niedziela, 31 sierpnia 2014

matka blogerka...czyli o ekshibicjonizmie w sieci

Do pisania bloga w gruncie rzeczy namówiła mnie grupa przyjaciół. W dużej części składająca się z blogerów, swoją drogą. Poinstruowali mnie technicznie co i jak, bo znając moje zdolności informatyczne, gdyby nie oni nadal tkwilibyście ze mną przy pierwszym wpisie, a ja z rozdziawioną gębą, dziką paniką w oczach i przystawioną twarzą do monitora, darłabym mordę do telefonu "to jak to się z tego Worda w internety teraz przenosi?".
Później uświadomili mi z czym się wiąże poczytność, bo podobnie jak ja czuli, że jestem skazana na sławę i podobnie jak ja nadal mają nadzieję, że jeszcze będą mnie całe rzesze cytować. I wszyscy gorąco też liczymy, że nie będzie to miało miejsca w programie "Medyczne osobliwości" na Polsat Cafe, ani w niczym co leci na Animal Planet.
W każdym razie zwiększające się grono czytelników ściśle wiąże się tak ze wzrostem sympatii jak i wszelkiej maści hejterstwa, wiadomo. 
Pamiętam dobrze, jak usłyszałam od przyjaciółki, abym trzy razy przemyślała zanim coś opublikuję, bo niewinne nawet treści mogą być przekute w niezłe gówno jeśli pozostawi się za duże pole do interpretacji. A pozornie błahe wydarzenia z naszego życia mogą być powodem do kpin ze strony rówieśników moich dzieci np. w szkole, tuż po tym jak nadgorliwa mamusia lub tatuś podpowie swojemu dziecku "hej, to nie jest Apoloniusz z twojej klasy na tym zdjęciu? Zaraz zobaczymy co też ta jego mamusia tu pisze"....
Ku przestrodze opowiedziano mi też historię pewnego blogera. Nie pamiętam jej dobrze, ale leciała jakoś tak, że ów bloger, w  przypływie ojcowskiej miłości, napisał na blogu o swoim synu, że ma pięty jak pajdki chleba. Zwrócilibyście na coś takiego uwagę? A jeśli tak, to w jakim kontekście? Ja pomyślałabym sobie, że tak pisze ciepły, czuły ojciec. Ot i wszystko, no nie?
Otóż nie.
Chłopczyk po tym wpisie przeszedł gehennę, którą właśnie w szkole urządzili mu rówieśnicy. Porównanie jego ojca stało się ponoć hitem, a dotknięty zwykłym chamstwem bloger przestał pisać dla szerszej publiki w ogóle, by chronić syna, siebie, rodzinną intymność.
Co ja na to?
Ludzie zawsze będą gadać, taka ich natura. Jak nie będą mieli faktycznego powodu, to spokojna wasza rozczochrana, jakiś sobie już na pewno wymyślą.



Ja na ten przykład na plotki na swój temat reaguję dokładnie tak:



I takiej samej reakcji nauczyłam swoje dzieci tłumacząc im, że generalnie to nikt o niezaburzonym poczuciu własnej wartości nie pierdzieli głupot o drugiej osobie, więc wszystkim tym zakompleksionym biedakom, którzy tak robią, ze względu na traumę jaką przeżywają będąc samymi sobą,  jesteśmy w stanie litościwie wybaczyć.

Ludzie są okrutni, mówili....
Zobaczysz jak będzie bolało, gdy pewnego dnia przeczytasz w komentarzach, np. że twoje dzieci to potworki,  mówili....
Zjawisko anonimowego ulewania jadu w sieci nie jest dla mnie niczym nowym bowiem mam swoje zboczenie. Z przyczyn sadomasochistycznych najprawdopodobniej, bo innych nie potrafię znaleźć, czytam komentarze pod artykułami, które mnie interesują. I powiem Wam, że nie raz, nie dwa bywają lepsze niż sam artykuł, a na pewno nierzadko ciekawsze z socjologicznego punktu widzenia.
Ja to widzę tak: siedzi taka rozmemłana Euglena Posuwista, w wałkach,  poplamionej podomce i śmiejąc się pod wąsem pisze komcia o treści "Doda wygląda jak trans i ma rozstępy na lewym półdupku, bleeee".
Albo taki szczyl w dresie kreszowym się produkuje, uprzednio drąc ryja "Mamoooo, mamoooo, jak się nazywa ten co grał w Psach?"
"Linda, synuś"
"Nie, ten drugi"
"Konrad, synuś"
"Tak, ten"....no i jedzie z koksem....  "Konrad to ch....to hujowy aktor i w ogóle debil"
I myślą tacy, że świat zadrżał w posadach, gdy wyrazili tę swoją, pożal się Ktokolwiek, opinię. Tymczasem obiekt ich nienawiści, nawet nie wie przecież , że ktoś taki jak oni istnieje. I obawiam się, że ta opinia gówno zazwyczaj go obchodzi.
A czym niby ja się różnię od takiej Dody, czy Konrada (to nie jest pytanie. Nie wymieniać!)?
Przecież mnie też to gówno obchodzi. A wszelka niekonstruktywna krytyka, chyba od zawsze, spływa po mnie jak woda po kaczce.
Bo generalnie to nikt o niezaburzonym poczuciu wartości....(patrz wyżej)

Kwestia zamieszczania wizerunku dzieci w sieci jest nadal sporna, kontrowersyjna i zawsze na czasie. Widać to obecnie na blogu jednej z mam dwóch córek, która głośno zastanawia się nad zamknięciem bloga, tudzież skasowaniem dotychczasowych i zaprzestaniem publikacji dalszych zdjęć swoich dziewczynek. Przyczyna tkwi tam gdzie zwykle: nagle uświadamiamy sobie, że oprócz pani Joli ze spożywczaka i kuzynki Zosi z Radomia może nas w tej chwili czytać dajmy na to pedofil jakiś, czy inny zwyrol, który być może patrząc na zdjęcie naszej pociechy dokonuje czynności, których w żadnych okolicznościach nie dokonuje taki Terlikowski.
Mamy moje kochane, moim skromnym zdaniem w  XXI w. gdzie podsłuchać się dał m.in. minister spraw zagranicznych obawiam się, że nie ma na polu prywatności rzeczy niemożliwych. Także zdjęcie naszej pociechy taki zboczeniec może sobie posiąść w każdej chwili i nasz blog wcale mu nie będzie do tego potrzebny. iPhony, iPady i inne chuje muje dzikie węże, na których się nie znam, włączając w to wszelkiej maści aparaty i ich obiektywy mogące robić takie zbliżenia, że widać nam ze 100 km łupież nie są już rzeczą nieosiągalną dla zwykłego śmiertelnika. Możemy być fotografowani kompletnie o tym nie wiedząc.
Zawsze ciekawi mnie jedno, czy te wszystkie mamy, które tak głośno krzyczą, że nie powinno się wrzucać zdjęć własnych dzieci na bloga są równie konsekwentne na co dzień? Rozumiem ,że żadna z nich nigdy nie zgodziła się na publikację zdjęć dziecka na stronie przedszkola/szkoły? Bo tak sobie myślę, że ja, gdybym była pedofilem, to nie szukałabym małych słodkich buziek na blogu jakiejś tam (nie)typowej tylko pierwszej osiedlowej podstawówki. Osobiście nie znam ani jednej matki, która by się nie zgodziła na udostępnienie takich zdjęć w sieci. Przecież to fajna pamiątka, nie?
Rozumiem też, że owe matki na co dzień chodzą z dzieciakami zakamuflowanymi, jak swego czasu nie przymierzając  te Michaela Jacksona. Bo wiecie, sieć siecią, ale pedofile mogą być przecież wszędzie. I w sklepie mięsnym w kolejce, i na poczcie, a słyszałam plotki, że nawet w kościele!!! Choć nie, sorry, tam nie ma pedofilów. Znowu się niechcący brutalnego ataku na kk dopuściłam. Zatem dementi: tam są ewentualnie fetyszyści ząbków mlecznych ponoć.
Pomijam fakt, że w porażającej większości aktów pedofilii dopuszczają się osoby dobrze znane dzieciom, które darzą one zaufaniem: rodzice, wujki, ciocie,konkubenci mamusi, nauczyciele, trenerzy, księża.  No dobra, tych ostatnich wykreśliłam, bo jeśli nawet do czegoś między księdzem a dzieckiem dojdzie, to chyba wiadomo w tym kraju kto kogo zgwałcił i że ofiarą nie było tu dziecko. Czy tylko ja mam dość słuchania o gwałceniu księży przez małoletnich zwyrodnialców?!

Jest jeszcze jeden argument, dla mnie osobiście najsłabszy: nie umieszczam zdjęć mojego dziecka w sieci, bo nie chcę, by miało do mnie pretensję, gdy dorośnie.
Lub w innej wersji: czy aby na pewno mam do tego prawo?
No cóż, ja pozwalam moim dzieciom grać na kompie jedynie w weekend i to 2x po 1 godzinie, gdzie według mnie powinny się cieszyć, bo to naprawdę dużo. Ostro przecedzam im telewizję- zarówno czas, który mogą przy niej spędzić, jak i  programy jakie oglądają. Od kilku lat muszą czytać przed snem jakąś książkę niezwiązaną ze szkołą. Ok, z czytaniem to akurat może przykład kulą w płot trafiony, bo oni obaj pro-książkowi, ale z takim sprzątaniem pokoju to już, moi drodzy, muszę ich czasem pogonić.
I jak? Mam prawo takie reguły ustalać, czy też nie? A może będą mieli do mnie w przyszłości pretensje?
Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiona jestem!
I naprawdę nie mam kuźwa bladego pojęcia. Wcielam w życie zasady, które uważam za słuszne, ale czy faktycznie słuszne są?
Zapewne dowiemy się tego jak panowie dorosną. Tymczasem wszyscy musimy zaufać mojej matczynej intuicji. W końcu nikt mi do nich przy porodzie instrukcji obsługi nie dał. Także jak coś, to nawet nie moja wina.

Zdjęcia w sieci żyją własnym życiem. A co jak mi ktoś fiuta na czole dorobi? Albo, co gorsza, jeszcze mniejsze cycki niż mam?
Noooooooooooooo....... nie mogę się doczekać.
Zawsze chciałam żyć w luksusie nie musząc na niego pracować. A w tym wypadku po spektakularnym pozwie (bo chyba każdy z nas wie, że nie można wykorzystywać wizerunku innych bez ich zgody, a już na pewno nie w takim celu) widzę siebie w końcu na Karaibach. Tam mogłabym sobie dokleić sztucznego członka do czoła na cześć idioty, który mi by ten wypad zasponsorował.

Reasumując- wyluzujcie mamy blogerki, nie dajmy się zwariować i przede wszystkim nie pozwólmy, aby naszym życiem rządził ktokolwiek inny oprócz nas;)  

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kryzys małżeński....czyli ja jak zwykle jestem niewinna

Z przykrością muszę stwierdzić, że źle się dzieje w moim małżeństwie.
Kryzys jakiś nas dopada po dwunastu latach czy inna menda, w każdym razie dobrze nie jest.
A rozchodzi się o klasyczny brak zaufania. Mojego męża do mnie.
No wiem, teraz połowa z Was leży i turla się ze śmiechu, bo dzięki blogowi wiecie jaki ze mnie chodzący wzór cnót, no więc jak to tak można????
Nie wiem, też nie rozumiem.

Zaczęło się od wycieczki do mini zoo. 
Okazało się ,że takowe jest w pobliżu i może warto byłoby tam się udać (tak szczerze to nie do końca jestem przekonana czy warto-zwierzęta w klatkach nie działają na mnie dobrze, ale to temat na inną notkę) . Nacykałam mnóstwo fotek, a po powrocie postanowiłam od razu przerzucić je na kompa, bo na ogół tego nie robię, zapycham pamięć, a później jak jest jakieś fajne wydarzenie, które chcę uwiecznić, to nie mogę na nie patrzeć, bo przeglądam w aparacie zdjęcia, które można by naprędce skasować. 
A to nie jest proste. 
Od kiedy w drugiej klasie siadło się niby przypadkiem na swoje wielkie, kwadratowe okulary, w czerwonej oprawce, wzrok już nie ten. I naprawdę na tak małym ekraniku ciężko dostrzec, na którym zdjęciu nie wychodzą człowiekowi wałki. Wszystkie wyglądają niby ok, a później człowiek przerzuca je na kompa i to, co początkowo nazywało się "brzuch wciągnięty, pierś do przodu, pupa wypięta, duże oczy zrobione" ostatecznie wygląda jak ciężki kliniczny przypadek pacjentki z lordozą i zatwardzeniem.
Dodatkowo ja i tak posługuję się własnym aparatem na czuja. Nie umiem robić dobrych zdjęć, a jak się staram, to robię to na tyle flegmatycznie, że u mnie nawet ślimak na fotce jest rozmazany, bo zły tryb wybiorę, a on się poruszy... 
Ale do rzeczy.
No więc przerzucałam sobie te zdjęcia, a żeby mi się nie nudziło przy okazji odpaliłam swojego bloga celem przeczytania jaka jestem boska i genialna najpierw w opublikowanym tekście, a potem w komentarzach. Normalna rzecz. Każdy tak robi. W każdym razie na to do pokoju wszedł Maciek. Spojrzał najpierw na malutkie okienko przerzucanych zdjęć, gdzie akurat mignął on ze Stiflerem i dziką świnią, potem spojrzał na duże okno bloga i zaczął krzyczeć
-O nie!! Ooooooo nie! Ja się nie zgadzam, żebyś te zdjęcia na bloga wstawiała. A przynajmniej nie te, na których jestem.
W sumie to nie miałam pierwotnie takiego zamiaru, ale skoro nalega...
-Ale o co ci chodzi? Tam i tak jest chyba z milion twoich zdjęć- spytałam, jak zwykle logicznie
-Ale nie będzie zdjęcia z dziką świnią- wydawało mu się
-Bo....?
-Bo je głupio podpiszesz- okropnie mnie tym zranił, te oszczerstwa, ten brak ufności...po tylu latach
-A jak można je głupio podpisać niby?- podstępnie szukałam natchnienia spytałam od niechcenia-Po pierwsze: ja nie podpisuję zdjęć, nie chce mi się. A jeśli już to zrobiłabym to normalnie "Eligiusza Stiflera znacie. Jest jeszcze dzika świnia i Maciek". I co w tym głupiego?!
-Na pewno???- mówiąc to zrobił takie wredne wąskie oczka, a ja przewróciłam swoimi ładnymi. A potem jeszcze raz przewróciłam, bo za pierwszym razem akurat spojrzał na telefon
-No oczywiście, że tak- odparłam urażona tą podejrzliwością

Nie wiem skąd mu się to wzięło. 
Chyba od ostatniej afery z dzwonkiem.
Nie wiem, czy Wam pisałam, ale czasem ustawiam mu dzwonek własnego autorstwa w telefonie. Jak miał np. ustawiony "Eye of the tiger" Survivor to skasowałam mu oryginał i nagrałam swoją wersję hitu. W moim wykonaniu brzmiał on jeszcze lepiej.  No na bank wiecie jak to leci:
TUT
TUT TUT TUT
TUT TUT TUT
TUT TUT TUUUUUUUT

AJ OF DE TAJGEEEEEER

No i wtedy się po raz pierwszy (w tym dniu) okazało, że ponoć "nie jesteś normalna".






Drugi raz był jakiś miesiąc temu, jak sprawdzałam czy aby na pewno mój mąż nie jest kryptogejem. Miałam taki przypadek w rodzinie. Jedna z kuzynek mojej mamy wróciwszy wcześniej niż zwykle z pracy, zastała swojego męża in flagranti. I właśnie za nim lub przed nim (bardzo nieistotne) stał nagi facet.
Wiedziona rodzinnym doświadczeniem, nagrałam więc kolejny dzwonek, w którym mówię spokojnym i opanowanym, terapeutycznym wręcz tonem:
"Jestem gejem. Wychodzę z szafy. Nie wstydzę się tego. Jestem gejem."
i tak w kółko. Zrobiłam to oczywiście, aby sprawdzić reakcję. 
No dobrze, może faktycznie niepotrzebnie jak spał pomalowałam mu w tym samym dniu paznokcie u stopy na burgundowy, a nie na "czerwony, kurwa!" jak twierdził.
Ale wiecie, to facet, można mu kolorystyczną ignorancję wybaczyć.
Poza tym jak mu nie pasowało to mógł sobie zmyć, aceton w domu jest. A nie, ten wylatuje jak poparzony w sandałkach ledwie się obudzi, a później pretensje. 
Do mnie?!
A o co?!
Burgundowy pasował idealnie. Zresztą drugą stopę miał amarantową (a nie "różową, kurwa!"), bo byłam taka rozerwana wewnętrznie i się nie mogłam zdecydować na jeden kolor. 
Zresztą co ja się będę tłumaczyć. Wy, kobiety, pewnie mnie rozumiecie i wiecie jak to jest, gdy wewnętrzny głos mówi "amarant", ale do koszuli lepiej jednak pasuje burgund.





A wczoraj chciałam z kolei sprawdzić, czy nie jest kryptozoofilem. Nie, nie miałam takiego przypadku w rodzinie, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. W każdym razie w pełnej konspiracji, siedząc w kiblu, pardąsik- będąc w łazience, nagrałam tym razem:
"Kochanie, dziękuję ci za tę noc. Długo jej nie zapomnę. Ja....ty....owca...."
Po czym pacynką Eligiusza, wydająca dźwięki zrobiłam takie BEEEEEEEE, BEEEEEEEEEE
No i teraz już sama nie wiem, bo albo to drażliwy temat, albo nie jest, bo się strasznie wkurzył. 
On twierdzi, że dość istotny jest fakt, że będąc technikiem budowlanym, licencjonowanym detektywem i ochroniarzem oraz pedagogiem resocjalizacyjnym, pracuje jako taksówkarz. A ja później wydzwaniam do niego "w godzinach szczytu". I on musi jeszcze później tych samych ludzi, którzy słyszeli "BEEEEEEE, BEEEEEEEEE" 40 minut po mieście wozić. No  cóż...


Dobra, a teraz żeby nie być gołosłowną wstawiam zdjęcia z mini zoo









No i przedostatnie, o które była cała niepotrzebna afera, bo przecież  podpiszę jak obiecałam

Eligiusza Stiflera znacie. Jest jeszcze dzika świnia i Maciek (na zdj. po lewej)




Koniec


P.S. Dziewczyny, czy któraś z Was mieszka w Holandii (spoko, nie chodzi o dostawę zioła;), Francji, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech, no ostatecznie Skandynawii;))  albo ogólnie mieszka w jakimś fajnym miejscu na świecie (jak widzicie nie jestem specjalnie wymagająca) i mogłaby się do mnie na priv odezwać (nieco wyżej i po prawej od tego tekstu jakby ktoś nie zauważył jest pole tekstowe, które daje możliwość pisania prywatnych wiadomości, a zresztą....aanna.szczepanek@gmail.com) w celu powiedzenia jak Wam się tam na obczyźnie żyje i odpowiedzenia na moje sto pytań do..., bo wiecie jak pisałam o tej emigracji, to ja tak na poważnie. I tak sobie myślę, że może któraś chciałaby mnie za sąsiadkę (pożyczam cukier) ;)

wtorek, 19 sierpnia 2014

monodramat z ćmą w tle....czyli moje koty to zasrane tchórze

W moim domu  czwarty tydzień  nie ma ciepłej wody z powodu " ...prac remontowych. Za niedogodności przepraszamy"
I niby człowiek wie, że to nie wina piszącego komunikat, a jednak nieodmiennie wymyśla, gdzie owe "przepraszamy" może sobie wsadzić.
Mam jedynie nadzieję, że dobrym aspektem tej całej sytuacji będzie poprawa jakości wody. Bo tu, gdzie obecnie mieszkam, jak się człowiek zagapi i umyje czasem tym, co leci z kranu to nie trzeba później jechać na egzotyczne wakacje, aby uzyskać efekt pięknej opalenizny.
Czasem sobie myślę, że naczelnym hasłem tutejszych wodociągów są słowa Benjamina Franklina, że " wino dostarcza człowiekowi mądrości, piwo wolności, a woda bakterii".

W każdym razie rzecz się dzieje koło 1 w nocy.
Akurat brałam prysznic.
W misce.
Gdy nagle usłyszałam coś jakby kormoran wleciał mi do chaty. Nie wiem dlaczego akurat z kormoranem mi się skojarzyło. Według sennika możliwe, że odwiedzi mnie ktoś dawno niewidziany. Ale nie spałam wtedy więc nie wiem też, czy skojarzenie się liczy. Możliwe ,że po prostu miałam lekkie dzieciństwo, ale ciężkie zabawki dlatego niezbadane są ścieżki mojego umysłu i jego skojarzeń.
Tak czy inaczej łopot skrzydeł obijających się o ściany usłyszałam.

Wyszłam więc z trudem z miski. Z trudem ze względu na niedopasowanie naszych średnic. I zaczęłam nasłuchiwać.
Dźwięk dobiegał z kuchni, która graniczy z łazienką, był wyraźny i byłam już pewna, że to nie kwestia tego, że w Lidlu kupiłam likier zmieszany z whisky (coś jak Sheridan`s, nazywa się Queen Margot, jak ktoś lubi to pierwsze to polecam to drugie).
Jak każda racjonalnie myśląca osoba...oraz ta, która w dzieciństwie została obciążona przez matkę dostępem do prenumeraty "Detektywa" i namiętnym oglądaniem "997", wzięłam w jedną rękę spray do kurzu, w drugą to, co ma najdłuższy zasięg i czym w razie czego napastnika można uderzyć- tak, szczotkę do wc wzięłam, no i powoli i cicho uchyliłam drzwi. Zrobiłam to dokładnie w tym samym momencie, gdy moje dwa prywatne tygrysy, koty moje ukochane, rzuciły mi się widać z odsieczą i mimo, że wybudzone w środku nocy (zgadza się, one w nocy też śpią, aby miały siłę spać w dzień) rzuciły się sprężyście i giętko, zaiwaniając tymi swoimi krótkimi łapkami, by migiem rozszarpać przeciwnika i obronić swe domostwo.
Wychyliłam głowę bardziej, wiedziona ciekawością kogo rozszarpią i wtedy ją zauważyłam.
Miała, bez kitu, z metr rozpiętości skrzydeł.
Wyglądała, mniej więcej tak:


Tyle, że oczywiście takiej bym się nie przestraszyła.
Moja była większa. Znacznie większa. I bardziej włochata. I takie małe, świdrujące oczka miała. I sadystyczny uśmieszek.
I w ogóle wyglądała na niezrównoważoną psychicznie.
Być może ja z tym lakierem i szczotką do wc także, ale nie będziemy o tym rozmawiać.

Myślę też, że aby wyjść z honorem, w tym miejscu należy wyjaśnić, że ja się motylowatych tak w ogóle to nie boję. Ja się nawet z nimi trochę utożsamiam. Na przykład uwielbiam w jesienny wieczór otulić się w koc, zrobić sobie z niego taki kokon i leżeć z książką (czytać, a nie tylko z nią leżeć, dla jasności). Albo oglądać sobie jakiś dobry film. Jeszcze miło jak za oknem deszcz rytmicznie stuka o szybę. Lub jest burza. Lub wieje. Lub wystarczy świadomość, że inni, których nie lubię, w tym czasie pracują. Wtedy to normalnie mogłabym tak leżeć do wiosny.
A na wiosnę- fruuuuuu, rozwinąć skrzydła na dworze już jako piękny motyl.
Nieee, żartuję.
Na wiosnę, po tym braku ruchu, wypełzam zazwyczaj nadal jako larwa. Ale nie w tym rzecz. Po prostu, jak już pisałam, chodzi o to, że generalnie ja się ćmów...ciem....tak, ciem zdecydowanie, bo mi na czerwono falistą linią nie podkreśla- ja się ciem nie boję i już.

Wracając do tamtej felernej nocy- po tym jak zobaczyłam moje koty pędzące do kuchni, ją, moje koty spierdalające z kuchni i ją lecącą za kotami, postanowiłam zamknąć się w łazience, która stała się moją bazą strategiczną i przemyśleć sprawę.
Ale najpierw postanowiłam przez drzwi wyzwać te moje zasrane sierściuchy, bo naprawdę kto to widział, żeby z ćmą sobie nie poradzić?! Byłam tak wściekła, że postanowiłam dać im nauczkę, ale później sobie pomyślałam, że nie warto. W końcu jaki kot, takie schabowe.
Po około trzydziestu minutach zrozumiałam, że czas działać, bo ileż można szczękać zębami siedząc w misce. Szkliwo se obłupię. A teraz jak idzie jesień, a za nią sezon grypowy, mój dentysta znowu będzie się bał mnie bardziej niż ja jego.
Założyłam więc ręcznik na głowę, nie to żebym mokre włosy miała, a jedynie wizję jak "toto" wplątuje mi się w kudły, ja wrzeszczę, puszczając finalnie pawia i padając na ziemię zemdlona. Tak więc pro forma nałożyłam ten ręcznik. Wyszłam ostrożnie (acz dzielnie, oczywiście) z łazienki i wtedy oblał mnie blady strach. Choć nie.Wolę: i wtedy strach mnie przeleciał.
Wiecie jakie jest gorsze uczucie od zobaczenia we własnym domu wstrętnej, gigantycznej, owłosionej ćmy?
Stracenie jej z pola widzenia.
Zaczęłam więc, nerwowo się rozglądając, poruszać się tuż przy ścianie, otwierając po drodze na oścież wszystkie okna i wymachując ponad głową rzeczoną szczotką.
Dalej proszę, aby wrażliwi przeszli do ostatniego akapitu, bo...
.....w końcu namierzyłam ćmę. Siedziała tuż przy Psocie. Czujny kot oczywiście spał. Zamachnęłam się szczotką, aby poderwać ją do lotu, cały czas mając nadzieję, że dobrowolnie wyleci, jak wleciała. Wtedy ta menda postanowiła się o mnie otrzeć. Ja postanowiłam, zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, puścić pawia. A jak wyszłam z łazienki zobaczyłam jak Rychu trzyma ją w pysku, a biedaczka się szamoce.
Dwie rundy po mieszkaniu później, obojgu nam siadła kondycja i poszliśmy się napić. Ja z gwinta, Rychu z miski. Siłą rzeczy wypuścił ćmę z pyska i wtedy jednym niemal zwinnym  ruchem postanowiłam wziąć ją na gazetę i wypierdolić puścić wolno.
Błąd.
Duży błąd, moje kochane.
Czegoś, co ma z dwa metry (nie metr, dwa metry co najmniej- z bliska się przyjrzałam lepiej) nie bierze się ot tak, na gazetę. Zwłaszcza jak to żyje i się rusza. I się ociera jak Jarosław o śp. Alika, czy tam odwrotnie. I finalnie wlatuje ci na rękę. Wtedy, jak wiadomo, każda spanikowana kobieta, zaczyna głośno krzyczeć, machać ową ręką, a gdy bydlę sfruwa bierze kota i po prostu nim w ćmę rzuca, mając ostatnią nadzieję, że kot pożre pieprzoną ćmę w locie.
Swoją drogą dobrze, że się Rychu zatrzymał z metr od okna, bo nie wiem czy moje dzieci by później zrozumiały, co to jest działanie w afekcie.

Ostatecznie po krwawych scenach walki około 3.30 leżałam w łóżku, a ćmy nie było.
Był natomiast zaduch. I prawdopodobnie jestem chyba jedyną osobą, która jest szczęśliwa, że się ochłodziło, bo w końcu można spać normalnie przy zamkniętych oknach.

I wiecie, w zasadzie nic mnie nie obchodzi, co sobie o mnie pomyślicie. Ja swój rozum mam, a i oczytana jestem. Ja po prostu wiem, jak takie pozornie niewinne historie z ćmą mogą się skończyć. Akurat na szczęście przeczytałam to wieczorem, zanim poszłam się umyć....




poniedziałek, 11 sierpnia 2014

tymczasem na działce...czyli dlaczego kłamstwo kuleje na prawą nogę

-hgdgcbhjcdnedhiudnewdbyugdwidn- wymamrotał Maciek, bo musicie wiedzieć, że Szczepanki jak jeden mąż, mają fatalną dykcję
-Zapewne, Kochanie- odpowiedziałam, bo to pewnie nic ważnego.
Może i dociekałabym co on tam mówił, ale przy płocie pojawiła się sąsiadka ogrodniczka i spytała
-Przycięła już pani wiśnie?
-Nie. A trzeba?- spytałam ja
-Jak najbardziej. Koniec lipca/ początek sierpnia. Tuż po zbiorach- powiedziała ona
-kjhjduhgduhwinjjshijwojplll- wymamrotał Maciek
-Nie inaczej, Misiu- odkrzyknęłam- Szpaki zeżarły zbiory, niech one przycinają- zwróciłam się do sąsiadki - No chyba, że pomoże mi pani...
-Nie ma sprawy- miła ta babka
-kjhdhjoipowjsiwpspoqjs- rozległo się z altanki
-Jasna sprawa, Skarbie- krzyknęłam, po czym wzięłam do ręki sekator

Szło nam świetnie. Ona mówiła gdzie ciachać, ja ciachałam gdzie chciała, bo co się będę kłócić.
Później podała mi coś co się nazywa potocznie lisi ogon- to taka zakrzywiona piłka ogrodnicza i kazała upierdzielić dość grubą gałąź 5-10 cm od pnia.
No więc zaparłam się o jakieś dechy, które Maciek w ferworze walki z altaną sukcesywnie z niej wyrzucał i pomyślałam " o żesz kurwa jebana mać, psu w dubę, ki chuj?!" , ale jako urodzona dyplomatka powiedziałam tylko dyskretnie "aua", po czym równie dystyngowanie spojrzałam na źródło bólu, czyli stopę, którą wprawdzie odruchowo trzymałam już w górze, ale profesjonalne obuwie ogrodnicze typu piankowa japonka nadal tkwiło nadziane na zardzewiały gwóźdź.
-Od rana mówię żeby tu nie chodzić, a jak już to uważać przy wiśniach, bo wyrzucam dechy naszprycowane gwoździami. Dzieci jakoś posłuchały, a ty oczywiście musiałaś się nadziać na tą największą- rzekł pełen ukrytego współczucia  Maciek.
Zapach krwi go przyciągnął chyba.
Spojrzałam na sąsiadkę i najmilej jak umiałam wycedziłam
-Tak, musiałam. Początkowo chciałam się rzucić całym ciałem, ale sobie pomyślałam "kiecka nowa, co se będę dziurawić", a japonki stare, więc sam rozumiesz. A teraz, zanim rozwiesisz drut kolczaty, na którym bym się mogła przypadkiem powiesić, podaj mi proszę Octanisept.
Podał. Sąsiadka oświadczyła, że w sumie i tak już skończyłyśmy więc pokuśtykałam w stronę Stiflera. A tuż za plecami znowu usłyszałam głos Maćka:
-Chłopaki, zajmijcie się bratem, bo mamę boli noga. No nie patrz się tak na mnie, kochanie, tylko usiądź sobie na huśtawce, a ja zaraz rozpalę grilla.

Cooooooooooooo?!
Serioooooooo?
Mam sobie po prostu usiąść?
I nie ganiać za Stiflerem, który jest na etapie fascynacji kamieniami?
Kulinarnej fascynacji kamieniami.
I nie stać przy grillu?
I nie przycinać tych pieprzonych chwastów, które stale odrastają, a wykopać ich się nie da, bo ziemia jest za sucha?
I nie zagrabiać stale tego całego syfu, który się bierze nie wiadomo skąd?
Nie ratować ludzkości?
Usiąść? Tak po prostu?

Dobra, no więc usiadłam. A później się położyłam. A jeszcze później przycięłam komara. A potem wzięłam się za czytanie gazety. Oczywiście tylko po to, aby odwrócić uwagę od bólu. Bo mnie niesamowicie bolało. Powaga. Zresztą widać, że cierpię.




A jeśli nie widać, to tylko dlatego, że nie chciałam się z tym obnosić.

Po jakiejś godzinie zachciało mi się pić więc zeskoczyłam na obie nogi celem udania się do wodopoju, co ściągnęło uwagę mojego czujnego męża, a żeby mu udowodnić jak bardzo mnie boli zrobiłam taką okropnie zbolałą minę i ciągnąc za sobą jedną nogą pokuśtykałam w stronę altany, łukiem omijając te pieprzone wiśnie.
Tam nalałam sobie wody, wzięłam pod pachę pojemnik z ciastkami, nie żebym miała na nie ochotę, bo ja się odchudzam, ale z rozsądku, gdyż chory potrzebuje energii na regenerację organizmu. Normalnie upolowałabym jakąś gazelę czy coś innego, co tam żyje na tej dziczy, ale sami rozumiecie- nie z tą nogą. Siłą rzeczy musiałam się zadowolić pysznymi maślano- korzennymi samorobnymi ciasteczkami.
No trudno.
I według późniejszej (kłamliwej) relacji mojego męża- dość ostentacyjnie pokuśtykałam w stronę huśtawki, gdzie doczytałam gazetę do końca.
Potem drugą.
A potem skład wafli ryżowych, znalezionych w torbie.
Wymyśliłam dla nich nowe logo.
I kolejne.
Przelałam sześć propozycji nowego logo do znalezionego w tej samej torbie notesu. Nigdy nie wiadomo, a nuż ktoś z "Sonko" będzie czytał mój blog i się zainteresuje...
A potem z nudów obserwowałam latającego za Stiflerem Maćka, który pełen przejęcia co chwilę krzyczał "nie jemy kamyków!!! to jest "be"!!! nie do jedzenia!!! be kamyki!!! no mówię, że be!!!". Nawet mu trochę współczułam, bo strasznie gorąco było, a Młody to żywe srebro. Wspierałam go duchowo myśląc mniej więcej "he he he".

W sumie to nie ma co opisywać. Tak sobie po prostu cierpiałam aż do 16, gdy postanowiliśmy wracać do domu.

Zwykle siedzę z tyłu, ze Stiflerem i go zabawiam, aby podróż mu się nie dłużyła. Ale tym razem zasugerowano mi, abym usiadła z przodu, bo jest więcej miejsca i będzie mi wygodniej. Nie chciałam im robić przykrości, dlatego się zgodziłam i z braku laku przeczytałam od deski do deski "Auto Świat", bo wolałam to niż etykietę płynu do spryskiwaczy.
Którą to przeczytałam później.
Nie przeszkadzały mi nawet dobiegające z tyłu dźwięki "pieski małe dwa miały przejść przez rzeczkę, nie wiedziały jak...." oraz "Stifler, zobacz, krówka! A jak robi krówka? No jak? Krówka robi muuuuuuuuuuu. Muuuuuuuuuuuuu"

Ledwo przeżyłam wspinanie się po schodach.
A mieszkamy pod trójką.
Usiadłam w przedpokoju ciężko i przede wszystkim głośno wzdychając, po czym rzuciłam do dzieci, że zrobię nam wszystkim herbatę. Na co usłyszałam anielski głos mojego męża:
-Idź sobie usiąść, ja zrobię.
Nieśmiało wybąkałam, masując stopę:
-Ok, to ja w tym czasie umyję Stiflera
-Ja go umyję-usłyszałam
Postanowiłam pójść za ciosem
-Dobra, to ja teraz siądę, a jak wyjdziecie z łazienki to ją posprzątam-powiedziałam mrugając szybko rzęsami moich przepełnionych bólem oczu
- Łazienkę też ogarnę- powiedział z kolei mój ulubiony mąż

I było tak blisko!
Prawie się udało.
Wszystko przez tego całego Karpińskiego, czy jak mu tam.

Gdy brałam swoją herbatę z kuchni Maciek zawołał
-Kochanieeeee, "Klan" się zaczyna
A że utknęłam na odcinku, gdzie nie wiadomo czy Krystyna wróci na łono rodziny- popędziłam przez całą kuchnię, minęłam sprintem przedpokój, na gazie wpadłam do pokoju, przeskoczyłam kota, rozkopałam na boki zabawki i rzuciłam się na fotel.
I wtedy coś mi zaczęło śmierdzieć.
Telewizor był wyłączony, a nie taki znowu miły mąż przyglądał mi się badawczo.
Podsunęłam sobie pufę pod chorą nogę i wydałam ciche "ojoj", ale byłam już spalona.

Kurwa, kurwa, kurwa!!!
W wakacje przecież puszczają tylko powtórki!!!

Dalej miałam jakąś pogadankę o uczciwości.
Na dowód tego, że zrozumiałam i pragnę zadośćuczynić sięgnęłam po telefon, aby zadzwonić do teścia i powiedzieć mu, co tak naprawdę o nim myślę.
I wiecie co...okazało się, że jednak pozwalamy sobie na drobne niedomówienia.



piątek, 8 sierpnia 2014

Rafalala vs. Artur Zawisza....czyli transseksualistka kontra wąsate coś

Szczerze wątpię, ale może uchował się ktoś, kto nie widział choćby fragmentu polsatowskiego "Tak czy Nie" prowadzonego przez Agnieszkę Gozdyrę, która do swojego programu zaprosiła ostatnio transseksualistkę Rafalalę  i posła Ruchu Narodowego Artura Zawiszę.
Dla tych, którzy jednak przegapili całe wydarzenie mam zwiastun tego, o czym będzie ta bajka (obejrzyjcie całość, bo warto)



Tym zaś, którzy jednak nie mają ochoty niczego oglądać chętnie całą sytuację streszczę: burzę w internecie wywołał ostatnio film, na którym Rafalala nie otrzymawszy przeprosin (które próbowała wymóc), policzkuje niejakiego Krzysztofa K. (właściciela apartamentu, który chciała wynająć), po tym jak człowiek ten zobaczywszy ją na żywo odmówił najmu mieszkania i nazwał swoją niedoszłą lokatorkę "TYM CZYMŚ". Dalej Rafalala tłumaczy swoje zachowanie, a poseł Zawisza przedstawia się jako ten z "NORMALNEGO ŚWIATA" i oznajmia zblazowanym tonem, że on z kolei to nawet w stronę "TEGO CZEGOŚ"(Rafalali) nie patrzy i czuje się zażenowany obecnością "tego" w studiu. Na odpowiedź nie trzeba długo czekać. Rafalala wstaje i oblewa posła wodą, ten z kolei zrywając się ze studyjnego fotela i wskazując transeksualistkę dłonią oskarżycielskim tonem pyta "no i co? no i co?", po czym coś tam wykrzykuje, że drugi gość Gozdyry jest "męską dziwką, która w internecie..." i tu dokończyć nie może, bo Rafalala nazywa go "głupim człowiekiem, który kłamie na wizji", a Gozdyra próbuje zagłuszyć "dziwkę" napomnieniami, że jest na wizji i nie powinien używać takich słów. Zawisza strzela rundę wokół fotela, ni to grożąc, ni obiecując "wychodzę stąd", po czym jak wszyscy narodowcy bez kumpli- faktycznie daje nogę, coś tam tylko na odchodnym mówiąc o pozwie i o tym, że "pani redaktor robi burdel ze studia". 
Dalej możemy posłuchać co Rafalalę skłania do agresji wobec swoich słownych oprawców. Możemy również posłuchać redaktor Gozdyrę, która dopytuje się, czy te reakcje faktycznie są wymierne do sytuacji i czy nie przynoszą samej Rafalali i jej środowisku więcej szkody niż pożytku. 
Fin.

Tak sobie myślę, że ta smutna scena była bardzo potrzebna. I tak jak od zawsze byłam zadeklarowaną przeciwniczką wszelkiej agresji, tak jestem również zwolenniczką adekwatnej do sytuacji samoobrony i zwyczajnie, po ludzku, doskonale rozumiem Rafalalę. Osobiście mogę dodać, że gdyby poseł Zawisza nazwał mnie "TYM CZYMŚ" tylko dlatego, że nie odpowiadam jego światopoglądowi, nie owijając w bawełnę, zwyczajnie byłaby spora szansa, że dostałby w pysk lub mówiąc bardziej subtelnie-zostałby spoliczkowany. 
A jeśli coś by mnie powstrzymało, to nie deklarowana niechęć do agresji, a fakt, że zazwyczaj gówna nie ruszam, bo jeszcze bardziej śmierdzi.

I tak, wiem, że nie można naruszać nietykalności cielesnej innych ludzi. Wiem jakie to złe, jakie konsekwencje za sobą niesie. 
Jednakże wiem też, jakie konsekwencje niesie za sobą agresja słowna. Miałam czas te konsekwencje przemyśleć np. na pogrzebie dzieciaka z mojej szkoły, który skoczył z okna, bo nie mógł znieść jak jego ojciec, za każdym razem gdy przyniósł jedynkę, nazywał syna "nieudacznikiem" i prawił kazania, że do niczego w życiu nie dojdzie, że jest zerem, dnem i niczym. 
Miałam okazję poznać kobiety maltretowane psychicznie przez swoich mężów. Takie, które bały się własnego cienia i siebie samą stawiały w hierarchii niżej niż szmatę do podłogi. W końcu niemal co dzień słyszały, że są mniej warte, że nie znaczą nic.  
Każdy rozumny człowiek wie, jak silną bronią jest język. I równocześnie każdy rozumny człowiek wie, jakim kurewstwem jest taki psychiczny oprawca.  

A teraz, drodzy Czytelnicy, parę słów z życia wziętych o pacyfizmie, samoobronie i jej granicach, a także o...sprawiedliwości.

Jak zostałam matką obiecałam sobie wychowywać dzieci na małych pacyfistów. 
Podatny na politykę miłości, równości i tolerancji, a zwłaszcza na postulaty "żadnej agresji" był zwłaszcza Szary. Średnio dwie głowy wyższy od rówieśników, spokojny, o przyjaznym usposobieniu i opanowaniu jakiego mogłabym się od niego uczyć. Tolerancyjny do bólu, wyrozumiały i empatyczny. Był od zawsze podwórkowym i klasowym "dobrym olbrzymem". Złote dziecko o złotym sercu. Jego nie sposób nie lubić. Już w zerówce wychowawczyni Tyberiusza poinformowała mnie, że "takie dziecko to sama przyjemność uczyć", mówiła ,że nie spotkała się jeszcze z tak małym chłopcem, który posiadałby w sobie tyle zrozumienia dla innych, tyle wrażliwości i przy tym był tak kulturalny. Z wszystkimi się dogadywał i wszystkich lubił. Nawet Kacperka, który jako typowy przedstawiciel współczesnych dzieci posiadał rzekomo ADHD, które to niby miało tłumaczyć kompletny brak szacunku do wszystkiego co się rusza i na drzewo przed nim nie ucieka. Posiadał też przedziwną matkę, która mdlała przy każdym słowie w stylu Eugleny Posuwistej i za każdym razem, jak na filmie, pilnowała, aby Kacperek kopiąc jakieś dziecko się nie spocił. 
Tyberiusz uciekać nie przywykł lecz jako pacyfista nigdy nie oddawał agresji, nawet jak Kacperek wkurzony, że coś poszło nie po jego myśli a to przywali mu łopatką, a to go szturchnął, a to go popchnął, czy wymierzył jakiegoś kuksańca, a czasem i kopa. 
Owszem Tybo oponował. Mówił  "przestań", "nie rób tak", "to nie było fajne", "to mnie boli", itp. 
Obserwowałam te "zabawy" chłopców z coraz to mniejszym przekonaniem, co do swoich racji. A i często oponowałam znacznie głośniej niż Tyberiusz, dodatkowo nazywając w duchu Kacperka "wrednym smarkaczem", a jego rozmemłaną mamę "głupią krową". 
I gorzej. 

Słońce wstało jak zawsze, plac zabaw się nie zmienił, dziecko miałam to samo, a i Kacperek już na niego czekał ten sam, więc tamtego dnia nic nie zapowiadało rewolty. Sami rozumiecie, że miałam więc prawo się nico zdziwić, gdy na uszczypnięcie Kacperka Szary ni z tego, ni z owego zareagował tekstem "a tyle razy cię prosiłem..." i co ciekawsze- prawym sierpowym. I to na tyle celnym, że Kacperek runął na ziemię jak długi i zachlapał koszulkę krwią z nosa. 
Moje dziecko tuż po ciosie wyciągnęło do Kacperka rękę, aby pomóc mu wstać, ale zostało odepchnięte przez kacperkową mamę, która to okazała się nie być wcale taka rozmemłana, jak sądziłam. Okazało się również, że  potrafi bardzo szybko mówić, a nawet wyciągać ciekawe wnioski. Takie na przykład, że jak się ma takie duże dziecko jak moje, to powinno się je nauczyć, że nie można bić, bo można zrobić komuś krzywdę!
I że w ogóle skąd u kilkulatka taka agresja?! 
I jak to tak można Kacperka, po nosie?!  
Boszzzz, co za czasy! 
Co za brak wychowania! 
A fe!  

Owszem, rozmawialiśmy później z Tybem o tym, jak taki cios mógł się skończyć. 
I że generalnie jesteśmy przeciwni agresji.
Oraz, że zawsze trzeba szukać innego wyjścia.   
A także zachwyceni poprawnie wyprowadzonym prawym sierpowym syna powzięliśmy decyzję zapisania go na kick-boxing.
A przede wszystkim rozmawialiśmy o tym, że istnieje coś takiego jak obrona i że zaczynać nie można, ale bronić się to już tak...
  

Ta cała sprawa z Rafalalą i posłem Zawiszą przypomina mi kuriozalne sprawy rodem z polskiej wokandy, takie w których złodziej włamuje się do domu, gospodarz broniąc swojego dobytku, a czasem i życia, dajmy na to go postrzeli, a później musi wykazać zasadność takiego postępowania.
-A czy na pewno trzeba było od razu sięgać po broń?
-A próbował pan po dobroci, tak kulturalnie "panie złodzieju, proszę sobie iść"?
-Ale zdaje sobie pan sprawę, że postrzelił pan człowieka, ojca czworga dzieci, kochającego syna i właściciela dalmatyńczyka o imieniu Pimpek?
-Czy jest panu dostatecznie przykro? Czy jest panu żal pana Romana, bo tak, oskarżony ma na imię Roman i jest ślusarzem.

W tym wypadku Zawisza jest dla mnie takim złodziejem, a Rafalala gospodarzem. Artur Zawisza z premedytacją, na wizji, wlazł do czyjegoś ogródka chcąc pozbawić transeksualistkę godności. Uderzył tam, gdzie wiedział, że boli.  Miało być gładko, szybko i przyjemnie tylko dla jednej strony. Napotkał opór. Nie przewidział równie agresywnej obrony, co go zbiło zupełnie z pantałyku i (ku mojej uciesze) starło wyraz aroganckiej wyższości z jego twarzy. Przysłowiowy kubeł zimnej wody na ostudzenie okazał się całkiem realną szklanką zimnej wody chluśniętą prosto w twarz.

Czy ostudzi to Artura Zawiszę i zrozumie,że nie wolno opluwać ludzi tylko dlatego,że nie pasują do naszych szablonów, czy zostanie nadal (p)osłem?
Myślę, że to drugie. Wszak przez niego przemawia katolicka miłość do bliźniego (który przecież jaki by nie był, został ponoć stworzony na podobieństwo jego Boga). A jak wielokrotnie już pisałam, jest to najgorszy i najbardziej okrutny rodzaj znanej mi miłości.

Czy wedle przewidywań redaktor Gozdyry ucierpią na tym środowiska transseksualne?
Owszem, ucierpią. Choć i tak cierpiały, cierpią i nic nie wskazuje, aby miały przestać cierpieć.
W tym kraju nadal niektórych za bardzo razi brak hipokryzji, życie zgodnie z własnymi zasadami, wbrew tym narzuconym, nieszablonowość, oryginalność, odwaga w byciu sobą. I w dalszym ciągu niektórzy mają zbyt żałosne własne życia, stąd nieodpartą potrzebę życia życiem cudzym, a także durne wrażenie, że im wolno.
Należy również pamiętać, że zgodnie ze starym porzekadłem "jak chcesz uderzyć psa, kij się znajdzie"


Czy Rafalala zareagowała według mnie dobrze?
Niby nie,  jednak nie da się zaprzeczyć, iż była to reakcja adekwatna do sytuacji. Reakcja, która mnie nie dziwi, nie bulwersuje. Reakcja, którą poprzedzał ciąg upokorzeń, wszystkie na tę samą nutę, którą tym razem zaintonował pan Zawisza.
Nie wierzycie mi?
Poczytajcie komentarze pod informacjami na ten temat. Poczytajcie portale społecznościowe. Na przykład profil fejsbóg-owy Rafalali, a na nim:

Po co pchasz się do telewizji?? Dla mnie jesteś dziwnym wytworem, tak dziwny,że nie wiem jak się mam do Ciebie zwracać. Bóg stworzył kobiete i męzczyzne, a nie inne dziwactwa. Nie długo w dowodzie osobistym będzie można wpisać nową płeć: to coś^^

 0 tolerancji dla "kobiet" z kutasami

Takie "Coś tam nie powinno istnieć "

(...) kim jesteś ty by z tobą dyskutować? Niczym więcej niż facetem z zaburzeniami tożsamości płciowej z olbrzymim parciem na szkło, który w dodatku trudni się męską prostytucją. 
No chyba przyznasz, że nie jesteś godnym partnerem do rozmowy dla pana Janusza.


 TO NIE JEST KOBIETA !!! PRZECIEŻ MA WACKA !!!! płeć męska fizycznie, a psychicznie.... dramat...

jak ci tak w Polsce się nie podoba to wypierdalaj. Jednego takiego "czegoś" jak ty.. mniej! Nikt za tobą płakał nie bedzie, jeszcze ci na bilet dam... Świat coraz bardziej schodzi na PSY !

Już nie jest kwestią narodowość, każdy normalny człowiek na Twój widok powinien mieć odruch wymiotny i uznać cię (celowo z małej) za wybryk natury.

Jesteś dziwolągiem:)

pierdolona propaganda pedalstwa

Dlaczego tego czegoś w czas nie wyskrobano to ja niewiem ;_;

 Hahaha, jeszcze nie popełniłoś samobójstwa? Zero tolerancji, a przede wszystkim akceptacji dla takiego czegoś jak ty. twoje miejsce jest w piachu.

UMRZYJ...

 jedyną dobrą rzeczą którą Hitler robił podczas drugiej wojny światowej to wybijanie pedałów ale jak widać wszystkich nie wybił ;(

do gazu z tym czymś albo zamykać w wariatkowie a do jaj podłączyć prąd

Do lekarza a nie do telewizji - tylko media są takie chore , że uznają kobiety z pindolami za normalne ....ten świat to naprawdę sie chyba kończy
Propaganda pedałstwa i zboczeńca


Nie wolno propagować dewiacji, która byla, jest i będzie po prostu chorobą. Kiedyś "to cos" występowało w cyrku i było atrakcja i kupą smiechu dla rodzin z dziećmi  Podobno, moda krąży jak kometa i powraca i miejsce "tego czegoś" (do to ciezko zdefiniować) znowu będzie w cyrku, wśród małp (nie obrażając małp).

....i wiele, wiele innych. Nie chce mi się już przytaczać tych nienawistnych wypocin.
Przeglądałam profile komentujących ludzi.  Oczywiście tych, którzy mieli odwagę podpisać się imieniem i nazwiskiem. Część tych komentarzy pisały kobiety. Te ponoć prawdziwe.  Na co drugim profilu zdjęcie polskiej flagi, polskiego orła, polskich barw....
To jest głos tego "normalnego świata" pana Zawiszy?
Zapewne Artur Zawisza dokładnie takich głosów sobie życzy, w końcu sam również nie odbiega poziomem w swoich wypowiedziach (przykład jeden z miliona chyba),ale czy faktycznie my, Polacy, tak wyrażanych opinii sobie życzymy?

Kogoś jeszcze dziwi, że Rafalala nie zapanowała nad emocjami, słysząc prostackie słowa skierowane do niej tym razem na wizji?
Myślicie, że faktycznie lepiej byłoby dla niej, gdyby to chamstwo przemilczała, okazała klasę?
Naprawdę myślicie, że neandertalczycy- autorzy powyższych komentarzy potrafiliby tę klasę docenić?
Jeśli tak, obawiam się, że jesteście naiwni i nie wiecie jak w Polsce wygląda metoda kija i marchewki.
Otóż marchewką w tym kraju..... też można przypierdolić.

Mój ojciec całe życie mawia "z chamami po chamsku".
Kiedyś oponowałam. Mówiłam ,że to błędne koło, że do niczego nie prowadzi. Mądrzejszy powinien ustąpić, nie warto się zniżać i tak dalej.
Dziś uważam, że nie należy ustępować wszechobecnej głupocie, chamstwu i prostactwu. Ludzie reprezentujący tak niski poziom nie zrozumieją tego, że schodzimy im z drogi, aby nie zaognić konfliktu. Oni odbiorą to jako swoją przewagę, oznakę naszej słabości, naszego strachu przed nimi.
I będą krzyczeć głośniej, godząc słowami coraz bardziej, pozwalając sobie na coraz więcej.

Nie nawołuję do agresji.
Zdecydowanie nawołuję jednak do przeciwstawienia się chamom zwykłym, bo to ich uzurpowanie sobie prawa do głośnego osądzania każdego, kto odbiega od ich wyobrażenia o mężczyźnie/ kobiecie/ nauczycielu/ lekarzu/ katoliku/ patriocie, itd. nigdy się nie skończy.

Czy naprawdę tak trudno jest uszanować czyjeś przekonania, czyjąś wolę, czyjś styl życia, zwłaszcza jeśli dana osoba nikogo nie krzywdzi?

Zostawię Was ze świetnym skeczem , dedykowanym "prawdziwym patriotom", "jedynym słusznym Polakom", itp. 






P.S. Celowo nie poruszam kwestii prostytucji, jaką rzekomo para się Rafalala. Nie interesuje mnie to zupełnie. I moim zdaniem, póki nie kandyduje do polskiego rządu, nikogo interesować nie powinno, bo nie w tym rzecz.....a zresztą, nawet w polskim rządzie (zakładając, że Rafalala jest prostytutką) też by nie zaszkodziła. Jedna osoba, która się sprzedaje mniej, czy więcej, to już naprawdę nieistotne.....no chyba, że pan Zawisza boi się na tym polu konkurencji.
I dziwię się, że skoro uważa, iż Gozdyra "robi burdel ze studia telewizyjnego" nie zastanowił go fakt, że jako kontrę do Rafalali został zaproszony właśnie on.