niedziela, 28 grudnia 2014

Na angielskiej ziemi.....czyli o tym jak mnie olala Elzbieta, ale nie olal mnie Jezus

Na wstepie chcialam Wam jeszcze raz podziekowac za wszystkie slowa wsparcia, za Wasze komentarze i maile, na ktore rzecz jasna odpisze jak sie tylko skonczy ten Matrix. W kazdym razie wszelkie zaniedbania na bank nadrobie. Dziekuje rowniez za  morze alkoholu i majeranku, ktorego od Was nie dostalam, ale wierze, ze to tylko kwestia nie posiadania adresu i Wy tez to zaniedbanie nadrobicie.
Przepraszam za brak polskich znakow- moja wiedza informatyczna ogranicza sie do tego, aby nie zlizywac z klawiatury okruchow, jak na nia upadna, bo jej to szkodzi. Jak przypadkiem Maciek nie bedzie oblegany przez jakas horde dzieci, dziwnie do niego podobnych i ponoc stesknionych to omowie z nim te kwestie. A poki co bede jak najczesciej pisac o robieniu laski i trzymac Was w napieciu, o co tak wlasciwie mi chodzi. 

A teraz przejdzmy do rzeczy...
tak jestem juz w UK! Od 20 grudnia. 
Podroz przebiegla nam nadzwyczaj spokojnie. Balam sie o Stiflera, ale byl niezwykle grzeczny. Zreszta w samolotach linii Ryanair wszystkie dzieci sa niezwykle grzeczne, bo po pol godziny lotu po prostu dretwieja w tej ciasnocie i matki maja je z glowy. 
Mielismy piekne widoki z okna. Widzielismy glownie skrzydlo. Ale to dobrze, bo moglam obserwowac, czy sie nie urwalo i informowac o tym innych pasazerow, ktorzy byli zapewne wdzieczni, a jedynie przez przedswiateczny stres nie potrafili tego odpowiednio wyrazic. Nic nie szkodzi. Ja tam sie nie zniechecam byle "kurwa mac, moze sie w koncu pani zamknie".
Niefajne bylo jedynie to, ze nie moglismy usiasc na przedzie samolotu. 
Jak macie wybor pamietajcie, aby zawsze siadac z przodu. 
W razie katastrofy, jak samolot zacznie spadac, wozek z napojami przejedzie obok waszego miejsca jeszcze raz.
Wiecie jakie sa ponoc trzy najlepsze rzeczy w zyciu?
Dobre ladowanie, dobry orgazm i dobra praca jelit.
To ja chcialam zapewnic, ze przy dobrym ladowaniu w Ryanair dwie pozostale rzeczy dostajecie w pakiecie gratis.
I nic nie szkodzi, ze popsuli nam wozek Stiflera. Naprawde nic nie szkodzi. Moze nawet on juz byl taki. Moze jak dawalam go do odprawy to sie faktycznie nie rozkladal i brakowalo srubek. A bo ja tam wiem.... To znaczy ja akurat dobrze wiem, w jakim wczesniej byl stanie, ale staram sie podchodzic do tematu bardziej optymistcznie niz ta czesc pasazerow, u ktorych okazalo sie, ze ich bagaz bedzie bardziej swiatowy od nich i zwiedzi wiecej miejsc niz tylko lotnisko w Londynie.

Odprawa w Polsce byla zajebista. Pan straznik powiedzial, ze nie wygladam na mame trojki, a ja powiedzialam, ze nie jestem ich matka i ten najmlodszy chce mnie uprowadzic po prostu. Na co uslyszalam "a bron ma?". No i przytaknelam, ze owszem ma, bo cos za duzo wazy i wedlug mnie ma pelnego pampersa. A ze to bron biologiczna, to chyba nikomu nie musze udowadniac. 
W Londynie zanim udalo mi sie porozmawiac z panem straznikiem czekalismy w kolejce dobra godzine. Godzine podczas ktorej nie wiedziec czemu Stifler zachowywal sie jakby przechodzil casting do nowej czesci "dziecka Rosemary". I wlasnie w trakcie, gdy lewitowal plujac gwozdziami mily angielski straznik kiwnal na nas przywolujacym gestem. Zatem podnieslismy zepsuty wozek, bagaz podreczny i podreptalismy w strone jego stanowiska. Stifler sam poplynal w powietrzu. Straznik szeroko sie usmiechnal, przyjal ode mnie nasze dowody, po czym od razu przestal sie usmiechac.
-A-p-p-p-p-o-l-o-n-i-uuuuuuu-s?- zapytal niepewnie
-Tak,to ten- wskazalam na Apoloniusza
-T-a-j-b-e-r-i-u-sssss?- slychac bylo lekka panike w glosie
-Zgadza sie, to ten mniejszy- powiedzialam z szerokim usmiechem
-E-l...hmmmm...E-l-aj-...yyyyyy...E-l-i...-probowal dzielnie
-Eligiusz. To ten najmniejszy- pomoglam, bo z natury jestem mila i uprzejma, jak wiecie
-A pani jest Sssss-cccccc-eeee....Sssss.....Ssssscccccc. Dobra, poddaje sie, prosze isc dalej, milego dnia.
-Dziekuje i milego dnia zycze-odpowiedzialam w tej samej chwili, co naszla mnie taka zajebista mysl, ze gdyby ktos z Was chcial zostac terrorysta, to se powinien dowod trzepnac na nazwisko Szczebrzeszynski i najlepiej Szczepan od razu.

-Co teraz?- spytal Szary, gdy przeszlismy przez bramke
-Teraz to juz bulka z maslem- powiedzialam-Odbierze i zawiezie nas do taty kumpel wujka Jacka, Jezus.
-A jak ten Jezus wyglada?- zapytalo moje, nie wiem po kim dociekliwe, dziecko
-O kurwa- pomyslalam-eeeee....ma 33 lata, brode, nosi jasne szaty,sandaly- postanowilam improwizowac
-Nie spytalas, jak Jezus wyglada, prawda?- bardziej stwierdzilo niz spytalo, moje przewidujace nie wiem po kim, dziecko
- Mozliwe, ze zapomnialam o tym szczegole, ale przeciez skads musi miec swoja ksywe, no nie? Zapewne niewielu ludzi wlasnie teraz, wlasnie tutaj, bedzie czekalo na matke z trojka dzieci i beda podobni do Jezusa-odrzeklam
-Nie pograzaj sie. Karny jezyk, jak tylko dotrzemy na miejsce- odrzekl on. I w tym miejscu pragne powiedziec, ze niesamowicie sie ciesze, ze juz nie bedziemy mieli TVNu

A potem weszlismy do wielkiej hali, gdzie po lewej stronie mielismy KFC, a po prawej tlum facetow w szlafrokach, z brodami, na moje oko po trzydziestce. Od tylu zaczela nas mijac fala matek z dziecmi.
-To moze pojdzmy po starter do telefonu- rzucilam genialna mysl, choc jak wiadomo wszystkie moje mysli sa genialne. Nie wszystkie docenione, no ale niewazne.

I wlasnie przed budka z prasa go zobaczylam. Poswiata zwrocila moja uwage. Cmy sie zlecialy. Stal sobie spokojnie, z broda, z rekoma zlozonymi z przodu i niespokojnie na mnie zerkal.
Usmiechnelam sie do niego delikatnie.
A on do mnie.
Przestalam sie usmiechac.
On tez przestal sie usmiechac i od razu zaczal patrzec w innym kierunku, ale katem oka filowal nadal w moim.
No i zgupialam. 
Bo jak tu rozgryc czy facet zna sie na pieknie i mnie podrywa, czy po prostu nogi wrastaja mu w dupe od czekania i jego blogi usmiech kierowany jest mysla, ze oto w koncu pojawila sie na horyzoncie ta idiotka, co to dwa razy wracala sie do samolotu- raz po torbe Stiflera, a drugi raz po jego zabawkowy motorek (to ze strachu, zarzadal go ode mnie po aramejsku i zaczely krwawic mu stygmaty) i w koncu bedzie mozna ruszac do domu.  
Po szybkim przeanalizowaniu obu kwestii uznalam oczywiscie, ze mnie podrywa. W koncu glupia nie jestem, lustro w domu mam, a i ostatnio 20 dag zrzucilam, co na bank widac, bo w jeansach przestaly mi leciec oczka.
Wiedziona jednak kobieca podejrzliwoscia postanowilam przejsc obok delikwenta i rzucic sobie w eter "Jezus?".
Wiecie, gdyby na niego mowili Dalajlama byloby gorzej, ale z takiego Jezusa, to cholernie latwo wybrnac. Przechodzisz i mowisz z wdziekiem: 
-Jezus?........Maria, sznurowki mi sie rozwiazaly, dobrze zem sie nie wyrznela!
W kozakach.
Na zamek, kurwa mac!
Na szczescie faceci sa malo spostrzegawczy. Za to do moich uszu doplynelo wyczekiwane
-Ania? No cale szczescie, ze to ty, bo zapomnialem sie spytac, jak wygladasz.
Niesamowita z niego gapa. 
No zeby pojechac na lotnisko po kogos i nie wiedziec jak ten ktos wyglada....

Dalej to polaczylismy przyjemne z pozytecznym. Jezus wiozl nas do Macka, a my cwiczylismy joge. Nie bylo jej w planach wprawdzie, ale okazalo sie, ze zeby zmiescic spacerowke- parasolke Stiflera do bagaznika Toyoty Yaris trzeba przesunac siedzenia i tak jakos samo wyszlo.
Kto by sie spodziewal, ze potrafie oplesc stopy wokol swojej szyi? Jak musze.

A zaraz potem byly Swieta, ktore spedzilismy w zacnym katolicko-pastafariansko-ateistyczno-buddyjskim gronie, bo jak sie okazalo Jezus jest buddysta. 
Bylo nawet troche sniegu, tyle ze w innym stanie skupienia.
W ostatniej chwili ubralismy choinke, ktora wyglada jak zul Marian z mojej bylej dzielnicy, tylko przebrany w garnitur. Ale nie to sie liczy. Jak wiadomo Swieta sa nie wtedy jak jest choinka, a wtedy, jak obok kieliszka pojawia sie skorki od mandarynek. Totez mandarynki oczywiscie mielismy. No i jedlismy m.in. bigos, ktory zawekowalam jeszcze w Gdyni. Dobrze, ze zrobilam go 25 kg- wiem to dokladnie, bo musialam wazyc paczki dla firmy transportowej. Bylo czym poczestowac gosci, a i z glodu przez najblizszych kilka miesiecy nie umrzemy.
Mozliwe za to, ze leb nam urwie, bo mimo, ze tu stosunkowo cieplo, to pizdzi jak za cara.
I wlasnie sie obawiam, ze w nowa faze zycia, tzn. faze obrzydliwego bogactwa, wejde z katarem. No trudno. Jakos bede musiala sobie z tym poradzic. I mam nawet pomysl jak...








P.S. koty zosaly do wiosny u mojej mamy, kombinowalismy na wszelkie mozliwe sposoby, ale w ostatnim momencie nasz umowiony transport zrobil nas w ciula i po prostu nie dalo sie inaczej. Wszystkim posiadaczom zwierzat rozumiem, ze nie musze tlumaczyc mojego stanu kociego ducha...