sobota, 28 marca 2015

Kącik naukowy im. księdza Oko...czyli teoria powstania nagłownych porannych wihajstrów

Jak już wspominałam ostatnio ęteligęcję, to ja se cenię ponad wszystko inne, toteż brakowało mi w tym miejscu takiego kącika, w którym to bym się mogła podzielić z Wami odkryciami XXI wieku, które sumiennie wyszukuję w internetach.
Zatem dzisiaj pragnę Wam przedstawić zagadnienie z dziedziny fryzjerstwa i zarazem zoologii.
Pierwsze ze zdjęć jest tezą dotyczącą pochodzenia tych takich wihajstrów na głowie, które się ma tuż po przebudzeniu.
Swoją drogą już dawno przypuszczałam, że tak to się właśnie odbywa.

Drugie zdjęcie natomiast jest potwierdzeniem tezy. 
Przedstawia Stiflera w pięć minut po przebudzeniu. Proszę zwrócić szczególną uwagę na włosy.

Jest wihajster? 
Jest.
Zatem najprawdopodobniej była w nocy u nas krowa, wszystko się zgadza.
Dziękuję za uwagę.

P.S. Cieszę się, że mogłam się z Wami tym podzielić.
Z Maćkiem nie mogę. 
On to by mi zaraz powiedział, kto był tą krową i w ogóle...Zresztą muszę Wam powiedzieć, że niestety mój mąż jest nieco zacofany. Taki trochę brodzik intelektualny z niego ostatnio wyszedł. 
Okazało się, że nie wie dlaczego mężczyźni chrapią leżąc na plecach.
Heloooooł, jaka siara!
Chyba nawet dziecko wie, że to kwestia tego, że jądra opadają im na dupę, co z kolei zamyka cyrkulację powietrza!
No proste, nie?!

czwartek, 26 marca 2015

Nie chciała Dorusia przyjść na fejsa, to fejs przyszedł do Dorusi....czyli desant z miesiąca

Dobra, słuchaj Dorusia, bo nie będę powtarzać, jak to mawiali w "Allo! Allo!"
Wykombinowałam se to tak, że ja bym rozłąki z Tobą nie przeżyła.
Oraz z innymi, co to fejsbunia nie mają i mnie tu jedynie czytają nie odzywając się (bo i po co, niech se myśli, że sama dla siebie pisze, a co! Psia mać!)
Zrobię Wam desant z fejsa, co ważniejszych lub po prostu opisanych tam zdarzeń, moich myśli błyskotliwych (a jakże!) oraz spostrzeżeń. I od dziś po wieki albo w każdym razie w najbliższym czasie, każdą dłuższą i niezwykle głęboką myśl, czy to o seksie, czy o piciu, czy o jedzeniu, czy nawet o mniej ważnych sprawach jak macierzyństwo, małżeństwo i ogólny światopogląd- będę zamieszczała i tu i tu. Znaczy się i na fejsbuniu i na blogasku.
Unikalne blogaskowe przemyślenia i tak będą rekomendowane na fejsie, także ja już się, w dupę jeża, postaram żeby nikomu nic nie umknęło!

Zaczynamy zgodnie z chronologią. Myślę, że miesiąc zrzutu starczy, bo wcześniej to już była prehistoria.

Przede wszystkim przegapiliście (co jest karygodne), iż 13 lutego znaleźliśmy się w prasie.
My, Szczepanki.
Nie mogliście w związku z tym mi pogratulować niestety, ale nie jest mi przykro, bo pewnie nadrobicie;)
Zatem macie tu linka:
trza se ściągnąć numer siódmy, gdzie w Strefie Laickiego Rodzica Oksana Hałatyn- Burda opisuje jacy jesteśmy wspaniali. Trza Jej też wierzyć, bo to rzetelna dziennikarka jest.

No i lecimy dalej 

24 luty
Genów nie oszukasz.
Sugeruję Szaremu, że w związku z nabyciem dodatkowej powierzchni do kochania, należałoby jednak ograniczyć nieco ilość spożywanych pokarmów. Zwłaszcza tych słodkich. Na co me dziecko (z nieukrywaną pogardą w głosie) odwraca się do mnie i mówi
"OGRANICZENIA I LIMITY NIE INTERESUJĄ MNIE...."
Pytanie za 100 punktów: należy ograniczyć dziecku żarcie? telewizję? czy żarcie przed telewizorem?





25 lutego
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!
Nie wytrzymam już tego! Co rano boję się fejsbunia otworzyć, boję się prasówkę strzelić!
Wszędzie ten zasrany Grey!
Czara goryczy została przelana, postanowiłam coś z tym zrobić.
Otóż siądę, napiszę "100 twarzy Lucjana" (tego od Marioli), który przyćmi rzecz jasna Greya i codziennie będziemy czytać na fejsbuniu i w prasie o mnie. 
Fajnie, nie?
No to jedziemy z koksem. Zwłaszcza, że wczoraj podzieliłyście się ze mną swoimi przemyśleniami na temat owłosienia- dzięki temu dziś mam kosmate myśli.
Specjalnie dla Was, dotąd niepublikowany prolog "100 twarzy Lucjana"
Mariola nie uznawała depilacji. Nie przekonała ją nawet przegrana sprawa w sądzie o zadośćuczynienie. Kiedyś, podczas jednego z jesiennych spacerów po lesie, została postrzelona przez myśliwego. Sąd uznał jednak, że miał prawo pomylić ją z wściekłym niedźwiedziem...
Stała teraz oparta ponętnie o fornirowaną meblościankę (na wysoki połysk) z barkiem pełnym odwagi, który przed chwilą opróżniła, aby dać dojść swobodnie do głosu swym zwierzęcym instynktom. Spojrzała na męża i poczuła, że dziś jej się uda, że dziś go rozpali. Mimo okresu.
Jego okresu.
Owszem, mężczyźni też mają okres, z tym że u nich nazywa się to "pensja". Tuż przed nią chodzą wkurzeni, coś tam liczą, a później boli ich brzuch i głowa.
W każdym razie Mariola, uderzając się w klatę niczym Tarzan, zawyła uwodzicielsko
-Któż mnie wybatoży? Któż mnie zaknebluje i bezwzględnie wykorzysta? Któż? No któż?
-Jak to kto?- odparł Lucjan- Toć wiadomo, że Urząd Skarbowy..





28 lutego
Wczoraj oglądałam dokument na temat zaburzeń odżywiania. 
Dobra wiadomość jest taka, że zdecydowanie wygrałam z anoreksją.
Zła taka, że prawdopodobnie mam bulimię.
Z tym, że zapominam wymiotować.




3 marca
Wiecie, nigdy nie wierzyłam w żadne zjawiska paranormalne, w te wszystkie siły nieczyste, opętania, demony, plucie gwoździami, mówienie na trzeźwo w nieznanych językach, egzorcyzmy, miłych teściów, itp.
Do wczoraj.
Wieczorem, miałam straszną ochotę na jakieś babskie, smakowe piwo. Jednak przypomniało mi się, że musimy z Maćkiem zaplanować budżet na marzec więc postanowiłam od razu iść po wódkę.
Nie wiało, ale było cholernie zimno. Przez chwilę pomyślałam, że mogłabym nic nie pić, ale nie mam takiej zasady.
Żałowałam, że nie mamy w domu mrówek.
Oglądałam ostatnio film przyrodniczy o życiu w mrowisku. Zawiesiłam się nad wiadomością, że przeciętna mrówka ważąca 3-7 miligramów może unieść ciężar 10krotnie większy od masy jej ciała. Po czym poległam na obliczeniach ile mrówek potrzebne mi by było do przeniesienia 0,7 litra?
Mniejsza z tym.
W każdym razie, gdy już wyszłam, po drodze minęłam pijanego Anglika, który próbował zwymiotować.
I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdybym wracając nie mijała tego samego Anglika, który czuł się już wyraźnie lepiej, bo nawet sobie śpiewał.
Ale to, co zobaczyłam po chwili wbiło mnie w ziemię.
Facet miał obrzygane plecy!
I to nie była iluzja, jak wtedy, gdy chcę aby moje nogi wyglądały na dłuższe i zaciągam sobie stringi na ramiona...
Pół nocy nie mogłam zasnąć. To było gorsze niż "Omen" . Albo powrót Gołoty na ring. Albo to, co się dzieje w tej szkole...


4 marca
Od zawsze uważałam, że idea otwartego domu jest najlepsza. Goście nie powinni nigdy czuć się skrępowani. Wiecie, takie staropolskie "tym chata bogata, co ukradnie tata", a nie "gość w dom, cukier do szafy".
Żyję tak od dawna i nawet może, mooooooże, mooooooooże wprowadzę ją kiedyś we własnym domu.Tymczasem...Emotikon wink



6 marca
Genialnie sprytne!
Gdyby gość co to wymyślił był strusiem, pewnie wszyscy myśleliby, że się cyka, a on w tym czasie chlałby gorzałę z kretami!
Normalnie marketing rodem z Greenpeace, który ostatnio zaczął przyjmować w swój poczet dresów i ludzi po wieloletnich wyrokach, po czym wysyła ich w plener z petycjami. 
I weź później powiedz człowieku takiemu bez oporów, że nie obchodzi cię jakiś zagrożony robak...





8 marca
Wczoraj. Około 22:00.
Maciek siedzi pochylony nad stołem, coś tam dłubie i nagle woła:
- Kurwa mać, lutownica się zepsuła! Dobrze, że jutro 8 marca, będę ci mógł kupić nową...
Jeszcze nie wstał, a ja już nie mogę się doczekać! 
Myślałam, że jak co roku tylko się przebierze, schowa do szafy, a w odpowiednim momencie z niej wyskoczy i dostanę karnet na darmowe badania.
A tu tyle romantyzmu jednego dnia Emotikon heart Emotikon heart Emotikon heart
Jak zacznie śpiewać, to założę kieckę z cekinami i zacznę tak tańczyć, jakbym jedną ręką wkręcała żarówkę, a drugą głaskała kota.
Będzie prawdziwe bollywood Emotikon heart


9 marca
Jak powszechnie wiadomo 90% problemów rozwiąże Google. Na pozostałe 10% pomoże wódka. Jednak czasem potrzebne są też radykalne rozwiązania.
Czasem lepsze, czasem gorsze.
Z tych lepszych polecam na przykład jeśli macie kaca i próbujecie się przespać, a pies sąsiadów notorycznie ujada, to zazwyczaj pomaga wyjście z jego budy.
Zresztą punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia.
Zawsze.
Dla takiego przeciętnego Koreańczyka, to szczekanie psa, to nie byłby problem.
Po prostu znaczyłoby, że należy go dłużej pogotować.
Do tych gorszych można zaliczyć pomysł polskiego rządu, aby bezrobotnym zapewnić pracę na torach.
Nic to nie dało.
W tym samym czasie kolejarze strajkowali.
"Problem z cytatami w internecie polega na tym, że ludzie od razu wierzą w ich prawdziwość"- Abraham Lincoln
A stare żydowskie przysłowie mówi, że "jak problem da się rozwiązać pieniędzmi, to nie jest problem, tylko koszt".
W niektórych przypadkach można próbować też posłużyć się pewnym schematem, który podesłała ciocia Ewa...Emotikon wink
P.S. Jeszcze tak sobie pomyślałam, że czasem też trzeba dać sobie czas na oswojenie. Wiedzą o tym np. panowie po przejściu na czas letni.
Poranny wzwód- kiedyś w domu, teraz w autobusie...


10 marca
Dobra dziewczyny,
najpierw se włączcie ścieżkę dźwiękową (zresztą to ta sama muza, którą ich dziś obudziłam)https://www.youtube.com/watch?v=-bzWSJG93P8, a potem obczajcie to (możecie piszczeć;))))



12 marca
- A co byś chciał na rocznicę?- pytam choć wiem, że piwo.
-Obraz bym chciał- odpowiada Maciek i zawiesza głos, patrząc w okno takim rozmarzonym wzrokiem, jakiego u niego nigdy nie widziałam, za to widziałam u Ridża, jak kiedyś z babcią DiCaprio oglądałam "Modę na sukces"
-Dziwnie wymawiasz "piwo"- zauważam trzeźwo, bo zawsze taka jestem
-OBRAZ, powiedziałem- powiedział. Po czym zrobił urażoną minę, jakbym Gordonowi Ramsay`owi zaproponowała parówki. A po chwili dodał- Czy ja nie mogę chcieć czegoś normalnego? Czegoś pięknego? Czegoś z kawałkiem duszy artysty, który przy tworzeniu pewnie ją tam zostawił?
- Przyniosę paracetamol- odparłam spokojnie.
A potem równie spokojnie wysłuchałam jeszcze namiarów na galerię, w której w razie gdyby nie było Heinekena mogę ów dzieło zanabyć.
Nawet ją odnalazłam na drugi dzień. I faktycznie od razu wiedziałam, o który chodzi.
Wśród puchatych koteczków
, galopujących koni i kalendarzy ściennych z kwiatami w tle, leżał on.

Jeden jedyny, ja pierdolę, plakat z He-Man`em!




15 marca
Dziś obchodzę swój pierwszy Dzień Matki w UK.
Chłopcy na szkolnym kiermaszu kupili prezenty. 
Od Pola dostałam kubek i specjalny certyfikat "dla najlepszej Mamy na świecie". Jest tam napisane, że jestem amejzing, superstar i łonderful.
Poryczałam się jak zawsze. Nie wiem, czy Wam o tym pisałam, ale muszę mieć jakieś spięcie na zwojach- ryczę na wszelkich występach szkolnych, galach, urodzinach i innych imprezach. Ryczę na początku roku szkolnego (bo jak będą w szkole sama będę musiała wynosić śmieci) i na końcu także (wakacje!! hurrraaaa!! dwa miesiące słuchania 24 na dobę "mamoooo!! weź mu coś powiedz!!, a później wysłuchiwania pretensji, że "coś" nie wystarcza).
W każdym razie podziękowałam za kubek i mówię łamiącym się głosem
-Piękny dyplom wybrałeś dla mnie synku..
na co odpowiada moje dziecko (lekko zblazowanym tonem)
-Niespecjalny miałem wybór. 
Ten jedyny pasował do kubka.

A dalej to podszedł Tybo ze swoją laurką i prezentem. Gdybyście nie wiedzieli czym jest małpka i krokodyl, to spieszę wyjaśnić, że są to silikonowe łapki do łapania gorących naczyń.
Tak mnie zna moje dziecko!
Całe dłonie mam pokryte drobnymi bliznami od piekarnika. Niemal każde ciasto przypłacam poparzeniem. Czasem się, kurna, cieszę, że człowiek ma takie długie jelita, bo przy moim szczęściu i łakomstwie, to pewnie i dupę bym sobie poparzyła gorącym ciastem.
No ale nieważne, bo oto nareszcie jest coś, co mnie łączy z Chodakowską!!!
Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie- też czekam na propozycję od Playboy`a, w końcu mam już silikony!!!
P.S. Edytuję, bo się poczułam wyrodnie- a właśnie Ewie w komentarzu pisałam, że dostałam też coś od Stiflera. Prezent od Stiflera przekazał mi (już wczoraj) jego ojciec. Była to szprycka do kremów i ciastek. No i wiekopomne słowa "Proszę, to od Młodego na Dzień Mamy, bo mówiłaś, że stara ci się zepsuła i nie mogłaś nam ciastek robić"....taaaaa, dokładnie tak było. Nie mogłam. Bez szprycki się nie da Emotikon wink





17 marca
Oto, proszę państwa, co naprawdę oznacza meandryczny bieg czyichś myśli!
Czytam w internetach:
".. a w łóżku była prawdziwą tygrysicą.."
I mnie się nasuwa od razu pytanie:
znaczy, że co? Ruda i 200 kilo żywej wagi?
A później to już idzie tak: łóżko-> sen-> narkolepsja-> fajny mem mi się przypomniał...




20 marca

Niedoceniony jest w dzisiejszych czasach wkład ojca w wychowanie dzieci.
Gdyby nie ojciec moje dzieci nigdy nie dowiedziałyby się, że "monopolowy" to sklep dla lamerów, co to nie potrafią bimbru pędzić.
Gdyby ojciec nie wiązał pewnej mroźnej zimy małemu wówczas Apoloniuszowi szaliczka, ten nigdy nie nauczyłby się wstrzymywać oddech na dwie godziny.
To właśnie ojciec idąc do sklepu woła "idę po piwo", a gdy chłopcy z kolei wołają "kup też lody", to kształtuje ich gust kulinarny i nawyki żywieniowe słowami "lody? do piwa? zwariowaliście?"
A wczoraj ojca dopadły rozterki.
Ojciec się boi.
Rozchodzi się o syna najstarszego, który po powrocie ze szkoły pastuje sobie buty na dzień jutrzejszy, myje ręce bez wpychania i zatrzaskiwania go w łazience, zdejmuje mundurek, który to starannie odwiesza na wieszak, a później do szafy, po czym głośno oznajmia "Idę czytać", co też czyni przez kilka godzin dziennie (w międzyczasie jedząc, pijąc i przemieszczając się wszędzie z książką).
Ojciec jest poważnie zaniepokojony. 
Przy kolacji się zasępił nawet.
Patrząc na swą najstarszą latorośl wyszeptał w moim kierunku:
- Shakespeare jarał opium, wiesz. No i wiadomo jakie pisał dzieła. Cobain był heroinistą i genialnym muzykiem. A z niego to nie wiem co będzie, naprawdę nie wiem....wygląda mi na takiego, co to nawet butaprenu nie powącha....


24 marca

-Synu, gdzie jesteś?- zawołałam
-W garderobie- odkrzyknął syn
-Ale my nie mamy garderoby- pomyślałam na głos
-Jak to nie?!- z odrobiną litości i pogardy pomyślał na głos syn, wychodząc z szafy i zapinając bluzę
Postanowiłam zamontować blokadę na piekarnik. Zanim odkryje saunę.



25 marca
-Ktoś tu w nocy podjada- usłyszałam godzinę temu od tego, co to przeważnie traci noce na spanie
-Obudziłam się tylko napić wody- powiedziałam oburzona kłamliwymi insynuacjami
-Zajebiście żeś tą wodą nakruszyła- bardzo niepotrzebnie brnął dalej
-Możliwe, że gdy wody przy łóżku nie było i znalazłam się już w kuchni, to postanowiłam sobie zrobić jajecznicę. A później, zgodnie z zaleceniami współczesnej psychologii, osiągnęłam katharsis poprzez dokończenie tego, co było niedokończone- odparłam z godnością, po czym oddaliłam się pospiesznie zanim zacząłby dociekać co miałam na myśli.
Albowiem musicie przyznać, że tłumaczenie innymi słowy "wpierdzieliłam także napoczęte tiramisu i dopiłam Amaretto" nie brzmi już tak ęteligętnie.
A ęteligencję to ja se cenię ponad wszystko.
I w dupie mam to, że grubnę.
I w masywnych udach.
Zresztą nie jest źle, bo.....




26 marca
Taka hipotetyczna sytuacja, moje Panie:
otóż załóżmy, że mamy sąsiada dilera. 
Organy ścigania się mylą i zamiast do jego mieszkania, przystojny przedstawiciel GROMu, czy innych Marines wbija się na chatę właśnie nam.
No z tym przystojny to może trochę popłynęłam, bo ma kominiarkę.Niewykluczone, że ukrywa małe problemy z cerą. Nieistotne, bo w ramach rekompensaty jest za to od razu bez spodni.
Natomiast my, jak to co dzień bywa, leżymy sobie akurat na szezlongu, w pozycji między króliczkiem z Playboya, a postępującą kifozą, ufryzowane, w wieczorowym mejkapie i ubrane w szałową kieckę (też bieliznę do kompletu, rzecz jasna) i malujemy pazury.
Niezła wizja, nie?


Moja koleżanka przeżyła prawie identyczną sytuację. 
Prawie, bo nie ma szezlonga tylko wersalkę. 
No i to nie był nikt z GROMu, a strażak. Jednak też przystojny.
Choć mówiła, że do niczego nie doszło. Ale ponoć przez to, że ona (w przeciwieństwie do nas) nie chodzi po domu na szpilkach i w szałowych kieckach. Znaczy się chodzi, ale akurat miała na sobie dziurawe legginsy i zmechaconą koszulkę z napisem ABBA (kupioną na ich pierwszym koncercie). I była zaśliniona cała. Niestety nie tak uwodzicielsko, tylko bardziej jak na horrorach.
Już później sama nie wiedziała, czy przez tego strażaka, czy przez ten czad.
Aaaaa tak, zapomniałam, bo u niej to nie chodziło o sąsiada dilera. 
Miała niesprawny Junkers.

Tak czy siak, moje drogie, plan na dzisiaj to na tym szezlongu legnąć, bo jak widać na załączonym obrazku- nigdy nie wiadomo jaki ptak przysiądzie na parapecie.



Voila! 
Teraz już będziemy jechać na bieżąco.
Albo jakoś tam.
Się zobaczy;)


czwartek, 19 marca 2015

Angielska szkoła, śmietniki i kałuże od podszewki...czyli proza życia codziennego

Lekcje w angielskiej szkole dzielą się na dwie sesje- poranną i popołudniową. W pierwszych dniach dwie nauczycielki pracowały na jednej sesji z Apoloniuszem, dwie na drugiej sesji z Tybem. Porozumiewali się za pomocą translatora odpalonego na laptopie- Polo/Tybo pisał po polsku, a nauczycielkom ów tekst tłumaczył się na angielski. I odwrotnie.
W ten sposób tłumaczono im o czym mówi nauczyciel na lekcji, zadawano różne pytania, robiono testy, aby poznać ich możliwości. Przygotowano także dla chłopców małe, laminowane ściągi z najpotrzebniejszymi polsko-angielskimi zwrotami, aby mogli szybko w najważniejszych kwestiach dogadać się z otoczeniem.
Rówieśnicy przyjęli ich niezwykle życzliwie. Pierwszego dnia w jednej i drugiej klasie zrobiła się ponoć kolejka, bo każdy chciał z nimi pogadać. I podobno w ogóle dzieciakom nie przeszkadzało, że obaj chłopcy ze swoim twardym pakistańskim akcentem powtarzali głównie, że słabo mówią po angielsku. Jak się nie dało dogadać słowami, dzieci przerzucały się pomysłami w pokazywaniu o co im biega na migi. Ze 20 razy oprowadzono ich po szkole i wrócili mając najmniej po 5 deklaracji przyjaźni aż po grób.
Drugiego dnia chłopcy prosto ze szkolnego boiska, do którego ich ze Stiflerem odprowadzamy, zostali zabrani przez kolegów i koleżanki (konspiracyjnie szepcących) prosto przed sale lekcyjne, na drzwiach których, oprócz angielskiego powitania, zawisło polskie "witamy w naszej klasie". Drugiego dnia również wszyscy przywitali ich polskim "dzień dobry". Ten dzień okazał się w ogóle szczęśliwy, zwłaszcza dla Don Juana, bo wygrał w nim czekoladowe jajko na świątecznej loterii (losowali nauczyciele, cóż za niespodzianka!:)))

We wtorek minął pierwszy tydzień chłopców w angielskiej szkole. Tydzień pełen ochów! i achów! Tydzień, podczas którego po 20.000 razy dziennie byli pytani czy wszystko w porządku, czy szkoła im się podoba, czy obiad smakował, czy nikt nie był dla nich niemiły, czy nikt ich niczym nie uraził, czy czują się tam zwyczajnie dobrze.
To był też pierwszy tydzień w moim życiu, w którym nie musiałam nastawiać budzika, bo zastawałam ich od 6 ubranych w mundurki, czekających na szkołę.
Codziennie wracają pełni energii i pozytywnych wrażeń.
Co chwilę zdobywają za swe małe kroki do przodu "golden ticket"- dodatkowy czas na zabawę w piątek, a po szkole szaleją na podwórku.

A wczoraj nawet Apoloniusz zrobił samodzielnie pierwszą pracę domową.
Zaczął od tego, że przyszedł do mnie i spytał
-Masz może butelkę po winie? Taką z korkiem?
-Nie, a po co ci?
-Do szkoły potrzebna...
-A to jak do szkoły, drogie dziecko, to ja się poświęcę i pójdę do sklepu-rzekłam pełna poświęcenia, bo czegoż to się nie robi dla dobra nauki...

Okazało się, że ma za zadanie napisać fragment pamiętnika. Może być swojego, może być dowolnej postaci. Może być opisana historia prawdziwa albo też można całkowicie puścić wodze fantazji. I tak dziecko me zdolne sobie wymyśliło, że napisze (ze słownikiem w ręce) fragment pamiętnika pirata. W tymże celu pod moim okiem ofajczyło nad gazówką kartkę papieru, na jednej stronie narysowało mapę z zaznaczonym skarbem, rzecz jasna, a na drugiej napisało...

"20 sierpnia 1702 roku

Nie wiem ile zdążę napisać, bo nie mam lampy naftowej, a właśnie zachodzi słońce. To był bardzo interesujący dzień i pełen wrażeń. 
Siedzę w szalupie ratunkowej razem z Joe, moją papugą. Wokół, na wodzie, unoszą się resztki Czarnej Perły.
Ten dzień przejdzie do historii. Dał mi też wiele do myślenia i sporo nauczył. Głównie tego, że nie należy pykać fajki przy beczkach z prochem....."

Kartkę zwinął, wsadził do butelki po winie, zakorkował i podobnie jak jego matka czeka teraz na Pulitzera.

Poza tym okazało się, że Szary ma niewielkie problemy z zapamiętaniem imion nowych kolegów. Stanął ostatnio przede mną na szkolnym boisku, z dwoma chłopcami u boku i powiedział dziarsko:
- Mamo, to moi koledzy z klasy- Menel i Emeryt.
Przez chwilę sobie pomyślałam nawet, że to miło, że sobie takich ciekawych kolegów znalazł, będzie się przynajmniej czuł, jak w naszej dawnej dzielnicy w Polsce. Ale później mnie Don Juan z miną eksperta uświadomił, że to w rzeczywistości Manel i Emert i żeśmy się oboje z Szarym nieco rozczarowali. Po czym Don Juana też coś ruszyło i spytał
-Naprawdę można mieć na imię Black?
-Że jak?- wykrztusiłam
-Black, no wiesz, Czarny- powiedział
-Synu...hmmmm....a jaki kolor skóry ma ten chłopczyk?...hmmm...bo wiesz, czasem ludzie, całkiem niegrzecznie..hmmm..
-Biały jest.
-A to, kurna, nie wiem-odparłam szczerze, bowiem dzieci nigdy nie należy okłamywać. Chyba, że trzeba. Albo jak się chce mieć trochę spokoju. Albo jak się wyrzuca ich stare zabawki i wtedy "że co? nieeee, w życiu nie widziałam twojego ulubionego autka. Tak, tego, co to z niego zostało samo podwozie. Nie, no mówię, że nie widziałam. Sprawdź pod łóżkiem. Nie ma? Ojej. Znajdzie się na bank"
Zresztą dzieci szybko robią się cwane i zaczynają zadawać masę zbędnych pytań, np. jak to się dzieje, że wyparowała Nutella, itp.
W każdym razie, jak już byliśmy przy szkolnej bramie, Don Juan krzyknął do Blacka "cześć Black", po czym cała reszta dzieci krzyknęła "cześć Blake". A ja postanowiłam najpierw przyspieszyć, żeby mnie z nimi nie wiązano, a potem w ramach edukacji puścić im "Dynastię".
Ale to jeszcze nic.
Padniecie z zazdrości, jak się dowiecie, kto chodzi z chłopakami do klasy.
Siedzicie? To odłóżcie popcorn, cobyście się nie zadławili i słuchajcie- otóż z Szarym do klasy chodzi Shakira, a z Don Juanem- Rihanna!
Kuźwa, a ja w ich wieku tak marzyłam żeby ze mną chodził Paweł Stasiak!
Też do klasy.

A jak już w temacie szkoły jesteśmy- Stifler robi nam lekką siarę.
Wszystko rozbija się o to, że na szkolnym boisku są trzy śmietniki- dwa w kształcie misia i jeden w kształcie żaby i zgadnijcie, kto te śmietniki miłością szczerą i oddaną pokochał? No tak. Właśnie on. Zatem za każdym razem, jak tylko otworzą się szkolne bramy, Stifler w przeciwieństwie do innych małych dzieci wypatrujących rodzeństwa, wypatruje śmietnik. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie chciał go miziać, a później jeszcze trzy razy nie wracał, aby się z każdym pożegnać.
Ja nie wiem, po jaką cholerę robią takie udziwnione kosze.
Taki właśnie śmietnik zepsuł nam ostatnio pobyt w oceanarium w Southend.

O samym oceanarium nie napiszę wiele, bo nie mam porównania. W końcu było to drugie w życiu (poza gdyńskim) jakie widziałam. I o ile gdyńskie jest większe, o tyle te w Southend jest ciekawiej zaaranżowane. Pokazałabym Wam zdjęcia, ale niestety Maciek robił, także wrzucę to, co nie było rozmazane i te, na którym mam otwarte oczy, za to buzię domkniętą




Był też oczywiście tunel. Krótki i z małymi rekinami, jak przystało na małe oceanarium, ale i tak fajny.

Niefajne było to, że węgorz elektryczny znowu nie ugryzł ani swojego, ani innego węgorza ogona, a na to głównie liczę bywając w oceanarium od małego, bo jestem niesamowicie ciekawa, co by tam się stało dalej.
Wracając do oceanaryjnych śmietników- były one w kształcie pingwinów.


 Stifler lał zatem ciepłym moczem na rybki, omijał świńskim kłusem wszystkie dzieci zachwycające się płazami i gadami. Przez cały pobyt głównie latał od pingwina do pingwina koić nerwy najpierw zszargane tym, że przy wejściu kazano mu założyć na rękę specjalną opaskę. Przez co z godzinę czasu musiał rękę trzymać o tak (domyślam się, że na wypadek gdyby z opaski miał wyleźć ósmy pasażer Nostromo albo co gorsza poseł Zawisza, choć w sumie to chyba na jedno by wyszło. Cofam. Obcy cechował się jako taką inteligencją).




A później jeszcze koił nerwy też po tym, jak się okazało, że można było dotknąć rozgwiazdę, no i  ja go namówiłam żeby dotknął, a skubana się poruszyła.


Choć gdyby nie rozgwiazda nie przekonałabym się jak Stifler potrafi już szybko biegać i głośno krzyczeć. I to nie to, że się jako matka chwalę. Naprawdę wszyscy obecni byli pod wrażeniem.

Tak na koniec to Wam wrzucę fotę fajnego pomnika, który wpadł mi w oko

Nie jest jakiś niezwykły, ale przyjazny dla oka i wprawiający w dobry nastrój. No i taki inny od tych, do których przywykłam w Polsce



No ale wracając do tematu- mamy ze Stiflerem sporo czasu dla siebie, gdy chłopcy są w szkole, który to spędzamy głównie na dworze, jak pogoda dopisuje.
I dobrze, bo ostatnio stwierdziłam, że posiadanie starszego rodzeństwa w przypadku Stiflera, poza niewątpliwymi plusami....


...posiada też pewne minusy. Doszłam do takich wniosków dokładnie wtedy, gdy Młody podszedł do mnie, jak wieszałam pranie i oznajmił " jestem czipsem". Po czym szczęśliwy pobiegł w stronę braci, którzy równie szczęśliwi przybili mu piąteczkę.
Szczerze przyznam, że po dniu z całą trójką czuję się jak konsultantka Avon, która nieopatrznie zapukała do drzwi świadków Jehowy.
Ostatnio dodatkowo wałkujemy z Don Juanem temat tatuażu. Miłość do tatuaży wyssał z mlekiem matki. Zmienność upodobań raczej nie. Jeszcze niedawno chciał mieć w nosie kolczyk. Wiem, że ma dopiero 11 lat, ale byłam niemal w stanie się zgodzić, bo swego czasu ciężko go było dobudzić do szkoły, a myślę, że takie kółko w nosie wprowadziłoby dla mnie pewne ułatwienia w tej kwestii, ale to już zamierzchłe czasy i temat zupełnie nieaktualny. Teraz pyta nas, czy pełnoletność jest aby na pewno konieczna, żeby się wydziarać. Tłumaczę mu zatem jak krowie na rowie, że owszem, że to nie jest taka hop- siup decyzja, że żadna ingerencja w ciało nie jest hop- siup decyzją i że trzeba to sobie dobrze przemyśleć, bo ja kiedyś też miałam pomysł, aby wytatuować na sobie siebie, tylko 10 cm szczuplejszą, a resztę po prostu zakolorować na czarno, ale ostatecznie mi przeszło.

Wracając (po raz kolejny) do mnie i do Stiflera na dworze- czuć już w powietrzu wiosnę. Dajmy na to przedwczoraj miałam na sobie jeansy, kozaki, bluzkę na długi rękaw, płaszcz jesienno-wiosenny i schudłam ze 100g na bank, bo se zafundowałam sauna solution w tym stroju. Na drugi dzień wyjrzałam tylko przez okno, było po deszczu wprawdzie, ale zdążyło już wyjść słońce, ptaki darły ryje i zapowiadał się naprawdę piękny dzień. Kozaki zamieniłam na baleriny, ubrane według tutejszej mody na gołe nogi, płaszcz na cienką marynarkowatą skórę, grube jeansy także na cienkie, do tego półprzezroczysty top i leciutki kardigan w kolorze majtkowego różu, tudzież według mojego męża papieskiego burgunda. Do tego pierdulnęłam sobie komin celem nadania artystycznego akcentu mojemu imidżowi oraz przewiesiłam przez wątłe cycki listonoszkę, bo większych torebek już nie noszę, od kiedy mi się mięśnie motylkowe zrobiły dwukrotnie większe niż u Pudziana.
Nie chce mi się wracać do tego co czułam. Właściwie to czułam się jak w swojej kuchni. Tam też zimno niemiłosiernie i po rajtach ciągnie jak cholera. Fakt, że to się zmienia, jak człowiek zamknie lodówkę, ale z drugiej strony łatwiej jest się chyba zahartować. Mogę powiedzieć też czego nie czułam: kończyn, nosa i dupy głównie.
Dodatkowo, jak już wspomniałam, było po deszczu, a Stifler posiada nowe kalosze i ciągnie do kałuż, jak hydraulik do przepychacza. Zatem, no cóż, właził oczywiście do tych największych i sobie brodził. Ponieważ Stifler ma 20 miesięcy i zdarza mu się jeszcze przewrócić o własne nogi, zwłaszcza w kaloszach. Zwłaszcza w kałuży. Pro forma wolę go w takich chwilach trzymać za rękę. No więc stałam tak zziębnięta, w tych balerinach na gołe nogi, w kałuży i  zanikł mi zupełnie instynkt samozachowawczy, bo przestałam nawet po około pół h kręcić jakieś piruety na paluszkach, a`la "Jezioro łabędzie". A ja przecież lubię balet. Nie rozumiem, ale lubię. To znaczy intryguje mnie konkretnie to, czy nie prościej byłoby zatrudnić wyższe tancerki, zamiast tym małym kazać skakać po dwie godziny na palcach?
Możliwe też, że przestałam dlatego, że nie wyglądałam jak primabalerina.
Najwyżej ewentualnie jak primabaleronina.
W dodatku jebnięta.

P.S. Jako że z powodu chodzenia po kałużach oraz innych rozlicznych obowiązków oraz wejścia w posiadanie dwóch nowych książek, które same się nie przeczytają mam naprawdę mało czasu- do częstszego kontaktu ze mną zapraszam nieodmiennie na fejsbunia

czwartek, 5 marca 2015

Pierwsza wizyta w szkole...czyli czym się różni angielska szkoła przyjazna dziecku od polskiej, której się tylko w najlepszym wypadku wydaje, że taka jest

Przyjechaliśmy do UK 20 grudnia, zatem w sam raz wbiliśmy się w szkolną przerwę świąteczną.
Tuż po niej, mając na uwadze co mi kiedyś mówiła Babaruda, sprawdziłam raport Ofsted dla najbliższej podstawówki i jak już stwierdziłam, że jest dobrze, poprosiłam Jacka (na początku stycznia nie byłam gotowa, aby telefonicznie rozmawiać z nikim, kto mówi z tym dziwnym akcentem, co to zamist for-four-4- każe im mówić foua ), aby zadzwonił oznajmić im, że zamierzam moje dzieci do tejże szkoły zapisać oraz żeby spytał, jakie dokumenty w związku z tym mam przy okazji przynieść.
Od razu ponoć skapnęli się, że my nie stąd.
Jacek 10 minut później przekazał mi adres strony, gdzie online wypełniłam dwa formularze dotyczące chłopców i preferowanych szkół, do których chciałabym ich posłać. Po czym dostałam odpowiedź zwrotną, że to odpowiedź zwrotna, w dodatku automatyczna, zatem żeby się nie trudzić z odpisywaniem i że senkju za wypełnienie kleim i że jak rozpatrzą, to decyzję prześlą listownie.
Na czekaniu upłynął nam cały styczeń i przeszło 20 dni lutego.
Na samym ostatku dostaliśmy dwa listy,a w nich wreszcie odpowiedź, że kongratulejszyns, Apoloniusz się dostał do tejże podstawówki. I drugie kongratulejszyns, bo junior Ramirez dostał się do św. Marii. Mogę się tylko domyślać, że Pani Ramirez dostała za to ten list, który potwierdzał, że Tyberiusz również może się do tutejszej podstawówki zgłosić, gdyż mają obowiązek w przeciągu 10 dni przygotować się na przyjęcie dzieci.
Sprężyłam zatem wszystkie komórki mózgowe i wystosowałam do szkoły maila pełnego uprzejmości oraz pytań.
Głównie pytań, bo z uprzejmości to tam było tylko angielskie "dzień dobry" i "z poważaniem".
Pytałam jak wyobrażają sobie tok nauczania dzieci, które mają zaledwie podstawy podstaw angielskiego? Jak wygląda plan lekcji? Co chłopakom jest potrzebne na starcie, oprócz mundurków, bo te obczaiłam na stronie szkoły? Czy szkoła jest bezpieczna?  Poruszyłam jeszcze milion pińcet innych, równie ważnych kwestii, po czym sprawdziłam sobie sama błędy- nie miałam żadnych i dumna z własnego geniuszu nacisnęłam "wyślij".
Nazajutrz w mojej skrzynce czekała już odpowiedź, że bardzo się cieszą z przyjęcia nowych uczniów i że zapraszają nas wszystkich 4 marca na spotkanie, które dla naszego komfortu odbędzie się w obecności tłumacza. Także Szkorbut, przypomnij mi, że zanim coś gdzieś wyślę, to żebym Cię poprosiła o sprawdzenie :)

Wczoraj żeśmy się odpimpowali jak przysłowiowe stróże w Boże Ciało- nabłyszczyliśmy włosy, buty, w ramach wyjątku cali żeśmy się wyprasowali i udając pewnych siebie pomaszerowaliśmy na spotkanie w kierunku szkoły.
Plan poszedł się jebać tuż przy bramie. Zamkniętej. Bez domofonu.
Na szczęście przypomniało mi się, że zapisywałam sobie numer do sekretariatu, z którego nie zawahałam się skorzystać, bo mnie się głupio zrobiło, że ludzie się tak dziwnie patrzą, jak w tych kozakach i ołówkowej spódnicy wiszę na furtce, próbując zadrzeć nogę.
Okazało się, że tłumacz też już czekała. Przy drugiej bramie, tuż obok.

Przedarłszy się przez dwa domofony weszliśmy do przedsionka szkoły. Po lewej był sekretariat, po prawej okienko pani recepcjonistki (?), na wprost był główny korytarz, od którego oddzielały nas przeszklone drzwi z domofonem, rzecz jasna. Trzecim, a jak się później okazało-nie ostatnim. Bowiem każde pomieszczenie w tej szkole (pewnie poza toaletą, choć kto wie, kto wie) posiada albo domofon, albo własne elektroniczne zabezpieczenie, które może otworzyć tylko ktoś z personelu, zazwyczaj kartą, którą każdy ma zawieszoną na szyi.
Też chciałam taką kartę, ale dali mi tylko nalepkę "gościa".

Powiem Wam szczerze, że nieco się obawiałam obecności tego tłumacza. Zazwyczaj rozumiem zwykłą angielską konwersację. Nawet jak nie łapię pojedynczych słów, łapię sens. I odwrotnie- jak zabraknie mi pojedynczego słowa, potrafię je zazwyczaj albo zastąpić, albo obejść. Chyba, że żaden synonim nie przychodzi mi do głowy. Wtedy owszem, stoję z otwartą buzią, cieknącą śliną i przymrużonymi oczami, gmerając w bezkresie pamięci. Ale i to ma swoje dobre strony, gdyż wtedy zazwyczaj ludzie zaczynają myśleć, że jestem niedorozwinięta, uśmiechają się do mnie, pomagają mi we wszystkim i mówiąc używają tylko podstawowych słów, aby mojego intelektu nie przeciążyć. Natomiast wracając do tłumaczy- moje obawy brały się stąd, że słyszałam kiedyś gościa, który pozwalał porozumieć się dwóm obcojęzycznym osobom, poprzez przekazanie im, co na dany temat sądzi tłumacz....

Berenika, nasz tłumacz, okazała się być inna. Solidna i bardzo miła zarazem.
Zanim zostaliśmy przyjęci w gabinecie pani dyrektor miałam okazję trochę z nią porozmawiać.
Oczywiście pierwszym pytaniem było, czy w swojej pracy często spotyka się ze sprawami dotyczącymi przejawów rasizmu wśród dzieci?
Zamilkła, uśmiechnęła się, po czym powiedziała:
- Czasem, ale to zależy. W dużej mierze od pani postawy.
-Od mojej postawy?- zdziwiłam się
-Tak, od pani postawy. Nie spotkałam się jeszcze nigdy z przykrościami, które dotykałyby zwykłych, życzliwie nastawionych do innych ludzi. Ostatnio miałam jednak przypadek pani pochodzącej z Polski, która chciała pozwać szkołę o rasizm. O to, że nie rozumieją potrzeb emocjonalnych jej syna, który rozładowuje energię psując rowery innych dzieci. Nie rozumieją jej, która z tłumaczem google przełożyła sobie wszelkie polski kurwy i chuje na angielski i poszła powiedzieć "tępym angielskim rodzicom, co o nich sądzi"

Gabinet dyrektora był skromny, niewielki. Ot, regał, biurko i cztery dwuosobowe kanapy ustawione wokół stolika kawowego. W gabinecie oprócz pani dyrektor czekała na nas również pani manager, będąca przy okazji nauczycielką.  Obie nastawione w pierwszej kolejności na rozmowę z dziećmi. Na wstępie zapewniły chłopców, że rozumieją jakie to dla nich trudne- iść do obcojęzycznej szkoły, że dołożą wszelkich starań, aby było im tu dobrze. Opowiadały, że mają wielu uczniów z różnych zakątków świata nie mówiących po angielsku, że mają na stanie nauczyciela wyspecjalizowanego w pracy z dziećmi nie mówiącymi w tym języku. Że ich drzwi są zawsze dla chłopców otwarte. Pytały o ich zainteresowania, o to co lubili w polskiej szkole i czy było coś, czego nie lubili. Mówiły, że szkoła nie popiera przemocy i  dyskryminacji i że w każdej chwili, gdyby ich dotknęła od kogokolwiek jakakolwiek forma przemocy, czy to agresja słowna, czy cyber-przemoc, czy też przemoc fizyczna- żeby nie wahali się zgłosić tego któremukolwiek z dorosłych, a oni od razu zareagują, pomogą, rozwiążą problem i zapewnią wsparcie.
Na końcu powiedziały, że mają dla chłopców niespodziankę, po czym pani manager wyszła i wróciła z dwojgiem dzieci- Weroniką (od trzech lat w szkole) i Kacprem (drugi rok w szkole). Po czym, aby nie krępować dzieciaków powiedziała, że odejdzie sobie z dorosłymi, aby mogli swobodnie porozmawiać. Co też uczynili.
Okazało się, że Szarego umieszczono w klasie z Weroniką, która obiecała mu nieco pomóc na starcie. Don Juan będzie musiał radzić sobie samodzielnie, bo startuje na roku szóstym, tymczasem Kacper jest niestety z piątego.

Dalej zwrócono się do mnie. Oprócz standardowych formularzy do wypełnienia dostałam teczkę papierów wszelkiej maści, a wśród nich broszurę mówiącą o tym, jakiej formy współpracy oczekuje od rodzica szkoła, jak wygląda system oceniania pracy dziecka, kalendarz imprez szkolnych i dni wolnych od nauki, wykaz sklepów gdzie można zaopatrzyć się w marynarkę z logo  i odpowiedni krawat, przy czym obie panie zaznaczyły, że spodnie, koszulę, buty, strój na wuef można kupić niemal w każdym markecie i nie trzeba w tychże sklepach przepłacać.
Musiałam podpisać zgodę na udzielanie pierwszej pomocy, zgodę na przeskanowanie palca, by chłopcy mogli korzystać z biblioteki, zgodę na wyjścia spontaniczne po okolicy, zgodę na publikację zdjęć w internecie oraz zgodę na....masaże:)
Tak, dobrze czytacie.
Aby zmniejszyć stres związany z przyswajaniem wiedzy, szkołę odwiedzają masażyści, którzy uczą dzieci masażu relaksacyjnego głowy i ramion (ubranych ramion, żeby była jasność).
Dzieci wykonują masaż wzajemnie na sobie, z tym, że w każdej chwili, każde dziecko może odmówić zarówno masowania, jak i bycia masowanym, co podkreślano mi chyba trzykrotnie.

W ogóle rozmowa wyglądała dość zabawnie, bo nie bardzo wiedziałam jak się zachować. Rozumiałam co się do mnie mówi, zatem gdy tłumacz chciała tłumaczyć mówiłam "nie trzeba, rozumiem". Natomiast w drugą stronę starałam się mówić do tłumacza, żeby jej nie ignorować, ale momentami spontanicznie odpowiadałam po angielsku. W końcu, gdy wszystkie panie kapnęły się, że Kali gadać in inglisz, to ostatecznie ja mówiłam po angielsku, a tłumacz tłumaczyła dzieciom:) Zacięłam się tylko na płatnościach.
Wiedziałam, że płatności to payment, ale nie wiedziałam jak jest "składka na Komitet Rodzicielski". Zatem poprosiłam Berenikę o przetłumaczenie, a ona spytała ich o payment.
Po czym pani dyrektor zrobiła okrągłe oczy i powiedziała "noł, noł, noł".
Okazało się, że jedyne, za co trzeba płacić to szkolne obiady- 2 funty dziennie. Oczywiście nie jest to obowiązkowe, gdyż dziecko może jeść obiad po powrocie do domu, a w szkole kanapki.
Można płacić przez internet, dowolnie- dziennie, tygodniowo, miesięcznie.  Chyba, że ze względu na niskie zarobki jest się zwolnionym z opłat. Po czym powiedziano mi, że wśród papierów, które dostałam jest też formularz na darmowe posiłki dla dzieci, jeśli chciałabym skorzystać.
-Ok, a co będzie potrzebne chłopcom na start?-spytałam
- Absolutnie nic- powiedziała pani dyrektor- wszystko zapewni im szkoła.
Berenika domknęła mi szczękę
-Czy w Polsce jest inaczej?- spytała pani menadżer
- Nieco..- zdołałam wybąkać

Następnie spytałam, co sądzą o pomyśle przygotowania przeze mnie zeszytu dla każdego z synów z polsko-angielskimi zwrotami, aby łatwiej było im na początku porozumieć się z otoczeniem. Pani menadżer powiedziała, że super pomysł, ale nie trzeba.
Klęknęła przed nami, opierając na stoliku gruuuuby segregator z napisem "POLISH" i pokazała nam z milion kartek z polsko-angielskimi słowami, zwrotami, nazwami. Powiedziała, że każdy z ichniejszych nauczycieli dostanie ksero tego i będzie się tym wspomagał podczas pracy z moimi dziećmi.
Przygotowali to sami, korzystając z internetu.
Natomiast do końca tygodnia mają przyjść profesjonalne pomoce dydaktyczne z ichniejszego kuratorium. Dodatkowo w sąsiedniej szkole jest polski nauczyciel, z którym będą w kontakcie i będzie im pomagał.
Berenika podała mi cycki z ziemi.

Na koniec poszliśmy przejść się po szkole. Zostało pokazane nam każde pomieszczenie: sale lekcyjne, stołówka, biblioteka, sala do ćwiczeń, sala wyciszenia- wypełniona pluszkami, z przyciemnionym światłem, poduchami na ziemi i tipi na środku, do której dziecko może przyjść, gdy jest zdenerwowane. Sala poprawiająca humor- kolorowa, pełna gier i zabawek, do której dziecko może przyjść za każdym razem, gdy jest smutne. Przedstawiono chłopców wychowawcom, ich kolegom i koleżankom z klasy. Apoloniusza klasa wraz z młodym wychowawcą, który wyglądał na niesamowicie energicznego, wesołego człowieka,  ćwiczyła akurat taniec na piątkowy Dzień Czerwonego Nosa.
Berenika otarła mi łzy wzruszenia i poklepała po ręce.

Umówiliśmy się, że chłopcy wystartują z nauką w przyszły wtorek. Mają przynieść ze sobą swoje ulubione polskie książki, aby w razie stresu mogli się odprężyć czytając. Oczywiście na fejsbunia wrzucę zapewne ich zdjęcie w mundurkach, coby się pochwalić.
Trzymajcie kciuki.

Tymczasem właśnie dla tych, którzy fejsbunia nie śledzą, wrzucam swoje zdjęcie z nowymi, unikalnymi, zielonymi włosami. Prawie brązowymi, gdzie "prawie" (zwłaszcza w świetle dziennym) robi naprawdę sporą różnicę.