czwartek, 19 marca 2015

Angielska szkoła, śmietniki i kałuże od podszewki...czyli proza życia codziennego

Lekcje w angielskiej szkole dzielą się na dwie sesje- poranną i popołudniową. W pierwszych dniach dwie nauczycielki pracowały na jednej sesji z Apoloniuszem, dwie na drugiej sesji z Tybem. Porozumiewali się za pomocą translatora odpalonego na laptopie- Polo/Tybo pisał po polsku, a nauczycielkom ów tekst tłumaczył się na angielski. I odwrotnie.
W ten sposób tłumaczono im o czym mówi nauczyciel na lekcji, zadawano różne pytania, robiono testy, aby poznać ich możliwości. Przygotowano także dla chłopców małe, laminowane ściągi z najpotrzebniejszymi polsko-angielskimi zwrotami, aby mogli szybko w najważniejszych kwestiach dogadać się z otoczeniem.
Rówieśnicy przyjęli ich niezwykle życzliwie. Pierwszego dnia w jednej i drugiej klasie zrobiła się ponoć kolejka, bo każdy chciał z nimi pogadać. I podobno w ogóle dzieciakom nie przeszkadzało, że obaj chłopcy ze swoim twardym pakistańskim akcentem powtarzali głównie, że słabo mówią po angielsku. Jak się nie dało dogadać słowami, dzieci przerzucały się pomysłami w pokazywaniu o co im biega na migi. Ze 20 razy oprowadzono ich po szkole i wrócili mając najmniej po 5 deklaracji przyjaźni aż po grób.
Drugiego dnia chłopcy prosto ze szkolnego boiska, do którego ich ze Stiflerem odprowadzamy, zostali zabrani przez kolegów i koleżanki (konspiracyjnie szepcących) prosto przed sale lekcyjne, na drzwiach których, oprócz angielskiego powitania, zawisło polskie "witamy w naszej klasie". Drugiego dnia również wszyscy przywitali ich polskim "dzień dobry". Ten dzień okazał się w ogóle szczęśliwy, zwłaszcza dla Don Juana, bo wygrał w nim czekoladowe jajko na świątecznej loterii (losowali nauczyciele, cóż za niespodzianka!:)))

We wtorek minął pierwszy tydzień chłopców w angielskiej szkole. Tydzień pełen ochów! i achów! Tydzień, podczas którego po 20.000 razy dziennie byli pytani czy wszystko w porządku, czy szkoła im się podoba, czy obiad smakował, czy nikt nie był dla nich niemiły, czy nikt ich niczym nie uraził, czy czują się tam zwyczajnie dobrze.
To był też pierwszy tydzień w moim życiu, w którym nie musiałam nastawiać budzika, bo zastawałam ich od 6 ubranych w mundurki, czekających na szkołę.
Codziennie wracają pełni energii i pozytywnych wrażeń.
Co chwilę zdobywają za swe małe kroki do przodu "golden ticket"- dodatkowy czas na zabawę w piątek, a po szkole szaleją na podwórku.

A wczoraj nawet Apoloniusz zrobił samodzielnie pierwszą pracę domową.
Zaczął od tego, że przyszedł do mnie i spytał
-Masz może butelkę po winie? Taką z korkiem?
-Nie, a po co ci?
-Do szkoły potrzebna...
-A to jak do szkoły, drogie dziecko, to ja się poświęcę i pójdę do sklepu-rzekłam pełna poświęcenia, bo czegoż to się nie robi dla dobra nauki...

Okazało się, że ma za zadanie napisać fragment pamiętnika. Może być swojego, może być dowolnej postaci. Może być opisana historia prawdziwa albo też można całkowicie puścić wodze fantazji. I tak dziecko me zdolne sobie wymyśliło, że napisze (ze słownikiem w ręce) fragment pamiętnika pirata. W tymże celu pod moim okiem ofajczyło nad gazówką kartkę papieru, na jednej stronie narysowało mapę z zaznaczonym skarbem, rzecz jasna, a na drugiej napisało...

"20 sierpnia 1702 roku

Nie wiem ile zdążę napisać, bo nie mam lampy naftowej, a właśnie zachodzi słońce. To był bardzo interesujący dzień i pełen wrażeń. 
Siedzę w szalupie ratunkowej razem z Joe, moją papugą. Wokół, na wodzie, unoszą się resztki Czarnej Perły.
Ten dzień przejdzie do historii. Dał mi też wiele do myślenia i sporo nauczył. Głównie tego, że nie należy pykać fajki przy beczkach z prochem....."

Kartkę zwinął, wsadził do butelki po winie, zakorkował i podobnie jak jego matka czeka teraz na Pulitzera.

Poza tym okazało się, że Szary ma niewielkie problemy z zapamiętaniem imion nowych kolegów. Stanął ostatnio przede mną na szkolnym boisku, z dwoma chłopcami u boku i powiedział dziarsko:
- Mamo, to moi koledzy z klasy- Menel i Emeryt.
Przez chwilę sobie pomyślałam nawet, że to miło, że sobie takich ciekawych kolegów znalazł, będzie się przynajmniej czuł, jak w naszej dawnej dzielnicy w Polsce. Ale później mnie Don Juan z miną eksperta uświadomił, że to w rzeczywistości Manel i Emert i żeśmy się oboje z Szarym nieco rozczarowali. Po czym Don Juana też coś ruszyło i spytał
-Naprawdę można mieć na imię Black?
-Że jak?- wykrztusiłam
-Black, no wiesz, Czarny- powiedział
-Synu...hmmmm....a jaki kolor skóry ma ten chłopczyk?...hmmm...bo wiesz, czasem ludzie, całkiem niegrzecznie..hmmm..
-Biały jest.
-A to, kurna, nie wiem-odparłam szczerze, bowiem dzieci nigdy nie należy okłamywać. Chyba, że trzeba. Albo jak się chce mieć trochę spokoju. Albo jak się wyrzuca ich stare zabawki i wtedy "że co? nieeee, w życiu nie widziałam twojego ulubionego autka. Tak, tego, co to z niego zostało samo podwozie. Nie, no mówię, że nie widziałam. Sprawdź pod łóżkiem. Nie ma? Ojej. Znajdzie się na bank"
Zresztą dzieci szybko robią się cwane i zaczynają zadawać masę zbędnych pytań, np. jak to się dzieje, że wyparowała Nutella, itp.
W każdym razie, jak już byliśmy przy szkolnej bramie, Don Juan krzyknął do Blacka "cześć Black", po czym cała reszta dzieci krzyknęła "cześć Blake". A ja postanowiłam najpierw przyspieszyć, żeby mnie z nimi nie wiązano, a potem w ramach edukacji puścić im "Dynastię".
Ale to jeszcze nic.
Padniecie z zazdrości, jak się dowiecie, kto chodzi z chłopakami do klasy.
Siedzicie? To odłóżcie popcorn, cobyście się nie zadławili i słuchajcie- otóż z Szarym do klasy chodzi Shakira, a z Don Juanem- Rihanna!
Kuźwa, a ja w ich wieku tak marzyłam żeby ze mną chodził Paweł Stasiak!
Też do klasy.

A jak już w temacie szkoły jesteśmy- Stifler robi nam lekką siarę.
Wszystko rozbija się o to, że na szkolnym boisku są trzy śmietniki- dwa w kształcie misia i jeden w kształcie żaby i zgadnijcie, kto te śmietniki miłością szczerą i oddaną pokochał? No tak. Właśnie on. Zatem za każdym razem, jak tylko otworzą się szkolne bramy, Stifler w przeciwieństwie do innych małych dzieci wypatrujących rodzeństwa, wypatruje śmietnik. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie chciał go miziać, a później jeszcze trzy razy nie wracał, aby się z każdym pożegnać.
Ja nie wiem, po jaką cholerę robią takie udziwnione kosze.
Taki właśnie śmietnik zepsuł nam ostatnio pobyt w oceanarium w Southend.

O samym oceanarium nie napiszę wiele, bo nie mam porównania. W końcu było to drugie w życiu (poza gdyńskim) jakie widziałam. I o ile gdyńskie jest większe, o tyle te w Southend jest ciekawiej zaaranżowane. Pokazałabym Wam zdjęcia, ale niestety Maciek robił, także wrzucę to, co nie było rozmazane i te, na którym mam otwarte oczy, za to buzię domkniętą




Był też oczywiście tunel. Krótki i z małymi rekinami, jak przystało na małe oceanarium, ale i tak fajny.

Niefajne było to, że węgorz elektryczny znowu nie ugryzł ani swojego, ani innego węgorza ogona, a na to głównie liczę bywając w oceanarium od małego, bo jestem niesamowicie ciekawa, co by tam się stało dalej.
Wracając do oceanaryjnych śmietników- były one w kształcie pingwinów.


 Stifler lał zatem ciepłym moczem na rybki, omijał świńskim kłusem wszystkie dzieci zachwycające się płazami i gadami. Przez cały pobyt głównie latał od pingwina do pingwina koić nerwy najpierw zszargane tym, że przy wejściu kazano mu założyć na rękę specjalną opaskę. Przez co z godzinę czasu musiał rękę trzymać o tak (domyślam się, że na wypadek gdyby z opaski miał wyleźć ósmy pasażer Nostromo albo co gorsza poseł Zawisza, choć w sumie to chyba na jedno by wyszło. Cofam. Obcy cechował się jako taką inteligencją).




A później jeszcze koił nerwy też po tym, jak się okazało, że można było dotknąć rozgwiazdę, no i  ja go namówiłam żeby dotknął, a skubana się poruszyła.


Choć gdyby nie rozgwiazda nie przekonałabym się jak Stifler potrafi już szybko biegać i głośno krzyczeć. I to nie to, że się jako matka chwalę. Naprawdę wszyscy obecni byli pod wrażeniem.

Tak na koniec to Wam wrzucę fotę fajnego pomnika, który wpadł mi w oko

Nie jest jakiś niezwykły, ale przyjazny dla oka i wprawiający w dobry nastrój. No i taki inny od tych, do których przywykłam w Polsce



No ale wracając do tematu- mamy ze Stiflerem sporo czasu dla siebie, gdy chłopcy są w szkole, który to spędzamy głównie na dworze, jak pogoda dopisuje.
I dobrze, bo ostatnio stwierdziłam, że posiadanie starszego rodzeństwa w przypadku Stiflera, poza niewątpliwymi plusami....


...posiada też pewne minusy. Doszłam do takich wniosków dokładnie wtedy, gdy Młody podszedł do mnie, jak wieszałam pranie i oznajmił " jestem czipsem". Po czym szczęśliwy pobiegł w stronę braci, którzy równie szczęśliwi przybili mu piąteczkę.
Szczerze przyznam, że po dniu z całą trójką czuję się jak konsultantka Avon, która nieopatrznie zapukała do drzwi świadków Jehowy.
Ostatnio dodatkowo wałkujemy z Don Juanem temat tatuażu. Miłość do tatuaży wyssał z mlekiem matki. Zmienność upodobań raczej nie. Jeszcze niedawno chciał mieć w nosie kolczyk. Wiem, że ma dopiero 11 lat, ale byłam niemal w stanie się zgodzić, bo swego czasu ciężko go było dobudzić do szkoły, a myślę, że takie kółko w nosie wprowadziłoby dla mnie pewne ułatwienia w tej kwestii, ale to już zamierzchłe czasy i temat zupełnie nieaktualny. Teraz pyta nas, czy pełnoletność jest aby na pewno konieczna, żeby się wydziarać. Tłumaczę mu zatem jak krowie na rowie, że owszem, że to nie jest taka hop- siup decyzja, że żadna ingerencja w ciało nie jest hop- siup decyzją i że trzeba to sobie dobrze przemyśleć, bo ja kiedyś też miałam pomysł, aby wytatuować na sobie siebie, tylko 10 cm szczuplejszą, a resztę po prostu zakolorować na czarno, ale ostatecznie mi przeszło.

Wracając (po raz kolejny) do mnie i do Stiflera na dworze- czuć już w powietrzu wiosnę. Dajmy na to przedwczoraj miałam na sobie jeansy, kozaki, bluzkę na długi rękaw, płaszcz jesienno-wiosenny i schudłam ze 100g na bank, bo se zafundowałam sauna solution w tym stroju. Na drugi dzień wyjrzałam tylko przez okno, było po deszczu wprawdzie, ale zdążyło już wyjść słońce, ptaki darły ryje i zapowiadał się naprawdę piękny dzień. Kozaki zamieniłam na baleriny, ubrane według tutejszej mody na gołe nogi, płaszcz na cienką marynarkowatą skórę, grube jeansy także na cienkie, do tego półprzezroczysty top i leciutki kardigan w kolorze majtkowego różu, tudzież według mojego męża papieskiego burgunda. Do tego pierdulnęłam sobie komin celem nadania artystycznego akcentu mojemu imidżowi oraz przewiesiłam przez wątłe cycki listonoszkę, bo większych torebek już nie noszę, od kiedy mi się mięśnie motylkowe zrobiły dwukrotnie większe niż u Pudziana.
Nie chce mi się wracać do tego co czułam. Właściwie to czułam się jak w swojej kuchni. Tam też zimno niemiłosiernie i po rajtach ciągnie jak cholera. Fakt, że to się zmienia, jak człowiek zamknie lodówkę, ale z drugiej strony łatwiej jest się chyba zahartować. Mogę powiedzieć też czego nie czułam: kończyn, nosa i dupy głównie.
Dodatkowo, jak już wspomniałam, było po deszczu, a Stifler posiada nowe kalosze i ciągnie do kałuż, jak hydraulik do przepychacza. Zatem, no cóż, właził oczywiście do tych największych i sobie brodził. Ponieważ Stifler ma 20 miesięcy i zdarza mu się jeszcze przewrócić o własne nogi, zwłaszcza w kaloszach. Zwłaszcza w kałuży. Pro forma wolę go w takich chwilach trzymać za rękę. No więc stałam tak zziębnięta, w tych balerinach na gołe nogi, w kałuży i  zanikł mi zupełnie instynkt samozachowawczy, bo przestałam nawet po około pół h kręcić jakieś piruety na paluszkach, a`la "Jezioro łabędzie". A ja przecież lubię balet. Nie rozumiem, ale lubię. To znaczy intryguje mnie konkretnie to, czy nie prościej byłoby zatrudnić wyższe tancerki, zamiast tym małym kazać skakać po dwie godziny na palcach?
Możliwe też, że przestałam dlatego, że nie wyglądałam jak primabalerina.
Najwyżej ewentualnie jak primabaleronina.
W dodatku jebnięta.

P.S. Jako że z powodu chodzenia po kałużach oraz innych rozlicznych obowiązków oraz wejścia w posiadanie dwóch nowych książek, które same się nie przeczytają mam naprawdę mało czasu- do częstszego kontaktu ze mną zapraszam nieodmiennie na fejsbunia

28 komentarzy:

  1. ooo pomnik fajny..:) muszę tą pozę potrenować ze Sznupkiem, ale dla pewności ustawię go przy ścianie..:)
    SUPER, że chłopakom się podoba! Może przyjdzie taki dzień , że zostaniesz teściową jakiejś angielskiej damy, zacznij już przymierzać kapelusze na weselne przyjęcie..:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taki bym chciała http://www.wiocha.pl/115872,Bo-kapelusz <3 <3 <3

      Usuń
  2. bosko sie ciebie czyta. ja w ie nosilam plecak. duzo miejsca na suche ciuchy przy cholernie zmiennej pogodzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja przez lata nosiłam worki- torby. Miałam tam dosłownie wszystko. Od przekąsek, wody, kosmetyczki, małej apteczki, zestawu nici podręcznych, kalendarza, książki, czegoś do pisania, okularów przeciwsłonecznych (noszę przez cały rok), swetra, zabawek dzieci, pieluch i mokrych i suchych chusteczek poprzez scyzoryk, portfel, niezliczoną ilość dupereli, a i pewnie jakiś klucz francuski by się odnalazł:)

      Usuń
  3. heh gwizdzi ci w kuchni? a jak sie wprowadziliscie to podlogi mieliscie bo moja kolezanka mowi ze podlog nie ma - i widzialam tez w Londynie liczniki na energie takie wrzuc monete to ogrzeje :))) to ja oclara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam licznik na kartę- doładuję- ogrzeje. Nie doładuję- wyświetla się na liczniku środkowy palec.
      Pierwszy raz poczułam się ekskluzywnie w związku z posiadaniem podłogi w kuchni:)))

      Usuń
  4. Baleriny na gole nogi to ja najwyzej w lecie. Ja zasuwam w "grandma's socks" czyli antygwaltach, nie za bardzo dzialaja ale kupa smiechu przy nich jest :-)
    Fajnie ze chlopaki sie zadomowily w szkole. Moje takich translatorow nie mialy, ale szybko daly rade. Black i Blake, Jack i Jake - to czeste pomylki, bo my to tak po amerykansku wszystko wymawiamy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam jedne takie gradma`s socks i nie oddałabym ich za żadne skarby:) Pawłowicz pewnie ma same takie ;))

      Usuń
  5. Eh, no właśnie- gdyby chłopaki wychowali się na Dynastii :)
    A tak serio- super, że są tacy zadowoleni, dla Ciebie to też pewnie wielka ulga. No i dla taty- co by Mu nie umniejszać roli :)
    Baleriny na gołe nogi?! Noooo ludzie, co to za pomysł :p
    A śmietniki- znamy, znamy. U nas są takie na psie kupy, z mordą pieska. Czujesz to?

    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekaj- i takiemu psiakowi do pyska wkładasz to, co z jego kumpla wyleci drugą stroną? No popatrz, jakie te ludzi pomysłowe teraz...buziaki:*

      Usuń
  6. Mój Piesio ma na imię Schwarz, a więc Czarny :)) Więc można!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, faktycznie.
      Ale ja tak z innej beczki- a co Ty masz za zdjęcie moja droga w profilowym? Swojej Córci? Czyś znowu odmłodniała wbrew wszelkim prawom natury?

      Usuń
  7. Obumarlam przy Menelu i Emerycie! Dalszy ciag czytalam przez lzy, bo poplakalam sie ze smiechu, dostalam kolki i popuscilam w gacie. Oraz oplulam monitor.
    Fstrentna jestes!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ewentualnie to się zgodzę, że bez makijażu nie najlepiej wyglądam, ale żeby wstrętna od razu...:)))))

      Usuń
  8. Anka - wiosna promieniuje z Was wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z nich może tak, ze mnie to raczej majeranek i alkohol ;)

      Usuń
  9. Nietypowa ale tak nas calkiem nie zostawiaj:)))Dorusia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciebie bym miała zostawić??? No coś Ty?!
      Coś zaraz wymyślę :*

      Usuń
  10. Chociaż tutaj na Twoim blogu się pośmiałam,bo tak w ogóle to mi nie do śmiechu.Nie ma dnia ,żebym nie płakała,nawet teraz pisząc te słowa już płaczę,nie moge sie pozbierac ,rozsypałam się dokumentnie.Wszystko jest "kupą kupy"delikatnie mówiąc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jutro będzie nowy dzień. Tylko od nas zależy, czy będziemy dalej płakać, czy wykorzystamy go na tyle, na ile da się wykorzystać.
      "..w życiu piękne są tylko chwile..."

      Usuń
  11. Ania no daj spokoj. Nie bedziesz juz tu pisac? No kurde zmuszasz ludzi do Facebooka.
    Menel mnie rozwalil,a stiff chyba kocha zwierzeta😊
    Balerinki na gole stopy to co pociagajaca teraz jestes?
    Buziaki
    Oceanarium swietne. Jak znam mojego Tomka to zapewne by zgniotl rogwiazde Bo on taka nie zgraba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stifler to by sobie życzył w takim razie dotykać rozgwiazdę już zgniecioną, bo taka żywa jest dla niego zbyt straszna. I na dodatek ruchliwa cholera. Całe jedno ramię o ćwierć milimetra w lewo przesunęła w dobrą minutę. Zawału można było dostać! ;)

      Usuń
    2. To by się nam chłopaki zgraly. Rozwal to się tym pobawię. Hehe

      Usuń
  12. O Jezu, jakie to jest piękne... Że ja wcześniej do Ciebie nie zajrzałam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam "to", Ania mam na imię.
      I tam piękna od razu ;)))

      Usuń
  13. Mnie sie bardzo podoba pomnik guzika i igly, ktory jest na Manhattanie w rejonie Fashion

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy możliwe, że widziałam go u Ciebie na blogu? Bo coś mi świta

      Usuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...