czwartek, 25 września 2014

nieznane kulisy sprawy osłów z poznańskiego zoo....czyli dlaczego cnota to miecz obusieczny

Tytuł trochę jak z Faktu albo innego Super Expressu , ale i historia ma podobny wymiar jak ta z nagłówka "zaatakowała mnie elektryczna szczotka do włosów" lub "odgłos puszczania bąków u sąsiadów sprawia, że pan Waldemar nie może spać po nocach" tudzież "Jolanta była najlepszą matką dla swojego kolana, bo myślała, że zagnieździła w nim się ciąża pozamaciczna", itp.
Jak rano przeczytałam ten artykuł, to stwierdziłam nie bez kozery, że kończę z piciem, bo nie wiem kiedy do pierwszego kwietnia dobiłam, mentalnie będąc we wrześniu na etapie poszukiwania jesiennych butów. Gdy zobaczyłam w dolnym prawym rogu monitora, że my jednak nadal we wrześniu i to wszyscy razem jesteśmy, a w każdym razie ja i pan dziennikarz, to poszłam po kawę. Z prundem.  Bo tego się całkowicie na trzeźwo czytać po prostu nie dało.

Rzecz jest o zakochanych.
On ma na imię Mietek, ona Krystyna. Są parą osłów z poznańskiego zoo.
Tu mała dygresja dotycząca imion- nie dam nikomu pretekstu do pozwu, tym bardziej, że zostaną tu ujawnione kulisy sprawy dotąd nieznane, więc personalia osłów (dla bezpieczeństwa) muszą być zmienione.
I tak:
Mieczysław jest spokojnym gościem, sangwinikiem. Lubi długie rozmowy do nocy, zieloną herbatę,  beletrystykę,  piwo i piłkę nożną. W młodości grał w zespole The Donkeys, a po ślubie ustatkował się i jak wszyscy jego bracia z tego samego gatunku postanowił kandydować do PiSu (pełna nazwa: Paranoja i Szaleństwo, wcześniejsza: Pomścimy inwazję Smoleńską). Sąsiedzi mówią o nim, że to zacny chłop, nigdy się nie awanturuje, załatwia się wyłącznie w prawym górnym kącie zagrody i ogólnie do tej pory nie stwarzał jakichkolwiek problemów.
Jego żona, Krystyna, jak na babkę przystało jest nieco szalona. Lubi seks, jak konie owies, a przy okazji leci na siano. Lamy z pobliskiego wybiegu twierdzą, że przeszłość Krystyny jest niejasna. A sama Krystyna otwarcie odpiera, że jako absolwentka technikum drogowego miała prawo stać w kusej mini przy drodze, bo w jakiś tam sposób było to związane z jej wykształceniem.

Para osłów prowadzi otwarty dom. Z musu. Codziennie ich życie mają okazję oglądać tabuny ludzi. Choć częściej są to tak naprawdę tabuny bydła, jedynie człekokształtnego. Ludzi od bydła można bardzo łatwo rozróżnić. Wiem co mówię, bo w oliwskim zoo mogłam się do woli naoglądać obu przypadków. Ci pierwsi  podchodzą, patrzą, czytają na głos tabliczki swoim niepotrafiącym jeszcze czytać pociechom, stoją, znowu patrzą, skomentują  "o zobacz, jak pantera ziewa", pozachwycają się i idą dalej.
Ci drudzy walą zwierzętom fleszem po oczach, bo prawdopodobnie są zbyt tępi, żeby tę lampę błyskową umieć wyłączyć, albo zrobić udane bez niej zdjęcie. Dają swoim rozwrzeszczanym szczylom chipsy i inne badziewie, aby małpce, czy tam innemu zwierzątku w klatce z napisem "prosimy nie karmić zwierząt" mogły wątpliwy przysmak rzucić. A jak, nie daj Bóbr, taka małpa śpi sobie smacznie, osobiście urwą gałąź z pobliskiego drzewa, aby szczyl mógł wsunąć ją przez pręty i dźgając gdzie popadnie ów małpkę obudzić.
I jeszcze napierdalają pięściami w szyby. Najczęściej w napis "prosimy nie pukać w szybę".
No i próbują pogłaskać wszystko co popadnie. Choć to mnie akurat nigdy nie martwiło. Zawsze się tylko bałam, czy zdążę moim dzieciom oczy zasłonić, gdy dojdzie do selekcji naturalnej. I zawsze też myślałam, czy to akurat dobrze dla takiego niedźwiedzia, jakby zeżarł takiego osobnika, w myśl zasady jesteś tym, co jesz...

No dobra, wracamy do Krystyny i Mietka.
To był dla nich szczególny dzień.
Mietek na spotkaniu z Prezesem początkowo wspominał stare, dobre czasy

Bracia Kaczynscy i osiol ...

A później dowiedział się, że kariera w PiS stoi przed nim otworem. Nie musi już być dłużej szeregowym osłem. Wystarczy, że pomoże panu Michałowi o wdzięcznym nazwisku Grześ, poznańskiemu radnemu PiS, przeciwdziałać homoseksualnemu lobby,  które rozpuściło swe macki na terenie zoo właśnie.
Otóż radny Grześ od tygodni ma na oku Nina, słonia z tamtejszego wybiegu, który niezgodnie z wolą bożą zamiast dziewczynek woli ponoć chłopców. Najgorsze jest jednak to, że trudno mieć nawet do Nina jakieś pretensje, bo jest on najprawdopodobniej tylko ofiarą edukacji seksualnej nieletnich  przepychanej nieustannie przez lemingi (również zamieszkałe w tamtejszym ogrodzie). Dodatkowo Nino pochodzi z Warszawy, a tam wiadomo- Sodoma, Gomora i tęcza na Placu Zbawiciela razem wzięte. Nic zatem dziwnego, że słoń zgłupiał.
A zresztą, macie tu szczegóły: TU KLIKNIJ W CELU POZNANIA SŁONIA ZBOCZEŃCA SPOD ZNAKU TĘCZY I DZIELNEGO RADNEGO
Mietek do Nina nic nie miał, ale po przemyśleniu sprawy stwierdził, że całe życie był popierdółką i czas z tym skończyć.
W czasie, gdy inni sąsiedzi przyczepiali do liczników na prąd magnesy neodymowe, on płacił niebotyczne rachunki. Jak całe zoo niemal kupiło pierwsze video na rynku od paserów, on jedyny poleciał do Media Markt. A gdy wszyscy inni wykształcili się i robili karierę- on wstąpił do PiSu. I skoro już się tam znalazł, to najwyższy czas, aby chociaż było o nim głośno.

Wracając do domu kupił butelkę świeżej wody, zerwał mlecze i na progu odpalił Babyface`a (ten romantyczny kawałek z Mariah Carey, co tam też gra Kenny G). Krysia, gdy go usłyszała od razu przerwała mycie żłobu, poleciała się odświeżyć, a po minucie już zalotnie zastrzygła uszami i zamerdała ogonem.
A później wszystko potoczyło się naprawdę szybko







Mieczysław w późniejszej rozmowie zastrzegał, że jak Prezesa kocha, nie dostrzegł w takiej chwili, że jest obserwowany. A był. Widziały go dwie nader wrażliwe i prawowite  niewiasty. Mam nagranie z monitoringu ukazujące jedną z nich, niestety nie potrafię zrobić tego paska na oczy


 

Na dodatek owe niewiasty były tegoż dnia w zoo z pacholęciami swymi, którym to nijak nie potrafiły obserwowanego zjawiska wytłumaczyć. Bo co porządny człowiek ma powiedzieć dziecku, gdy widzi ono kopulujące osły?!
No chyba nie, że osły kopulują!
To przecież jasne. Jak bowiem później pacholęcie miałoby na nowo uwierzyć w przynoszące dzieci bociany?! A chyba wszyscy się zgadzamy, że 13 lat to nie jest najlepszy wiek na poznanie prawdy!

W każdym razie zrozpaczone mamusie postanowiły poprosić o pomoc radną PiS, panią Lidię Dudziak, która to, jak na stróża polskiej cnoty przystało, pospieszyła z pomocą mniej więcej tak:






Ostatecznie pod naciskiem pani radnej, dyrektor poznańskiego zoo skapitulował i osły rozdzielił, aby gorszące sceny nigdy więcej nie miały już miejsca i katolicy na nowo mogli ogród zoologiczny odwiedzać.

Z Mieczysławem nie udało mi się porozmawiać, gdyż obecnie przebywa na L4 z powodu załamania nerwowego. Krystyna natomiast powiedziała jedynie , że ma już dość rozgłosu, tęskni za mężem i obawia się o przyszłość ich związku, gdyż Mietek został umieszczony niedaleko Nina.
Przyznała również, że w całej sytuacji nie byłoby nic dziwnego, bo o członkach partii PiS i ich absurdalnych poglądach oraz wychowujących "po bożemu" Matkach Polkach powstały już całe tomy, jednak naprawdę niepokojące jest to, że dyrektor Antokwiak uległ.
Wieść gminna głosi, że nikt z mieszkańców zoo nie trawi dyrektora Antkowiaka.
Jednak po tym całym zdarzeniu przyjaciel Krystyny, pyton Gienek, będzie usilnie próbował.

Od kiedy przeczytałam rano o tym przypadku, to tak się zastanawiam co pani Lidia Dudziak oddziela od czego wracając do domu i zastając taki obrazek:



piątek, 19 września 2014

Misja Emigracja. Część pierwsza...czyli przygotowania, forumowe rozważania, Kasia i Jacek

W temacie emigracji stanęliśmy na tym, że napisałam na blogu to, co napisałam. Czyli, że myślę o tym poważnie i jakby ktoś chciał o niej (emigracji) pogadać, to zapraszam do rozmowy i w ogóle.
No i w tym miejscu chciałam Wam podziękować.
Wypchajcie się. Bez łaski. Nie to nie.
Żartuję.
Zasypaliście mnie przydatnymi linkami, swoimi numerami telefonów, namiarami na dobre szkoły w poszczególnych krajach, czy dla odmiany na dobrych psychiatrów, którzy ponoć na pewno mi pomogą.
I za wszystkie te wiadomości jestem Wam serdecznie wdzięczna. Dzięki Waszej uprzejmości wiem jak obronić się przed atakiem niedźwiedzia na Kamczatce, jak stać się potentatem oleju palmowego w południowo-wschodniej Azji i mam zapewnionego dostawcę majeranku na Haiti.  Jednakże specjalne podziękowania należą się w tym miejscu Panterze i Yasemin, które to gotowe były potrzymać nas za rękę, abyśmy stanęli odpowiednio twardo na niemieckiej tudzież brytyjskiej ziemi.
Dziękuję. To naprawdę niesamowite uczucie wiedzieć, że zupełnie obcy ludzie chcą bezinteresownie ci pomóc pisząc, że po prostu będą szczęśliwi jeśli ja również pomogę komuś w przyszłości.
Dziękuję również Sznupci, bo dzięki Niej mam komfort, że w razie "W", w Szkocji, Maciek talerz zupy dostanie i głodny nie będzie;)
A przede wszystkim dziękuję M., która zmieniła niepewną mrzonkę w całkiem realną wizję emigracji i bez Niej podjęcie dalszych kroków byłoby niemożliwe. I nawet nie mogę Jej podlinknować, cobyście wiedzieli kto jest takim dobrym człowiekiem, bo M. sobie nie życzyła podziękowań żadnych. Nie to, żeby ktokolwiek inny sobie życzył, ale Ona wyraźnie powiedziała, że sru, pomogę ci, a później udajemy, że się nic nie stało.
Dziękuję Irence, która bloga nie ma, ma za to wielkie serce i gotowa była przyjąć mojego męża pod swój dach, byle tylko nam pomóc.
Dziękuję Star, Thurii, Marinikowi, Czarnemu Ptakowi i ponownie M. i Sznupci za wsparcie psychiczne. Wasza wiara we mnie, w nas, mnie uskrzydla. Dzięki takim przyjaciołom jak Wy czuję, że mogę góry przenosić. Bo nawet jak nie jestem w stanie, tak długo mi będzie gadać, że owszem mogę, aż w to uwierzę. I to zrobię. I z Wami mi się uda.
Mam niebywałe szczęście do ludzi.
Kłaniam się nisko, dziewczyny i chłopaki . Chapeau bas. Nie zapomnę Wam tego.

To było na wypadek, gdyby mi odbiło, jak już będę za tą granicą obrzydliwie bogata, tak ,że majeranek będą sobie odpalać dularami bycząc się całymi dniami w jacuzzi i popijając Krug Grande Cuvee. Wtedy będziecie mieli na dowód ten wpis, a wymienieni będą mogli dochodzić tantiem.

Koniec końców Maciek na 30.09 ma zakupiony bilet do Londynu. Leci liniami Ryanair, bo są fantastyczne.
Nie.
Skłamałam.
Po prostu bilet był najtańszy.
Co do samych linii, to nie mam zielonego pojęcia. Ponoć za koc i poduszkę trzeba dopłacić pięć dych. Wiem, że z Gdańska do Londynu to tylko godzina drogi, ale jak się czeka wcześniej osiem godzin na samolot to się i tak opyla.
W każdym razie z Londynu jedzie do Southend on See, do mojego brata ciotecznego, Jacka, bo jak się okazało z rodziną najlepiej nie tylko na zdjęciu. Więc jeśli macie do załatwienia robotę w tamtych rejonach, do wynajęcia mieszkania, chcecie spotkać się ze mną przy najbliższej okazji na kawie (albo, no dobraaaa, namówiliście mnie- na drinku), albo po prostu postanowiliście wspierać nas w decyzji i chcecie przelać kilka milionów na moje konto i potrzebujecie jego numeru- śmiało, piszcie nadal. Z góry przepraszam za poślizg w odpisywaniu. Mam z lekka urwanie dupy. Poza załatwianiem przeróżnych formalności kończących naszą karierę w tym kraju, doszło mi zapoznawanie się z nowym krajem, gdyż w Anglii nigdy nie byłam. Póki co postanowiłam więc poczytać. A kto mógłby mi dostarczyć więcej życiowej mądrości niż rodacy na forum?
No chyba nikt.
Odpaliłam więc pierwsze lepsze z brzegu, o wdzięcznym tytule "Polacy w UK" i pełna zapału zabrałam się za lekturę, rozpoczynając od działu "rodzina", podtytuł "szkoła". Potem "nielegalny proceder odbierania polskim rodzinom dzieci".
Dalej to poszłam szukać tej piersiówki, co to ją ostatni raz miałam przy kupowaniu podręczników, w księgarni. Jak wróciłam przeczytałam jeszcze "pomóżmy Natalce i Krzysiowi wrócić do domu, wstrzymajmy angielską adopcję" albo jakoś tak.
Zamknęłam oczy, pomasowałam skronie, wyszłam z działu.
Odpaliłam "praca" i odpowiednio "dyskryminacja polskich pracowników w miejscu pracy" oraz "czy was też molestują w XXXXX?".
Poszłam po ibuprom, bo dostałam migreny i postanowiłam rozejrzeć się w dziale "dom/mieszkanie". Pierwszy temat "kto powinien zapłacić za deratyzację- landlord czy ja?". No i następne "szukam młodej brunetki na współlokatorkę, biuścik co najmniej D" oraz "czwarte włamanie w tym miesiącu".
Ostatni bastion padł, jak w dziale "hyde park" w temacie "pogoda" przeczytałam, że lato w Anglii jest wtedy, jak pada ciepły deszcz. Wizja silnego wiatru i możliwych sztormów w miejscowości nadmorskiej mnie akurat obeszła. Ja jestem z Trójmiasta. Dla mnie jak mewy nie rzygają, to nie jest żaden sztorm. A jak nie latają dupami do przodu, to wcale mocno nie wieje.

Jak wiecie jestem osobą poważną, racjonalnie myślącą i opanowaną, także w miarę szybko udało mi się opanować drżenie rąk, bo tak mi latały, że jak chciałam otworzyć szampana to wyglądało to jakbym wygrała wyścig F1.  Po czym wystukałam numer do Maćka, a po dwóch sygnałach i jego przeciągłym "haaaaalo??"- tak, jak kiedyś wołano pod oknem "kartoooofle, ziemniaaaaaaki" albo "węęęęęgiel przywiozłem", na co koń przy wozie się zawsze odwracał do takiego chłopa i mówił "tak, kurwa, ty przywiozłeś, jasne"- w każdym razie po przeciągłym "haaaalo?" stwierdziłam krótko i zwięźle:
-Pierdolę, nie jadę.
Na co usłyszałam nieco zaskoczone
-Cooooo?
-Pstro. Ty sobie nie zdajesz sprawy co tam się dzieje. Trzeci świat normalnie. Tam w szkołach biją polskie dzieci, które i tak służby socjalne prędzej czy później odbierają. No jak "jak odbierają?". Normalnie. Przysyłają takich facetów w garniturach, jak w Men in Black i siłą wyszarpują do angielskich adopcji, pod pretekstem patologii w rodzinie. A patologią nazywają dzielenie jednego pokoju przez rodzeństwo, czyli polski standard. W pracy jak nie mobbingują to molestują, oczywiście wyłącznie Polaków. Aaaaaaaaaaa..... i za chuja wafla nie zapłacę za deratyzację! Wytresuję te szczury i napuszczę na włamywaczy! Oczywiście w deszczu!!!
No i usłyszałam takie charakterystyczne piiip piiip piiip  
A później Beata (ta od psich kup;) swoją drogą Beata, nie sądzisz ,że najwyższy czas zmienić Ci ksywę?;)) przeprowadziła ze mną mailową psychoterapię i zasugerowała, że może jednak nie do końca to wszystko prawda.
Tak myślałam, od razu mi podpadło, że niby mają tam Lidl.
Wiem natomiast, że muszą mieć Biedronkę, bo w  fotogalerii widziałam mnóstwo Polaków z tymi charakterystycznymi, żółtymi reklamówkami.
Poza tym, tak na zdrowy rozsądek, gdyby opieka socjalna działała tak rygorystycznie, jak opisują, to Kate Middleton już dawno by ją miała na karku. W końcu mieszka u teściów, nie ma roboty, drugie dziecko w drodze... no nieciekawie ta jej sytuacja wygląda, no nie?
Inna sprawa, że my po prostu nie możemy tu zostać. Jak sam premier pojechał za granicę do roboty, znaczy że w Polsce nie dzieje się dobrze i koniec.

A teraz, wracając do kuzyna Jacka, cofniemy się do prehistorii i opowiem Wam trochę o nim, bo całkiem możliwe, że ze względu na zajefajną osobowość stanie się stałym bohaterem moich opowieści.

Wspomnienie pierwsze
Jest środek lata. Elbląska łąka, na której jestem ja(5 l.) wraz z Kasią (moją kilkumiesięczną siostrą cioteczną), Jackiem (3 l) i babcią DiCaprio (niezmiennie i od zawsze 18l).
Babcia DiCaprio, jak to babcia, szpanowała wówczas przed innymi babciami swoimi wnukami. Tak konkretnie to mną i Kasią szpanowała, bo Jacek, z nieznanych dotąd przyczyn, latał od śmietnika do śmietnika. Wszyscy żeśmy się martwili, ale na szczęście z tego wyrósł. W każdym bądź razie, w trakcie gdy ja recytując byłam przy "...a przez dziurkę piasek ciurkiem sypie się za Grzesiem..", babcia DiCaprio zauważyła, że jej wnuk już  nie tylko obleciał okoliczne łąkowe śmietniki, ale i zaczął wyciągać z nich co ciekawsze rzeczy. No i  postanowiła wkroczyć do akcji.
Dalej to zapamiętałam, że nie wolno mówić "kulwa", bo za to dostaje się lanie. Zwłaszcza jak się to słowo wypowie w kontekście:
-Nigdy mnie nie wsadzisz do wózka, ty stara kulwo!
Swoją drogą powiem Wam, że babcia DiCaprio dopiero kilka lat później zaczęła ponownie przychodzić na tę łąkę, bo wcześniej, dopóki żyły świadkowe zaistniałej sytuacji, była ponoć towarzysko spalona. Jedyną osobą, która tę historię zna i pamięta, oprócz najstarszych górali i mnie, jest sąsiadka babci, pani Zosia. Tak w ramach ciekawostek o niej piszę, bo to bardzo silna, energiczna i krzepka kobieta. Czterech mężów pochowała. Dwóch ostatnich ponoć tylko położyło się zdrzemnąć.


Z opowieści babci DiCaprio
Babcia odbiera Jacka z przedszkola. Jacek dziwnie milczący więc zagaja:
-Jak tam było w przedszkolu?
-A dobrze, dziękuję, dziękuję. A jak tam na emeryturze?


Wspomnienie drugie (pięć lat później):
-Kasiu, przestań szukać swoich włosów na dywanie i tym bardziej przestań przybijać do głowy te, które znajdziesz. Wcale nie łysiejesz. Kto ci takich głupot naopowiadał?!
-Ania i Jacek.


Wspomnienie trzecie (w tym samym czasie)
Kasia siedzi ze ściśniętymi nogami przy biurku i szybko nimi przebiera. Nerwowo koloruje swoją pachnącą nowością, ukochaną kolorowankę z kotkiem.
-I wiesz, możesz iść siku- wyjaśniam- niektórym dzieciom w okolicy się udaje. Nie każdego w końcu wciąga smok kanalizacyjny.
-Choć akurat mojemu koledze z podwórka się jednak nie udało, świeć Panie nad jego duszą- dopowiada Jacek
W końcu babcia DiCaprio, widząc co się szykuje, zanosi przerażoną Kasię do łazienki, opierdzielając nas przy okazji. Słyszymy zza drzwi jak coś tam jej tłumaczy, że smoków nie ma, że oni tak specjalnie, itd. . Pięć minut później Kasia wraca, bierze swoją kolorowankę i leci z rykiem do kuchni, z której po chwili dobiega charakterystyczny krzyk babci:
-Jaceeeeek, dlaczego namalowałeś swastykę na kotku i dorobiłeś mu hitlerowskie wąsy?!
-Żadnej swastyki nie namalowałem. To Ania. Ja tylko dorobiłem kotkowi jaja.


Wspomnienie czwarte (rok później)
-No niemożliwe, że to Ania Jacka nauczyła- powiedziała śmiertelnie poważnym tonem moja matka
-Mówię ci przecież, że tak go przemaglowałam, że sam się przyznał. -powiedziała śmiertelnie poważnie moja ciotka
-Jestem w szoku- opisała swój stan emocjonalny moja matka. Na co zaraz odparła ciotka:
-A w jakim szoku ja byłam, jak Jacek stanął na środku pokoju po czym powiedział "opowiem wam wierszyk". Jeszcze żeśmy go z Kazikiem sami zachęcali, że brawo, że słuchamy uważnie i że super...zresztą sama posłuchaj. Jaaaaaacek, chodź tu natychmiast i opowiedz cioci ten wierszyk, co cię Ania nauczyła!
No i przyszedł. Mały, słodki chłopczyk, z kruczoczarną czuprynką. I złożył grzecznie rączki przed sobą, dygnął i wyrecytował:

Ujebała misia pszczoła
Osz, ty kurwo!- misio woła
Za me męki, za me bóle
Rozpierdolę wszystkie ule
Powyżeram resztki miodu
Byście, świnie, zdechły z głodu!

-Ej, stary, ale jak ci mówiłam, że będziesz się mógł chwalić fajnym wierszykiem, to nie miałam na myśli naszych rodziców, wiesz?-powiedziałam śmiertelnie poważnym tonem
-Ahaaaa...-śmiertelnie poważnie odparł Jacek


Wspomnienie piąte (pięć lat później, moja pierwsza dieta i obietnica zdrowego odżywiania)
-..i będziemy się odżywiać zdrowo, a ja nie będę wpierdzielała słodyczy- rzekłam
-Amen- rzekł Jacek
...po godzinie...
-Idziemy na pączki?
Poszliśmy.


Wspomnienie szóste (w tym samym czasie)
Kasia przechodziła, jak sama mówi, "uduchowiony" okres swojego życia, w którym ponoć sam Bóg wyznaczał jej drogę. Na nieszczęście okazało się, że miał też dla niej wyzwania
-Babciuuuuuuu, oni znowu puszczają rap i każą mi go słuchać.
Albowiem tylko ja z Jackiem wiedzieliśmy, że ścieżki nawracania są różne.
Nagły Atak Spawacza zdziałał cuda i choć w życiu się do tego sama zainteresowana nie przyzna, tylko dzięki nam i HIP-HOPowi nie wykoleiła się i została normalnym, niewierzącym człowiekiem

Wspomnienie siódme (dwa lata później)
-Jesteś pewny, że Twoja matka nie wyczuje, jak będziemy w kiblu jarać fajki?-spytałam
-Oczywiście, że nie. Oni oboje z ojcem palą od lat. Legenda głosi, że w trzydziestym drugim stracili już węch..W tysiąc osiemset trzydziestym drugim- dodał dobitnie.
...dwadzieścia minut później...
-Czuję dym w toalcie. Aniaaaaaaa, Jaaaaaacek, chodźcie tu oboje!-to ciotka
-Ja pierdolę-to ja


A niewiele później Jacek wyjechał do UK i kontakt nam się mocno rozluźnił. Widzieliśmy się wprawdzie kilkakrotnie przez kilka lat, ale już nigdy nie jedliśmy razem pączków na diecie, ani nie jaraliśmy w kiblu fajek, w jego rodzinnym domu.
Ja się w międzyczasie hajtnęłam, porodziłam dzieci,  a Jacek zmieniał dziewczyny będąc w przerwach wolnym, szczęśliwym singlem.
A teraz mamy okazję z powrotem te więzi zacieśnić. I cholernie się z tego cieszę, bo okazało się, że nie tylko wspomnienia mamy wspólne, ale łączy nas dużo więcej.

Szkoda, że Jacek nie zgodził się na publikację aktualnego zdjęcia. Mówi, że nie jest jeszcze gotowy na sławę:)
Na szczęście dostałam od Kasi to:

Ten mój szeroki uśmiech mówi wszystko (to było jeszcze zanim się dowiedziałam, że nie zarobię na niej kupy hajsu, jak planowałam, bo nie mogę Jej sprzedać do zagranicznej adopcji, ani nawet na organy. I zostało mi to powtórzone również wtedy, gdy obiecałam, że odpalę Jej rodzicom działkę)


Byłam we wszystkich najważniejszych momentach Jej życia- przynajmniej, jak widać, na początku. Nie pamiętam dokładnie, ale to pewnie ja piekłam tort.


I pewnie ja robiłam te zdjęcie







piątek, 12 września 2014

jeśli kiedyś umrę, to będzie to we wrześniu...czyli SIUUUUP, porozmawiajmy o szkole

-Dzień dobry, nazywam się (nie)typowa i jestem nieanonimowym alkoholikiem
i teraz Wy, chórem: 
-Dzień dooo-bry

Musimy to przećwiczyć, bo myślę, że jeszcze rok, góra dwa, jeszcze kilka pierwszych września i będziemy to wcielać w życie, kochani. Czuję, że z (nie)typowa zmienię sobie ksywę na Gin, bo gdzie butelki nie otworzą, tam się pewnie pojawię.
Dodatkowo zajadam ostatnio stres. Nie chcę się chwalić, ale dwutygodniową dietę odwaliłam w jeden wieczór.

Wrzesień mnie wykańcza.
Może drina?
Ja nie pogardzę.

Myślałam, że wraz z momentem, gdy człowiek staje się dorosły pierwszy września staje się datą podwójnie symboliczną li i tylko. Opadają całe emocje, no chyba, że się zaspało. Ale i na to jest sposób, aby zagęścić ruchy i szybko się rozbudzić. Wystarczy rozmawiać przez telefon prasując i raz pomylić co się w której ręce trzyma. Jednak mimo niebywałej skuteczności, na dobrą sprawę tej metody nie polecam.
W każdym razie myślałam, że będąc dorosłą, mając własne dzieci, cały pic pierwszego września polega na tym, żeby wystroić pociechy niczym przysłowiowe stróże w Boże Ciało i robiąc w myślach takie poczciwe "hehe" stać sobie gdzieś z tyłu, na szkolnym korytarzu, obserwując uroczystość i przez cały jej czas zastanawiać się czy można krzyknąć "króliczku, popraw sobie kołnierzyk" czy to trochę jednak wiocha.
Otóż nie. 
Stres wrześniowy dopada mnie już w momencie kompletowania szkolnej wyprawki. 
Mili państwo, czy nie odnosicie wrażenia, że w tym temacie ktoś tu ocipiał do reszty?
Po pierwszych zakupach książek do księgarni zaczęłam chodzić z piersiówką. Wiecie jak głupio to teraz wygląda?!
-Dzień dobry, czy jest podręcznik do angielskiego Our Discovery Island dla klasy trzeciej?
-Dzień dobry, jest.
-A ile kosztuje?
-37 zł
-A zeszyt ćwiczeń do tego?
-Też jest, 34 zł.
-Czyli razem 71 zł za książki do jednego przedmiotu?
-Tak, zapakować?
-Chwileczkę, muszę się napić....

Czy to jakiś żart, że jedna książka kosztuje niemal cztery dychy, a do tego jest jeszcze niewiele tańszy zeszyt ćwiczeń? 
Czy widzieliście kiedyś zeszyt ćwiczeń do muzyki (obok zeszytu do nut i podręcznika) w 4 klasie nie-muzycznej szkoły podstawowej? A widzieliście może 170 stronnicową książkę do techniki? 
Jeśli nie, to zapraszam do mnie.
Moje najstarsze dziecię nie musi mieć jedynie książki do wuefu i plastyki.
Aż dziw bierze, że taka staromodna pani im się trafiła, której wystarczą bloki, kredki, pastele i takie tam inne. Jeszcze się plastycznie nie wykształcą z kredkami "Bambino" i tak bez książki. I chuj, nie będzie kolejnych Rembrandtów, Michałów Aniołów, czy tam Ślewińskich. Zostaną najwyżej malarzami pokojowymi. Albo abstrakcyjnymi, jak ja.
A tak, nie chwaliłam Wam się, że na tym polu też jestem utalentowana.
Tworzę naprawdę wybitne dzieła.
Jestem malarką abstrakcyjną- żadnych pędzli, żadnych farb, żadnych sztalug. Po prostu siedzę sobie i myślę.

Nieistotne.

Plecak mojego starszego dziecka ważył dziś przeszło 6 kilo. Miał tylko to co potrzebne, sprawdziłam.
Czyta mnie ortopeda jakiś? Proszę o opinię. Choć w sumie i bez niej wiem co myśleć.

Dolać Wam?
Bo sobie poleję.

W każdym razie, żeby nie było zaznaczam, że szkoła syna poszła z duchem czasu i z funduszy na komitet rodzicielski zostały zakupione szafki.
Wiecie, jak na amerykańskich filmach. W zasadzie takie same, tyle że osadzone w polskich realiach, czyli jedna szafka na trzy osoby. Każdy ma miejsce żeby przechowywać zapasowy ołówek. Byle bez gumki, bo się nie zmieści.
Dziecko me, pierwszego dnia szkoły, omiotło wzrokiem nową klasę, nową panią, nową szafkę, nowe podręczniki i pech chciał, że nawet postanowiło je przejrzeć. Nadgorliwiec. Cholera wie po kim. Trafiło na podręcznik do muzyki akurat. Po czym przez 40 minut miałam awanturę, że on ma już włosy na nogach i nie będzie w wieku niemal jedenastu lat śpiewał o ptaszkach. A później odkrył w owym podręczniku kolędy. I kolejne 40 minut krzyczał, że już woli śpiewać o ptaszkach niż o Jezusie.

Wypiliście już?
No ja też, no to jeszcze po jednym,  SIUUUUUP i lecimy dalej...

Pierwsze szkolne zebranie też już za mną.
U Szarego.
Nazywało się "organizacyjne" i już wiem dlaczego.
Mianowicie tak się muszę zorganizować, żeby na dzień dobry wyskoczyć z ponad 350 zł (wycieczka 3-dniowa 200zł, komitet rodzicielski 80zł, ubezpieczenie 48 zł, klasowe 15 zł, ksero 10 zł, szczoteczka do fluoryzacji 2,40).
Kolejna konkluzja jest taka, że muszę sobie kupić jakiś porządny notatnik i pióro, bo z wielkim notesem w żabę jarającą blanta i długopisem w Królika Bugsa za bardzo rzucam się w oczy i inni rodzice się dziwnie patrzą.


..i jeszcze jeden, i jeszcze raz...

A wczoraj don Juan wrócił wyraźnie podminowany ze szkoły. Okazało się, że musi jeszcze raz odrobić pracę domową z przyrody. Temat zadania brzmiał: napisz na jakie zagadnienie związane z przyrodą chciałbyś odpowiedzieć w tym roku szkolnym.
No to napisał: chciałbym się dowiedzieć kto w przyrodzie wygrałby walkę- pan od wuefu czy konserwator? Osobiście uważam, że karate fajna sprawa, ale młotek to młotek.
I siedział zbulwersowany nad zeszytem. I myślał. Aż wymyślił.
A dziś ta biedna kobieta, jego nauczycielka, będzie musiała się zmierzyć z : dlaczego mówi się Matka Ziemia skoro ma jądro, a nie jajniki?
Trochę mi jej szkoda. Zwłaszcza, że don Juan stwierdził chyba, że ma więcej pytań i zapisał się na kółko przyrodnicze.

..chluśniem, bo uśniem...

-Szary, czy możesz się ubierać odrobinę szybciej?- pytam każdego ranka, gdyż obojętnie o której wstanie i tak się spóźni.
-Ależ ja to robię szybko. Ja jestem szybki. Mega szybki. Osiągam do 2,5 macha na sekundę-nawija
-Taaaa? Ciekawe kiedy?- pytam zaspana jeszcze
-Jak palę w szkolnej kabinie i ktoś mi krzyknie, że dyrektorka zmierza w stronę WC- odpowiada spokojnie
To jego poczucie humoru mnie kiedyś wykończy.
Po kim on to ma?
(to było pytanie retoryczne, proszę nie odpowiadać)

....no to cyk.....

A już do szewskiej pasji doprowadza mnie wszechobecna i niekończąca się debata na temat wprowadzenia do szkół edukacji seksualnej. Tu wypowiadałam się, czy uważam wprowadzenie tego przedmiotu za słuszne i spoko, nie mam zamiaru się powtarzać.
Jeśli jednak edukacja seksualna do szkół na dobre nie wejdzie mam za to zamiar rzucać w nastolatków prezerwatywami. Trudno, najwyżej pójdę siedzieć.
Nieodmiennie dziwi mnie też w tej całej debacie argument, że edukacja seksualna nie jest dostosowana do wieku odbiorców. I mówią to najczęściej ludzie, którzy karzą wkuwać na blaszkę swoim kilkuletnim dzieciom modlitwy napisane archaistycznym językiem, z którego owe dzieci nie rozumieją ni słowa.
Ale mniejsza z tym. Opowiem Wam o trzech najnowszych przykładach z własnego podwórka, wszystkie z wakacji:

1) Maciek naprawia samochód na podwórku i słyszy rozmowę bawiących się nieopodal naszych synów z kolegami (towarzystwo w wieku od 6 do 11 lat)
-Szaremu się podoba Julia z jego klasy- mówi don Juan o bracie
-A ruchaliście się już?- zwraca się z pytaniem do ośmioletniego Szarego M., jego rówieśnik,  chłopczyk aniołek, z tzw. dobrego domu. Pucułowaty, miły, uśmiechnięty, który "dzień dobry" krzyczy mi przez pół ulicy, gdy maszeruje z brudnymi kolanami i piłką pod pachą na boisko.
Musiałam Maćka uspokajać pół wieczoru. A później musiałam jeszcze pogadać z synami kiedy można rozpocząć współżycie i przede wszystkim kiedy nie należy go rozpoczynać.

2) Jesteśmy na plaży. Dzieci grają w piłkę w wodzie nieopodal, my brodzimy po brzegu. Podpływa do nich chłopiec w don Juana wieku (ok. 10 lat). Widzę, że rozmawiają, ale nie słyszę słów. Po chwili zauważam, że Szary kiwa z dezaprobatą głową, a don Juan jest wyraźnie wkurzony, coś tam mówi gestykulując zamaszyście. Chłopiec odchodzi, a dzieci zmierzają w naszym kierunku.
-Wiecie co on powiedział?-  pyta mnie don Juan
-Nie, a co?
-Szary powiedział do niego żeby nie płynął w tamtym kierunku, bo tam jest rów, a on na to: rów to ty masz w dupie i mogę cię zaraz w nią zgwałcić.
Ruszamy z Maćkiem brzegiem, wraz z chłopcami, szukając w tłumie potencjalnego przyszłego gwałciciela, a konkretnie jego opiekunów. Nie znajdujemy ich. Kto był choć raz na plaży w Gdyni, w sezonie, ten wie dlaczego. Łapy mi się trzęsą jeszcze dobrą godzinę potem.
W domu rozmawiamy na temat gwałtu.

3)Wracamy z don Juana kolegą z klasy z placu zabaw. Idę, pchając wózek, przodem. Gadam po swojemu ze Stiflerem (tak gadam), aż nagle dobiegają do mnie szczątki rozmowy chłopców. I w jednej chwili zamieram.
-I to była dziwka, wiesz- mówi J. i po chwili się reflektuje- no dziwka, kumasz? Wiesz kto to jest dziwka? To taka babka co uprawia seks za pieniądze. W burdelu najczęściej. Choć niekoniecznie, bo takie tirówki np. dają dupy w lesie. I są tańsze. I zagraniczne, bo tam Ukrainki często stoją, Bułgarki....Tylko wiesz, adidasa można łatwo dostać.
Ja pier-do-lę, ja w wieku dziesięciu lat wiedziałam najwyżej kto jest kim w rodzinie Hendersonów.
Wieczorem odbywam z synami rozmowę na temat prostytucji, handlu żywym towarem, godności, chorób przenoszonych drogą płciową, no i antykoncepcji. Choć ten ostatni temat przewałkowaliśmy a propos omawiania pikiety pro-life, zahaczając o aborcję, oczywiście.

I później słucham w telewizji pierdzielenia o tym, że edukacja seksualna przedwcześnie rozbudzi erotycznie dzieci.
Serio?
Bo ja widzę, że one i bez niej  są już dostatecznie przedwcześnie "rozbudzone".

Wsadzą mnie, wsadzą jak nic, mówię Wam. Edukuję ośmio i dziesięciolatka. I wygląda na to, że nie przestanę.
Jasne, że bym chciała aby moi synowie rozmawiali z rówieśnikami na temat książek i rozrywek kulturalnych, ale wygląda na to, że jest jak jest i nawet jeśli oni nie poruszają tematów związanych z seksem, tematy te jak widać na powyższych przykładach i tak wypływają. I tu możemy udawać, że tak nie jest, zaklinając rzeczywistość, albo coś z tym zrobić. Choć wiele się nie da, bo nie każdy może sobie pozwolić na życie w buszu, z dala od cywilizacji. W każdym razie można spróbować przekuć te niepoukładane hasła i błędne informacje w rzetelną wiedzę, zaserwowaną odpowiednio do wieku i indywidualnych cech dziecka.

Słyszałam też opinię, że edukacja seksualna jest ponoć demoralizująca...
I mówią to ci, którzy w Hello Kitty doszukują się demona.
Nie, spoko, wprowadzanie dziecka w świat takich schiz na pewno nie jest demoralizujące. Na pewno diabeł widziany w konikach Pony albo Harrym Potterze jest całkiem ok.
Jak i plucie jadem przy dzieciach na wszystko co się rusza i nie jest zgodne z ich światopoglądem.
A tak na poważnie, o czym my w ogóle mówimy?
Jaka demoralizacja? Niech mnie ktoś oświeci i mi powie czego ci ludzie się tak naprawdę boją?
Że na tych lekcjach będzie wpajana ich dzieciom "ideologia" gender, ze straszną gębą dorobioną przez ludzi kompletnie gender nie rozumiejących? Że będzie się ich dzieci "spedalać", albo (nie daj bóbr) nauczy akceptacji "pedalstwa" i już nie będą chcieli z tatusiami w niedzielę, tuż po kościele, palić tęczy, bo się zarażą homoseksualizmem?

Ludzie, tu jest Polska.
Jak już nawet ES wejdzie w życie to tu i tak, niezależnie od regulaminu,  poprowadzą ją katecheci.
Dzieci, możecie zadawać pytania. Tylko pamiętajcie, że Bóg wszystko słyszy...

Jest pierwsza połowa września ,a ja już mam ochotę wypłynąć na samotny rejs małą łódką dookoła świata. Jednakże biorąc pod uwagę mój nastrój domyślam się, że najdalej w trzecim miesiącu wyprawy pokłóciłabym się z wiosłem i nie miała z kim pić.
Nic na to nie poradzę, że wrzesień zmienia mnie w boginię.....bo ginie każdy, kto mi się nawinie.







piątek, 5 września 2014

dlaczego chodzę jak Korzeniowski...czyli sąsiad menda i nasz dzielnicowy RoboCop Clooney

Każdy, a przynajmniej każdy kogo znam, miał na podwórku jakiegoś sąsiada mendę. W moim przypadku, w czasach gdy jedynym fast foodem jaki znałam był chleb z cukrem,  była to sąsiadka konkretnie. Mówiliśmy na nią Deksiowa, bo miała psa Dextera i jak nietrudno się domyślić była wielką fanką Dynastii.  Ogólnie to zacna kobieta była, tylko jakoś nie lubiła dzieci. Nie wiem jak jej córka wspomina dzieciństwo, ale domyślam się dlaczego nosi grzywkę. Pewnie matka wytatuowała jej kiedyś na czole "debilka" żeby nie zapominała zimą czapki.
W każdym razie upierdliwość pani Deksiowej polegała na tym, że od rana do wieczora darła na nas paszczę i przeszkadzało jej dosłownie wszystko, włącznie z tym, że zabraniała nam grać w badmintona (taka gra towarzyska. Tak, pewnie jest dostępna w wersji na tablet - sorry, młodszemu pokoleniu wyjaśniam), bo lotka jej latała na wysokości okien i nie dość, że wkurzała, to jeszcze hałasowała nieznośnie. No rozumiecie, jak kobiecie przeszkadzał hałas odbijanej lotki, to domyślacie się też co się działo, gdy bawiliśmy się w zbijaka, albo darliśmy ryja "pobiteeeee garyyyyyy".

Mieszkam w samym centrum dużego miasta. Komu się takie centrum z zabytkami, sklepami, restauracjami, czy innymi przybytkami uciech duchowych, kulturalnych, czy tam cielesnych kojarzy znaczy, że nigdy tak naprawdę w dużym mieście nie mieszkał. Bowiem, pomijając zabytki wszelakie, sklepy, restauracje, itd. centrum dużego miasta to przede wszystkim wszelkiej maści patologia.
Na przykład mój osobisty sąsiad zapukał do mnie wczoraj z pytaniem czy to w całym bloku, czy to tylko w jego mieszkaniu skończyła się wódka. Choć w gruncie rzeczy akurat to poczciwy człowiek jest. Były barman. Ponoć uwielbiał swoją pracę i nawet mocz do analizy oddawał z parasolką.
Ale my nie o tym.
My o moim mieście, mojej dzielnicy. Gdzie wiecznie panuje jesień. Co człowiek wyjdzie po zmroku na ulicę, to może dostać z liścia. A zostać pijaczką, narkomanką, czy zwykłą bladzią jest niezwykle łatwo. Zazwyczaj wystarczy się nie ukłonić Zorganizowanej Blokowej Grupie Plotkarskiej.
Tu pije się do końca. Zapomogi albo przytomności.
Tu zamykając okno niemal zawsze przycina się komuś palce.
Obdrapane klatki starych kamienic, żwirowe podwórka z jedyną osiedlową atrakcją- trzepakiem, znajome sino-fioletowe twarze mijane w drodze do najbliższego sklepu ...tak sobie myślę, że nie jeden członek kapituły konkursu "Teraz Polska" popełniłby samobójstwo mając tu zamieszkać.

Niespecjalnie zdziwił mnie więc okrzyk don Juana, gdy wracałam ze Stiflerem ze spaceru i przechodziłam przez podwórko:
-Mamo, mamo, policja przyjechała
Nic nowego. Zdziwiła mnie za to dalsza część wypowiedzi.
-Do pana Malinowskiego. Mama Jasia wezwała.

I tu wracamy do kwestii sąsiada mendy. Pana Malinowskiego, w moim przypadku.
Otóż pan Malinowski, to człowiek sędziwy wiekiem. Albo mówiąc wprost- wartość świeczek już dawno przewyższa u niego wartość tortu, a kwiaty przypuszczam, że przyprawiają go o niepokój. Jest to mężczyzna na widok którego nawet czarne koty spluwają przez lewe ramię. A ja, za każdym razem gdy się odezwie, myślę sobie, że jednak muszą być jakieś niedomówienia w tej sprawie z Czarnobylem.
Jest zarządcą swojego budynku. Od kiedy go poznałam głęboko współczuję pozostałym lokatorom. Muszą się czuć jak w autobusie- jeden trzęsie, a reszta jakoś jedzie.
Dzień pana Malinowskiego i jego (rzekłabym lepszej połówki, ale po co tak kłamać od rana) małżonki polega na zmianie dyżurów przy oknie i opierniczaniu dzieci. Za to, że robiąc fikołki na trzepaku brudzą go butami.  Za to, że krzyczą bawiąc się w berka. Za to, że za głośno rozmawiają. Za to, że są i jeszcze ośmielają się oddychać, za głośno, rzecz jasna.
My, rodzice, tolerowaliśmy te pohukiwania starego puchacza ile się dało. A nawet wręcz czuliśmy, że nasze dzieci są przy nim bezpieczne, bowiem nic nie umknęło uwadze pana Malinowskiego. W końcu to taki typ, który żąda absolutnej ciszy od 18, bo idzie spać, ale na drugi dzień doskonale wie, która panna niemoralnie się prowadzi , bo wracała z nowym kawalerem o północy. No wiecie, taki osiedlowy monitoring.
 Mieliśmy więc darmową niańkę. Surową wprawdzie, ale zawsze. Jednak przyszedł czas, gdy stwierdziliśmy jednomyślnie, że trzeba pana Malinowskiego zwolnić, bo metody ma iście niepedagogiczne.
Przełknęliśmy jakoś, gdy straszył nasze dzieci pasem. Dzieci też przełknęły najwyraźniej, bo sama byłam świadkiem, jak don Juan pytał jaki ma kolor tego pasa i ile na nim belek, bo on też ćwiczy.
Przełknęliśmy, gdy prorokował na całą ulicę, że nasze dzieci skończą jako degeneraci. Dzieci też przełknęły widać, bo słyszałam, jak tym razem Szary powiedział, że on też tak czuje, że ten zbijak to demoralizująca zabawa i najgorsze to będzie jak się stoczą, a później przez cały dzień będą stali w oknie, bez żadnego innego hobby.
Nie mówiłam nic, jak zastałam don Juana wpatrzonego w okno sąsiada z wyszczerzonymi zębami, a Szarego naprężającego mięśnie, zastygniętych w jednej pozie, gdy na moje pytanie co robią odpowiedzieli, że pozują, bo pan Malinowski robi im zdjęcia.
Ale mama Jasia pękła, jak sąsiad zaczął straszyć dzieci policją (od razu mówię, że moi i to tolerowali, a nawet zaproponowali, aby od razu zadzwonił po GROM i powiedział "proszę przybyć jak najszybciej, na moim podwórku są jakieś DZIECI! Te małe potwory grają w kapsle!!!). Rozumiem mamę Jasia, bo Jasiek jest najmłodszy z dzieciaków i trochę do luftu byłoby, aby sobie instytucję policji kojarzył z czymś, co ściga i strzela do dzieciaków, które się najzwyczajniej w świecie bawią.
Tak więc wracałam spokojnie ze spaceru, gdy usłyszałam od don Juana o tej policji i jakąś sekundę zajęło mi zmienienie trasy, aby wtrącić swoje trzy grosze.
Gdy podeszłam, jeden z policjantów właśnie wychodził z klatki  i zwrócił się do drugiego
-Dzielnicowy już idzie, przede mną nie chce się nawet wylegitymować.

Zastrzygłam uszami na słowo dzielnicowy, mama Jasia też zastrzygła i zaczęłyśmy się nawzajem sobie przyglądać, przygotowując się do rozmowy z dzielnicowym, mówiąc takie tam frazesy w stylu "popraw grzywkę" albo "pod lewym okiem jesteś trochę rozmazana", albo "nie, rozpuść włosy, tak jest zdecydowanie lepiej".
No cóż, mój dzielnicowy nazywa się RoboCop Clooney. Gdybyście go widziały, zrozumiałybyście tę reakcję.
W tym miejscu należy też wspomnieć, że moja chęć zrobienia na dzielnicowym dobrego wrażenia jest całkowicie uzasadniona, bo staram się zatrzeć to pierwsze, gdy się poznaliśmy.
A było to tak: szłam sobie na spacer ze Stiflerem i jak każda normalna baba, gdy nie ma witryn sklepowych, przeglądałam się w szybach zaparkowanych na chodniku samochodów. No i właśnie tak dostrzegłam, że mam beznadziejne jeansy, bo zamiast uwypuklać tyłek i spłaszczać brzuch robią dokładnie odwrotnie. No i są za nisko na biodrach.
Wyobraziłam sobie jak siadam na placu zabaw, po czym ludzie zaczynają krzyczeć i zasłaniają swoim dzieciom oczy, wzywając drugą ręką policję. I natychmiast postanowiłam je podciągnąć. Z tym, że wiecie jak to jest z obcisłymi jeansami. To nie dresy. Nie podciąga się ich ot tak, jedną ręką. Dlatego zatrzymałam się przed jednym z samochodów z przyciemnianymi szybami i zaczęłam się szarpać z tym cholernym odzieniem. Ostatecznie podciągnęłam je sobie na tyle wysoko, że szlufki miałam pod pachami i wyglądałam jak Obelix, co mnie z kolei rozśmieszyło i zaczęłam przykładać sobie włosy pod nos, imitując wąsy i takim dziwnym tonem mówić do Stiflera
-No chodź tu mój Idefixie, pójdziemy sobie zapolować na jakiegoś dzika....
W każdym razie jego to też rozśmieszyło, a ja postanowiłam dodać do tego takie : kuci, kuci, kizi mizi, a bubu bubu buuuu, a dawaj nochalka, buziaczki misiaczki, gzi gzi gzi iiiiiii kto jest mamusi kochanym glutkiem??
No wiecie, tak sobie do niego gadałam, z tymi wąsami pod nosem, jak każda matka do każdego dziecka, gdy są sami. I przed depilacją woskiem.
Chwilę później klasycznie szyba zjechała w dół, a ja zobaczyłam, że w samochodzie, w ciężkim szoku, siedzi George Clooney, tyle że postury RoboCopa. Jak na damę przystało opuściłam więc wąsy, uniosłam głowę do góry, po czym spierdoliłam w stylu Korzeniowskiego, znaczy się kręcąc tyłkiem, a co!  Za najbliższym rogiem zrobiłam tak zwany facepalm, który mniej więcej wyglądał tak

 Reaction GIF: facepalm, Ivan Vasilevich
i postanowiłam nigdy więcej nie wracać do tych wspomnień.
Do czasu aż zobaczyłam go tydzień później, w mundurze, a mama Jasia, poprawiając koczek,  uświadomiła mnie, że "ooo, a to nasz dzielnicowy".

Więc tak sobie razem czekałyśmy. Ja wciągałam brzuch i robiłam dzióbek, aby podkreślić kości policzkowe, a ona siedziała na krawężniku wyciągając obie nogi na bok, aby wydawały się dłuższe.  I w końcu się pojawił, a w tle za nim, naprawdę nie mam pojęcia skąd, pojawiła się muzyka


powiedział:
- Wyglądasz pięknie. Jaka szkoda, że jesteś mężatką...
Choć możliwe też, że spytał o co chodzi i poprosił nas o dowód.
Zdziwiłam się, że tak od razu rozpoznał, że jestem pełnoletnia, ale dałam.
Dowód.
Dalej to postanowił iść porozmawiać z panem Malinowskim, a jeden z policjantów postanowił mnie zagaić i do teraz nie wiem czy z czystej złośliwości, czy żeby czas nam się nie dłużył:
-Tak na panią patrzę i stwierdzam, że jest pani podobna do mojej mamy. Chyba jesteście nawet w jednym wieku- powiedział z szerokim uśmiechem
Uśmiechnęłam się więc równie szeroko i odparłam
-Pan też mi się wydaje znajomy. Skąd ja pana znam, no skąd ja pana znam?? Wiem! To nie pańskie zdjęcie było w gazecie podczas wręczania nagrody dla najlepszego policjanta w tym rejonie?
-A możliwe- odrzekł, mrugając do kolegi
-No tak myślałam. Z tego co pamiętam coś tam pisało, że to pan wystawił najwięcej mandatów za łyse opony kierowcom walca, prawda?-zapytałam, cały czas się uśmiechając oczywiście
-Pani synowie mają nietypowe imiona. To kwestia gustu, czy poczucia humoru?-zapytał, aby zmienić temat
-Chciałam ich nazwać Jehowa, aby móc robić sobie jaja z ich świadków na ślubie, ale ostatecznie zrezygnowałam z pomysłu. A co z naszym listonoszem? -tym razem ja zmieniłam temat- Czy to prawda, że wczoraj wieczorem został bezlitośnie spałowany przez tutejszy patrol? Ponoć do zdarzenia doszło, gdy jeden z policjantów kichnął, listonosz się przestraszył i odruchowo krzyknął "dobry piesek".
-Nie, to tylko pogłoski- odrzekł spokojnie- Jak i to,że opanowaliśmy demonstrację właścicieli chińskich restauracji przychodząc ze swoimi pałeczkami. Coś dzielnicowy długo nie wraca- znowu popłynął w innym kierunku
-Może nie żyje- rzekłam niepewnie
-A gdzie tam! Sprawdziłem przez radio, pan Malinowski mimo, że rocznik trzydziesty drugi całkiem dobrze się trzyma-odparł
-Miałam na myśli dzielnicowego- sprecyzowałam
No i wywołałam wilka z lasu, a raczej dzielnicowego z klatki. Wyszedł, a w tle za nim, nie wiadomo skąd, pojawiła się muzyka


-Jesteś naprawdę wspaniała- rzekł głosem Vina Diesela
albo
-Załatwione. Pan Malinowski obiecał więcej nie straszyć i nie nagabywać dzieci.
Po czym pożegnał się, my podziękowałyśmy odpowiednio robiąc dzióbek i wyciągając nogi na bok, wsiadł do samochodu i odjechał.
Powiedziałam cześć sąsiadce, a Stifler się rozwył. Wyciągnęłam go więc z wózka i zmierzając w stronę domu zaczęłam marszcząc nos pierdzieć mu w brzuszek, muczeć, bo go ten odgłos rozśmiesza i wywalając język na wierzch wołać "mój malutki pierdzioszek śmierdzioszek, no komu mama zaraz schrupie nosek? No komu? A kuci kuci, kizi mizi ,babuu, babubuuuuu"
I wtedy właśnie usłyszałam męski, tubalny głos, tuż za mną:
-Przepraszam panią, zapomniałem oddać dowód....
Odwróciłam się więc szybko z dzióbkiem i nie patrząc mu w oczy przechwyciłam co moje, po czym oddaliłam się chodem Korzeniowskiego, przy dźwiękach muzyki, która nagle pojawiła się w tle