czwartek, 26 lutego 2015

Zasrana angielska pogoda...czyli nie ma bata, żebyś się tu ufryzowała na Adele, psia mać!

Papiloty se w Rossmannie kupiłam. Jeszcze przed wyjazdem. Po pampersy wprawdzie byłam, ale leżały obok i były w promocji, to się szarpnęłam. Mimo że w lokach wyglądam jak starsza siostra Ireny Dziedzic, a tych naturalnych fal to ja za chuja wafla do tej pory nie mogłam osiągnąć.
No nie wiem, taki kobiecy odruch mam. Myślę, że kiedyś z jakiejś promocji przytargam jednookiego jenota z wścieklizną za pół ceny albo coś...
W każdym razie wracając do tematu włosów, to ja w ogóle antytalent fryzjerski jestem.
Nie po matce, bo pamiętam jak moja mama układała sobie włosy na Aniołki Charliego. Znaczy, tak konkretnie to na szczotkę je układała. Zakręcała pasmo na taki gruby, okrągły egzemplarz z drobnym włosiem, przykładała na chwilę suszarkę i sruuuuu- jednym płynnym ruchem uzyskiwała efekt Farrah Fawcet.

Dwadzieścia lat później, mając ten ruch przed oczami, stałam przed lustrem z taką samą szczotką ja.
-Każdy debil by tak potrafił- zdążyłam pomyśleć, zanim nawinęłam starannie pasmo, przyłożyłam suszarkę, poczułam swąd palonych włosów, odsunęłam suszarkę nieco dalej, po czym po chwili zrobiłam jeden płynny ruch-sruuuuuu i wydarłam tak mordę, jak pacjent mojego wujka anestezjologa, wtedy co to wujek pojął, że nieco spóźnił się na operację.
Pół godziny później i jakieś tysiąc "ożeszkurwajapierdolęwdupęjeżapsiamać!" pojawiłam się przed Maćkiem ze szczotką wkręconą we włosy, a że to facet więc pomógł mi  głównie na tyle, że się nie posikał ze śmiechu. Choć był blisko.
Zatem musiałam sobie poradzić sama.
Oto historia mojej grzywki, którą noszę do dzisiaj.
I do dziś w moim domu nie ma i nie będzie okrągłej szczotki. Boję się ich jak mój najstarszy syn rozporków, od kiedy jak miał dwa lata przycięłam go niechcący suwakiem od kurtki.
Zresztą czuję się urażona i oszukana. A ostatni raz się tak czułam, gdy dostałam na Komunię organki i tak se ćwiczyłam godzinami melodię z "Titanica". I szło mi naprawdę dobrze. Rzekłabym nawet, że zajebiście! Aż któregoś wieczoru usłyszałam, jak mój sąsiad zza ściany drze ryja "Kiedy ty, kurwa, utoniesz???!!!!"

No i naszło mnie, coby se te fale naturalne zrobić, na te grube papiloty. Na jutubach się głupot naoglądałam i stwierdziłam hardo, że skręt włosa nie ma już dla mnie żadnych tajemnic. Podzieliłam swój piczy kłak na sześć pasm (ledwo, bo ledwo, ale na szczęście włosów starczyło), które delikatnie zwilżyłam, no i zaczęłam nawijać starannie, przy pomocy Stiflera, który podając wałki równie starannie je liczył, tylko trochę oszukując
jeden
dwa
tsi
ctery
pięć
pięć
bo jak się domyślacie póki co, na "pięć" mu się zasób liczebników kończy. Przelatałam cały wieczór w tych wałkach, przy okazji z niebieskim makijażem, jak Halina Kiepska, a potem położyłam się tak nawet spać. Z tym że bez makijażu, bo mnie się zmarszczki robią, leżąc na wznak, wałki rozrzucając na boki i krzyżując ręce na piersiach, coby się nie potargać.
Maciek tylko raz słabo krzyknął.
Ale co to się nie robi dla urody, jak człowiek się nasłucha o tych Oscarach, a nazajutrz ma wizytę w przychodni.

Rano pierwsze co zrobiłam, to wyjrzałam przez okno- piękne słońce świeciło, toteż rada postanowiłam walnąć sobie do dopełnienia efektu tapir. Na koniec zużyłam całe opakowanie lakieru ze względu na tutejszą wilgotność, tworząc na głowię hybrydę Adele, śp. Amy i hełmofonu rosyjskiego czołgisty, wypsiukałam się perfumą....perfumem...perfumą....dezodorantem oraz w pełnej krasie jakem dama ruszyłam z dziatwą w stronę przychodni, podziwiając po drodze takie śmieszne ciemne chmury, które pojawiły się znikąd i dawały taką śmieszną, ciemną pionową poświatę.

Do przychodni doszłam tak:

Biedna ja



Ostatecznie nic nie szkodzi. I tak nic nie załatwiłam. Kazano mi przyjść nazajutrz.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie, że niezależnie w jakim kraju się jest w przychodniach powinno być takie specjalne pomieszczenie dla pacjentów.
Nie musi być duże.
Nie musi mieć mebli.
Nie trzeba doprowadzać do niego nawet prądu.
Grunt, żeby było dźwiękoszczelne. Tak, żeby se człowiek mógł swobodnie wleźć, krzyknąć
"KURWAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA"
wyleźć i pójść do domu.


W domu me zszargane nerwy nie zaznały ukojenia, bo gdy rozżalona postanowiłam opowiedzieć tę historię mężowi kończąc
- ...i tak od wtedy licząc, to piątą godzinę już leje
to się nawet od World of Tanks nie odwrócił, a ja usłyszałam tylko
- To dobrze żeś do tej przychodni poszła, bo może masz coś z nerkami...

Później, nie wdając się w szczegóły, była mała awantura, bo ja mu zarzuciłam, że on mnie nie słucha, a ja go zawsze. On też tam coś gadał, ale nie wiem dokładnie co. Po czym jak zwykle polazł do kuchni i w ramach zemsty podokręcał mi wszystkie słoiki, a ja krzyczałam, że jak mam tak żyć, to ja wolę już iść do klasztoru.
Z tym, że wiecie, ja tak tylko się odgrażam.
Do klasztoru nie pójdę. Nie przyjmą mnie. Dzwoniłam już.
Powiedzieli, że bab do męskiego nie biorą.
Zresztą ja często takie głupoty gadam, np. że se kupię takie urządzenie do przesyłania negatywnych myśli na duże dystanse i wtedy dopiero pożałuje. A on mi krzyczy, że na broń to trzeba mieć pozwolenie i takie tam.
Resztę wieczoru się do siebie nie odzywaliśmy. Chciałam go opierdolić jak upuścił jogurt na wykładzinę, ale wyobraźcie sobie, że nikomu i niczemu nic się nie stało!
Wszystko przeciw mnie, nawet trajektoria lotu!
Noż kurwa nie uwierzyłabym gdybym nie widziała, że jogurt może upaść po linii prostej w dół i wylądować na podłodze dnem do dołu, pełny, nawet nie upaćkany na krawędziach!
Gdyby to mi upadł taki jogurt, to najpierw już w locie majestatycznie obryzgałby wszystko po sufit i sufit włącznie, potem poturlałby się po podłodze aż doturlałby się do kanapy, wspiął po niej na górę, odbił od materaca, przewrócił lampę, która upadłaby na telewizor i rykoszetem odbiłby się od ściany, na końcu wypadając przez okno i zabijając kota sąsiadów.
Nie ma sprawiedliwości!

A wieczorem obejrzałam prognozę pogody, czego nie robiłam nigdy dotąd będąc tutaj, bo żem szalona i lubię iść na żywioł. Dosłownie.
Nie wiedziałam zatem, że i tym nie różni się UK od Polski, bo tu i tu jak mówią, że w weekend będzie 10 stopni, to se należy tą temperaturę na trzy dni rozłożyć, a nie brać dosłownie. Ja to w ogóle uważam, że ich prognoza pogody, to powinny wyglądać tak:

Pogodę na jutro podamy Państwu pojutrze. Wczoraj padało.

A wystarczyłoby zatrudnić zamiast sztabu tych (pożal się Bobrze) meteorologów jedną osobę z reumatoidalnym zapaleniem stawów!
Co zresztą zasugerowałam swego czasu listownie TVN Meteo.
Ale nieeeeee, co ja się tam znam!
Ja tam lubię stale moknąć! Psia mać!

I wszystko przez to, że nie mam ani zapalenia stawów, ani samochodu.
Bo w Polsce, to jeszcze stosowaliśmy na naszym aucie trzy prawa deszczowe:

I. Gdy umyliśmy Opla najdalej 2 godziny później padało
II. Ilość błota podczas deszczu była zawsze wprost proporcjonalna do ilości siana wydanego na myjnię
III. Gdy Opel był zasyfiony tak, że jacyś wredni gówniarze z okolicy pisali na nim "TIME VEHICLE" i nie wybieraliśmy się na myjnię, to nigdy nie spadła ni kropla deszczu

No i zapowiadali słońce.
A ja czułam się tak rozdarta, jak polscy nauczyciele wtedy co to Giertych zaapelował, że jak nie znajdą się pieniądze na ich podwyżki, to się poda do dymisji.
Postanowiłam zaryzykować i apiać to samo. Dzielenie piczego kłaka, nawilżanie pasm, jeden, dwa, tsi, ctery, pięć, pięć, sen na wznak ze skrzyżowanymi dłońmi, krzyk Maćka, a rano normalnie piękne słońce, no i Adele. Choć w nieco mniejszej wersji, bo wzięłam sobie do serca słowa mojego syna, który twierdził, że "tapir" pasuje, bo faktycznie wyglądam, jak bym se martwe zwierzę między włosy upchała.

No i nie padało.
I prawie zdążyłam do przychodni.
Ale niestety złapało mnie gradobicie.

Za to dziś dotarłam do przychodni bez deszczu. I faktycznie zrobiłam wrażenie. Tłustymi włosami, których nie umyłam, bo (kurwa!) niebo wyglądało, jakby miał armagedon nastąpić.

Za to obecnie, po czekoladzie, uzyskałam pełne ZEN.
I się nawet pośmiałam czytając artykuł, że PiS nie chce Oscara!
Ciekawe kto tych baranów nabrał, że dostaną? Scenariusze mają przewidywalne, aktorów słabych, a i w przeciętnym pornolu jest więcej inteligentnych dialogów przecież.
A i pokłócić się przy kawce wirtualnie przed chwilą zdążyłam. Teraz, na obczyźnie, tak łatwo jest być patriotom. I rzygać już się chce od tego narzekania Polaków, że wszystko od stycznia znowu podrożało. A to gówno prawda. Osobiście miałam okazję się przekonać, jak odpaliłam przez przypadek stronę polskiego Tesco, zamiast tego w UK.
Otóż, mili państwo, choinki wyraźnie staniały!
Mało Wam, psia mać?!

P.S. Niezmiernie mi miło, że tak się fajnie aktywujecie na fejsbuniu, na którego nieodmiennie zapraszam :*

poniedziałek, 16 lutego 2015

Dlaczego nie należy ufać dziecku....czyli miłość według Stiflera

Stifler ma 19 miesięcy i żywieniowo jest marzeniem każdej matki (zresztą pod każdym innym względem moim skromnym zdaniem też). Jest jedyną z pięciu osób w tym domu, która wybierze brokuły zamiast lodów, wafle ryżowe zamiast ciastek i nie pogardzi jedynie czekoladą- mleczną lub gorzką.
Możesz na jego oczach wsuwać batony, a on nawet nie zaszczyci Cię spojrzeniem.
Ja owszem. Będę żebrać nienachalnie. Chyba, że nie zrozumiesz aluzji.
Za to spróbuj w promieniu kilometra zjeść kaszę z warzywami, ugotować spokojnie kalafior, potrzeć jabłka na jabłecznik- będzie stał i wył krzycząc "chcę!". Tylko niczym Wałęsa, znaczy "chcem!".


Kupuję mrożoną mieszankę warzywną (warzywa obojętne), przygotowuję ją w parowarze, nie za długo, tak aby warzywa był al dente, na to walę łyżeczkę masła i dla Stiflera jestem Jamie Oliver i Robert Makłowicz w jednym.
Jego wielką słabością są też marchewki. Wyjada je w pierwszej kolejności ze swojego talerza, potem z mojego talerza i talerza swojego ojca, a dalej to uderza do braci trzymając w ręku swój mały widelec, po czym kolejny raz dochodzi do głosu jego alter ego- Lech Wałęsa ze swoim "nie chcem, ale muszem".
Doszło do tego, że ze wszystkich ludzi wokół Stifler najbardziej lubi dostawcę z Icelanda, który przywozi nam m.in. warzywa i owoce. Zresztą większość siatek warzywno-owocowych musimy rozpakowywać w tajemnicy, żeby nie dochodziło do takich scen jak ostatnio, gdy Stifler jedną ręką trzymał tackę z włoszczyzną, którą próbowałam mu zabrać, drugą ręką trzymał się kanapy i krzyczał "to ja mniam mniam mniam mniam!". W końcu odgryzł kawałek folii i uciekł z porem, którego zmasakrował niczym chirurg plastyczny Iwonę Węgrowską podczas próby zatrzaśnięcia się w łazience.

I zanim cokolwiek sobie pomyślicie-  karmię go normalnie. Pięć posiłków je. Czasem podgryza jeszcze jakieś wafle ryżowe pomiędzy, czy tam cebulę w łupinach pod łóżkiem, na czym go złapałam ostatnio.

Czasem bawię się z nim jedzeniem.
Każę mu zamknąć oczy. Po czym jeszcze raz. I jeszcze. W końcu zasłaniam mu ślepia łapą, wkładam do buzi groszek i pytam
-Co to za warzywo?
Na co Stifler pełen entuzjazmu mówi
-oszek
Na co ja pełna entuzjazmu go oklaskuję, wołając
-Tak, groszek, brawo!! Jesteś genialny!!
Po czym wsuwam mu do buzi kawałek ziemniaka i pytam ponownie
-A teraz? Co to za warzywo?
-emniak
I schemat się powtarza- i znowu klaszczę pełna entuzjazmu, gdyż oczami wyobraźni widzę jak wygryza Gessler z TVNu.

Jeśli chodzi zatem o najmłodsze dziecię jada ono nie tylko zdrowo, ale wyłącznie zdrowo.
Ostatnio z przyczyn zdrowotnych wsuwa również suszoną żurawinę, która niesamowicie mu smakuje. Wkłada sobie małe owoce do buzi, mlaska, wyjmuje je, nadgryza, liże, delektuje się, wydaje przy tym takie odgłosy w klimacie ach! i och!
Wczoraj zjadł zatem niemal całą żurawinę, którą dostał w miseczce. Niemal, bo ostatni owoc wsadził sobie do kieszeni. Na później. Jak wszystko inne zresztą.
Jakby teraz wybuchła wojna mamy w zapasie trochę picia, trochę żarcia oraz 3 kilo resztek niedojedzonych prowiantów w towarzystwie kamieni, kapsli, sznurków, piórek i małych patyków z kieszeni Stiflera i jego braci.

No i w każdym razie dziś rano Stifler zaszczycił mnie swoim napadem miłości. Wlazł na mnie, jak jeszcze leżałam na łóżku, wsadził mi uroczo palec w oko, aby podnieść powieki, wycałował, wytarł gluty we włosy, bo ma katar, wytarzał się we mnie, usiadł mi na pęcherzu, poskakał, a potem zniknął.
Wrócił, położył mi łapę na oczy, powiedział "co to?" i wcisnął do buzi nie zgadniecie co!
Swoją ostatnią żurawinę mi włożył.
Całą w piasku. Ale jednak.
Była paskudna w smaku, z wierzchu twarda, w środku glutowata i dodatkowo obklejona włosami.
Równocześnie była najsłodszym przejawem miłości, jaki dostałam od niego w jego 19 miesięcznym życiu.
Oddał mi swoją żurawinę...
-Żurawina- powiedziałam wzruszona
A on patrzył nieśmiało jak ją żuję, z taką czułością i radością w oczach. No nie uwierzylibyście, jak ten dzieciak na mnie patrzył! Taki trochę ciekawy jakby był jaka będzie moja reakcja, mnie się wydaje.
A jaka mogła być?
Ja nie przepadam za żurawiną w takiej postaci, a pechowo dostałam chyba największy zmutowany owoc, ale przecież wiadomo, że wyjęłam tylko z buzi najdłuższe włosy, dzielnie przegryzłam piasek i z uśmiechem przełknęłam ohydę w sumie bez smaku, za to z dziwnym posmakiem.
Po czym wycałowałam go za wszystkie czasy.
A on kontent zlazł z łóżka, podszedł do swoich wczorajszych spodenek przewieszonych przez krzesełko, wsadził łapę do kieszeni, wyjął żurawinę, wytarł ją o koszulkę celem oczyszczenia z piasku i wpakował ją sobie na moich oczach do buzi.
Tknięta kurewsko bardzo złym przeczuciem zawołałam do pozostałych dzieci, bo zawsze dzielę ich po równo...
- Szary, masz jeszcze żurawinę ?
-Nie, zżarłem wczoraj- usłyszałam
-Don Juan, a ty?
-Ja tak samo.
Po czym zrobiłam to, czego bardzo żałuję. Mianowicie zwróciłam się do mojego najmłodszego dziecka z uśmiechem niczym Joker z Batmana i z pytaniem
-Stifciu, a co dałeś mamusi do buzi?
-Mniam mniam- odpowiedział grzeczniutko Stiflerek
-A pokaż mamusi skąd przyniosłeś mniam mniam- rzekłam niezwykle uprzejmie i jakby trochę wbrew przeczuciom
Następnie Stiflerek złapał mnie za rękę i zaciągnął przed lodówkę.
Uff- zdążyłam pomyśleć zanim poczułam małe rączki, które popychają mnie dalej.
Tak, abym ustawiła się z boku lodówki.
A później, jak w horrorze, zobaczyłam mały palec, który nie był palcem mojego synka, a laleczki Chucky mogłabym przysiąc, wskazujący szczelinę między lodówką a ścianą...

Czy ja Wam mówiłam, że nie lubię sprzątać?
To się, kurwa, zmieniło.
Właśnie leży przede mną odkurzacz. Wszystkie roztocza nie żyją.
Nie, jeszcze nie odkurzałam.
Padły ze śmiechu.

Poniżej najświeższe zdjęcia truciciela...

 
 
 
 
 
 




A na koniec wrzucę Wam Chucky`ego z braćmi



czwartek, 5 lutego 2015

Różne oblicza miłości...czyli walentynkowe love story w trzech aktach. PRAPREMIERA

Ponieważ pokładanych w człowieku nadziei nigdy nie należy zaprzepaszczać i gdy człowiek się przyznaje, że jest równie romantyczny co krzyżówka brzeszczota z pogrzebaczem, a równocześnie słyszy odpowiedź na swoją jakże subtelną i delikatną sugestię "tak, powinnaś Harlequiny pisać", to jak tu chociaż nie spróbować...

Rzecz się dzieje latem.
Polskie lato to najbardziej romantyczna pora roku. Można chodzić w letnim palcie, letnich rękawiczkach, letniej czapce. Można przez najmniej dwa tygodnie robić, co się chce. A później do firmy wraca szef i można z kolei jechać na wakacje. Wszędzie widać soczystą zieleń. Zwłaszcza jak nad Bałtykiem kwitną sinice. Ptaki romantycznie drą ryje, siedząc ściśle obok siebie na gałęzi.
Głównie na filmach one tylko siedzą i drą ryja.
W rzeczywistości mnie dziwnym trafem spotyka jeszcze jedno zjawisko.
I gdyby prawdą było, że przynosi ono szczęście miałabym już tego Maybacha dawno.
Według ekspertów najwięcej par płodzi dzieci latem. Wszyscy chodzą stale podnieceni, jak grabarz widzący pędzącego motocyklistę.
W powietrzu czuć miłość. I grilla.


ONA

Mariola właśnie wracała do domu. Była to niezwykle piękna kobieta, a tajemnica jej urody tkwiła w błotnych maseczkach. Jednak gdy błoto po pewnym czasie odpadało pozostawał makijaż. Zresztą bez makijażu nie chodziła od czasu pamiętnego Halloween, kiedy to zapukała do sąsiadów poprosić by ściszyli muzykę, a oni dali jej batonik.
Mariola była nie tylko piękna, ale i niezwykle mądra. Na ten przykład idąc po parku spojrzała w bezchmurne niebo i zgodnie z ludową mądrością pomyślała
- Jak na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma, to na pierwszego listopada pada albo i nie pada- w zasadzie to w ten oto sposób doszły do głosu jej marzenia z młodości zostania pogodynką w TVNie.
Później spojrzała przed siebie swymi pięknymi, błękitnymi oczami.
A musicie wiedzieć, że były one tak piękne, że jedno oko nie mogło przestać patrzeć na drugie.
I zasępiła się, w każdym razie.
Jej myśli popłynęły w stronę męża.
Coś się ostatnio między nimi zmieniło.
Coś pękło.
Miała wrażenie, że oboje stracili coś nieodwracalnie. Nie pamiętała nawet kiedy ostatni raz ją dotykał. Chyba prędzej nawet ona jego, gdy delikatnie wyjmowała mu portfel, jak zasnął przed telewizorem. Musiała to zrobić.Pieniądze były jej potrzebne na karnet na aerobik.
Turlała się, sapała, dyszała, robiła fikołki aż w końcu doszła do sali gimnastycznej, gdzie pod okiem instruktorki wiotkiej tak, że aż Mariolę bolał jej własny cellulit, wylewała z siebie siódme poty.
I wszystko dla niego. I tylko dla niego od kiedy okazało się, że w powiedzeniu "listonosz zawsze puka dwa razy" nie o to chodzi, o co początkowo myślała.
Chciała znowu poczuć się piękna.
Chciała, aby niemieccy turyści odwracali się nie tylko za nim, wzdychając z podziwem "ja, ja, Polki są równie piękne, co Niemki".
 

ON

Patrzył na nie chwilę, po czym przymknął oczy i pomasował skronie.
Widok rybek za szkłem zawsze go odprężał, a dziś szczęśliwie w Carrefourze była dostawa wędzonych makreli.
Powinien już dawno być w domu, ale jakoś wcale nie miał ochoty do niego wracać. Zaczął się nawet cieszyć, że jest górnikiem, a Mariola pielęgniarką i niemal wcale się nie widują, gdyż ich strajki się nie pokrywają.
I nie, nie chodziło o to, że od dawna podbierała mu pieniądze, jak ostatnio na ten głupi karnet na aerobik. Choć uważał wprawdzie, że żaden aerobik nie był jej potrzebny. Dla niego była kobietą idealną- zimą grzała, latem dawała cień, a i szafę wnosiła sama na szóste piętro. Bez windy.
Jednak ostatnio coś się między nimi zmieniło. Był niemal pewny, że go zdradza. Zresztą miał na to dowód...
List od jakiegoś fagasa, leżał skrzętnie skryty wśród jej robótek ręcznych.
Myślała, że go tam nie znajdzie, że niby tam nie szuka, że niby prawdziwi faceci nie szydełkują...
Nie miał odwagi powiedzieć jej, że o nim wie. Nie miał zresztą ochoty nawet o tym myśleć. Zmizerniał. Nie spał po nocach. Właśnie wracał od lekarza z receptą na trzecie z kolei środki nasenne. Pierwsze były za słabe. A drugie, w czopkach, za silne-  zasypiał jeszcze z palcem w dupie.
Zatrzymał się zatem, aby nakarmić chlebem kaczki, pływające po pobliskim bajorze. 
Mariola myślała, że jest jeszcze w pracy.... w pracy myśleli, że leży chory w domu..... kaczki myślały, że jest super, bo przyniósł dużo chleba...
 
W końcu postanowił wziąć się w garść, wsiąść do swojego Jeepa i ruszyć prosto do domu. Ostatnio celowo zwlekał z powrotami obawiając się, że gdy wróci wcześniej niż zwykle, to zobaczy więcej niż zwykle.
Drogą podporządkowaną dojechał wprost na skrzyżowanie. Rozejrzał się uważnie. Z prawej jechał Tico, z lewej też nikogo. Nie wiedzieć kiedy znalazł się pod blokiem.

-Spóźniłeś się- usłyszał jeszcze w progu
-Zaczynam rozumieć gejów- odparł zimno- wracasz do domu i wita cię fajny gość z zimnym piwem, a nie baba z wiecznymi pretensjami..
Nigdy wcześniej tak do niej nie mówił. Stanęła zatem przed nim hardo i przyjęła pozycję żony.
-Przysięgałeś mi przed Bogiem!- powiedziała groźnie
-Ale co ty mi tu z Bogiem, Mariolka, wyjeżdżasz?-spytał od niechcenia
-Bo dla katolików Bóg jest najważniejszy-odrzekła
-Taaa, jak nazwasz tych wszystkich, którzy wzięli ślub kościelny od razu katolikami, to jesteś tak samo naiwna jakbyś myślała, że w przedszkolu imienia Kubusia Puchatka przebywają małe niedźwiedzie...
-Czy ja cię już nie zadowalam?- spytała wprost
-Oczywiście, że zadowalasz. Choć nie tylko mnie. Wszyscy sąsiedzi się śmieją, gdy parkujesz...
-Jesteś chamem! A mamusia mnie ostrzegała, mówiła "nie wychodź za tego chama, gdy obok masz doktóra". I miała racje!- zaniosła się szlochem
- Cokolwiek zrobię ty zawsze porównujesz mnie do kogoś innego! To jest nie do pomyślenia! Jesteś zupełnie jak twoja matka!- wykrzyknął- A poza tym jesteś kretynką! I ostrzegali mnie wszyscy. Tak, dobrze słyszysz. Nawet nasi sąsiedzi mówią, że mam żonę kretynkę.
-Wiesz, na Krystynę Lubicz mówią doktorowa, bo ma męża doktora. Nic zatem dziwnego, że na mnie mówią kretynka...-odparła z godnością, po czym pobiegła do łazienki robić te wszystkie miny, które się robi płacząc, a których nie powinien oglądać nikt poza nami, bo zwyczajnie wyglądamy nie dość że brzydko, to jeszcze głupio.
Na odchodnym usłyszała coś w stylu, żeby przestała się ośmieszać, jak wtedy gdy była zaskoczona, że kałamarz, wbrew nazwie, służy do mazania wyłącznie atramentem.


ONI

Siedział na łóżku ze spuszczoną głową.
Obracał w dłoniach kopertę.
Fakt, przestał do niej pisać miłosne listy zaraz po tym, jak napisał "ból" przez u otwarte, a później się tłumaczył, że może ma zadatki na prezydenta, a ona nie chciała mu uwierzyć. To nie był jednak powód, aby znalazła sobie tak szybko zastępstwo.
Nie mógł się przełamać, aby zajrzeć do środka. Ale ten znaczek...ten pieprzony znaczek mówił tak wiele....

Znalazła go siedziącego na łóżku ze spuszczoną głową.
Obracał w dłoniach kopertę.
-I co Ty na to?- spytała lodowatym tonem
- Z nami koniec- odrzekł, choć jego słowa były jakby nie jego, takie zimne i obce
-Niekoniecznie. Księgowa powiedziała, że jak się złoży pita nie w swoim urzędzie, to nawet zwrotu z podatku nam nie wezmą- powiedziała rezolutnie
-Ten list...to nie od kochanka?- zapytał zmieszany
-Lucjan, co ty bredzisz?! Znowu żeś wąchał w Rossmannie tonik na pryszcze?
-A ten znaczek?- błądził dalej Lucjan nie tracąc animuszu i tym bardziej nie przyznając się do nałogu
-Toć to Poczta Polska doszła do wniosku, że skoro we wrześniu Lidl może wypuszczać czekoladowe Mikołaje, a w grudniu w Biedrze stoją bazie i zające, to oni latem wypuścili serię z sercami z okazji Walentynek.
-Zatem od kogo to jest?
-Od komornika.
-Bosz, całe szczęście! Tak się cieszę- a w jego oczach pojawiły się prawdziwe łzy- Przepraszam Mariolu, że choć przez chwilę w ciebie wątpiłem. Kocham cię!
- Ja też cię kocham, głuptasie! A teraz na znak zgody napuśćmy komornika na sąsiadów. Będzie miał co zabierać, widziałam jak Kowalska weki do piwnicy niosła. Poza tym, Misiu, tyle razy ci mówiłam, że jesteś w łóżku najlepszy ze wszystkich swoich kolegów, także naprawdę nie masz o kogo być zazdrosny..

Po czym uprawialiby dzikie seksy na stole, ale maja wredne dzieci, które nie chcą siedzieć natenczas w szafie, gdyż warunki mieszkaniowe są niesprzyjające (nie to, co u Frankowiczów według "NaTemat"). Ograniczyli się zatem do poklepania po ramieniu, siegniecia po chipsy i odpalenia "Draculi. Historii nieznanej". Aaaaa i podpierdolenia do komornika sąsiadów, rzecz jasna.


KONIEC
czytała Krystyna Czubówna

Jak nie zbiję na tym majątku, to nie wiem co zrobię z pozostałymi 2274 aktami....