża.
A zanim zaczniesz uczyć świat szacunku do matek, naucz swoje koleżanki szacunku do siebie. Wszak tak nas ludzie traktują, jak na to pozwalamy.