środa, 12 listopada 2014

Jak wyrobić koci paszport i jak być dobrą partią dla amatora Mocnej Wiśni....czyli nie chcę umrzeć jak Hanka Mostowiak.

Moją kuzynkę wkurwiają amatorzy wina marki Wino, stojący na parkingach i wskazujący, za drobną opłatą rzecz jasna, nadjeżdżającym samochodom wolne miejsca. 
Moja kuzynka nie jest empatyczna i nie rozumie, jak ciężkie jest to zajęcie. Bowiem trzeba wybrać TO jedyne i niepowtarzalne, odpowiednie miejsce dla danego samochodu. 
A jak tu się zdecydować, skoro parking niemal pusty? 
Mnie tacy parkingowi nigdy nie przeszkadzali. Aktualnie dlatego, że do najbliższej Biedry chodzę pieszo, wcześniej dlatego, że nigdzie nigdy tak szybko nie awansowałam jak u nich, co mile łechtało moje próżne ego. Wystarczyło dać dwa zeta i już się było kierowniczką
-Kierowniczko, serdeczne dzięki. Miłych zakupów życzę.

Na spacerach z dziećmi łażę w kółko pod ambasadą, operą, teatrem muzycznym, a i tak podchodzą do mnie jedynie żule. Mam nadzieję, kuźwa, że po prostu wyglądam na bogatą, a nie swój do swego ciągnie. 

W sklepach tak samo. 200 kas, 198 czynnych, 5000 osób w jednej kolejce i tylko za mną stoi dżentelmen o woni Mocnej Wiśni tudzież Leśnego Dzbana.
Nie pytajcie skąd znam tę woń. Nie jesteśmy jeszcze na takim etapie zwierzania się. 
W każdym razie i tak było i w ten piątek. 
-Najwięcej witaminy mają polskie dzieeeewczynyyyyy- zaintonował następca Rosiewicza, najpewniej z wszami, bo się przy tym czochrał.
Odwróciłam się celem zbadania odstępu jaki nas dzieli, bo czytałam kiedyś, że wszy skaczą na odległość metra. I wtedy napotkałam ten jego uwodzicielski wzrok jednym okiem, bo don Żulan miał akurat dość pokaźnego zeza rozbieżnego. Po czym usłyszałam jak mówi do mnie i równocześnie do regału przy kasie
-Mogłoby między nami coś być...
-No, jakiś mur, czy tam ściana...- odparłam
-Ile masz lat?- nie poddawał się absztyfikant
-12. Za morderstwo faceta, który zaczepiał mnie w kolejce do kasy, ale jestem na przepustce- odrzekłam równie uwodzicielsko wywalając nonszalancko papier toaletowy na taśmę. 
Choć nie powiem, dało mi to do myślenia. I chyba odkryłam już przyczynę wyjątkowych ciągot nieznajomych, walących spryskiwaczem do szyb, do mojej skromnej osoby.
Oni wyczuwają po prostu mój potencjał. 
Ludzie kochani, toż ja mam na chacie z 200 różnego rozmiaru kartonów. Tego się nie da opisać, a wstyd sfotografować. Najgorsze jest jednak to, że odnoszę wrażenie, że tylko ja jestem niezadowolona z danego stanu rzeczy. 
Koty, jak już wielokrotnie podkreślałam, są jebnięte. Toteż niezależnie jak wypasione legowisko by miały i tak wybiorą karton. Dobra, przyznaję, po tym co z tymi kartonami robią wygooglowałam kiedyś "czy w tekturze są jakieś składniki odżywcze", bo myślałam, że wszystko wina ciulowej diety. Wiecie, teraz człowiek to nie wie, co tak naprawdę kupuje. Tyle się mówi o żywności modyfikowanej genetycznie, aż strach marchewkę zwykłą obrać. Jeszcze usłyszy, obudzi się i wkurwi... 
Za to dzieci, jak to dzieci, są po prostu dziwne. Człowiek pakuje książki i słyszy "nie do autobusu". Wzdycha, odstawia autobus, bierze drugi karton i słyszy "na statek też nie". Ja nie wiem kto później będzie tym ludziom od przeprowadzki podawał kartony F1 z rejestracją "kuchnia" lub co gorsze z radosną twórczością don Juana w stylu

leci bocian ponad lasem 
wymachuje swym.....
......ogonem, bo z daleka widzi żonę

albo


tuż za lasem stoją zbóje,
po kolana mają........
.....spodnie, bo to modnie i wygodnie 

albo co najgorsze 

Ewelina Lisowska jest super! 




Moje zmęczenie osiągnęło już poziom krytyczny. Wyobraźcie sobie, że w ostatnim tygodniu potrzebowałam elektryka, hydraulika i złotej rączki. 

A teraz wyobraźcie sobie, że tymi wszystkimi osobami byłam ja, tyle że w różnych stadiach upojenia alkoholowego. I zanim mnie osądzicie pomyślcie najpierw, czy Wam wybiło kiedyś wodę z kibla, tak spektakularnie, że na chwilę poczuliście się jakbyście byli w Arabii Saudyjskiej przed King Fahd`s Fountain? A później nadeszła szara rzeczywistość pod postacią zawartości, gdyż nie samą wodą ta fontanna trysnęła, o nie! 
Myślicie, że tak łatwo jest naprawić sobie drzwi od dużej szafy na przedpokoju, które się obluzowały, wiszą i się nie domykają? Zwłaszcza jak się ma sąsiadów pieprzniętych?
Kto to kuźwa widział, żeby w bloku o 2 w nocy młotkiem nawalać? Z nich są takie aspołeczne mendy, że hej! Na złość reszcie nawet tapety wiertarką mocują. 
Jeśli piekło istnieje, to dla takich jak oni są specjalne kotły. I ten młotek...w środku nocy, no naprawdę....Tak się przestraszyłam, że aż mi wkrętarka z rąk wypadła!

A żeby mieć jeszcze więcej wrażeń, to u weterynarza z kotami byłam. Kocie paszporty im wyrobić. 

I tu należy wspomnieć, tak dla formalności, że cała procedura mieści się w dwóch wizytach w lecznicy. 
Za pierwszą zapłaciłam 312 zł, drugiej już się boję.
Pierwsza obejmuje założenie kotom paszportów, wszczepienie każdemu mikrochipa i zaszczepienie przeciw wściekliźnie. Musi się ona odbyć najmniej na 21 dni przed planowanym terminem podróży, gdyż dopiero po tym czasie owo szczepienie jest honorowane. 
Druga wizyta odbywa się na 3 dni przed podróżą. Koty zostają na niej pozbawione swojego życia wewnętrznego. Przez profesjonalistów ten proceder nazywany jest "odrobaczaniem". Weterynarz ocenia też ich ogólny stan i przybija kolejną pieczątkę, że według niego to bon voyage, arrivederci i takie tam inne. 
Dalej to paszporty należy zalegalizować w Głównym Inspektoracie Weterynarii albo mówiąc inaczej- potrzebna jest kolejna, odpłatna oczywiście, kuźwa, pieczątka. 

Na tę okazję kupiłam ogoniastym zwierzęce pampersy, bo niestety mają taką przykrą skłonność, że po opuszczeniu progu domu (a są to koty tzw. niewychodzące) leją jak głupie oddają mocz.  I od razu Wam powiem, że poza aspektem humorystycznym, gdy biegały po ścianach i  driftowały na panelach, boczkiem w zakręt wchodząc w pampersie z ozdobną taśmą w pieski- nic te pieluchy nie dały. Zanim wyszłam z klatki schodowej były już zdjęte. Myślę, że się majtki powinno na nie nałożyć. Najlepiej jakieś małe, dziecięce, tyle że trzeba by uprzednio wyciąć miejsce na ogon. 
Spróbuję następnym razem, bo mam akurat takie niepotrzebne małe gacie. Stifler dostał od teścia i jego żony na gwiazdkę, gdy miał pół roku. Rozmiar 116cm (z czego wnioskuję, że teść wybierał, zatem chętnie potnę).

Wracając do kotów- siedzę na poczekalni, obok mnie babka z dokładnie takim samym owczarkiem, jaki mnie pogryzł, a naprzeciw facet. Dwie łezki wytatuowane pod okiem, elegancki dres, taki wyjściowy, łysa bania i postura, którą łatwiej przeskoczyć niż obejść. Siedzi i na kolanach trzyma karton dość spory, z dziurkami, żeby stworzenie w środku mogło oddychać albo coby oboje mogli do siebie grypsować.

Myślę sobie, ja pierdzielę, węża ma, jak nic. Bo chyba nie warana. Choć w sumie, kto tam go wie. Ptasznika na pewno nie, bo karton za duży. No chyba, że stado.  
I tak sobie rozkminiam, gdy z gabinetu wychodzi pani weterynarz z notesem. Zerka na babkę z owczarkiem i mówi "ok, pani z psem do kastracji", patrzy na mnie, do notesu i stwierdza "aha, a pani z kotami po paszporty". Po czym patrzy na gościa. Do notesu. Znowu na gościa. I w końcu pyta
-Przepraszam, a pan po co?
Po czym facet wstaje, podsuwa babce karton pod nos i takim głosem, jak Adam Darski w Behemocie przyzywa demony (no wiecie "Azazel! Amol! Persil! Tadeusz Rydzyk!" ), mówi ze stroskaną miną 
-Króliczek od dwóch dni jest osowiały, nigdy się tak nie zachowywał. Uprzejmie bym prosił, aby pani doktor go obejrzała.
Aż kolejkę musiałam opuścić, bo dostałam ataku astmy, której nie mam. Jak wróciłam, okazało się, że wchodzę. I tu niespodzianka. Sierściuchy były grzeczne, co mnie utwierdziło w przekonaniu, że pragną zmylić moją czujność i szykują jakiś atak nuklearny. Albo chcą wyłapać wszystkich wszechpolaków, a później szantażować mnie ich uwolnieniem. W każdym razie ani ja nie użyłam paralizatora, ani weterynarz nie użyła środków usypiających na bizony, które kazałam jej przygotować. 
Miałyśmy jedynie drobny incydent z Rychem, bo się zaparł tak felernie, że przy okazji mi się wbił pazurami w skórę. 
Pani weterynarz chciała dezynfekować, plasterek naklejać, ale jej powiedziałam, że na kurtce będzie głupio wyglądał i że prawie nie widać śladów. Ucięłyśmy sobie też rozmowę o wyjątkowości moich kotów, o tym że są niezwykle cwane i inteligentne. 
Nic nie potrafią.
A przepraszam, Rychu dzięki swoim zaburzeniom jaźni potrafi aportować. 
Za to pani weterynarz opowiadała mi o kotach, które korzystają z ludzkiej toalety. Niesamowite normalnie. Wczoraj cały dzień spędziłam próbując je uczyć, bo już mam dość tachania co chwilę po 10l tego pieprzonego żwirku, o sprzątaniu kuwety nie wspominając. 
Oczywiście poniosłam sromotną klęskę, ale się nie poddaję. Zmieniłam po prostu taktykę i kupiłam im fajki i Playboya i czekam na sukces (tak liczę się z tym, że nie zawsze będą trafiać, w końcu to samce).  

Przez to całe pisanie o kotach zachciało mi się chińszczyzny. Pomijam już, że nie mam w domu, a nawet gdybym miała i tak bym nie zjadła, bo to by zrujnowało moją dietę, a znowu schudłam 200g w tydzień. I powiem Wam, że widać kolosalną różnicę. Teraz to już nawet nie mogłabym modelką zostać, bo jak mi te 200g ubyło,to się obawiam, że snop światła mógłby mnie zmieść z wybiegu. 
A wracając do chińszczyzny, wiecie jak to jest, minuta w buzi, kilka godzin w żołądku i na lata w dupie i w udach. Nie ma bata, nie zmarnuję se kariery. 

Muszę się za to pochwalić, że mam w domu wiekowe trunki.
Wczoraj jeszcze nie byłam tego pewna, ale ostatecznie uznałam, że jak się w szafce znajdzie zapomnianą wódkę po roku, to można ją zakwalifikować do wiekowych trunków, no nie? 
Zostawię sobie zatem mój wiekowy trunek na sobotę. Teść ma nas odwiedzić. Nie wiem co się stało, bo to już z trzeci raz w tym roku. Chyba się starzeje i robi się sentymentalny. W każdym razie wódka mi się przyda. I nie, nie zamierzam nikogo nią częstować. Zamierzam za to wypić najmniej 7-8 kaw, przygotowanych cichaczem w kuchni. 
Tylko do żarcia nie wiem jeszcze co zrobić. Wszystko komplikuje fakt, że Stifler lubi swój bębenek. A taki fajny byłby z niego tort.  


Na koniec mam dla Was małe ogłoszenie parafialne i zarazem małą prośbę- jako, że zaczął się naprawdę intensywny okres w moim życiu przypuszczam, że póki to wariactwo się nie skończy głównym źródłem informacji "co u nas" stanie się facebook. Do bloga wrócę jak będę na miejscu, czyli trzymajcie kciuki, aby było to w okolicy Świąt. 
Jednakże jakbym się za długo nie odzywała- nawołujcie, wszak wszyscy wiemy jak skończyła Hanka Mostowiak. 




środa, 5 listopada 2014

ZUS, burol z kolejki i człowiek z szafy....czyli na dobrej drodze do dostania pierdolca

Powiedzcie mi jak ja mam się wyciszyć, jak ja mam skołatane nerwy ukoić, jak do mnie w zeszłym tygodniu ZUS napisał?!
Na komisję mnie wezwali, coby sprawdzić zasadność L4, na którym przebywam od kilku tygodni. Tak przynajmniej było w tym wezwaniu napisane, ale że głupia nie jestem, to znam prawdę.
Autograf chcieli, tylko wstydzili się poprosić.
Wymyślili sobie zatem, że mam się stawić na 7:30, a że miałam w perspektywie przejechanie niemal 40 km w jedną stronę komunikacją miejską,zadzwoniłam do nich i zgodnie z prawdą rzekłam
- Chciałabym prosić o wyznaczenie innej godziny, bo o tej to nie mam z kim dzieci zostawić. Najmłodszy syn ma 15 miesięcy, a ja mam do przemierzenia trochę kilometrów więc chwilę mnie nie będzie. Głupio by tak było dzieciakowi kazać się samemu pobawić, bo mamusia musi na chwilę wyskoczyć i ...
W telefonie zaległa głucha cisza, po chwili odezwał się, jak to w ZUSie, kompetentny głos
-Ale pani ma zwolnienie na siebie, nie na opiekę nad dzieckiem, więc powinna być pani w każdej chwili do naszej dyspozycji.
Na co odezwałam się ja, najmilej jak umiałam, w ogóle nie kurwując w duchu
-Powinno to nie być wojen na świecie, głodu, wszelkich chorób i biedy. Przełoży mi pani tę godzinę, czy nie?
I tak, 3 listopada, jak już wspominałam wcześniej miałam stawić się "między 10 a 11" w siedzibie zła i rozpusty, znaczy u orzecznika ZUS.

No cóż, drogi nie będę Wam opisywać, bo było jak to w SKMce z rana- tłoczno i śmierdziało. Ale gwoli sprawiedliwości dodam, że było też ciepło i były wolne miejsca więc ostatecznie udało mi się całkiem nierozważnie przyciąć komara.
Nierozważnie, bo mama zawsze ostrzegała, żeby nie sypiać w pociągach. Obrobią, porwą, dziecko podrzucą, wiecie jak bywa.
Na szczęście jestem bogata jedynie duchowo, także nie bardzo jest mnie z czego obrobić. Porwania też się nie boję, bo mam chorobę lokomocyjną. Porwałby mnie taki i co by zrobił? No na pewno nigdzie nie wywiózł, bo zarzygałabym mu cały bagażnik.
Dzieci, z taką ilością, to raczej ja mogę podrzucać. Toteż, jak sami widzicie, mi mało co zagraża. Może dlatego jedyną zmianę po przebudzeniu odczułam po chwili w swoim wyglądzie. Otóż zasypiałam mając kitkę, obudziłam się w warkoczu.
Kto tam wie, kto mi go zrobił. A nuż, widelec jakiś Leszek Czajka się nudził, czy tam stwierdził, że w wizerunku "na dziewczynę Donatana" będzie mi ładniej. Nie wiem, nie interesuje mnie to, grunt, że gość był delikatny i mnie nie wybudził.
Inna sprawa, że mnie raczej trudno wybudzić.
No dobra,  tak szczerze mówiąc, to ja się cieszę, że w średniowieczu nie żyję, bo wtedy, jak wiadomo, nie zawsze przed uznaniem zgonu potrafiono trafnie ocenić, czy delikwent faktycznie nie żyje. W każdym razie ja na pewno w ilości zmartwychwstań przebiłabym Jezusa.

Tak czy siak w jedną stronę dotarłam  całkiem spokojnie, bo już w drugą szukałam razem z sympatycznym młodym człowiekiem jakiejś wścibskiej baby.
Początkowo nic nie zapowiadało afery.
Siadłam sobie w przedziale, otworzyłam Angorę, bo to był poniedziałek i zaczęłam czytać o tym, że szef wrocławskich kiboli stanął przed sądem za miłość do Adolfa Hitlera, ja pierdolę, mówię ci, zajebista dupa.
Ja rozumiem, że język współczesnych dziennikarzy mocno odbiega od przyjętych standardów, ale żeby aż tak?
Wróciłam do tekstu i czytam dalej, że Roman Z. nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, gdyż uważał, że pani prokurator nie przeczytała lub nie zrozumiała jego książki, w SKMce, wysiadam przy AWFie, możemy wieczorem na piwo wyskoczyć.
Gdy dotarło do mnie, że ktoś mój mir SKMkowy zakłóca, podniosłam me piękne oczęta, którym w jednej chwili ukazał się burol rasowy w całej krasie, z komórką przy uchu. Przez dobre trzy minuty próbowałam zabić go wzrokiem na osiemnaście różnych sposobów, później tylko sparaliżować, a gdy nawet nie udało mi się odebrać mu mowy westchnęłam ciężko, złożyłam gazetę, bo i tak czytać już nie mogłam i zaczęłam się przysłuchiwać uważnie
-Dzwoniłem do Jacka, ale nie odbiera- powiedział burol
-Może był zajęty, nie zniechęcaj się, spróbuj raz jeszcze- odparłam
Burol rozejrzał się nerwowo. Chyba coś zgubił.
-Nie wiem, ale chyba ma jakąś babę- powiedział do słuchawki
-Fajna jakaś? Ładna? A mądra? -spytałam
Burol zrobił najpierw okrągłe oczy, a później znowu nerwowo się rozejrzał. To chyba taki tik nerwowy.
-W piątek nie mogę. Idziemy z Mańkiem do Kuby na parapetówę.
-Oooo, to fajnie. Co mu kupicie na nową chatę?- spytałam grzecznie, gdy tymczasem burolowi oczy mało nie wyszły z orbit, po czym już naprawdę bardzo głośno rzekł do słuchawki
-Poczekaj stary, muszę się przesiąść, bo jakaś wścibska baba mnie tu podsłuchuje.
Wtedy ja się rozejrzałam, bo też chciałam wiedzieć, która to taka menda, a gdy gość już wyszedł z przedziału ponownie rozłożyłam Angorę i zaczęłam spokojnie czytać, w uznaniu i chwale wśród reszty cichych i jakże miłych współpasażerów.

Co było dalej, kto oglądał "12 prac Asterixa", ten wie.
Miałam się stawić w pokoju x, gdzie zastałam karteczkę, że w dniu dzisiejszym lekarz orzecznik przyjmuje w pokoju y.
W pokoju y, jak i na całym korytarzu, ni chuja żywej duszy. Wszystko zamknięte na cztery spusty i za wysoko, aby wbijać się do gabinetu po rynnie.
Poszłam więc do informacji, gdzie czekało już na moje oko z 200 osób spod pokoju x i drugie tyle spod pokoju y. Zanim zdążyłam osobiście się czegoś dowiedzieć podsłuchałam, że po pierwsze- lekarz orzecznik czeka na nas w pokoju xyz, który to znajduje się na zupełnie innym piętrze, a po drugie- po kilka osób zapisanych zostało na tę samą godzinę.
Wtedy zrozumiałam po co, tak naprawdę, mnie wezwano. Otóż jak byłam ostatnim razem w ZUSie powiedziałam im, że większego burdelu już być tam nie może i oni za punkt honoru postawili sobie udowodnić mi, że się mylę.

Następnie rozpoczęła się paraolimpiada do pokoju xyz, jakby tam co najmniej uzdrawiali.
Choć słyszałam niejednokrotnie, że tamtejsi orzecznicy, to akurat w tym względzie mają niesamowite zdolności i niejednego chorego ponoć z marszu faktycznie uzdrowili, jak nie przymierzając Kaszpirowski, czy tam inny Bashobora.
Nawet legendy krążą, że w jednym z gabinetów przyjmuje sam doktor House.
Nie żeby gość był  przystojny i piekielnie inteligentny. To ponoć po prostu wysoki, nieogolony cham, z nałogami, który swego czasu kulał.
W każdym razie wyprzedziłam tych na wózkach i o kulach, niewidomym wcisnęłam zły przycisk w windzie, niesłyszącym wskazałam drogę w przeciwnym kierunku i poleciałam ustawić się pod odpowiedni pokój.
I warto było odrobinę oszukiwać, bo dzięki temu weszłam do niego już dwie godziny później.
Na szczęście, wbrew zapowiedziom wszystkich znanych mi osób, lekarz okazała się być całkiem sympatyczną babką. Najpierw porozmawiałyśmy sobie o zasadności wzywania mnie do niej. Objaśniła mi, że dużo osób kombinuje ze zwolnieniami, które według niej są często zbyt łatwo dostępne. Na co wymsknęło mi się  nieopatrznie "taaaaaa. narkotyki łatwiej dostać", czego pożałowałam w tej samej chwili, dokładnie wtedy, jak kupiłam przez ebay bluzkę i wymsknęło mi się na poczcie "a pisała, że jest nieużywana, dziwka jedna", po czym w obu przypadkach zaległa taka głucha cisza. Jednak znając już tok myślenia lekarzy, od razu szybko dodałam, że "nie, nie mam problemu z narkotykami".  Koniec końców zwolnienie uznane zostało za zasadne.

Zdaje się, że dawno też Wam nie pisałam co u Maćka, a akurat u niego w ostatnim czasie zaszły duże zmiany.
Wyprowadził się od Jacka i zamieszkał w samodzielnie wynajmowanym, że tak zażartuję, pokoju.
Trafił do niego po tym, jak przez jakiś czas nie mógł nic znaleźć do krótkoterminowego wynajęcia. Wszędzie chcieli podpisywać umowy na co najmniej trzy miechy, a jak wiecie, ja z dzieciakami i sierściuchami zamierzamy w połowie grudnia do Maćka dobić, toteż dłuższy termin niż 1,5 m-ca nie wchodził w grę. Początkowo był nieco załamany tym, że nie może się rozprostować na łóżku, bo ma 190cm, a pokój, który wynajął 1,86x1,86, ale później doszliśmy do wniosku, że niestety jak się człowiek chce dostać do Narnii, to musi przejść przez swoją szafę. I on jest właśnie na tym etapie. Dosłownie.
Mam tylko nadzieję, że ten grzyb na oknie to nic trującego. Choć w zasadzie nawet wskazane byłoby żeby był halucynogenny. W obecnych okolicznościach, do tego grudnia, nawet lepiej by było, gdyby mu się wydawało, że sobie leży na Majorce, czy tam gna na jednorożcu po przestworzach.
Jakby Was to interesowało, to Wam powiem, że wynajem tego apartamentu kosztuje 300f  miesięcznie, no i drugie tyle trzeba było wyłożyć na depozyt.

Tak poza tym, to wszystko w normie.
Do zasmarkania dzieci doszedł ból gardła, a ja jakiś jesienny spadek formy odczuwam.
Też tak macie?
Nic mi się nie chce.
Gotować mi się nie chce. Sprzątać mi się nie chce.
A to naprawdę już najwyższy czas, skoro aby poprawić ostrość przecieram rękawem monitor.
Jedyny plus jest taki, że gdyby na świecie wybuchł jakiś kataklizm, mogłabym z dobry miesiąc żywić się z dziećmi resztkami spomiędzy klawiatury.
rtfttrrrrrrrrrrrtftgftfttfttttttttttttrffffffffrdddddddddddddeeeeee
Sorry, wyciągałam chipsa.

Dobra kochani, kończę tę ralecję, bo muszę wziąć w ręce Allegro i znaleźć nowy fotelik samochodowy dla Stiflera.
Albo nie, napiszę do BORu, może mają jakiś niepotrzebny po Kaczyńskim...








P.S. kto nie zagląda na fejsbunia, ten być może nie wie, że szukam zaufanego transportu do UK dla moich dwóch kotów, posiadających nadprzyrodzone zdolności. Jakby ktoś coś o czymś, to uprzejmie proszę o pw.