środa, 29 października 2014

Wpis na wkurwie...czyli zanim się odezwiesz policz do biliona

Od czego by tu zacząć, panie dzieju?
Może od tego, żeśmy się rozchorowali. Nie jakoś tak strasznie, jak na połączenie Alzheimera z biegunką, gdy biegniesz, ale nie wiesz dokąd. I nie tak egzotycznie, jak na chorobę wściekłych krów, świńską grypę, czy choćby karaluszego trypra. Nie mamy nawet gorączki, żadne z nas nie majaczy, nikt nie chce głosować na PiS, czyli wszystko niemal w normie. Poza tym, że don Juan jest pociągający po pas. Normalnie czuję się przy nim, jakby powróciło moje dzieciństwo. Z tym, że ja puszczałam kolorowe bańki. Szary szczeka, a Stifler co jakiś czas puszcza pawia.
Ja z kolei jestem na antybiotyku. I zachorowałam po nim na rozchwianie. Mój organizm nie może się zdecydować, którą stroną lepiej go zwrócić.
Nie, to nie taki antybiotyk o jakim pomyśleliście.
Taki prawdziwy.
Choć fakt faktem jak pani doktor zastanawiała się na głos "jaką dawkę pani przepisać?", to z przyzwyczajenia wypaliłam "0,7, poproszę". A wtedy wypadki potoczyły się błyskawicznie i zupełnie nie po mojej myśli. Otóż najpierw doktor zabroniła mi pić. A potem się śmiać. Dalej to podejrzliwie spytała, czy mam problemy z alkoholem, to jej szczerze odpowiedziałam, że nie i że problemy to ja właśnie mam bez alkoholu.
No ale mniejsza z tym, nie będziemy gadać o kimś, kto uważa, że "trzeźwofobia" to nie jest termin medyczny.
W każdym razie jeszcze trzy dni mogę pić tylko koktajle bezalkoholowe. Zatem do wódki dolewam bezalkoholowego piwa. Niezbyt to smaczne, bo ja generalnie piwa nie lubię, ale niech jej będzie.

Już sama nie wiem, może to właśnie sprawia, że jestem nerwowa jak mały dzieciak Eltona Johna w porze karmienia. 
Wszystko mnie wkurwia.  
Cały czas mam nieodparte wrażenie, że ignorancję można skorygować przy pomocy książki, głupota zaś wymaga strzelby i szpadla. 
Tak, tak moi mili, jak tak dalej pójdzie to zamierzam wystąpić o pozwolenie na broń. W końcu komórki nerwowe się nie regenerują, a amunicję zawsze można dokupić. 
I wyjaśnijmy to sobie od razu  

Mało tego, nie dość, że wszystko mnie wkurwia, to jeszcze wszyscy mnie wkurwiają.

Rydzyk mnie wkurwił tym swoim postrzeganiem prawa
Ja na swój sposób podziwiam tego człowieka. Jestem nim nawet zafascynowana i pierwsza krzyczę, że powinien dostać Nobla z fizyki, bo nikt jeszcze falami radiowymi nie poruszył ciemnej masy. 
Niemniej jednak za każdym razem jak go słucham, to mam ochotę zadzwonić do gdyńskiego Instytutu Medycyny Tropikalnej i im donieść, że wróciliśmy z o. Tadeuszem właśnie z Afryki, z tym, że on gorączkuje i jakoś dziwnie kaszle.
Brawo, toruński papieżu! 
Zacząłbyś, bucu jeden, brać w końcu odpowiedzialność za swoje słowa! Jeśli wszystkich katolików prawo teraz nie będzie obowiązywało, to tylko czekać aż na każdej ulicy będziemy mieli drugą Wiejską. Niemal sami złodzieje i bandyci. Bo że u nas co drugi to katolik, to chyba jasne. Bogobojnemu ludowi się wydaje, że jak przyjmą raz w roku kolędę, tudzież wdepną do kościoła, to sprawia, że są katolikami. Taaaaa. Tak samo jak spanie w garażu sprawia, że jest się mechanikiem.
A tak w ogóle, kochani katolicy, obczaiłam, że jak się w słowie "Rydzyk" przestawi literkę, kilka się doda i kilka odejmie, to wyjdzie "Szatan", jak nic!  

Marzena Wróbel mnie wkurwiła. U Tomasza Lisa tym razem. Przypadkowo trafiłam na program, bo gdybym wiedziała, że będzie gościem w życiu bym nie oglądała. Unikam tej kobiety jak rosyjski kierowca kontroli drogowej.
Tym razem błysnęła m.in. słowami "konwencja antyprzemocowa obraża miliony Polek!".
Pani Wróbel, mnie się wydaje, że Pani to akurat z przemocą miała od dzieciństwa do czynienia. Podejrzewam, że gdy przyszła Pani na świat, lekarz, aby sprawdzić czy Pani żyje, klepnął Panią w głowę, zamiast w pupę. Mocno klepnął. Za mocno. I oto mamy efekty. Wymyśliłam tę teorię wczoraj, jak robiłam obiad. Swoją drogą muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie natłukłam tak cienkich kotletów.
Wybaczcie, bo to niemiłe jest, ale niestety ja już tak mam, że jak oglądam 99% polskich polityków to sobie załamana pod nosem szepcę "nie pierdolcie, że to jest ten plemnik, który wygrał!".

Korki mnie wkurwiają.
Korki powodują przestoje, stratę czasu i zdenerwowanie, a rozwiązanie problemu jest proste- wina powinny być kapslowane.

Wkurwia mnie to, że moje koty nie mogą wyemigrować wraz ze mną samolotem, jak normalni ludzie. I to tylko dlatego, że UK ma jakieś dziwne, restrykcyjne przepisy dotyczące transportu zwierząt drogą powietrzną.
I nici z naszych planów. A oczami wyobraźni już się widziałam w biznes klasie, do której przeniosłyby mnie rozanielone stewardessy słowami
-O Boże! Nigdy nie widziałyśmy tak niezwykłych stworzeń.
Podziękowałabym im wtedy grzecznie, bo lubię jak ktoś chwali moje dzieci i pokazałabym im też koty, a wtedy one powiedziałyby
-O Boże! Jakie niezwykłe dachowce! Też nigdy takich nie widziałyśmy. Jeden szary, drugi biało- rudy, prawdziwa rzadkość. Możemy sobie zrobić z nimi zdjęcie? A teraz niech się pani przeniesie do biznes klasy, żeby było wam wygodniej w tych fajnych fotelach.
No i gówno. Po planach. A pół opakowania olejku arganowego zużyłam, żeby im się sierść błyszczała i wszystko psu w dupę.

A przed chwilą jeszcze don Juan do mnie przyszedł z pytaniem, czy może przeklinać, bo u niego w klasie (czwartej) wszyscy przeklinają i on by chciał chociaż móc mówić słowo na "d".
Jako iż jest jeszcze rano, do mojego mózgu na początku doszło tylko "przeklinać" i pomyślałam sobie "Pięknie! Niedaleko jednak pada elektryk od kombinerek", czy jak to tam się mówi. No bo wiecie- Maciek czasem przeklina. A później próbowałam zaskoczyć jakie jest to pożądane słowo na "d"?
Durwa???!!!
Duj???!!!
O co mu chodzi???!!!
Stałam tak, z rozdziawioną gębą, dobre pięć minut i jak mi styki zajarzyły zdążyłam tylko wybąkać to co zawsze, czyli że będzie mógł przeklinać wtedy, gdy na dane słowo znajdzie również 20 innych, nieobraźliwych synonimów.
Zazwyczaj nie dochodzi do dziesięciu, jakby się nie starał, więc póki co mam go z głowy.
No i gdy kończyłam ostatnie zdanie mojego pedagogicznego monologu, dumna ze swojego sprytu, do kuchni wbiegł goniący kota Stifler,  po czym rzucił mu się na szyję (kotu rzucił się na szyję, mi lub braciom na szyję rzuca się tylko wtedy, jak coś od nas chce, a rano rzadko jemy słodycze) i wykrzyknął głośno i wyraźnie "DUPA!". Ekspresja w wyrażaniu pozytywnych emocji u dzieci piętnastomiesięcznych widać bywa zaskakująca.
I tu przyznaję poniosłam klęskę, bo don Juan spojrzał na mnie z wyrzutem, po czym się sfochował. Kurde, nie zdążyłam oddać dziecka do przedszkola, by spokojnie móc później tłumaczyć wszystkim, gdzie on się nauczył takich słów. Swoją drogą, ja faktycznie zachodzę w głowę skąd on je zna. No bo tak, do przedszkola nie chodzi, bracia jego nie przeklinają, na spacerach jest tylko ze mną.
No chuj wie.

Muszę sobie znaleźć jakieś nowe relaksacyjne zajęcie. Szydełkowanie już mnie nie uspokaja. Zresztą aktualnie nie mam na nie czasu. Co nie oznacza, że nie stworzyłam nic nowego. Mój najnowszy projekt nosi nazwę "kołtun". Dla zainteresowanych postaram się wrzucić jakiś filmik instruktażowy. Póki co przygotujcie sobie kordonek, szydełko i dwa jebnięte koty, które się czają na nitkę.

Poszłabym się wyciszyć na rybach, ale nawet tego nie mogę. Raz, że jak już pisałam, nie mogę pić. Dwa, że jest mi tych ryb strasznie żal. A trzy, że na rybach  i tak tylko kurwica mi bierze.

I chciałam jeszcze napisać, zwłaszcza tym, którzy nie śledzą facebooka, że doprecyzowałam swoje plany odnośnie halołinowego przebrania.
Otóż w obecnym nastroju przebiorę się za okres.
A potem się spóźnię.
I wszyscy dostaną zawału.

A na koniec wrzucę Wam piosenkę, jakże bliską memu sercu...






środa, 22 października 2014

Bób, homar, włoszczyzna....czyli jak zostałam drugą Magdą Gessler

Pretekstem do umieszczenia tego wpisu jest fakt, iż chcę się pochwalić, że umiem już upiec puszysty biszkopt. Jeszcze mi się dziwnie marszczy po ostygnięciu, ale przez chwilę jest taki zajeeeebisty, że ho ho! Normalnie szósty raz próbowałam zdjęcie na fejsbunia cyknąć, coby wszystkie koleżanki padły z zazdrości, a koledzy jeszcze bardziej żałowali, że się ze mną nie hajtnęli.
Co?
Że niby każdy potrafi?
Taaa, spoko, też tak kiedyś kłamałam.

Gdy poznałam Maćka miałam 17 lat i potrafiłam samodzielnie ugotować ziemniaki. Niekoniecznie potrafiłam odpowiednio je posolić, bo niestety większość życia mam spięcie na stykach odpowiadających za przyprawianie i albo nie dosolę, albo przesolę właśnie.
Owacje na stojąco?
Dajcie spokój, nie trzeba.
Mama moja jest pedantką, gdzie "pedantka" to eufemizm, bo założę się, że nie znacie wielu osób, które kładą się na ziemi w ciągu dnia (zresztą w nocy pewnie też nie) i krzyczą
-Na panelach w kuchni są ślady stóp! Boże, że też ja muszę całe życie na tej szmacie jeździć, bo wokół same brudasy!!! I nikt nie potrafi uszanować mojej roboty i po tej cholernej podłodze nie chodzić!
W każdym razie wizja wyczyszczenia szczoteczką do zębów boazerii po sufit, w mieszkaniu wysokim na 3,30m,  po ugotowaniu jajka na twardo, nie bardzo mi się uśmiechała, toteż postanowiłam z zasady z kuchni korzystać jak najmniej. W postanowieniu wytrwałam całe lata ważąc w porywach 48 kilo.

No a później poznałam Maćka, jak rzekłam wcześniej.
I dziś, jako mężatka z dwunastoletnim stażem, mogę śmiało Was, beztroskie singielki, zapewnić, że niezależnie od wszystkiego- od Waszej religii, światopoglądu, rasy, czy też preferencji seksualnych, to z czym się w przyszłości hajtniecie, na pewno będzie chciało żreć. I już dziś też mogę Wam rozwiać resztę złudzeń, że samo oglądanie Master Chefa Was z niego uczyni.
W końcu ilu Waszych partnerów/partnerek ogląda porno? A ilu z nich to Nacho Vidal albo Jenna Jameson?
No więc właśnie.

Jak każda zdrowa narzeczona póki mogłam nieco koloryzowałam prawdę pochodzenia dań. Nawet sobie blachy pokupowałam takie, aby pasowały do nich wypieki z cukierni za rogiem. I po pracy, delektując się dajmy na to kruchymi rogalikami z konfiturą różaną "według przepisu mojej ciotki Zofii" (wersja oficjalna), śmialiśmy się z tych nieudolnych, pożal się Bobrze, domowych kucharek, co to latają jak ze sraczką między patelnią a piekarnikiem, mając totalny rozpiździel nie tylko w kuchni, ale i w całym domu. Gdy tymczasem ja po kuchni chodziłam w szpilkach, zarzucając czupryną niczym Magda Gessler, a zrobienie 30 sztuk rzeczonych rogalików zajmowało mi 20 minut podczas których nie dość, że nie nasyfiłam nigdy, to jeszcze sobie pazury pomalowałam i przeleciałam ze dwie gazety.
Jakoś tak się stało, że pewnego dnia Maciek doceniając kunszt tamtejszego cukiernika, w ferworze drożdżówki popijanej "mieszanką herbacianą z receptury mojej babci" (taaa, ekspresowa z Biedry. Ot, siła sugestii) , rzekł:
-I obiecaj, że mi tak będziesz gotowała aż do śmierci..

I wtedy coś we mnie pękło. Nie wiem, czy spowodowane wizją mnie zmęczonej, ujebanej (a jakże!), ociekającej potem przy garach, która to przysłoniła wizję mnie na czerwonym dywanie puszczającej oko do Vin Diesela, ale w każdym razie postanowiłam wyznać mu prawdę słowami
-Kochanie, jeśli ja miałabym ci tak naprawdę gotować, to nawet się nie spodziewasz jak szybko nastąpiłaby ta śmierć.
A później mieliśmy długą i fascynującą rozmowę o tym, że ja z natury to antykulinarna jestem i to jest nie tylko światopogląd, ale też i religia dlatego nie możemy nic na to poradzić. Konstytucja zapewnia mi do tego prawo. Ja jej nie wymyśliłam.
No i jeszcze se pogadaliśmy o kłamstwie.
No i o tym, że cukiernik z cukierni zza rogiem to zdolny chłop, ale nawet umiejętność pieczenia dobrych ciast nie jest jakimś gwarantem szczęśliwego małżeństwa, bo żona puściła go kantem. Więc może mi odpuśćmy.
I że "no dobra, dobra, dla ciebie mogę się postarać"

Słowo się rzekło, kobyła u płotu.
Tak rozpoczęłam swoją przygodę z gotowaniem.
Jak zwykle improwizując.
Idyllę zburzył Maciek. A w zasadzie ja. Niepotrzebnie podsłuchiwałam, jak gada z kuzynem przez telefon...
-No właśnie okazało się, że niezupełnie gotuje jak moja matka, ale za to potrafi pić jak mój ojciec!
I nie to, żeby z tym piciem to nie była prawda. Choć oczywiście nie była. No bo same powiedzcie, czy to nie jest normalne, że jak Wam się w kuchni rozsypie sól, to jest to znak, aby poszukać tequili i przynieść cytrynę?! A później ręce same się trzęsą i sól rozsypuje się za każdym razem, gdy po nią sięgamy. A więc znowu- cytryna, tequila, itd. Też tak robicie, nie?
W każdym razie naprawdę mniejsza z tym piciem, ale powiedzieć, że gotuję gorzej od jego matki, to już był szczyt chamstwa zwyczajny!
Ja gotuję gorzej?!
Ja?!
A kto nawet głupich schaboszczaków nie potrafi dobrze wybrać?!
Jak położyłam na patelnię te zamrożone kotlety co nam dała (oczywiście uprzednio przyprawiając, głupia nie jestem) to się tego kuźwa, jeść nie dało. Z wierzchu usmażone, a w środku zimne i twarde.
Tfuuu!
A Maciek do mnie, jak do idiotki:
-Kochanie, one są zamrożone.
-No, na kość. -powiedziałam dobitnie, po czym dodałam z satysfakcją-Od twojej matki.

Dalej nasze dialogi stawały się coraz bardziej napięte i było mi niezręcznie jak sataniście o imieniu Bogusław.
-Kochanie, ta ryba jest surowa.
-A słyszałeś, kochanie, o czymś takim jak SUSZI?
-Z kostki? W panierce?

Albo
-Ten kurczak jest niedosmażony.
-Taaa. A surówka jest surowa i niestety lody na deser mamy tylko mrożone. Świeżych nie było.

To była jakaś tragedia.
Apogeum bezduszności i niewdzięczności z jego strony, razem wzięte.
To ja tu pierwszy raz w życiu zrobiłam szpagat przygotowując dla niego kisiel. Nabawiałam się oparzeń trzeciego stopnia robiąc dla niego sernik na zimno z opakowania, a on mi, że tę galaretkę, to trzeba było na wierzch.
A biszkopty na spód.
A nie wszystko wrzucić i zmiksować!
I że tak się nie da, że nie wszystko trzeba zawsze traktować mikserem. Jak spaghetti.
Wiecznie coś nie tak.
Miarka przebrała się we wrześniu, gdy papryka była najtańsza.
Ułańska fantazja doprowadziła go do pytania:
-A zrobiłabyś mi leczo?
-Leczo to lekarze- odparłam beznamiętnie. Odkręciłam zimną wodę, nalałam do garnka, wrzuciłam do niej mrożone pierogi i nastawiłam minutnik na 3 minuty. Bo tak, kuźwa, było napisane. GOTOWAĆ TRZY MINUTY. Co ja siedzę w tych pierogach, czy jak? Czy ja wyglądam jak Gordon Ramsey? No może z rana, zanim się wymaluję, ale nie o to chodzi.
Tak więc wrzuciłam, zaczęłam odmierzać czas i wróciłam do oglądania Klanu.
- To może bigos? -a ten tam walczył dalej
- Weź Stopperan- odparłam nie odrywając oczu od ekranu
-Dlaczego?-spytał
-Bo chyba cię posrało- powiedziałam nadal beznamiętnie wyciągając pierogi, a w duchu myśląc, że to jednak prawda, że gówno zapłacisz- gówno masz.  Kupiłam je w markecie w promocji. Twarde i niedobre jak cholera.

Któregoś dnia, gdy wracaliśmy do domu, niebo rozstąpiło się, usłyszeliśmy anielskie trąby i jasna poświata pojawiła się wokół nowego przybytku na dzielni,  z napisem "GARMAŻ".
Nawet sobie nie wyobrażacie, jak się ucieszyłam.
A jak się Maciek ucieszył! Łzy poleciały mu ze szczęścia normalnie. A on sam poleciał do robotników pytać, czy im nie pomóc, żeby szybciej remont skończyli.
I kto by pomyślał, że tak mu zależało na tym sklepie?! Przecież apetyt ostatnio mu i tak nie dopisywał. Schudł, mówił wiecznie, że nie jest głodny. Ale wiecie jak to jest- z facetem, jak z dzieckiem, które w domu ma rarytasy i kręci nosem, a w gościach to się pasztetową zażera.
No nie dogodzisz, normalnie.
Wraca taki buc z pracy i od progu
-Co na obiad?- a mina jakby się bał przy tym
-Ziemniaki z grzybami- kobieta subtelnie i eterycznie drze ryja, po czym pyta- Może być?
-No może, może- i widzisz jak na jego paszczy w miejsce strachu pojawia się uśmiech
-To dobrze, bo na ziemniakach od wczoraj pleśń się zrobiła, a szkoda wyrzucić
I o co później awantura? Bo ja nie wiem.

W każdym razie po pierwszej fali radości to mi się nawet trochę przykro zrobiło, bo ten garmaż powstał na etapie, gdy w kuchni zaczynałam się rozkręcać.
Gdy ja się pierwszych odmrożeń nabawiłam nie mogąc się zdecydować przy zamrażarkach co na kolację- pizza czy zapiekanki.
A na obiad to nawet własne dania wymyślałam- kurczak w sosie z wódki, kaczka w winie, jagnięcina w whisky, baranina w koniaku.
Rzecz jasna wszystko w wersji wegetariańskiej, bez mięsa.
I wiem, że mu to też pasowało, bo to był też jedyny etap w naszym związku, gdzie zostawałam codziennie obsypywana prezentami.
Książki mi kupował.
Kulinarne.
I zawsze, gdy stawiałam mu obiad na stole, z przepisu z którejś z tych książek, nazywał mnie "Czarodziejką".
W każdym razie otwierał na odpowiedniej stronie, patrzył na zdjęcie, później na talerz. Na zdjęcie. Na talerz. I znowu na zdjęcie. Po czym szeptał
- To, kurwa, muszą być jakieś czary.
Urocze, nie?

A dziś....dziś nie dość, że lubię gotować, to jeszcze robię zajebisty biszkopt, który z nieznanych mi przyczyn po kilkunastu minutach dziwnie się marszczy. Ponadto dbam, aby gotować zdrowo. Czytam etykiety i potrafię godzinami stać na dziale ze zdrową żywnością. I już naprawdę nie chodzi o to, że w moim markecie jest ten dział tuż obok działu ze słodyczami i po prostu gdzieś muszę zawsze przeczekać, aż sobie ludzie pójdą, żeby iść po batona. Czy tam dwa. Czy tam siedem.
Ostatnio słyszałam od jednej dziewczyny, że to właśnie jest mój słaby punkt diety. Radziła, żebym odstawiła słodycze, alkohol i majeranek, bo pobudza apetyt.
Właściwie to ta dziewczyna przyjaciółką moją kiedyś była, ale po takich radach to uważam, że nie można człowieka więcej nazwać przyjacielem.
W każdym razie dążę do tego, że jeśli któraś z Was jest na początku swojej drogi kulinarnej, to nie należy się zniechęcać tym, co się zastanie w mikrofalówce po wsadzeniu tam pomidorów i nastawieniu na największą moc w celu uzyskania sosu pomidorowego. Ani tym, co się zastanie po wsadzeniu jajka celem ugotowania go na miękko. A kajmak z sufitu może i ciężko schodzi zostawiając plamy, ale też uczy, że ugotowana puszka mleka skondensowanego przed otwarciem powinna ostygnąć.  
Ostatecznie, jak Wam nie wyjdzie, to pamiętajcie, że durszlak może służyć też w innych celach.....






echhhhhhhhhhh, no dobra, poniżej bardziej prawdziwe oblicze...




I na ryjoksiążkę zapraszam, kto tam jeszcze nie miał okazji zajrzeć PROFIL RYJOKSIĄŻKOWY-TU KLIKAĆ

Aaaaaa i jeszcze jedna prośba- w związku z moją planowaną w pierwszej połowie grudnia emigracją, czy moglibyście kochani emigranci tudzież znajomi emigrantów dać mi jakieś namiary na zaufane firmy zajmujące się przeprowadzkami z PL do UK, które bezpiecznie przewiozą całą moją biżuterię, oczywiście wysadzaną diamentami, mój diadem, wszystkie kreacje, w których występowałam w "Dynastii" oraz niezwykle cenny dla mnie autograf Krystyny Lubicz. A przede wszystkim przewiozą też Rycha i Psota. Bezpiecznie.

czwartek, 16 października 2014

Górna lewa trójka...czyli sadystyczne pogotowie dentystyczne w Gdyni

Nigdy nie miałam problemów z zębami.
No dobra, są krzywe.
Nosiłam przez jakiś czas aparat, jak byłam mała, ale brat wołał na mnie "terminator" i "glebogryzarka", a ojcu robiło się niedobrze jak wyciągałam przy nim te swoje sztuczne dziąsła z szynami więc przestałam go nosić równie szybko, jak zaczęłam.
W sumie mała strata i tak by z tego nic nie było, gdyż stomatolog kazał mi go wkładać na noc, a matka kazała na noc wyjmować, bo się bała, że się przez sen uduszę.
W tym domu widać nie miałam szans na prosty zgryz.

W naturze istniała jednak do niedawna równowaga- może i miałam zęby brzydkie, ale równocześnie miałam je zdrowe. Strach przed dentystą był dla mnie pojęciem nieznanym, bo do 29 roku życia dentysta nie robił przy moich zębach nic, poza rutynowym przeglądem. W zasadzie to ja nawet nie miałam swojego dentysty. Szłam na ten przegląd wtedy, jak mi się przypomniało i to do takiego lekarza, który był najbliżej.
Żadnych tuningów, zero ubytków, kamienia, paradontozy i innych pojąć mi nieznanych.
Kiedyś.
Wszystko zaczęło się wtedy. Zrobiłam wówczas porządek z tym zębem i odetchnęłam z ulgą. Choć moje życie zmieniło się o 180 stopni. Nic to, że w tym samym czasie urodziłam trzecie dziecko.
 Ja przede wszystkim poznałam, co to znaczy ból zęba.

No i dobre trzy tygodnie temu powtórka z koszmaru.
Wstałam sobie w jakąś przeciętną środę rano, a tu wzięła skurwysyńska lewa górna trójka i się ukruszyła. Tak sama z siebie.
Mnie już kiedyś jeden dentysta powiedział, że mam niedorozwiniętą ósemkę, ale że i trójka za normalna nie jest- tego nie wiedziałam.
Podeszłam do lustra. Wyglądałam świetnie. Nawet z tym ukruszonym zębem. Zresztą takie tyci- tyci mi się ukruszyło, powiedzmy 1/20 całości, ale od tamtej chwili zaczęłam oswajać się z myślą, że znowu trzeba będzie się wybrać do stomatologa.
I to znowu nie na przegląd.
Wiecie, w mojej głowie, jak zakiełkuje jakaś myśl to ja, jako opanowana i inteligentna osoba, potrafię to szaleństwo stłumić. I to nie tak, żebym myślenie tłumiła, choć i to się zdarza. Chodzi o to, że ja muszę taką myśl rozpracować, przeanalizować dokładnie w te i wewte.  Później zobaczyć co mają do powiedzenia na ten temat w National Science i Klubie Miłośników Chomików Dżungarskich. Poradzić się przyjaciół, przespać się z nią kilka, a czasem kilkaset nocy. I wszystko po to, aby pewnego dnia, czyli zawsze wtedy jak mam syf w chałupie i powinnam gruntownie posprzątać, wstać i powiedzieć
- To ja już wolę do dentysty
I dlatego właśnie wykręciłam numer Centrum Stomatologicznego w Gdańsku, po czym ustaliłyśmy z przesympatyczną recepcjonistką, że pani doktor będzie równie miła, że nie oglądała "Piły", nie podpisała deklaracji sumienia, nic nie wiadomo, żeby była dominą w jakimś klubie sado-maso i takie tam standardowe uwagi, co do wyboru stomatologa.
Ustaliłyśmy również, że przyjmie mnie w najbliższą środę.
A dalej to już nie pozostawało mi nic, poza czekaniem na datę wizyty.
W syfiastym mieszkaniu, ale przecież się nie rozdwoję.

We wtorek, czyli w przeddzień jednak zaczęło dziać się coś, czego nie brałam pod uwagę
Napisałabym, że poczułam ból zęba, ale to tak jakbym napisała, że Donald Tusk mijał się czasem z  prawdą. A wszyscy dobrze wiemy, że Donald łgał jak pies. I tak też ząb nie bolał tylko nakurwiał. Wybaczcie, o ludzie wrażliwi na moją ekspresję językową, ale co właściwie miałabym napisać? Że mnie coś przy dziąśle gilgało?
Zresztą próbowałam pisać tę notkę, niczym Mickiewicz, ale mi wyszło tylko "onegdaj wieczorową porą poczułam boleść okrutną, coś jakbym obuchem w czerep dostała, a nakurwiało straszliwie"- jak widzicie sami, nie jestem w formie. Zresztą zawsze mówiłam, że mnie cierpienie nie uszlachetnia.
Zatem tu się zatrzymamy na krótki instruktaż rozróżniania faz bólu zęba.
Otóż jest: ćmienie- tępy ból- ostry ból- napierdalanie- nakurwianie.
I tak odpowiednio: ćmienie i tępy ból się ignoruje, przy ostrym bólu gryzie się goździki i żre apap, licząc, że kiedyś wreszcie na coś pomoże. W fazie bólu ostrego żremy ketonal/tramal/pyralginę, a czasem wszystko na raz. Ignorujemy uwagi matki, która radzi przyłożyć do bolącego zęba gazik nasączony 92% spirytusem. Ignorujemy również jednorożce, które pojawiają się po spożyciu tramalu. Natomiast w ostatniej fazie bólu ignorujemy wszystko inne, przekraczamy pewien próg w naszym umyśle, uruchamiają nam się ponadludzkie zdolności i tak na przykład krzycząc biegamy po ścianach.
Jest to terminologia niemal medyczna, także możecie zapamiętać.
Ja osiągnęłam ostatnią fazę bólu. Dalej było już tylko niekończące się cierpienie, inaczej zwane "Moda na sukces". Wytrzymałam tak do 19, po czym zadzwoniłam do moich rodziców i powiedziałam, że jak wiadomo kodeks Hammurabiego mówił "oko za oko, ząb za ząb", natomiast kodeks dentystyczny mówi "oko za oko, ząb za trzy stówy",  a że Maciek krótko za tą granicą siedzi, wybiorę opcję za friko- pogotowie dentystyczne.
W Gdyni, na Żwirki i Wigury.

Mama została z dziećmi, a ja z ojcem pojechałam do szpitala. Rejestracja przeszła gładko- pani spojrzała na mnie i zanim zdążyłam się odezwać powiedziała
-Z zębem prosto i na prawo.
I tam też z tatą poleźliśmy.
Zdjęłam kurtkę i obczaiłam, że przed nami w kolejce czekał już jakiś facet, wtedy jeszcze uśmiechnięty. Uśmiech mu zrzedł, gdy zobaczyliśmy JĄ. Panią, że tak zażartuję, doktor.
Coby Wam wyobraźnia lepiej wizualizowała, to opiszę ją Wam z wyglądu.
Oglądaliście "Dynastię"?
No. To wyglądała dokładnie jak trzykrotnie starsza siostra Alexis, tyle, że w pinglach.
 Macie tak czasem, że dosłownie widzicie jak na widok kogoś czarne koty spluwają przez lewe ramię? Taki szósty zmysł, który każe Wam z niewiadomych przyczyn trzymać się od kogoś z dala? Bo ja tak mam. I gdyby nie bolało tak bardzo, jak bolało, to w tym momencie właśnie bym spierdzieliła. Z godnością, rzecz jasna, rzucając coś na odchodnym o włączonym żelazku, czy odkręconym gazie. Jak zawsze.
Zresztą, mili moi, w sumie nie ma się co wstydzić. Ja miałam kiedyś koleżankę dentystkę i od niej wiem, że twardziele do dentystów nie chodzą. A przynajmniej u niej nigdy żaden twardziel nie był.
W każdym razie mój szósty zmysł nazwał ją Elżbietą Batory, ale postanowiłam go zignorować i rozsiąść się wygodnie na niewygodnych krzesłach, aby zapomnieć o bólu zęba czytając ścienne plakaty o chorobach uzębienia. W tym samym czasie do poczekalni wszedł młody chłopak, który wyglądał z jednej strony twarzy jakby go nastrzyknęli kwasem hialuronowym od oka po brodę. Powiedział
-dobywieczu- i usiadł tuż przy mnie.
W tym samym momencie otworzyły się drzwi i pierwszy facet wyszedł z gabinetu. Wybiegł dokładnie.Wstałam celem spotkania się ząb w ząb z Elżbietą, gdy poczułam jak po drodze za rękę chwyta mnie mój ojciec.
- Jak będziesz w gabinecie, to ja pójdę na fajkę, bo nie chcę słuchać, jak będziesz krzyczała-powiedział
Chciałam się nawet słabo uśmiechnąć, ale mi przeszło jak zobaczyłam po jego minie, że nie żartuje.
Czyżby był u niej wcześniej?
Po czym ojciec, jak to ojciec, całkiem już głośno dodał
-Wezmę ze sobą twoją kurtkę- i obrzucił podejrzliwym spojrzeniem młodego chłopaka, a następnie konspiracyjnym mnie
Westchnęłam głośno i powiedziałam
-Nie, no zooostaw- po czym obrzuciłam przepraszającym spojrzeniem chłopaka i zwróciłam wytrzeszczone w pytaniu "myślisz, że przyszedł tu ze spuchniętym ryjem, żeby mi kurtkę zajumać?!" oczy w stronę ojca.
Nie zrozumiał.
-A co? Nie masz nic w kieszeniach?- spytał równie głośno, po czym dziwnie wykrzywił głowę i wbił wzrok w biednego, spuchniętego gościa
-Nie- powiedziałam stanowczo i dobitnie, po czym postanowiłam zapaść się pod ziemię. Ale zanim się zapadłam usłyszałam
-I tak ją wezmę.

Po przekroczeniu progu gabinetu, faktycznie ujrzałam Elżbietę Batory, w pochlapanym krwią fartuchu i z obcęgami w rękach.
A nawet jeśli ujrzałam coś innego, niewiele się toto różniło.
-PESEL- odpowiedziała na moje "dobry wieczór"
Wydukałam ten pesel ładując się na fotel.
-Nie mam pani w komputerze- rzekła.
-Nie wiem, dlaczego. Jestem ubezpieczona- powiedziałam z kolei ja
-Co mnie to obchodzi? To już sobie pani z NFZetem będzie wyjaśniać. Wydrukuję pani oświadczenie do podpisania....no drukuj się....drukuj się...DRUKUJ SIĘ!!!!!...i znowu się zacięło! Jak ja mam w takich warunkach pracować, co?!- po czym Elżbieta z drukarki przeniosła wściekłe spojrzenie na mnie. Wyglądało na to, że ma zły dzień. Właściwie to wyglądała, jakby w życiu miała same kiepskie dni.
Pomyślałam sobie, że może zasugeruję jej, żeby włączyła tę drukarkę, bo to stary model, widać nie zaskoczyła sama, a światełko przy on/off się nie świeci, ale po tamtym zapaleniu okostnej dentyści wzbudzają we mnie jakiś taki syndrom przetrwania, który z moją niewyparzoną japą objawia się tym, że na wszelki wypadek wolę nie odzywać.
Za to piętnaście minut klikania na ramkę "drukuj" później, w końcu odezwała się ona
-Druk pani dam do wypełnienia, w wersji skróconej. Podpisać. Dobrze. Na fotel
Usiadłam zatem posłusznie na fotelu, otworzyłam buzię, ona w nią zajrzała, uśmiechnęła się, a ja tknięta złym przeczuciem zaraz ją zamknęłam
- Może znieczulenie?- wybąkałam nieśmiało
-Nie trzeba!- była już wyraźnie zniecierpliwiona, więc postanowiłam ponownie otworzyć buzię, żeby jej bardziej nie wkurwiać.
Po czym postanowiłam zamknąć ją szybko ponownie.
Dokładnie w momencie, gdy zobaczyłam jakie trzyma w ręku wiertło
- Przepraszam, a pani doktor zamierza mi tym w buzi wiercić, czy może się akurat wybiera na jakieś odwierty naftowe?- spytałam drżącym głosem, który wiązł mi w gardle
-Nie gadać. Buzię otwierać

Dalej to było jeszcze
-Oooooo jaki piękny stan zapalny!
i
-Proszę mi spod lampy nie uciekać!
oraz
-Jak się pani tak będzie darła, to ja nic nie zrobię!
a także
-Co się pani tak rzuca na tym fotelu? No boli, boli, jak się ma taki stan zapalny, to jasne, że boli!
A później to już było z górki, bo postanowiłam udawać martwą, w nadziei , że mnie zostawi.
W końcu u oposów ten numer zawsze działa, widziałam na National Geographic.

-Zatruła mi tego zęba, kazała przepłukać usta i "ODSTAWIĆ KUBECZEK NA MIEJSCE!"- opowiadałam na drugi dzień mojej nowej dentystce.
-Jak to odstawić? Chyba wyrzucić?- zapytała ona
-Nie, odstawić właśnie. I ja to zrobiłam. Raz, że bałam się sprzeciwić, bo do końca wizyty trzymała wiertło, a dwa, że na świecie musi być jakaś równowaga, bo skoro ja pewnie piłam z kubeczka po gościu przede mną, to...-nie dokończyłam, bo widziałam jak pani doktor odpływa gdzieś wspomnieniami
-Mnie na studiach uczono, że jak kubeczek nie jest umazany krwią, to mamy go tylko przepłukać- powiedziała szczerze, po czym zobaczywszy moją minę szybko dodała- Ale to było dawno, w innym mieście i oczywiście się do tego nie stosuję. No dobrze, bierzmy się do roboty. Jest pani na coś uczulona?
-Tak, na jod.
-I powiedziała to pani wczoraj na pogotowiu?- spytała
-Nie, bo się zestresowałam i w sumie nikt nie spytał- powiedziałam zgodnie z prawdą
-To pięknie, bo do trucia zęba najczęściej używa się jodu.

Tak więc reasumując ODRADZAM pogotowie dentystyczne w Gdyni na Żwirki i Wigury. Gdynianie, gdańszczanie, sopocianie, mieszkańcy Trójmiasta- rozpuście wici, bo szkoda zębów, szkoda ludzi, a nie każdy umie tak sprawnie jak ja udawać martwego oposa przecież.

Ja swoją antyreklamę zaczęłam już od wyjścia z gabinetu, gdy cztery pary oczu siedzące w poczekalni zostały we mnie wbite z niewypowiedzianym pytaniem "i co? jak było?".
I naprawdę wysiliłabym się na coś subtelniejszego, ale zdołałam wydukać tylko
-Ludzie, spierdzielajcie stąd!
I widać było to powiedziane dość sugestywnie, bo wszyscy wstali i wyszli.
Ma się tą charyzmę, nie?!






P.S. Jeśli chcecie poczytać mnie nieco więcej to zapraszam już jutro do kiosku po najnowszy numer "Faktów i Mitów", no i na fejsbuczka, a jakże!
PROFIL FEJSBUCZKOWY- TU KLIKNIJ


sobota, 11 października 2014

Fejsa mam...czyli krótka notka informacyjna

Aby ułatwić Wam życie do jednego zamiast dwóch kliknięć oraz zgodnie z zasadą- co u trzeźwego na myśli, to u pijanego na facebooku- w pocie czoła, stworzyłam własny fanpejcz. Oczywiście wolałabym, aby zrobił to ktoś z mojego fanklubu, ale że takiego nie posiadam (bo się opindalacie), a wszystkie koleżanki, które poprosiłam doradziły mi wizytę u ortopedy (jakoś tak mówiąc- lecz się na nogi, bo na głowę za późno), trzeba było samemu zadziałać.
W ramach ciekawostek mogę Wam na przykład powiedzieć, że to nieprawda, iż nie da się skasować swojego profilu na facebooku. Da się. Nawet dwa razy.
A tak poza tym, nadal w ramach ciekawostek, to się mnie facebook spytał "czy Nietypowa Matka Polka to prawdziwa gwiazda/artyska?".
Wcisnęłam tak, ale się zarumieniłam, żeby nie było żem nieskromna.
Tak czy siak bariery natury technicznej zostały przełamane, logo stworzone uprzednio w paint-cie jednak usunięte  i  od dziś możecie klikać na prawo od tych słów, w taką niebieską ramkę z napisem "lubię to", czy jakoś tak. Zostawiając tym samym po sobie ślad dla potomnych. Albo dla obcych cywilizacji, które jak wiadomo istnieją i są niebywale mądre. Czego dowodem jest fakt, że się z nami nie kontaktują. Choć akurat ze mną się kiedyś skontaktowały, ale o mojej randce, na której widziałam UFO innym razem..
W każdym razie jeśli nie klikniecie, to też spoko. Absolutnie nie mam zamiaru żebrać o głupie lajki.
Jak wiecie -ja swoją godność mam!
Ewentualnie zrobię coś w kierunku tego, aby ta ramka się świeciła oczojebnie na jaskrawo albo wydawała wkurwiające dźwięki, dopóki się jej nie naciśnie.

I, broń Bobrze, nie czytajcie tam, na fejsie, po lewej stronie, po cóż ta strona została utworzona ;))

P.S. Tak, tak. Wstawię później na profilowe jakieś zdjęcie na tle meblościanki.
P.S. Coś ten głupi przycisk nie bardzo chce działać....macie tu profil na wszelki wypadek TO PROFIL- TU KLIKNIJ :)



czwartek, 9 października 2014

Słów kilka o przemocy domowej....czyli dlaczego mam nadzieję, że podpisaliście petycję

Wychowałam się w starej i robotniczej dzielnicy Gdańska.
Z jednej strony główna ulica obfitowała mnogością sklepów, kolorowych neonów i wszędobylskich reklam, z drugiej była bida z nędzą.
Moje dzieciństwo przypadało na lata 80/90. Czas, w którym na podwórkach słychać było nie tylko szum silników wjeżdżających lub wyjeżdżających z garażów aut, ale przede wszystkim słychać było dzieci, które umorusane latały po dworze od rana do wieczora.
Nie byliśmy wystylizowani przez nasze matki i nie baliśmy się pobrudzić. Rodzicielki zamiast fikuśnych kaszkietów i ażurowych szali ubierały nam na podwórko pozszywane w kroku i nieco zmechacone już legginsy albo dresy z naszywką na kolanie i bluzy, które czasy świetności miały już dawno za sobą. Biegaliśmy tak dzień w dzień, od poniedziałku do piątku z małą przerwą na szkołę, w sobotę na obowiązki, a w niedzielę na kościół, kto tam chodził oczywiście. Wzywani byliśmy dopiero na kolację, którą poprzedzała odwieczna licytacja "mamooooo, jeszcze pół godziny, błaaaaaaagam...to jeszcze chociaż 15 minut...to 10...to 5...no prooooszę cię, wszyscy inni mogą".
Do dziś pamiętam ile razy w domu dostawałam opierdziel i do dziś w uszach mi brzmi  "chcesz coś, to przychodź na górę, a nie drzesz się pół dnia pod tym oknem, a ja w nim wiszę i nie mogę nic w domu zrobić".
Graliśmy w zbijaka, w podchody, oglądaliśmy Monty Pythona u koleżanki w domu, zawsze, gdy jej rodzice jechali na działkę. Guma, kapsle, klasy, badminton, piłka i takie tam inne. Było nas na podwórku kilkanaście osób z jednej szkoły, z sąsiadujących kamienic. Byliśmy szczęśliwi mając siebie nawzajem. Bo w domach bywało już różnie...

Była wśród nas Monika, której ojciec pomieszkiwał na pobliskim dworcu, bo w domu mieszkać już z nimi nie mógł. Nie po tym, jak kolejny raz podniósł na nie rękę.
Raz na jakiś czas pani Bożena, styrana i schorowana mama Moniki, dawała mu szansę i wpuszczała do mieszkania na noc. Zwłaszcza zimą, gdy na dworze był siarczysty mróz, a on skomlał pod drzwiami na klatce.
Goliła go, kąpała, odwszawiała, karmiła, ubierała jak człowieka, po czym na drugi dzień płakała wraz z córką, gdy wcześniej rano tata zmywał się do swoich dworcowych ziomali pozbawiając je telewizora lub innej rzeczy, którą mógł spieniężyć by się z nimi nachlać.

Mieliśmy też na podwórku Kubę, chłopaka skrytego i zamkniętego w sobie. Wiedzieliśmy, a raczej widzieliśmy, że w domu mu się nie przelewa. Długo trwało zanim wpuścił nas do swojego świata. Zanim się otworzył i zaufał, że widzimy w nim naszego kumpla, a nie syna alkoholika, który mając lat dwanaście opiekuje się sam matką umierającą w domu na guza mózgu. Nigdy się nie skarżył. Ani gdy ojciec podczas awantur bił go i wyzywał od szmaciarzy i zer skończonych, ani gdy targał ojca po schodach do domu, aby nie spał na klatce, bo bał się, że sąsiedzi będą źle gadać. O jego tacie.
Kuba nie skarżył się też, gdy mył matkę, zmieniał jej opatrunki, podawał leki, czy też po jej śmierci przejął wszystkie domowe obowiązki.
Spotkałam go po latach na dzielnicy. Wyglądał jota w jotę jak jego ojciec. Tak samo śmierdział wódką.

Rafał był moim najlepszym szkolnym kolegą. Siedziałam z nim w jednej ławce. Chłopczyk jak z obrazka- śliczny blondynek z loczkami. Na jego szczupłej i nieco pociągłej twarzy pierwszy plan grały wielkie, błękitne oczy. Jego uroda kompletnie nie odpowiadała jego osobowości.
Był niezwykle bystrym dzieckiem. Matematyczny geniusz. Rok wcześniej rozpoczął edukację. Kiedyś myślałam, że to z powodu jego niebywałej inteligencji właśnie, ale teraz tak sobie myślę, że i tu do głosu dochodziły chore ambicje jego rodziców. Matka- nauczycielka francuskiego, ojciec- inżynier i syn- mały, smutny, zaszczuty chłopczyk. Pełen nienawiści do świata. Świetny zadatek na przyszłego psychopatę. Ale kto by nie zwariował w takich warunkach, jakie miał on w domu? Był lany za każdą ocenę poniżej piątki. Nie bity. Lany. Maltretowany właściwie. Byle jakie towarzyskie klepnięcie sprawiało mu podwójny ból. Raz, że jego chude ciało chyba w całości pokrywały wieczne siniaki. A dwa- że nienawidził ludzi. Nienawidził dotyku. Chciał umrzeć. Tak mi kiedyś powiedział, na lekcji, na polskim konkretnie. Mieliśmy wtedy po 10 lat. Byliśmy sami z tym jego cierpieniem. Nikt nic nie widział, bo nikt niczego nie chciał dostrzec.

O tym, że ojciec molestuje Ewę dowiedzieliśmy się od niej samej, któregoś dnia, po lekcjach. Ewa ni stąd, ni zowąd pękła. Spojrzała nam w oczy i po prostu opowiedziała o tym, jak tata wkłada jej ręce pod bluzkę, gdy odrabia lekcje. Poradziliśmy jej żeby poszła z tym do mamy, na co ona powiedziała, że już była. I że matka kazała jej się cieszyć, że ojciec nie wkłada jej rąk pod spódniczkę. I nic z tym nie zrobi. Wszak ojcu nie wolno się sprzeciwiać. Więc ona prosi nas o pomoc, bo ma jeszcze młodszą siostrę, którą tata coraz częściej woła na kolana. I Ewa widzi, jak się na tę siostrę patrzy.
Mieliśmy po 11 lat, a Ewa co jakiś czas przychodziła do szkoły niewyspana, z podkrążonymi oczami, a w klasie dostawała ataku padaczki. Dziś wiem, że stres może potęgować częstotliwość ataków. Ewa miała je naprawdę często.

Bracia Michowscy byli ode mnie starsi. Obaj szczupli, wysocy, z pięknymi orzechowymi oczami, które okalały długie, czarne rzęsy. Pochodzili z tzw. "dobrego domu". Ojciec ich był architektem, matka... właściwie nie wiem kim była, bo nigdy o niej nie opowiadali.
W kółko tylko a tata to, a tata tamto....
Mama zawsze w cieniu. Wyglądała jak cień. Była cieniem ojca. Szczupła, wycofana kobieta, zawsze w wielkich przyciemnianych okularach. Nie sprzeciwiała się tresurze synów, jaką poddawał ich ojciec. Szczerze wątpię, żeby kiedykolwiek i w jakiejkolwiek kwestii mu się sprzeciwiła. Choć może się mylę i może odważyła się kiedyś, jak miała jeszcze prosty nos...
Pewnego dnia Bratek, starszy z braci, zagapił się i nie wrócił na czas do domu. Miał dokładnie 10 minut spóźnienia, gdy ojciec po niego zszedł. Przy nas wszystkich, a było nas kilkanaście osób, wymierzył mu cios w twarz tak, że Bartek zachlapał mnie krwią. Wszystkich nas zmroziło. Nikt się nie odezwał. Przecież większość z nas wiedziała dobrze jak należy się zachowywać, gdy biją. Wiedzieliśmy, że należy milczeć.

Taka na przykład Natalka, to mieszkała w domu z rodzicami i bratem. Co dzień budziły ją wyzwiska ojca. Czasem od piątej z minutami kurwy i chuje latały u nich jak skowronki. Nawet w wakacje, bo przecież ojciec wakacji nie miał, normalnie pracował i normalnie wstawał do pracy rano.
Pamiętam jak opowiadała mi sceny, które najbardziej zapamiętała z dzieciństwa. Mały pokój, dzielony wspólnie z bratem, prowizoryczna ścianka działowa, a za nią krzyki ojca "ty śmieciuchu! ty kurwo! ty szmato! wypierdalaj do swojej mamuśki, ty parchu zasrany! w jednych gaciach cię wziąłem i tak cię do niej odstawię! jesteś gównem, dnem i zerem, meliniaro ty jedna!". To do jej matki, która nieraz nie pozostawała mu dłużna, ale częściej chyba milczała pokornie, nie chcąc podsycać jego furii, bo wiedziała, że pachnie ona pięścią.
Natalka brała wtedy lalki i odpływała w krainę fantazji, gdzie Ken wchodząc do domu wołał od progu,  jak na amerykańskich filmach, "kochanieeee, wróciłeeeeem", po czym całował Barbie w policzek. A potem się jej pytał jak minął dzień i co na obiad, ale bez "nawet, kurwo, ziemniaków nie potrafisz posolić", tylko tak normalnie. Natalka podczas awantur domowych nie lubiła patrzeć na brata, bo mimo, że milczał, było w nim tyle cierpienia, iż wydawało jej się, że kiedyś nie wytrzyma i mu serce pęknie. Siedział zawsze przy swoim biurku, raz po raz pogłaśniając muzykę, której słuchał na słuchawkach, telepał nerwowo nogą, a po policzku płynęły mu łzy.

Dwie klatki obok mnie mieszkał też Marcin. Był nieco młodszy ode mnie. O rok, może dwa lata. Jego matka, pani Hania, wyszła powtórnie za mąż cztery lata po przedwczesnej śmierci swojego pierwszego męża, ojca Marcina. Z drugim mężem też miała dziecko, małą Iwonkę, która była oczkiem w głowie swojego taty. Do niej pan Jurek był taki jak do nas, czyli czarujący. Często widziałam jak niesie na rękach córeczkę i roześmiany coś tam jej opowiada. Albo wraca z nią na rowerze wieczorem, do domu. Zawsze do nas zagajał- a to dowcipem rzucił, a to komplement powiedział, a to zwyczajnie spytał co słychać.
Gdyby nie to, że moja ówczesna przyjaciółka mieszkała nad nimi pewnie nawet bym nie wiedziała, że ich leje. Panią Hanię i Marcina, znaczy się, bo Iwonki nigdy nie ruszał. Czasem z Agą, moją przyjaciółka, wychodziłyśmy na klatkę schodową nasłuchiwać, czy pani Hania nie woła "ratunku", jak to się nieraz zdarzało. Leciałyśmy wtedy do Agi mamy, która niechętnie wzywała raz na jakiś czas policję, gadając pod nosem, że zanim dojadą, to on ją przekabaci i ona pewnie i tak nic nie zezna.
I tak też było. Znacie to pewnie.
Nieeee, nic takiego, w szafkę się uderzyłam. Siedem razy. Mąż? Mąż to porządny człowiek, do pracy chodzi, mało pije. No jest nerwowy, ale kto panie nie jest? Takie czasy.
Pamiętam, że pewnego dnia, jak byliśmy nastolatkami, postanowiliśmy iść wspólnie na dyskotekę i właśnie zbieraliśmy się pod Agi i Marcina klatką, gdy zobaczyliśmy jego jak zmierza w kierunku domu z jakimiś kolegami. I z bejsbolami przy okazji. Wyminęli nas, weszli do klatki, później kłusem na górę, prosto pod trójkę. Pierwszy raz wtedy słychać było krzyki nie pani Hani. Bo pani Hania od tamtej pory nie krzyczała już nigdy więcej.

Są trzy szkoły.

Jedna mówi, że kobiety są same sobie winne niekończącej się domowej przemocy. Nie, nie chodzi tu, że one faktycznie są dziwkami, czy też faktycznie się do niczego nie nadają.
Chodzi o to, że w takim bagnie całymi latami tkwią. Że kłamią przed tą policją, wzywaną nagminnie przez sąsiadów i tym samym chronią takiego sukinsyna. Że nie odchodzą, a przecież teoretycznie mogłyby odejść.

Druga szkoła mówi o syndromie uzależnienia się od swojego oprawcy. Mówi o relacji kat-ofiara. O tym, że ofiary nie są przypadkowe i że one zostały od małego wychowane do tej roli, choć oczywiście ich rodzice najczęściej tego świadomi nie byli. Mówi o tym, że kobieta całe życie słysząc, że jest dnem, gównem, zerem w końcu zaczyna w to wierzyć. A przecież gówno ma gówniane życie, no nie? Na inne nie zasłużyło, zwłaszcza jak jest "tępe, brzydkie i durne".

Trzecią szkołę reprezentuje KK. I nie chcę odnosić się do opinii kościoła w tej sprawie. Nie ma o czym gadać. Partnerem do rozmów o przemocy domowej nie są dla mnie brzuchaci panowie, którzy w kobietach widzą jedynie dodatki do ich partnerów, służące, tudzież inkubatory. Zresztą wystarczy spojrzeć na rolę kobiet w samym kk i wszystko staje się jasne.

Tak czy siak, wszystkie trzy szkoły zgodnie twierdzą, że dzieci nie są niczemu winne.
Dlatego niezależnie od reprezentowanych przez Was poglądów, mam gorącą nadzieję, że podpisaliście petycję, chociażby dla nich właśnie:
http://www.change.org/p/pos%C5%82owie-i-pos%C5%82anki-sejmu-rp-apel-o-ratyfikacj%C4%99-konwencji-o-zwalczaniu-i-zapobieganiu-przemocy-wobec-kobiet-i-przemocy-domowej?share_id=rlKAjvmBqt&utm_campaign=share_button_action_box&utm_medium=facebook&utm_source=share_petition




piątek, 3 października 2014

Misja Emigracja. Część druga...czyli 1/5 planu za nami, o powodach emigracji oraz (nie)typowa poleca!

Gdy przeszło dwa tygodnie temu Maciek bukował bilet, wydawał mi się to tak odległy termin jak tolerancja dla Jarosława Kaczyńskiego. Byłam podekscytowana jak Beata Kempa, gdy ktoś mówi o gender i wierzyłam, że właśnie tworzy historię, jak Antoni Macierewicz, za każdym razem, gdy ktoś pozwoli mu dojść do głosu.
Na pytanie Maćka co ja zrobię, jak już on wyjedzie, niezmiennie przedstawiałam każdorazowo inną opcję tańca. Zazwyczaj był to klasyczny kankan, ale czasem, jak mnie poniosło, wspinałam się na szczyt finezji i układałam własną choreografię, która mniej więcej szła jakoś tak



Aż cztery dni temu kapnęłam się, że to już jutro. I od razu dostałam anginy. Tak mi się wydaje w każdym razie, bo taka dziwna gula urosła mi w gardle. Gdy pomagałam mu się pakować doszły inne, klasyczne objawy przeziębienia, jak katar i łzawienie oczu.
Na drugi dzień, gdy poślizgnęłam się na jego skarpetkach, które wychyliły się spod fotela, bo nie mogły już znieść nagromadzonego tam smrodu, zamiast kopiąc odprowadzić prosto do pralki wzięłam je do rąk (bez rękawic ochronnych!) i chlipiąc wyniosłam skarpetusie w kierunku Frani.
No może Siemensa.
Wszystko jedno.
W każdym razie musiałam mieć gorączkę. Na szczęście nie na tyle wysoką, aby nie opanować chęci przytulenia się do nich. Choć przyznaję- było blisko. Jednak na szczęście zapach zrobił swoje.
A przedwczoraj to chyba miałam już ponad 40 stopni, bo nawet się nie zorientowałam, że nie swoje rzeczy ubrałam i tak całą noc przeleżałam w jego koszuli i kalesonach, bo jeszcze u mnie nie grzali, słuchając na przemian Lady Pank (Zawsze tam gdzie ty) i Edyty Bartosiewicz (Ostatni).
A nie, sorry, był jeszcze Myslovitz (Długość dźwięku samotności).

Wczoraj wcale nie było lepiej.
Nawet mi się nie chciało nóg depilować. W sumie po co? Mnie tam włosy pod spodniami nie przeszkadzają, męża nie ma, a Vin Diesel nadal nie odpisuje.
Żeby nieco odciągnąć myśli od Maćka postanowiłam pobawić się z dziećmi.
Jota w jotę jak pan na obrazku


A wieczorem przyszli zaniepokojeni znajomi. Spytali czy im się tylko wydaje, że chodzę w Maćka ciuchach, czy raptem zaczął mnie stylizować Jacyków. I po standardowych uprzejmościach w stylu schudłaś? (za cholerę), zmieniłaś kolor włosów? (od 30 lat ten sam) i równie standardowych prośbach -tak, poproszę, tylko z lodem, ale bez coli-  przeszliśmy do dalszej części naszych spotkań towarzyskich, czyli do rozmów o wyższości rycerzy Jedi nad ciemną stroną Mocy. I naprawdę nie mam pojęcia jak to się dzieje, że niezależnie od czego zaczniemy, to i tak każdy temat sprowadza się do polityki.
Być może niepotrzebnie powiedziałam, że uważam, iż popieram teorię, że Zakon Jedi wywodzi się z planety Tython, a nasz były premier jest chyżym rujem... albo jakoś tak, nie pamiętam dokładnie. Na co usłyszałam, że owszem, że jest też kłamanym zutasem (czy jakoś tak), ale co mnie to właściwie obchodzi, bo przecież ja i tak wyjeżdżam, miast kraj ratować i że w ogóle to ciulowa ze mnie patriotka.
Czyli mnie się stał afront towarzyski na nutę patriotyczną.
Auuuua!
Ojojoj!
Ajajajaj!
Biedna ja.

Podumawszy chwilę, kręcąc wąsa (tak, też nie depiluję) i pykając fajkę,  przytaknęłam z pokorą, bo w dzisiejszych czasach gdzie prawdziwi patrioci flagę mają nawet przy breloczku, ja i moje poglądy dość wyraźnie odstajemy. Tak na pierwszy rzut oka przynajmniej.
Ale czy na pewno?
Bo tak naprawdę nie sądzę.
Myślę po prostu, że w pewnych kwestiach jesteśmy jednogłośni, ale nie każdy ma jaja powiedzieć na głos, że nasza Matka Ojczyzna jest matką patologiczną.
W stanie, w jakim teraz jest- jest krajem bez przyszłości
Jest jak Robin Hood, któremu się pojebało- wzbogaca cwanych bogaczy z odpowiednimi plecami, a okrada maluczkich i biednych.

I proszę, niech nikt nie waży się napisać, że nasi przodkowie za ojczyznę ginęli, a ja teraz takie bezeceństwa piszę. Bo nie wiem jak Wasi, ale myślę, że moi przodkowie, gdyby wiedzieli, że na starość ich następne pokolenia, tudzież oni sami za tą przelaną krew będą ledwo wiązać koniec z końcem, to pewnie ze trzy razy by się zastanowili, czy aby na pewno było warto.
No chyba, że Wasi ojcowie/dziadkowie, wzorem niemieckich emerytów w kreszowych dresach, świat zwiedzają.
Ja tam nie wiem, możliwe, że u Was inaczej.
Za to moja babcia to po dwóch wylewach nie ma nawet zapewnionej bezpłatnej porządnej rehabilitacji. Ani opiekunki. Ani w ogóle ni chuja wafla nic. A całe życie dla tej Matki Ojczyzny pracowała. Legalnie odprowadzając podatki, rzecz jasna. I społecznie także, bo takie czasy były, że ktoś po wojnie musiał ukochany kraj odbudować.
Własnymi rękami.
W tym tą jedną, którą ma teraz niesprawną.
Może trzy miesiące w oczekiwaniu na wizytę u neurologa to jednak za długo?  A może i tak miała szczęście, bo moja mama czekała tych miesięcy sześć.

A jak już padło "legalna praca" i jesteśmy przy mojej rodzinie, to opowiem Wam o moim ojcu.
Tata poszedł do pracy mając lat siedemnaście. Sytuacja życiowa go zmusiła.
Wiadomo, że w tym wieku nie wykłada się na uniwersytecie, chyba że są to kafelki więc nietrudno też zgadnąć, że od siedemnastego roku życia parał się pracą fizyczną. Ciężką pracą fizyczną, dodam.
Dziś ma 61 lat.  Czterdzieści cztery lata przepracował albo na czarno, albo na śmieciówkach.
Gdzieś tam w międzyczasie poczuł, że ma dość, że tak dłużej być nie może. Poszedł do pracodawcy i zażądał umowy zgodnej z prawdą.
I nie zgadniecie co się stało?!
Nagle okazało się, że redukcja etatów będzie.
I nie zgadniecie kogo jako pierwszego ...i jedynego obejmie?!
Nigdy więcej ojciec w sprawie umów się nie odezwał. Dziękował losowi, że ma robotę, bo gdy skończył 50 lat zaczął być na polskim rynku pracy niesamowicie mało atrakcyjnym pracownikiem. Chłop jak tur, a traktowany przez potencjalnych pracodawców jak trędowaty. Nic tylko z gromnicą się położyć i na śmierć czekać, bo to już TEN WIEK, gdzie gdy nie aplikujesz na stanowisko prezesa NBP, to patrzą na ciebie z wyraźnym politowaniem. Zwłaszcza jak jesteś, nie daj Bóbr, w pełni sprawny. Żadnej renty, ani takich tam...
I w sumie ojciec może i by się położył i tak leżał, ale przecież w gruncie rzeczy nie mógł, bo musi Polskę ratować, gdyż jedyne co nasi mądrzy posłowie wymyślili dla ratowania kraju, to przedłużenie wieku emerytalnego.
Po czym spakowali do portfeli swoje kilkudziesięciotysięczne diety, skrzyknęli chłopców z BORu, no i prywatnego szofera, wsiedli do swoich służbowych limuzyn i odjechali na pochlej-party z naszych podatków, gdzieś u Sowy. Oczywiście za frajer odjechali, bo za wachę też nie płacą.
A mój ojciec został.
I planuje.
Jak będzie trzymał ten migomat z balkonikiem, gdyby im do głowy przyszło dalej Polskę ratować i reformę jeszcze nieco przedłużyć.
Choć ja wiem, że w głębi ducha nie może się doczekać tej emerytury.
W końcu odżyje.
W końcu sobie poszaleje.
Ma ją już nawet wyliczoną. Po zrobieniu opłat i kupnie podstawowych leków zostanie mu na życie niemal  całe 200 zł.
I tak sobie myślę, że co by nie mówić o moim ojcu, jednego nie można mu zarzucić- całe życie był człowiekiem do bólu uczciwym. I  jedyne czego tą swoją uczciwą pracą się dorobił w tym kraju, to garba.

I w tym momencie ktoś powie, że trzeba było się kształcić.
Nie trzeba by do ciężkiej pracy fizycznej popierdzielać co rano.
I tu się zgodzę.
Przecież McDonaldy są pełne wykształconych ludzi, a robienie frytek nie może być takie trudne jak spawanie.
Jest jeszcze kwestia płacy.
Weźmy takiego Maćka. Taksówkarza do tej pory. Na własne życzenie. Bo przecież mógł zgodnie z wykształceniem pracować jako pedagog resocjalizacyjny, w jakimś ośrodku z trudną młodzieżą, dajmy na to. Kiedyś nawet był na rozmowie w sprawie pracy w takim przybytku. Obiecali mu prawie tysiąc trzysta złotych. Na rękę! A on odmówił, coś tam tłumacząc ,że mieszkanie same wynajmujemy za 1600 zł. Niewielkie, dwupokojowe.

Jest też kwestia predyspozycji genetycznych.
No tu to akurat trzeba mieć szczęście.
I już nawet nie chodzi o to, że co druga znana persona w Polsce ma "zawód- syn", czy "zawód- córka".  A raczej o to, że jak się (nie daj Bóbr) urodzisz z takim samym żołądkiem jak jeden, czy drugi pan poseł, a jesteś powiedzmy nauczycielem w przeciętnej podstawówce i twoje dzieci, tak samo jak jego, będą butów nowych na zimę potrzebowały, to masz delikatnie mówiąc przejebane.
Że też ta nasza Matka Natura jest taką durną pipą i nie tworzy ludzi tak, że w zależności od zawodu jednemu wystarczą do szczęścia ziemniaki z jakiem i cebulą, a drugiemu krwiste steki popijane czerwonym winem, koniecznie z dobrze wyczuwalnymi garbnikami.
No cóż, w sumie Matka Natura dała dupy, ale rządzący od lat taki boski podział tworzą z powodzeniem. Prezes, dyrektor- to jest ktoś. To jest gość.
A pani sprzątaczka, ja się pytam?
Dlaczego w Polsce umniejsza się zasługi ludzi na niższych stanowiskach? Skąd się bierze tytułomania? Skąd tyle buractwa w traktowaniu przeciętnego "fizola"? Skąd w ludziach tyle pychy i arogancji?
Chyba nigdy tego nie zrozumiem. Gdy kogoś poznaję uważnie słucham, jak mówi o innych ludziach, zwłaszcza mu podwładnych. A później obserwuję, jak faktycznie ich traktuje. Nie ma lepszego sprawdzianu na poznanie prawdziwej klasy człowieka. Szkoda, że nie uczą tego na tych wszystkich prywatnych uniwersytetach im. Bolka i Lolka, które rok rocznie wypuszczają schamiałych ćwierćinteligentów, tyle że co najmniej z licencjatem.

O!  Kwestie mieszkań też są w tym kraju dość zabawne, więc pozwólcie, że poruszę.
I tak może od razu spytam wprost.
Kogo stać na mieszkanie za 300 tysięcy?
Tak od ręki. Tak na start. W wieku lat powiedzmy 25. Panią ekspedientkę z mięsnego?
A jeśli jej nie stać, to gdzie ma kobieta mieszkać?
Kredyt ma wziąć?
A kto jej da kredyt, jak jego rata będzie przekraczała jej miesięczne zarobki?
I znowu sobie prywatą pojadę, pozwólcie...
Nad mieszkaniem moich rodziców, w Gdańsku Wrzeszczu, przez kilkanaście lat stał pustostan. Gdy dorosłam i założyłam własną rodzinę postanowiłam się tematem bliżej zainteresować, zwłaszcza, że warunki były sprzyjające, gdyż w kilku bankach odmówiono nam kredytu mieszkaniowego (kto wie, jak patrzy się w banku na taksówkarzy, ten wie).  Napisałam więc do prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, w tej sprawie. Głucha cisza. Ok, pan prezydent zajęty. Idzie to zrozumieć.
Jednakże z braku odpowiedzi drogą listową, postanowiłam umówić się z nim na spotkanie.
Niedługi czas potem zostałam zaproszona na rozmowę z jego zastępca, Maciejem Lisickim, który w uprzejmy sposób podziękował mi za zgłoszenie pustostanu (choć był zgłaszany wielokrotnie, choćby przez moją matkę, w okresach, gdy okoliczne żule robiły sobie z niego metę. Miał nawet założony alarm, aby podobne incydenty nie miały miejsca), po czym równie uprzejmie pozdrowił mnie środkowym palcem mówiąc, że na lokal z zasobów miasta nie spełniam kryteriów dochodowych. Czyli nie owijając w bawełnę- jestem zbyt bogata.
I w tym momencie normalnie zgłupiałam.
Dzień wcześniej w banku usłyszałam coś dokładnie odwrotnego, co też nie omieszkałam panu prezydentowi powtórzyć. Dodałam również od siebie, że mieszkanie stoi odłogiem kilkanaście lat. Miasto płaci za ochronę, która nad nim czuwa. Zanim ta ochrona zaczęła czuwać, lokal został całkowicie zdewastowany. Obiecałam go odnowić, spłacić zaległości, które nad nim wisiały, a których byłam świadoma, bo brak liczników na klatce schodowej wiele mówił, no i płacić oczywiście regularnie czynsz.
-Nie i basta. Jest tylu potrzebujących- powiedział pan prezydent- tylu pogorzelców albo innych ludzi, którzy w równie dramatycznych okolicznościach potracili dachy nad głowami i nie mają się gdzie podziać, a czekają latami w kolejkach mieszkaniowych, że głęboko niesprawiedliwe byłoby, gdybym akurat pani przyznał prawa do lokalu.
Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że facet ma rację.
Tylko teraz, z perspektywy czasu, tak sobie myślę, że chyba jednak coś ściemniał, bo skoro było aż tyyyylu potrzebujących, to dlaczego po moim zgłoszeniu ten sam lokal stał nadal pusty jeszcze kilka lat?
I dlaczego w ich urzędzie mieszkania w tym samym czasie można było dostać od ręki? Li i jedynie za drobną opłatą, daną pod stołem w kopercie, o czym głośno było w mediach i to całkiem niedawno.

Nie chce mi się już obliczać ile przez ten czas wydałam na wynajem. Ile razy się przeprowadzałam. Również w czasie, gdy dwa tygodnie po urodzeniu Szarego okazało się, że to, co w pobliskiej przychodni zdrowia pan doktor chciał leczyć Manti, bo mówił do Maćka,że to refluks, wcale refluksem nie było. A tak konkretniej było rakiem przełyku.
Wiecie jakimi słowami dowiedziałam się, że mój mąż umiera?
-Przykro mi, ale najprawdopodobniej jest już po ptakach.
Zapamiętam je do końca życia.
Czy muszę Wam pisać, co przeszliśmy walcząc o jego życie, a wiedząc jakie są polskie realia?
Myślę, że nie muszę, bo każdy kto choć raz, w sprawie innej niż pryszcz na dupie, otarł się o polski NFZet, na długo to przeżycie zapamięta.
Wiecie jakiego zawodu, najbardziej na świecie, nie chciałabym wykonywać?
Najbardziej na świecie, to ja bym nie chciała być polskim lekarzem onkologiem.
To nie są zwykli lekarze.
To są bogowie.
Oni codziennie wybierają kogo mają ratować wiedząc, że dla wszystkich środków nie starczy.
Ale żeby ten akapit zakończyć optymistycznym akcentem dodam, że od ośmiu lat śledzę światowe publikacje onkologiczne i nie jest tak źle. W końcu gorszą umieralność na raka od nas ma nadal Rumunia.

Po kilku miesiącach, gdy przeszłam na urlop wychowawczy, dostałam od pracodawcy list. O walentynkę go nie podejrzewałam, ale o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron również nie.
Pani w PIPie powiedziała mi, że niestety nic w tej sprawie nie może zrobić, bo taka forma rozwiązania umowy (porozumienie stron) może być zawarte ustnie. I nie do udowodnienia jest, że do chwili przyjścia rzeczonego pisma, nawet nie wiedziałam, że straciłam pracę. Z powodu redukcji etatu. Akurat mojego. I akurat wtedy, gdy poszłam na wychowawczy.

A wracając do onkologii- oczywiście wysoka umieralność na raka w Polsce nie wynika z faktu, że lekarzy mamy głąbów.
O nieeee.
Jednymi z nielicznych rzeczy, które cenię w mojej ojczyźnie poza mazurskimi jeziorami, sztuką i jedzeniem, są wybitni naukowcy i lekarze właśnie.
Jednakże Polska to kraj, w którym odpowiednikiem amerykańskiego Chucka Norrisa jest Ojciec Dyrektor.
A tam, gdzie inni inwestują w NASA, z rozumem, ku nauce, my inwestujemy w Świątynię Opatrzności Bożej, z rozmachem, ku....chwale boskiej.
Dopóki naród nie podniesie się z klęczek będziemy tkwili w ciemnogrodzie i dalej polska inkwizycja będzie stawiała znak równości między słowem gej a pedofil. Równocześnie prawdziwych pedofilów kryjąc na co drugiej plebanii. I dalej polska młodzież, niewyedukowana seksualnie przez "zboczeńców" z Pontona, będzie się doszukiwała ciąży pozamacicznej w kolanie.

Jestem zmęczona.
Mam dość tego całego gadania bzdur o homoseksualizmie. Współczuję wszystkim gejom i lesbijkom, którym przyszło żyć w tym smutnym kraju. Współczuję wszystkim biseksualnym osobom, wszystkim transwestytom i transseksualistom, którzy na co dzień muszą udowadniać ciemnemu ludowi, że nie są wielbłądami. Muszą walczyć o to, co z gruntu powinno się należeć każdemu człowiekowi. O szacunek, o prawo do bycia szczęśliwym na swój sposób, pod warunkiem, że ten sposób nikogo nie krzywdzi.
A nie krzywdzi przecież.
Mam dość ludzi, którzy wiedzą lepiej, jak inni powinni żyć, co powinni jeść, jak i kogo powinni kochać. Mam dość starszych pań po menopauzie i zboczonych proboszczów, którzy chcą mówić mi, jak mam się zabezpieczać podczas seksu z własnym mężem.
Mam dość prób indoktrynowania moich dzieci. Prób wbijania im do głowy dogmatów jedynej słusznej wiary.
Mam dość kultu zbrodniarza papieża. Naszego papieża. Polaka papieża.
Mam dość wszechobecnych kapliczek, krzyży, kościelnych dzwonów napierniczających od szóstej rano co niedzielę, księży tylko katolickich, zapraszanych na państwowe uroczystości, aby odprawiali tam swoje gusła, marszów, procesji, użerania się z brakiem sensownej etyki w szkołach i cholera wie czym jeszcze, co uprzykrza życie wszystkim tym, którzy w Jezusa i Jego świtę nie wierzą.
Bo są tacy.
I jest nas całkiem sporo.
Dość zabawny jest też fakt, że my nie możemy obrażać cudzych uczuć religijnych, a nasze niereligijne uczucia na co dzień są obrażane. Głównie przez tych, których z kolei obraża zakaz obrażania.
Ech...

Tak, jestem lemingiem.
Poglądy mam silnie lewicowe.
Choć rok rocznie walę głową w urnę, bo częściej jestem elektoratem negatywnym niż faktycznie opowiadam się za. Polski rząd to siedziba zła i niekompetencji. Coś jak poczta polska, z tym, że uzbrojona w czołgi.
Tak, jestem za legalizacją marihuany.
Tak, jestem za małżeństwami jednopłciowymi, jak i za związkami partnerskimi też. Gdy kogoś poznaję interesuje mnie to, jakim jest człowiekiem, a nie z kim sypia.
Tak, jestem za adopcją dzieci przez pary homoseksualne. Z bardzo prostej przyczyny- nie ma dobrych albo złych gejów/lesbijek. Są dobrzy albo źli ludzie. Tak heterycy, jak i homo. Po to przechodzi się szereg badań przed adopcją, żeby wszelkie patologie wychwycić.
Choć z drugiej strony jestem całkowicie świadoma, że Polska nie jest gotowa na takie adopcje. A dzieci adoptowane przez dwóch tatusiów, czy dwie mamy miałyby w większości przesrane.
Nie, nie z powodów rodzinnych, a z powodu presji otoczenia. Wszak nie zapominajmy, że my w polskim piekiełku żyjemy. W domu może być Sodoma i Gomora, ale to, co u sąsiada...
A jak sąsiadami są Marian z Krzysztofem, którzy się kochają, to już w ogóle dno i sto kilometrów mułu. Opluć, nasrać i narzygać jeszcze, byle się dowartościować i z własnych kompleksów podleczyć.
Ot, polska dulszczyzna.
Polska mentalność.
Gdzie nadal, jak się baby nie bije, to wątroba jej gnije, dzieci i ryby głosu nie mają, a na wsi wrośnięta u psa przy łańcuchu obroża to standard.
Tu nie ma miejsca na inność, na zrozumienie. Tu nikt się nie zastanowi, że za ostracyzmem społecznym, jaki spotyka środowiska homoseksualne ciągną się prawdziwe historie i równie prawdziwe dramaty. Historie młodych ludzi, którzy mają wiele przepłakanych nocy za sobą, w czasie których gapiąc się tępo w sufit, zastanawiali się, co z nimi nie tak. Dlaczego są "dziwolągami". Bo czyż nie tak się ich nazywa?
Ile łez, ile smutku, ile samobójstw zawdzięcza się takiemu prawdziwemu Polakowi patriocie, prawdziwemu katolikowi ? A ile księżom, którzy nadal jako autorytety moralne w tym kraju, pieprzą z ambony jedno, a później idą gwałcić małych chłopców, lub zabawiać się z całkiem dorosłymi klerykami?

Większość cywilizowanych państw nie miała problemu z gender. Wszyscy zgodnie przytaknęli, że kobiety są w wielu kwestiach dyskryminowane.Że zazwyczaj mniej zarabiają. Uważa się je za gorszych szefów, gdyż zarzuca im się działanie pod wpływem emocji. Częściej stają się ofiarami przemocy domowej, mobbingu. Narażone są na całą masę krzywdzących stereotypów.
I naprawdę większa część świata nie miała problemu ze zrozumieniem, że gender nie ma na celu nic innego, jak danie obu płciom równych szans.
Ale nie!
Nie u nas.
U nas zrozumiano, że IDEOLOGIA gender tworzy na siłę homoseksualistów.
I ja już naprawdę nie chcę wnikać w meandry tych umysłów, które wysunęły taką tezę, ale faktem pozostaje to, że ta teza się przyjęła.
I to jest możliwe chyba tylko w Polsce. Żeby dobrą ideę przekuć w kompletne gówno.
Szargać dobre imię tych, którzy walczą o prawa dyskryminowanych. Mieszać z błotem Owsiaka, którego gdybym ja osobiście spotkała na swojej drodze, serdecznie bym uściskała. Dzięki niemu bowiem moje dzieci mają przebadany słuch. A znam i takie mamy, których maleństwa dzięki sprzętowi zakupionemu przez WOŚP w ogóle żyją.
Za to nie znam ani jednej rodzicielki, której chore dziecko uratowali ci, którzy z ambony, co niedzielę na Owsiaku psy wieszają, w czasie zbiórek funduszy przez wolontariuszy z charakterystycznym czerwonym sercem.

A co z in vitro?
Gdyby moja przyjaciółka nie stanęła przed dylematem posiadania drugiego dziecka, również poczętego tą metodą, za cholerę bym nie wiedziała, że wbrew temu, co kłamliwie tłuką nam do głów księża pokroju pana Oko, zarodków w Polsce się NIE NISZCZY.
Zarodki się zamraża, a po określonym czasie albo dochodzi do transferu (przeniesienia zarodka do macicy) z udziałem biologicznej matki, albo oddaje się je do adopcji prenatalnej, gdy biologiczna matka nie planuje więcej dzieci.
O bruździe na czole nie mam siły nawet pisać.
W każdym razie nie wiem jak Wy, ale ja wolałabym mieć bruzdę na czole, nawet jeśli byłaby prawdziwa, niż zupełnie gładkie zwoje mózgowe, jak ksiądz Oko.

I te polskie umiłowanie martyrologi. To jest coś, co doprowadza mnie do szewskiej pasji.
Im krwawiej i boleśniej, tym lepiej. Wszak Polska Chrystusem Narodów, czyż nie?
My tą szabelką będziemy machać słusznie, czy nie słusznie, potrzebnie, czy nie potrzebnie, byle do upadłego.
Każdego roku w rocznicę Powstania Warszawskiego nie odpalam radia, ani tv, bo obawiam się, że mnie kiedyś właśnie w ten dzień szlag trafi.
Owszem, ja z należytym szacunkiem oddam hołd poległym, podziwiając ich odwagę i bohaterstwo. Ale kult samego Powstania jest dla mnie rzeczą niezrozumiałą. Czy wysłanie ludności cywilnej, całej rzeszy dzieci i młodzieży na pewną śmierć to coś, z czego należy być dumnym?
A Smoleńsk?
Na litość Potwora Spaghetti, ledwo świat skończył się śmiać z pancernych brzóz, to kolejna idiotka z tej samej partii osłom seksu pozazdrościła. A później ja siedzę i ze zgrozą obserwuję zagraniczne media, które znów drą z nas łacha.
I mają rację, bo jak tu się nie śmiać.
W sumie można. Można płakać.

Co się dzieje z polskimi dzieciakami? Z polską młodzieżą?
Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że rośnie nam pokolenie schamiałych cwaniaczków, erotomanów i bezmózgich hedonistów? Gdzie się podział szacunek do drugiego człowieka, dobre maniery, gdzie empatia?
Ajć, sorry, zapomniałam, że ciężko dzieciaka gonić z Kamyczkiem w ręce, gdy się zapieprza piątek, świątek i niedziela.
I to nie na nową plazmę, tylko na chleb zazwyczaj.
Dzieci zostawione samopas wzorce czerpią z tv i z neta, a kogo się tam dziś promuje- każdy chyba wie. Do czego to doszło, że w dzisiejszych czasach uczciwy, pracowity człowiek znaczy frajer?
Inna sprawa, że możecie się przyznać, kto z Was nie zna nawet własnych sąsiadów? Kto z Was potracił kontakt z dalszą rodziną? Kogo nie stać, albo komu się zwyczajnie nie chce po kilkunastu godzinach zapierdzielania urządzać w domu imieniny jeszcze?
No więc jakie wzorce społeczne te nasze dzieci mają przejąć i od nas?
Co to za czasy, że na fejsie wielbi się gościa, który zrobił zakupy bezdomnemu, zachowując w idealnym stanie paragon, by go chwilę potem w sieci opublikować?!
Niedługo w głównych wiadomościach zaczną pokazywać wnuków, którzy umyli babciom okna.
Dziś bohaterstwo zmienia swe oblicze.

Jak to możliwe, że w Polsce kupię za swoje minimalne krajowe wynagrodzenie o połowę mniej benzyny niż Anglik za swoje?
Jak to możliwe, że od tylu lat ceny mamy zachodnie, a zarobki ze wschodu?
Jak to możliwe, że pracując można żyć w niedostatku? Że może brakować na pierwsze potrzeby?
Jak to możliwe, żeby przeciętnego rencistę nie było stać na kino, teatr? Ba, przeciętnego rencistę nie stać w większości na wykupienie wszystkich leków. A kino czy teatr to luksus i dla wielu przeciętnych rodzin, gdzie oboje rodzice pracują. A przecież politykę mamy prorodzinną. Podobno. Na piśmie przynajmniej. Bo o pomocy socjalnej jaką w razie "W" oferuje takiej rodzinie państwo polskie, a państwo w UK  nawet nie będziemy wspominać, bo mi się ciśnienie za bardzo podnosi.
Jak to możliwe, że z roku na rok rośnie liczba osób z zaburzeniami psychicznymi. Liczba osób chorych na depresję?
Przypadek? Nie sądzę. Bo jak tu w tych realiach pałać niekończącym się optymizmem, jak Amerykanie? Albo dystyngowanie i flegmatycznie, niczym się nie przejmując, moczyć sobie herbatniki w herbacie, jak rodowici Anglicy? Gdy nam od rana, od wysłuchania w radio pierwszego newsa, chce się wyć "ożeszjapierdolekurwajegomać!!!!!".

Mieliśmy trzy rozbiory, a teraz mamy czwarty- emigrację na masową skalę.
W prasie wprawdzie od czasu do czasu można przeczytać o równie masowych powrotach, ale nie wierzcie w bajki- rozejrzyjcie się dookoła- znacie kogoś, kto chciałby tu dobrowolnie wrócić?
Bo ja nie.
I nie chodzi o to, że człowiek spodziewa się zagranicą Eldorado. Albo że już od lotniska będą w niego funtami rzucać.Ja się spodziewam wyłącznie tego, że zagranicą pracując będę po prostu mogła godnie żyć, a nie wegetować.

Mam dość, nie mam siły dłużej się tu szarpać i zarzynać.
Zwiewam póki jestem młoda, bo nie chcę obudzić się z ręką w nocniku, jak starszy pan, schludny i zadbany, który ze łzami w oczach żebrze przy pobliskim domu handlowym. Albo pani, w podobnym wieku, która często prosi przechodniów o wykupienie leków z apteki, bo ją nie stać.
Tyle lat już włazimy w dupę Ameryce, a tak naprawdę najbliżej nam do Chin.
W końcu i one są państwem środka i my jesteśmy państwem sierotka...