niedziela, 29 czerwca 2014

voucher do spa dla nauczyciela....jak się nie dać zwariować i nie zostać Rodzicem- Czopkiem

Od stycznia w klasie don Juana (szkoła publiczna) toczyła się dysputa nad propozycją trójki klasowej, aby na końcoworoczny prezent dla wychowawczyni przeznaczyć 600 zł.
Kwota w ferworze walki zdecydowanej mniejszości została zmniejszona do 250 zł, a poprzednia suma została nazwana przez samą trójkę "nieporozumieniem".
Dnia 22 czerwca dokładnie, dostałam maila od klasowego skarbnika.
Kobiety, ale nie lubię słowa skarbniczka, bo to prędzej pasuje na synonim słowa skarbonka.....jak i nie lubię tych wszystkich psycholożek, ginekolożek, profesorek,  itd. Zawsze jak je słyszę zastanawiam się jak się mówi na kobietę pilota? Pilotka jak ta czapka? No bo chyba nie latawica?
W każdym razie mail ten pociągnął za sobą całą lawinę innych, jeszcze bardziej absurdalnych maili, a finalnie był dopełnieniem strącenia mnie od razu do IX kręgu klasowego piekła. Ten z kolei krąg, jak powszechnie wiadomo jest przeznaczony dla najcięższych grzeszników, a ja na zebraniu już wcześniej ciężko zgrzeszyłam prosząc skarbnika o rozliczenie (później usłyszałam od jednej z mam, że to nietakt) i nie zgadzając się na podniesienie składki klasowej  z 20 złotych miesięcznie do 25. Zwłaszcza, że wszystkie wyjścia dzieci płatne są dodatkowo, nie celebruje się żadnych dni typu dzień matki/ojca, babci/dziadka (i dobrze w sumie, ale o tym kiedy indziej), co jak wiadomo pociąga za sobą zazwyczaj dodatkowe koszta związane z poczęstunkiem.
Nie ważne, wróćmy do tematu.

Po przeczytaniu owego maila trafił mnie chuj jaśnisty poczułam, że pilnie muszę odpowiedzieć. Bo trafił mnie chuj jaśnisty. Owa wiadomość zawierał informację ,że z klasowych pieniędzy w ramach prezentu zostanie zakupiony dla wychowawczyni VOUCHER DO SPA za 300-400 zł, 20 róż (po jednej od każdego dziecka) , pięć róż od rodziców i oprawiony zostanie album pamiątkowy ze zdjęciami uczniów, ich opowiadaniami, rysunkami, itp.
Koniec maila zawierał adnotację, że jeśli ktoś ma inny pomysł, chciałby zająć się tematem- trójka klasowa czeka na info.
Tak więc, jak pisałam powyżej, poczułam ,że mam inny pomysł. A w każdym razie poczułam, że ten jest mocno poroniony.
Przykułam się więc do kaloryfera, jak zgadli niektórzy i zagryzając wargi, najbardziej dyplomatycznie jak umiałam, napisałam, że: "...... Pięć dni przed końcem roku, to nieco późno na "zajęcie się tematem", natomiast osobiście voucher do spa uważam za prezent niestosowny.
Rozumiem też, że finanse klasowe uległy drastycznej zmianie od ostatniego zebrania, na którym wyraziła Pani opinię, że na lody (kupione podczas wycieczki na pobliski plac zabaw) z klasowych pieniędzy nie starczy, natomiast teraz okazuje się, że zostało więcej niż Pani oczekiwała.
Na przyszłość proponowałabym, aby nasze pieniądze rozdysponowane były na potrzeby naszych dzieci, a nie na całkiem zbędne i w dodatku, jak już pisałam w moim odczuciu, zupełnie nietrafione prezenty dla nauczycieli. W końcu książka ze zdjęciami uczniów, ich opowiadaniami, czy ciepłymi słowami skierowanymi do p. XXXX to naprawdę świetny pomysł i wspaniały prezent. A voucher do spa, kosmetyczki, na laserową depilację nóg albo karnet na basen każde dziecko, a raczej rodzic może dorzucić sobie we własnym zakresie i wedle uznania... "

".... w moim odczuciu prezent wcale nie musi być, a wręcz nie powinien być "drogi i wyszukany", a szczery, stosowny i od serca. Za taki właśnie uznałam rzeczony album i proponowane przez Panią A. kwiaty.
Żyjemy w kraju, gdzie najniższa krajowa wynosi 1680 zł brutto, a według oficjalnych danych co dziesiąte dziecko je ciepły posiłek wyłącznie w szkole. Dlatego uważam, że gdy ktoś ma ochotę dawać "drogie i wyszukane" prezenty powinien robić to indywidualnie. 
Syn powiedział mi, że ostatnio jedno z dzieci z naszej klasy miało problem z opłaceniem szkolnej wycieczki do Gniewu. I na to, moim zdaniem, powinny być m.in. przeznaczane klasowe pieniądze. 

Ponadto Voucher do spa uznałam za prezent nieodpowiedni. Pomijając cenę, w moim odczuciu zbyt poufałe jest dawanie bonów na (dajmy na to) maseczkę z wodorostów i masaż czekoladą przez 10-latków swojej wychowawczyni. Nie wiem, może jestem staroświecka...."


"...niezależnie od decyzji ostatecznej z góry zapowiadam, że gdy nasze dzieci będą wspólnie kończyć gimnazjum nie zgadzam się na prezentowanie wychowawczyni z tej okazji Mercedesa z salonu (używanego też nie).
Pozostaje mi mieć nadzieję, że ta część z Państwa, która nie widzi w zaproszeniu do spa nic niestosownego nie wymyśli w przyszłym roku jako prezent wibratora. Nawet złotego, żeby nadal było "na bogato"

z mieszanymi uczuciami, bo naprawdę nie wiem czy śmiać się, czy też płakać
Anna Szczepanek

P.S. więcej wiary we własne dzieci! One z całą pewnością doskonale sobie bez tej szopki poradzą. Przypomnijcie sobie Państwo własne zakończenia roku. Ktoś z Was dawał nauczycielce coś więcej niż kwiatki, czekoladki, ewentualnie książkę, czy pióro? I co? Przeżyliście? Wykształciliście się? Szanowaliście swoich nauczycieli i byliście im wdzięczni?
A więc da się?"

Każdy następny mail czytałam mniej więcej tak:



Wśród nielicznych głosów poparcia, milczenia większości, jedna z mam zaproponowała mi,
abym zmieniła dziecku szkołę lub klasę. Spytano, czy pomyślałam o tym, że skarbnikowi może być przykro, gdy to czyta, a on być może wydaje swoje pieniądze na dojazdy do szkoły więc jest to "wolontariat" i może by tak mu zwrócić chociaż za benzynę.
A inna mama z kolei w odpowiedzi na moje maile napisała, że wychowała i wykształciła sześcioro dzieci, sama była skarbnikiem, ale teraz jest jej wstyd, bo jaki przykład dajemy swoim dzieciom?!

I po tej ostatniej wiadomości właśnie przestałam dziwić się, że wychowawczyni poza Apoloniuszem wymieniała jeszcze 1-2 dzieci, które potrafią w klasie czytać ze zrozumieniem. Wszystko stało się dla mnie jasne- mają to po rodzicach. Powiedzcie mi, moje kochane i drogie Czytelniczki jaki związek z zakupem vouchera do spa ma fakt wychowania sześciorga dzieci? Na takiego maila miałam ochotę odpisać "moja mama ma na imię Danuta, lubię kolor pomarańczowy i czuję się dziś wzdęta". Sens wypowiedzi byłby dokładnie ten sam. Natomiast argument "jaki przykład dajemy swoim dzieciom?" z ust rodzica, który nalega, aby uczyć dzieci od najmłodszych lat konieczności stosowania dodatkowych gratyfikacji wśród osób, które mają jakiś tam wpływ na ich aktualny los jest dla mnie zwykłym strzałem w kolano.

Tak samo jak nigdy, mimo całej wdzięczności jaką czuję,  nie pomyślałam o zwrocie za benzynę skarbnikowi-wolontariuszowi. O podziękowaniach pomyślałam.
Tak samo jak biorąc mojego pierwszego kota ze schroniska nie zaproponowałam zwrotu za paliwo wolontariuszowi, który mi go przekazywał (a może nawet do tego schroniska, o zgrozo, przywiózł).
Więcej Wam powiem, mój brak kultury sięga przecież dalej.
Byłam kiedyś u świetnego prawnika, który przyjmował pro publico bono i zgadnijcie co?
Tak, jako osoba kompletnie bez taktu jemu również nie zaproponowałam zwrotu za dojazd, a mój brak wyczucia podpowiedział mi jedynie, aby uścisnąć mu rękę i szczerze z głębi serca podziękować, zapewniając jak wiele jego poświęcenie swojej wiedzy i czasu dla mnie znaczyło....głupia ja...

Zawsze wydawało mi się też, że to właśnie rodzice, którzy mają ochotę dawać nauczycielom zwyczajnie drogie prezenty powinni zmienić swoim dzieciom szkołę z publicznej na prywatną. Zwłaszcza w czasach, w których podejrzewam, iż niedługo mennica państwowa wypuści pieniądze z frędzlami, aby łatwiej było związać koniec z końcem.

Zaproponowałam wszystkim zainteresowanym lekturę:
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1347,title,Prezenty-dla-nauczycieli-kwiatek-to-za-malo,wid,14556877,wiadomosc.html
ale pechowo innym rodzicom nie otwierał się pewnie link, bo dalej usłyszałam już tylko mnóstwo wycieczek osobistych, ale jakoś nikt do wspomnianego artykułu się nie odniósł.
Koniec końców  po mojej sugestii, że problem chętnie rozwiążę w gabinecie dyrektora albo i w kuratorium jeśli zajdzie taka potrzeba dostałam wiadomość, w której pani skarbnik pisała, że wraz z przewodniczącym klasowej trójki postanowili zrezygnować z zakupu vouchera, aby nie zrobić  " niepotrzebnych komplikacji zawodowych pani wychwawczyni, które mogły były sie pojawić w razie wizyt i donosów do kuratorium, dyrekcji czy być moze idac dalej mediów"
A ja myślałam, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi ;)
A przede wszystkim myślałam ,że jeśli nie robi się nic złego to nawet donos do CBA nie mógłby w żaden sposób zaszkodzić. No chyba, że .......
I wiecie co, summa summarum nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo i tym razem okazało się, że prawdą jest powiedzenie, iż człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera.
No bo fakt, spotkałam się z rodzicami, którzy za wzór w wychowaniu dziecka stawiają sobie Super Nianię albo Dalajlamę, albo papieża, albo własnych rodziców czy też dziadków.....ale jak Nutellę kocham, pierwszy raz w niemal trzydziestoletnim życiu, spotkałam się w tej klasie właśnie z rodzinami, którzy za wzór postawili sobie wazelinowy czopek.

Dlatego właśnie lubię koty.
One przynajmniej liżą własną dupę.

Chętnie też poznam Waszą opinię w kwestii stosowności tego typu prezentów dla nauczycieli i obyczajów jakie panują/panowały w klasach Waszych dzieci/wnuków.






P.S. a tak przy okazji  pozwólcie, że się pochwalę tegorocznymi wynikami szkolnymi moich synów, do osiągnięcia których nic poza odrobiną dobrej woli (no i genami po matce, a co se będę żałować;)))) nie było im potrzebne...







wtorek, 24 czerwca 2014

jednoweekendowy pub czyli jak zostałam moherowym beretem

Zaczęło się całkiem niewinnie. Gdybym wiedziała, że gość, który tego dnia zapuka do mnie nieśmiało jest synem Lucyfera od razu stanowczo posłałabym go do ojca z powrotem. Ale nie wiedziałam więc wysłuchałam zaproszenia na imprezę do nowo otwartego pubu, na wprost mojego domu,  po drugiej stronie wąskiej uliczki. Wysłuchałam też prośby żebyśmy z kolei my, sąsiedzi, nie zapraszali na nią służb mundurowych, no i zapewnień, że cała impreza skończy się przed północą . Przyjęłam do wiadomości, podziękowałam, choć nie miałam zamiaru wpadać, bo przygotowałam sobie własne piątkowe szaleństwo- wosk do depilacji brwi, czerwoną herbatę, która miała sprawić, że znowu wcisnę się w to, co aktualnie pasuje mi ewentualnie na ucho i nową pachnącą starością książkę z tutejszej biblioteki, w której nigdy nic co mnie akurat interesuje akurat nie ma.

Owszem, jak przyuważyłam z okna, że do malutkiego pubu wnoszą 4 głośniki mojego wzrostu lekko się zaniepokoiłam. Jak parking przed blokiem w przeciągu godziny wypełnił się samochodami, z których wydostawała się młodzież, jak z mojego posta (TEGO) byłam już lekko przerażona. Postanowiłam jednak nie panikować, a przede wszystkim odejść od okna, bo oko miałam nie zrobione, a nie mam firan.

Dalej było ponoć jak na przeciętnej współczesnej imprezie. Falami wytaczało się po 20-30 osób przed lokal aby zajarać, pobić butelki po wypitym piwie, pobić siebie, czy też chociaż się wyzwać. Około 2 w nocy towarzystwo złagodniało i nastąpiła wyraźna poprawa. Nadal wprawdzie słychać było muzykę z wnętrza lokalu, która z kolei poruszała moje wnętrza, bo szyby mi drżały, a jeszcze bardziej w środku drżało mi serce, bo nie byłam w stanie odróżnić słów, a z tego co było słychać wydawało mi się, że ktoś panią z głośników mordował. Melodia była nawet znośna i łatwa do zapamiętania. Ums ums ums ums ums. Aż do refrenu. Dalej było inaczej, bo jeb jeb jeb jeb jeb. A jako, że otwarcie pubu wyglądało na spontan, przygotowano chyba tylko jedną płytę (moim zdaniem soundtrack z "Piły VII") i nic poza tym.
W każdym razie muzyka widać łagodzi obyczaje, bo towarzystwo mniej więcej od 2 do 3 wydawało jedynie przyjazne okrzyki, w których dominowały pytania: czy masz szluga/gumę (nie wnikam jaką), czy chcesz szluga/gumę (nie wnikam jaką)? Ewentualnie sporadycznie: czy chcesz w ryj? I średnio co pół godziny: jaki jest uniwersalny kod do domofonów, bo chciałbym wejść na tę klatkę (tak, tak, moją klatkę- aż puchłam z dumy) i się odlać?

I żeby nie było- próbowałam wszystkiego. Rzucałam w nich z okna czosnkiem, próbowałam trafić srebrną kulą między oczy (a zapewniam, że kulki gejszy do najtańszych nie należą, tak więc mam nadzieję, że rozumiecie determinację), machałam w ich kierunku krucyfiksem, oblewałam z okna wodą święconą. Tyle, że nie święconą. Ale równie zimną.
I nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia, skąd ten gatunek przybył, ale przypuszczam, że z głębi piekła, bo nic na niego nie zadziałało.
Postanowiłam sięgnąć po broń ostateczną. Odpaliłam kompa. Wygooglowałam numer na tutejszy komisariat. Z mściwym uśmiechem wykręciłam go i przyłożyłam słuchawkę do ucha.

30 minut i 2784 "proszę czekać. będzie rozmowa"  później odłożyłam słuchawkę. I już bez uśmiechu postanowiłam zadzwonić pod *500. Z nerwów, bo pierwotnie nie zamierzałam sprawdzać stanu konta. Ponownie wykręciłam 112, powtarzając sobie w duchu, że muszę wyjaśnić z Maćkiem, gdzie się podziało moje 25 złotych. Po drugim sygnale usłyszałam głos, który zanim zdążyłam zaprotestować postanowił przekierować mnie do tutejszego komisariatu. O dziwo, tym razem nie zdążyłam "proszę czekać.." wysłuchać nawet raz, gdy po drugiej stronie usłyszałam:
- halo to ja ,pędzę do ciebie światłowodem
lub też:
-komisariat xxx, mówi zastępca oficera dyżurnego, w czym mogę pomóc?
od razu przeszłam do sedna:
-to co, teraz jak zgłoszenie jest przez centralę, to można było jednak odebrać telefon po pierwszym sygnale, taaaak???!!!  A gdyby mnie wcześniej mordowano???!!! A wy co , tacy zajęci byliście???!!! Jakaś impreza ze zdjęciami na komisariacie???!!!
- proszę się nie wysilać, jest pani szósta z tym tekstem dzisiaj.
No więc rozłączyłam się, bo nie będę z takim przemądrzałym bucem dyskutować.

Gdy przez 112 połączyli mnie z nim ponownie ,krótko i rzeczowo wyjaśniłam zgodnie z prawdą, że Lucyfer przysłał swoich wysłanników i urządzają rzeź naprzeciw moich okien. Poprosiłam też aby przysłali SWAT, BOR, CBA, FBI, CIA i Czerwone Berety, no może kogoś z Marines. I tu nastąpiło pierwsze rozczarowanie. Przyjechał tylko jeden patrol i to miejscowej policji. Ale za to muszę pochwalić panów policjantów z komisariatu za rogiem, bo rzeczony patrol przybył chyba w mniej niż 5 minut. Nie wiem, nie wnikam czy akurat w tym samym czasie skończył im się alkohol i tak czy siak wyszli, bo mieli jechać do monopolowego. W każdym razie poprawiłam sobie poduszki na parapecie i postanowiłam tym razem z niezmąconą niczym satysfakcją poobserwować, jak policjanci zastrzelą tych co stoją pod pubem, a właścicielom wypiszą mandat.
Na pierwszy rzut zaskoczyło mnie to, że przyjazd policji nie spowodował przewidywanego poruszenia. Fakt, ci wciągający z murku jakiś biały proszek przestali to robić, ale ci z piwem po prostu podeszli spytać o co chodzi. Potem wszyscy gestykulowali dobre 3 minuty. Policjanci coś tam popisali w swoim notatniku i równie szybko co przyjechali odjechali tym razem.
I nikt nikogo nie zastrzelił. Nawet nie wiem, czy właściciele dostali mandat, ale chyba tak, bo pani z głośników zaczęła w takt ums ums ums jeb jeb jeb krzyczeć głośniej, więc pewnie odreagowywali stres.

Nie wiem czy mam taki charakterystyczny głos, czy oficer dyżurny czyta mojego bloga, ale od razu mnie poznał za drugim razem.
Patrol znowu przyjechał błyskawicznie, znowu bez Czerwonych Beretów, interwencja znowu przebiegła z podobnym efektem.
Ostatecznie koło 4.30 zasnęłam atakowana przez moje durne koty, nieprzyzwyczajone do tego ,że śpię na ziemi w pokoju dziecięcym, a może zwyczajnie mszczące się za te wszystkie nadepnięcia, gdy szłam po ciemku zrobić Stiflerowi mleko do kuchni.

Następnego dnia, tuż przed blokiem, stojąc na gustownym dywanie z petów i szkła, spotkałam sąsiadkę w podobnym makijażu do mojego- a la panda, który wykonała matka natura. Przypadkiem w tym samym czasie dzielnicowy spotkał właściciela pubu, tuż przed jego drzwiami (pubu drzwiami, nie dzielnicowego. Nawet nie wiem gdzie on mieszka). W każdym razie nic a nic nie interesowała nas ich rozmowa, więc ustawiłyśmy się całe 1,5 metra dalej i cicho szeptałyśmy prowadząc swój dialog:
- pani idzie do tego warzywniaka przy Rossmannie. Mają truskawki po 5 złotych. Za kobiałkę!-powiedziała ona
-dobrze wiedzieć, zaraz pójdę.-powiedziałam ja
-ale takie pozwolenia, proszę pana, to się załatwia przed otwarciem lokalu i powinien pan o tym wiedzieć- powiedział dzielnicowy
-może da się to jakoś załatwić...-powiedział właściciel pubu
-ale groszku to już pani tam nie kupuje. Na ryneczku obok mają 2 złote taniej-powiedziała sąsiadka
-a to dziękuję za informację- powiedziałam ja
-nie, nie da się tego "jakoś załatwić". Pub trzeba zamknąć i działać zgodnie z literą prawa- powiedział dzielnicowy
-he he he- powiedziałam ja z sąsiadką równocześnie, zanim właściciel pubu zdążył cokolwiek powiedzieć
-bo w tym kraju to nie da się prowadzić normalnego interesu- odezwał się właściciel patrząc na dzielnicowego. Po czym patrząc na sąsiadkę powiedział-a ty, babo, lepiej idź na pobliski rynek -a więc podsłuchiwał! cham i prostak! No i patrząc już na mnie dodał- ty za to możesz lepiej w domku posiedzieć z różańcem.
Po czym na koniec dodał do wszystkich:
-pieprzcie się.
-ja nie mogę teraz, muszę iść z dziećmi na spacer- powiedziałam ja
-ja niestety muszę wracać na komisariat- powiedział dzielnicowy
-ja to nawet nie mam z kim- powiedziała moja biedna sąsiadka
Natomiast właściciel prawdopodobnie z powodu braku zrozumienia dla nieposiadania (jak doniosły wiewiórki) odbioru sanepidu, kominiarza, umowy na wywóz śmieci i niedostosowania lokalu do wymogów BHP obraził się na nas i pub zamknął.

A w sumie szkoda, bo ukradłam z pobliskiego kościoła z litr wody święconej i wystrugałam osikowy kołek. Pozostaje mieć nadzieję, że się nie zmarnuje i klienci lumpeksu, który ma w to miejsce powstać będą równie niesforni.




sobota, 7 czerwca 2014

kręcimy teledysk....czyli żmije na własnym łonie wyhodowałam

Szara Eminencja: mamo, mamoooo, kręcimy teledysk. Chcesz grać w naszym teledysku?
ja: nooo, chcę. Kim mam być?
Sz: piękną księżniczką. Chyba, że wolisz być potworem, bo nie mamy też nikogo na potwora. Chcesz być potworem?
j: mogę być. A co mam robić?
don Juan (ze śmiertelnie poważną miną): w sumie nic. Musisz tylko zmyć makijaż.....

dźwięk opadanej szczęki

dJ:.....do charakteryzacji.
Sz (widząc mojego karpika): don Juan, to naprawdę fatalnie zabrzmiało. Mamie się zrobi przykro z powodu wałeczków. To nie jej wina, że nie schudła po Stiflerze

łoskot opadających na ziemię cycków

dJ: Szary, a wiesz dlaczego kobiety chodzą na szpilkach, malują się i perfumują?......bo są małe, brzydkie i śmierdzą...HAHAHAHA

bazyliszkowy wzrok

dJ: HAAAAA...AAaaaaale nie ty, mamusiu, oczywiście.

za późno
foch
kurtyna








środa, 4 czerwca 2014

list otwarty do Prezesa Nowej Prawicy Pana Janusza Korwin-Mikke pt. "A niech Cię, drogi Panie, zboczeniec jakiś pogłaszcze"

Jak Pan bajdurzysz, tworząc te swoje ekonomiczno- gospodarcze utopijne wizje, jestem w stanie to przełknąć. Nie Pan pierwszy i nie ostatni bazujesz na niewiedzy, marzeniach i cichych nadziejach swojego potencjalnego elektoratu.
Natomiast zabranie przez Pana głosu w kwestiach społecznych powoduje u mnie nieodmiennie utratę wiary w gatunek ludzki, oraz psychiczną kiłę i malarię. Długo muszę odchorowywać. Zdarza się Panu powiedzieć coś akceptowalnego, prawdziwego, czy nawet mądrego. Jednak moim zdaniem, powinien ograniczyć się Pan do udzielania jednozdaniowych wywiadów, gdyż nawet jak się jakaś myślowa perełka trafi, dalej dzieje się dokładnie to samo, co w moim mieszkaniu, gdy staram się sprzątnąć przy trójce dzieci, w tym jednym niemowlaku. Mianowicie zanim dojadę do końca, mam już po drodze Sajgon i Kongo w jednym.

Po Pana skandalicznych wypowiedziach na temat gwałtu i gwałconych kobiet,w programie Pani Moniki Olejnik, na wyrost ucieszyłam się, że nie może być gorzej. I trwałam tak w błogiej nieświadomości aż do wczoraj. A wczoraj  (pewnie za te bluźnierstwa na katolicki kościół) sam Szatan musiał mnie podkusić, że świadomie obejrzałam wywiad z Panem (tylko dla ludzi o mocnych nerwach), gdzie mówi Pan o tym, że wołałby, aby Jego córka "trafiła na pedofila, który ją pogłaszcze, niż poszła na lekcje edukacji seksualnej".

I w tym miejscu pragnę zrobić małe odstępstwo, bo ja z natury źle ludziom nie życzę. I bynajmniej nie ma to nic wspólnego z moją szlachetnością, czy dobrym wychowaniem. Po prostu z moich obserwacji wynika, że karma wraca. Niemniej zaryzykuję dla Pana dzisiaj i zamiast tłumaczyć Panu na czym polega pedofilia, jaką jest traumą dla ofiar, ile z nich popełnia samobójstwa, a ile gwałci dalej, z  całego serca życzę Panu, aby został Pan pogłaskany przez zwyrodniałego zboczeńca. Oczywiście głaskanie owo, miałoby być zastępstwem za  posłanie powtórne do szkoły, aby zobaczyć jak lekcje "edukacji seksualnej", czy tam "przystosowania do życia w rodzinie" de facto wyglądają.

Jestem rocznik `84. Nie wiem, czy pierwszy, ale na pewno przynajmniej jeden z pierwszych, który takowe zajęcia posiadał. Mnie zaszczyt uczestniczenia kopnął w liceum. Od pierwszej klasy, bodajże. Pamiętam, że na edukację seksualną nie chodziło dwóch uczniów, gdyż ich matki nie wyraziły zgody. Nie mnie osądzać, czy były równie wyedukowana jak Pan, który chwali się, iż Jego dziewczyny nie wiedziały, że stosuje prezerwatywy. Swoja drogą, gratuluję szczęścia. Gdyby trafił Pan na taką, która jest uczulona na lateks, dowiedziałaby się na pewno. I ciaaach, byłoby po tajemniczym erotyzmie. Za to z upławami, obrzękiem, świądem, a w najcięższej postaci- ze wstrząsem anafilaktycznym.

Nie mam pojęcia, czy w całej swojej wiedzy wie Pan, co to są upławy, ale nie śmiem pytać. Tłumaczyć też nie śmiem, aby nie psuć aury wokół tematów "wstydliwych". Takich jak choćby według Pana miesiączka.

My, kobiety, wstydu nie znamy?

Panie Korwin- Mikke, odkąd pielęgnowałam mojego męża podczas jego choroby nowotworowej uważam, że które jak które, ale nasze małżeństwo wstydu przed sobą nie zna. Co może być fizjologicznie bardziej obrzydliwego niż majtki przepełnione odchodami, świeże wymioty na podłodze, czy cofnięta na pościel treść z mikro przetoki, po tym jak wypadł korek?
Przerobiliśmy i to i wiele innych rzeczy. Nie wstydzę się na ten temat pisać, mój mąż nie ma nic przeciwko.
Sprzątałam na kolanach i prałam za każdym razem, gdy zaszła taka potrzeba. Nie czułam grama obrzydzenia.
I naprawdę Pan twierdzi, że powinnam zamiast powiedzieć "mam okres" udawać ból głowy?
Zresztą moja babcia, nie tak znowu dużo starsza od Pana, całe życie powtarzała i powtarza "wstyd to kraść i z dupy spaść". A ja do tego mam do dodania li i jedynie starą maksymę Terencjusza "nic co ludzkie nie jest mi obce".
Na szczęście mojemu mężowi też.

Pozbawianie tajemniczości jest przykre, mówi Pan...
Może dlatego tak nieproporcjonalnie więcej mężczyzn po prostu odchodzi, gdy kobieta ciężko zachoruje. Wszak, gdy się ma na głowie ciężką chorobę, a czasem i w głowie właśnie, trudno zadbać równocześnie o pewne niuanse...

No ale wróćmy do tej nieszczęsnej edukacji seksualnej.
Na pierwszej lekcji, pamiętam jak dziś, któraś z dziewcząt spytała o to, co większość wówczas niesamowicie interesowało. Mianowicie, czy od pigułek antykoncepcyjnych można stać się Conchitą Wurst, tyle że grubą, na dodatek. Jakież było nasze zdziwienie, gdy pani nauczycielka oznajmiła, że nie może z nami rozmawiać na temat antykoncepcji. Za to może o miłości, więzach rodzinnych, odpowiedzialności i szacunku do bliźnich i samego siebie. O dojrzewaniu i zachodzących w tej fazie w ciele i w psychice zmianach.
No koszmar, mówię Panu.
Nie wiedziałam, gdzie ze wstydu oczęta podziać, więc stukałam tylko nerwowo obcasikami swoich białych lakierków, poprawiając raz po raz kołnierzyk sukienki rodem z epoki wiktoriańskiej.

A na poważnie: teraz, wobec tego co się Panu wydaje, a czego ja doświadczyłam, widzi Pan dlaczego, gdy Pana słucham niemal śmieję się przez łzy? Czy wie Pan, że przystosowanie do życia w rodzinie, które bodajże zastąpiło edukację seksualną prowadzą w wielu szkołach katechetki? Dlaczego wypowiada się Pan na tematy, o których nie ma Pan pojęcia? Zadufanie w sobie? Głupota?

Moja wspomniana wyżej babcia opowiadała mi kiedyś, że jak była nastolatką nie siadała na krześle/fotelu/ siermiężnej wersalce bezpośrednio po mężczyźnie, bez przetarcia choćby szmatką tego miejsca, bo bała się zajść w ciąże.
Obecnie porażająca liczba nastolatek myśli, że ciąża pozamaciczna może się zagnieździć w kolanie.

Z jednaj strony głosi Pan, że 70% ludzi nie potrafi prawidłowo odczytać rozkładu jazdy (i ja, po tym co się dzieje w Polsce, skłonna byłabym się do tej tezy przychylić). A z drugiej strony nie chce Pan edukować dzieci i młodzieży w kwestiach znacznie istotniejszych niż to, czy pojadą autobusem w dobrym kierunku.

Inną kwestią jest fatalny poziom intelektualny współczesnych młodych ludzi, jako ogółu. Świadczy o tym choćby pańskie przeszło 7%, bo ponoć głosowali na Pana głównie młodzi wyborcy.

Czasem tli mi się iskierka nadziei, że pańska myśl przewodnia jest całkiem dobra. Jednak ginie ona w oparach absurdu, które notorycznie Pan emituje.
Ja też czuję złość, gdy oglądam z dziećmi film familijny, albo bajkę i wyłapuję podteksty seksualne.
Czuję żal i współczucie, gdy patrzę na młode dziewczyny, z kilogramem "tapety", za to mające na sobie 2 deko ubrań. Zimą.
Nie chcę żeby moi synowie, gdy kupuję w kiosku gazetę, oglądali roznegliżowane, rozkraczone panie.
Jednak zdecydowanie chcę, żeby wiedzieli skąd się biorą dzieci i jak ciąży zapobiec.
Myślę również, że przy obecnej eskalacji niechcianych ciąż (również wśród nastolatków, jak nie dzieci), ilości aborcji, dzieciobójstwa tylko skończony cymbał by tego nie chciał.

Spuszczę kurtynę milczenia na pozostałe pańskie teorie głoszone w tym wywiadzie,  dotyczące tego, czy kobietom do szczęścia potrzebne jest prawo wyborcze. I ogólnie na temat kobiet.
Jest Pan mizoginem. Nie szanuje Pan kobiet. Rozmowy o kobietach z panem przypominają te, które się prowadzi z alkoholikiem o piciu.

Szanowny Panie Mikke, mówisz Pan :"Czy koń, czy baran mają lekcje edukacji seksualnej? Nie. A umieją to robić ,prawda?"
Jest mi niezmiernie przykro, że nie zauważył Pan dość znaczących różnic między rzeczonymi zwierzętami, a nami, ludźmi. I co za tym idzie, nie zauważył Pan widać, odmiennych potrzeb. Po wysłuchaniu i głębszym zastanowieniu, na dzień dzisiejszy, wiem już chyba dlaczego.
Od konia (poza fizycznością) różni Pana jedynie jeden zwój mózgowy więcej. I znajduje się on w Pana czaszce widać tylko po to, aby przy sprzątaniu nie pił Pan wody z wiadra.
Co Pana różni od barana (poza fizycznością), to z kolei nie mam pojęcia. W każdym razie brzmicie podobnie.

Proszę mi wybaczyć miejscami stosowane wulgaryzmy, ironię, czy mocno bezpośredni język wskazujący być może na brak szacunku.
Kiedyś, Panie Prezesie, szanowałam wszystkich ludzi, jak leci. Teraz zaś traktuję ich dokładnie tak, jak na to zasługują.


z mocno umiarkowanym poważaniem
Anna Szczepanek
(nie)typowa Matka Polka





źródło obrazka TU

poniedziałek, 2 czerwca 2014

spotkanie blogerek, nie-blogerek i wszystkich tych, którzy chcą się po prostu spotkać czyli dzika impreza nadciąga

Marta , w komentarzach do poprzedniej notki rzuciła luźną propozycję, abym zorganizowała spotkanie dla blogerek. Mam takie jakieś zboczenie, że gdy ktoś zostawia u mnie komentarz, wchodzę sobie na jego bloga. Stąd też wiem, że sporo fajnych moich Czytelników bloga nie ma. I stąd też właśnie moja propozycja poszerzenia grona do "nie-blogerów" również. A że ja ogólnie lubię ludzi, zwłaszcza tych niewkurwiających,  proponowałabym zaprosić całą resztę, która nie odnajduje się w definicji "bloger" i "nie-bloger", a z jakichś sobie tylko znanych przyczyn, miałaby ochotę się z nami napić.
Kawy.
Nie, no co Wy, żartowałam z tą kawą. No chyba, że z prundem;) Jak już mówiłam, z natury nie ufam abstynentom.

Marta twierdzi, że profesjonalnie to się szuka sponsorów. I w tym miejscu pojawiły się pierwsze moje wątpliwości, bo kto nam zasponsoruje morze tequili, trawy i seksownych Latynosów? Mama 2 córek mówi, że takie obiekty samoistnie zawsze znajdowały się na imprezach z jej udziałem. Od tego momentu zaczęłam podejrzewać, że nie mówi nam wszystkiego o sobie i zachodzi podejrzenie, że jest pracownikiem Polmosu, dilerką i dorabia na handlu żywym towarem;) Niemniej uważam, że możemy mieć problem. O ile na spotkanie nie wybierzemy budki z fast foodem, alkohol w lokalu na bank się znajdzie.
Ale trawa?
Obawiam się dziewczyny, że musiałybyśmy się najpierw zaopatrzyć w najbliższym gimnazjum.

No i co dalej?
Widziałam na jakimś blogu, że na takich spotkaniach robią tematyczne przemowy, na których najczęściej dzielą się tajemnicą pozyskania odbiorców bloga oraz ogólnie sposobem na osiągnięcie sukcesu w necie. Jeśli to jest wymóg konieczny, to ja Wam mogę zdradzić jak zyskałam wszystkich siedmiu Czytelników i dać nawet do nich namiary, bo to moja rodzina i jedna koleżanka z dzieciństwa. Co do sukcesu w necie to myślę, że możemy szybko omówić sposoby na "przypadkowe" pokazanie cycków, oraz oświetlenie potrzebne do nakręcenia seks taśmy.
Zaznaczam, że do przemówienia potrzebny mi będzie asystujący logopeda.
Ze względu na obecność tequili.

Pozostaje jeszcze kwestia upominków, które ponoć na takich spotkaniach się rozdaje. Jak wiadomo, ja i moi Czytelnicy mamy swoją godność i co za tym idzie mamy głęboko w dupie wszelkie breloczki i długopisy. Poszukajmy więc sponsorów wśród właścicieli okolicznych SPA, klinik chirurgii estetycznej i biur podróży. Tak więc chętne od razu proszę o określenie, czy chcą się tylko zrelaksować, czy  przy okazji odessać i naciągnąć.
W końcu nie tylko Ibisz ma prawo być młodszy od swoich rówieśników.

Jednak skoro już doszliśmy do drażliwej kwestii wieku, musimy porozmawiać i o ostatnim punkcie: seksownych Latynosach.
Moje panie, czy któraś z Was była jakoś niedawno na dyskotece, tudzież w jakimś klubie? Bo ja byłam. Jak zobaczyłam średnią wieku, to poczułam się zobligowana już na wejściu ochroniarzowi wytłumaczyć, że ja tylko na chwileczkę. Po wnuka.
W środku czułam się jak podstarzała hostessa rozdająca tonik na pryszcze. Zresztą młodzież też nie była życzliwa, bo doszedł mnie szmer wywołany słowami "chować koks, czyjaś stara przyszła".
A dążę do tego, że przypuszczam, iż jakby któraś z nas chciała z takim przystojnym Latynosem potańczyć, to obawiam się, że sam sprawdzony dotąd tekst: "zatańczymy? przecież nie będziesz stał tak samotnie, jak te widły w gnoju?" może już nie wystarczyć. Musimy iść z duchem czasu.
Która z Was ma eter albo paralizator?
Proszę zabrać.

Termin proponowałabym zrobić na tyle odległy, żeby każda z chętnych zdążyła się zorganizować, a ja schudnąć. Czyli po wakacjach najlepiej. W związku z tym jest jeszcze trochę czasu, aby dopracować szczegóły, bo o takich niuansach, że nie machamy nogami (zwłaszcza w szpilkach) pod stołem, bo tam też są goście albo że damy nie piją z gwinta, jeśli pod ręką jest puszka po śledziach, myślę, że każda powinna pamiętać sama. Ja mogę zaznaczyć tylko, że w razie przyjazdu służb mundurowych negocjuje gospodarz, lub wskazana przez niego najtrzeźwiejsza osoba.
Dziewczyny, ważne, to nie są striptizerzy! Tym samym nie wkładajcie im żadnych pieniędzy za stringi!
Striptizerzy będą przebrani za robotników.
Zresztą temat jest otwarty, bo ponoć, według statystyk, czyta mnie więcej mężczyzn niż kobiet.
Proszę się ujawniać, póki nabór na striptizerów jeszcze w toku;)

Kończę, idę ćwiczyć ten pieprzony pilates, inaczej się na spotkanie z Wami w tę lateksową kieckę za diabły nie wcisnę.
A Wy z kolei możecie już zacząć ćwiczyć układ choreograficzny...


....bo wiecie....




..i pamiętajcie...


źródło obrazka TU