piątek, 30 maja 2014

deklaracja wiary lekarzy czyli szczyt niesprawiedliwości zawodowej

Jestem oburzona tworem p. Wandy Półtawskiej.
Co to ma być?!
Dlaczego deklaracja wiary została stworzona tylko dla lekarzy??!!
A inne grupy zawodowe to co, psu spod ogona?!

Moje propozycje są następujące:
-katolickie ekspedientki, pracujące w sklepach mięsnych, powinny odmówić sprzedaży mięsa w piątek
-katoliccy właściciele restauracji oraz ich obsługa (restauracji, nie właścicieli) niech odmówią serwowania mięsnych dań w ten dzień właśnie
-katoliccy sklepikarze absolutnie powinni wycofać z obrotu lody i banany
-katoliccy bokserzy powinni odmówić trzymania gardy, a już na pewno zadawania ciosów, nadstawiając drugi policzek
-katoliccy kolarze powinni odmówić pedałowania
-katoliccy kierowcy wszelkiej maści- odmowa skrętu w lewo
-katolickie ekspedientki w sex shopie....a nie, sorry...
-katolickie krawcowe niech nie szyją zgodnie ubrań niestosownych, znaczy takich z głębokim dekoltem, przykrótkich, z materiałów prześwitujących, itp.
-katoliccy szewce niech nawet nie patrzą w stronę lateksowych kozaków do pół uda 
-katolickie ekspedientki w warzywniaku niech śmiało odmówią sprzedaży owoców i warzyw o kształtach fallicznych
-katolickie bibliotekarki niech plują na tych, co przychodzą po książkę Urbana
-katoliccy nauczyciele mogliby robić sobie o 12 przerwę na Anioła Pańskiego

Taki Durex, jakby miał honor, sam powinien masowo zwolnić wszystkich katolików. Zresztą jak katolik mógłby pracować przy produkcji dajmy na to takich, tfuuuu, prezerwatyw, że o żelu potęgującym doznania nie wspomnę?! Tam katolicy na pewno nie pracują, jak i w tvn-ie.

Wróćmy do lekarzy.
Niech mi ktoś wytłumaczy proszę, na czym polega punkt drugi rzeczonej deklaracji? Bo wiecie, tam jest napisane " - moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga.". I że ciało jest "święte i nietykalne".  Czy to w wolnym tłumaczeniu znaczy, że jak zachoruję i trafię na lekarza, który deklarację wiary podpisał, to już po mnie? Można teraz odmówić leczenia bezpłodności? Można odmówić pomocy transseksualiście, który nie dość, że miał pecha urodzić się nie w tym ciele co trzeba, to jeszcze teraz może mieć pecha trafić na lekarza, nie bójmy się użyć tego słowa, debila?
Oczywiście jestem jak najbardziej otwarta na zastąpienie słowa "debil" innym, mniej obraźliwym, jednak żadne nie przychodzi mi do głowy. Bo jak nazwać obecnego studenta medycyny, który wybiera specjalizację "ginekologia",  świadom jakie ginekologia oferuje metody antykoncepcji, po czym odmawia pomocy w ich stosowaniu, bo to niezgodne z jego światopoglądem?


Jak to będzie teraz wyglądało?

-to wyrostek.
-i co teraz?
-dwie zdrowaśki
-ale jak leczymy?
-nie leczymy, nie będziemy ingerować
-jak to?
-no co jak to?! srak to. Bóg tak chciał i koniec. Chce pani ostatnie namaszczenie?

-dzień dobry, ja bym chciała spiralę założyć
-a won mi, ladacznico jedna!

-tu pogotowie ratunkowe, w czym możemy pomóc?
-mam zawał, błagam, przyślijcie satanistów!!!

-planujemy z mężem dziecko....
-a jesteście państwo związani z Bogiem świętym sakramentem małżeństwa?  (pkt 3 deklaracji)


Hmmmmm...plusy też są....kolejki do specjalistów się zmniejszą
Ale za to ci z ZUSu się ucieszą. Dożyć 67 lat? Bez szans.

A szósty punkt, pozwólcie że w całości przytoczę:
"UWAŻAM, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze
katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności
w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem. "

No i ten właśnie 6 punkt, to już osiągnął szczyt katolickiej hipokryzji.

Rozumiem, że w małym miasteczku jedyny lekarz ginekolog, odmawiający wypisania mi pigułek antykoncepcyjnych nie narzuca mi swoich poglądów i przekonań. Mam pełne prawo wyboru. Nadal mogę się zabezpieczać jak chcę, tyle że nie mam recepty, więc muszę tylko napaść na aptekę.
Jasne jak słońce.
Albo sytuacja ,gdy w rzeczonym małym miasteczku para zmagająca się z bezpłodnością zwraca się o pomoc do lekarza i słyszy, że ten im nie pomoże, bo widać nie są "wybrani przez Boga".
Ja pierdolę, kurwa mać, to brzmi tak absurdalnie, nawet jak na nasze pokurwione polskie realia, że nadal nie mogę w to uwierzyć...

I żeby była jasność- ja w zasadzie nie mam nic przeciwko, aby doktor Xyz, w swoim własnym, prywatnym gabinecie miał ołtarzyk i podczas badania recytował litanię loretańską. Mnie to rybka. Jeśli uznam, że mi to przeszkadza, ja do niego po prostu nie pójdę, uznając go równocześnie za człowieka nie do końca zdrowego psychicznie.
Natomiast jeśli lekarz pracuje w ośrodku publicznym, w szpitalu, w przychodni i jestem na niego skazana, mnie naprawdę gówno obchodzą jego przekonania religijne! Ja sobie wręcz nie życzę ich znać!!!
Ja chcę być traktowana według przyjętych standardów medycznych, a nie według standardów Ducha Świętego, do kurwy nędzy!

Dziwne, że zaciekli wegetarianie, obrońcy praw zwierząt, nie zatrudniają się masowo w McDonald`s i nie żądają prawa do odmowy sprzedaży hamburgerów.
Zabawne, że ja, zwykła szara ja, po przekroczeniu progu pracy staję się pracownikiem. Zostawiam za tym właśnie progiem wszystkie moje prywatne uprzedzenia, moje życie domowe, prywatne. I uznaję, że mieszanie tych sfer byłoby brakiem profesjonalizmu.
Oczywiście, że pracuję zgodnie z sumieniem. Inaczej zostałabym prostytutką.
A nie zostałam.
Może Ci od deklaracji wiary nie powinni zostawać wobec tego lekarzami.

Jest jeden ogromny plus powstania tej listy.
Każdy z nas może sobie teraz sprawdzić, czy jego lekarza na niej nie ma, aby przypadkiem nie udać się nieświadomie do SZAMANA, "nie ingerującego w wolę boga i natury". Proponowałabym, aby wszyscy znajdujący się na niej lekarze, umieścili stosowne informacje również tuż przy swoim nazwisku, na tabliczce na drzwiach gabinetu. To byłoby najuczciwsze w obecnej sytuacji, nie sądzicie?

Czekam na posortowanie listy według specjalizacji. Jeśli takowa powstanie, proszę dajcie mi znać.

Najgorsze jest to, iż podejrzewam, że ta idiotyczna deklaracja jest li i jedynie zobrazowaniem stanu umysłowego części polskich, na domiar złego wykształconych, katolików. Choć mamy tu żywy przykład, że wykształcenie niekoniecznie idzie w parze z inteligencją i życiową mądrością.
Nie mamy też gwarancji, że skoro doktor Xyz podpisał deklarację i ma takie, a nie inne przekonania, to nie wcielał tych przekonań w życie już od 20 lat. Kto katolikowi w tym kraju zabroni?
To by doskonale tłumaczyło wysoki procent nieskuteczności polskich lekarzy w zakresie diagnozowania i podjęcia właściwego leczenia.

Aktualnie, jako że Hamankiewicz nie uznał deklaracji jako sprzecznej z kodeksem etyki ani prawa, uważam, że sprawa powinna trafić prosto do Genewy.
Wszelkie działania w polskim ciemnogrodzie są stratą czasu. Tu inteligentni ludzie nie mają racji bytu i prawa głosu. Tu się ich jedynie doi, zakrzyczy i wykańcza scenariuszami, których nie powstydziłby się sam Kafka.

Marzę o emigracji. Nie z wyboru, z musu.
Choć gdzieś tam, w głębi duszy, mam jeszcze nadzieję, że moja ojczyzna nie jest stracona.
A banda bandytów, debili i skurwysynów zwykłych nie zaprzepaści dorobku naszych przodków.
Tu musi dojść do jakiejś rewolucji. Inaczej niedługo bez świadectwa chrztu w Biedronce nas nie obsłużą. A na Almę nas nie stać, przecież lwią część majątku oddajemy państwu, które traktuje nas (jak już Wam kiedyś mówiłam) nadal jak matka.... Madzi.

Nie wiem jak Wam, ale mi, ci co kiedyś palili na stosach, ci co obecnie gwałcą i grabią, nie będą mówili jak mam żyć.
I ostrzegam: przestańcie wpierdalać się do mojego łóżka (antykoncepcja), albo ja zacznę uprawiać seks w Waszym kościele!!!

I na koniec pytanie, które nurtuje mnie od kilku dni:
skoro jestem Pastafarianką, to czy gdybym była lekarzem, to mogłabym nie ratować tych, co nie lubią makaronu? Bo to niezgodne z moim sumieniem.


Chciałam zaproponować Wam też kandydata na twórcę kolejnej deklaracji, bo ta ma luki. W końcu jest jeszcze mała, malutka szansa, że niektórzy z nas przeżyją......

źródło obrazka TU


czwartek, 29 maja 2014

ogólnopolska akcja (nie)typowej "Oddaj Kupę Właścicielowi". Zachęcam!

Było parę minut przed godziną siódmą.Pogoda zaś była typowo majowa czyli szaro, buro i piździło jak na Uralu. Czekałam na otwarcie sklepu, przebierając nogami, bo zabrakło mi mleka do kawy. Wpatrywałam się nieruchomym wzrokiem w ruchomy punkt. Patrzyłam na kobietę z psem na smyczy. Dużym psem, dogiem. Małą kobietę, w fajnych butach.
Postali chwilę pod krzakami, przy jednym z zaparkowanych samochodów, pod latarnią. Dalej to pies nawalił kupę na chodnik i sobie poszli.
Wróć.
I chcieli sobie pójść.

A mnie już kawa nie była potrzebna...

-Halo, proszę pani, zapomniała pani sprzątnąć po psie- zagaiłam uprzejmie
Pani równie uprzejmie zainteresowała się moją osobą
-Nudzi ci się?- spytała
-Już nie- odpowiedziałam grzecznie zgodnie z prawdą i parłam dalej- proszę posprzątać po psie!
-Co posprzątać? Mój pies nic nie zrobił!
Głupio mi się zrobiło, musiałam spuścić z tonu. Trafiła mi się inwalidka z Alzheimerem, prawdopodobnie też niedowidząca. Powiedziałam więc najuprzejmiej jak umiem
-Ku-pę zro-bił. Ooooooo, tam!- wskazałam palcem, wyraźnie i głośno sylabizując, w razie gdyby miała też niedosłuch.
Miła pani również zainteresowała się moim zdrowiem
-Popierdoliło cię?
-Nie, wszystko ok-powiedziałam pogodnie- Widziałam, pani pies zrobił kupę, musi ją pani sprzątnąć.
A później zaproponowała coś, co mi się nie bardzo spodobało
-Sama se sprzątnij.
-Nie, pani sprzątnie- sprytnie odbiłam piłeczkę, nie dając się wrobić
-Śmieszna jesteś- rzuciła na odchodnym komplement, po czym odwróciła się, pociągnęła za sobą psa i ponownie chcieli odejść.

No i zrobiło mi się smutno.
Nie kobiety wina, że jest chora.
Przeklęty Alzheimer.
Zapomniała o kupie.
Sięgnęłam więc do kieszeni, wyjęłam z niej woreczek i podałam pani jej własność. A że, jak wiadomo, boję się psów, nie mogłam się zbliżyć na tyle, aby właścicielce psa osobiście rzeczone odchody do ręki podać.
Rzuciłam więc.
Ale to nic nie szkodzi, bo okazało się, że kobieta ma dobry refleks i złapała.
Głową.
Odwróciła się natychmiast, ale nie bardzo wiem, co tam mówiła, bo słowa artykułowała niewyraźnie i za szybko. Wyłapałam tylko "TY URWO!!!".
Sprawdziłam w słowniku wyrazów bliskoznacznych.Wikipedii. Atlasie zwierząt. Żadnej "urwy" nie znalazłam, więc ostatecznie do dziś nie wiem, co miała na myśli. Zdaje się, że dziękowała mi po prostu, że nie wezwałam policji, bo coś tam o policji było.
Naprawdę nie wiem, bo otworzyli sklep i w końcu mogłam kupić to mleko.

Taka jest moja wersja i tego będę się trzymać.

Zresztą mam świadka. Pan ekspedient, z którym przybiłam sobie żółwika w ramach dobrze wykonanego obowiązku obywatelskiego pt. "Oddaj Kupę Właścicielowi", wszystko widział. Chętnie poświadczy.

Tak więc drogi Czytelniku, nie bądź burakiem, sprzątaj po swoim psie!
Jeśli nie chcesz, możesz alternatywnie przychodzić do mnie i czyścić nasze buty, prać spodnie Stiflera, który dopiero uczy się chodzić i często upada. Myć mu rączki, odkryte w ciepłe dni kolanka. Dać do czyszczenia nasz koc piknikowy itd.
Jeśli i tego nie chcesz, a znajdziesz się w mojej okolicy, bądź pewny- ja ci chętnie sprzątać pomogę.
Boję się psów, ale kupę na odległość zawsze potrzebującemu podam.
Muszę jedynie technikę dopracować, bo przez woreczek to jednak nadal fuuuj.
Może zacznę rękawice spawalnicze po kieszeniach nosić.
Kto wie, kto wie....

I szczerze zachęcam do  pomocy też innych.
Nie bądźmy nieczuli na chroniczną sklerozę właścicieli psów.
Ich psy-ich kupy!
Znajdziesz- oddaj!
(pamiętaj, aby zaznaczyć, że nie chcesz znaleźnego)


wtorek, 27 maja 2014

Czym się różni matka od ojca

Wczorajszy Dzień Matki skłonił mnie do takich oto refleksji:

- matka po roku od przeprowadzki nadal wie gdzie w domu leży herbata

-matka wie, która komora w pralce jest od płynu do płukania i dlaczego nie jest to "wszystko jedno"

-matka wie jak uruchomić pralkę

-matka się nie dziwi, że kot nie chce leżeć przy stopach ojca, gdy ten wraca z pracy

-powiedzenie "gdybyś słuchał swojego ojca, to w zimie byś w sandałach chodził" można przetłumaczyć sobie dosłownie

-matka wie dlaczego do szkoły nie powinno zakładać się domowych ciuchów  

-matka wie, które to ciuchy domowe

-matka się nie spina jak najmłodsze dziecko przeżuwa pilota od telewizora

-ojciec się nie spina jak najmłodsze dziecko wyciera rączki w firanki

-ojciec umie narysować ferrari tak, żeby nie wyglądało jak wóz opancerzony

-matka umie narysować kotka tak, żeby nie wyglądał jakby się urodził tuż po wybuchu w Czarnobylu

-matka tłumaczy

-ojciec tłumaczy

-ojciec wie, że nie wszystkie usterki w domu da się naprawić Kropelką, albo innym Super Glue

-ojciec nie wie co to jest peeling enzymatyczny i modli się, żeby jego synowie w przyszłości też nie wiedzieli

-matka na większość narzędzi mówi "brzeszczot" w nadziei, że kiedyś trafi

-matka po wyjściu z łazienki mówi "jestem gotowa, możemy iść"

-ojciec po wyjściu z łazienki mówi "kwarantanna, nie radzę tam teraz wchodzić"

-matka uczy sztuki kompromisu, wybaczania, dyplomacji

-ojciec uczy prawego sierpowego, w razie gdyby kompromis, wybaczenie i dyplomacja zawiodły

-matka organizuje dzieciom czas wieczorem





-ojciec również organizuje dzieciom czas wieczorem




-matka ogląda z dziećmi "W pogoni za szczęściem" i po seansie rozmawia z nimi o determinacji, ambicji, życiowych celach

-ojciec ogląda z dziećmi "Thora", a po seansie rozmawia z nimi później wydzierają japy naparzając się kijami od mopa/miotły

- matka ma podzielną uwagę, w tym samym czasie może rozmawiać, gotować, zerkać na swój ulubiony serial, zmywać naczynia, itp.

-ojciec w zasadzie też ma podzielną uwagę, w tym samym czasie może grać w "World of Tanks" oraz rozmawiać z resztą rodziny "No. No. No. No. No. No. Yyyyhhhhyyyy. No. No. No"

-matka przy katarze podejrzewa: odrę, dengę, reumatoidalne zapalenie stawów, pęknięte żebro, zespół Tourette`a, lamblie, a w najlepszym wypadku grypę

-ojciec przy objawach zapalenia opon mózgowych waha się czy jechać do szpitala, może samo przejdzie

-matka akcentuje podniesionym tonem, że któryś syn któremuś synowi w końcu zrobi krzywdę w tych niekończących się sparingach

-ojciec drze ryja na dzieci, że bez pozwolenia logują się na jego profil grając na x-boxie

-ojciec umie wymienić rozrząd w samochodzie, wie gdzie znajduje się szpera

-matka umie ruszać w samochodzie wycieraczkami w rytm "Billie Jean"

-ojciec dba o atmosferę i komfort przy posiłku

-matka dba o atmosferę i komfort posiłku


-ojciec buduje sobie z lego udając, że bawi się z dziećmi

-matka podżera dzieciom słodycze, gdy śpią i udaje, że to w ramach dbania o ich zdrowie

-ojciec widząc jak jego syn robi salto mówi "noooo, staaaary, brawoooo!!!" i klepie go po plecach

-matka widząc jak jej syn robi fikołka dostaje zawału

-ojciec ma zlecenie zawsze jak synowie się porzygają

-matka ma okres zawsze jak trzeba wejść z synami wykąpać się w lodowatym morzu/jeziorze

-ojciec subtelnie wypytuje najstarszą latorośl o sprawy sercowe: "to co?.. hehe...masz dziewczynę?...hehe"

-matka buduje zasieki wokół pokoju chłopców. Planuje zapisać ich na kółko szachowe, aby przynajmniej do 40 nie były im w głowie dziewczyny, czy inne głupoty

-matka podrzuca najmłodsze dziecko ojcu z okrzykiem "teraz Twoja kolej na zabawę" zawsze, gdy tylko wyczuje dziwny zapach wydobywający się z jego pampersa

-ojciec robi to samo


Myślę, że jeszcze parę rzeczy by się znalazło, ale to i tak chyba wystarczający dowód, że pasujemy do siebie, nie?
I że dzieci lekko z nami nie mają...;)

sobota, 24 maja 2014

Dlaczego Conchita Wurst mnie nie rusza

Tak wiem, temat lekko przebrzmiały, ale do wyboru z dziwnych zjawisk mam tylko wygraną Conchity, albo wzrost poparcia dla Janusza Korwina- Mikke (Korwina- Mikkego? Korwin- Mikkego?).  JKM swoimi wypowiedziami szarpie mi zdrowie na co dzień, także nie dam sobie spieprzyć takiej ładnej soboty.

Wiem, że minęła mnie też "afera rajstopkowa", która jak dla mnie była równie dziwna, ale nie mogę w pełni wyrazić na ten temat swojego zdania, gdyż personel trójmiejskich sal zabaw okazał się być bardzo nietolerancyjny. Mianowicie powiedzieli mi, że owszem, dziecko może biegać bez spodni, ale ja mam je natychmiast założyć i że nie interesuje ich żadne zdjęcie na bloga....

No to do rzeczy.
Nie oglądałam nigdy Eurowizji, nie moja bajka. Przez chwilę chciałam nawet, przyznaję, ale po 24 minucie reklam zapomniałam po co mam telewizor włączony, w rezultacie go wyłączyłam i w błogiej nieświadomości poszłam dokończyć aniołka na szydełku.
Na drugi dzień Polską wstrząsnęła wiadomość, że wygrała "baba z brodą", która od tej pory zaczęła nachalnie wyskakiwać zewsząd, jak ja kiedy proszę Maćka, żeby posprzątał łazienkę. Gdy okazało się, że to również temat #1 wśród moich znajomych i nie da się go zmienić na "czy was też swędzą łydki pod ściągaczem podkolanówek rajstopowych?", postanowiłam doinformować się w temacie. Nie, żeby mnie to interesowało, po prostu nie chciałam umrzeć samotnie na towarzyskiej pustyni. Tak czy siak obejrzałam, wysłuchałam i....bardzo się zawiodłam. Może ja się tam nie znam, może i nie mam słuchu Zapendowskiej, ale jak to była piosenka zasługująca na pierwsze miejsce, to widać jednak wiedziałam co robię nie oglądając całości.
Wyszukałam za to też nagranie z występu reprezentantów Polski. Piosenkę wprawdzie słyszałam dużo wcześniej, ale skusiła mnie obiecana wizja "soft porno".
No i jeśli to jest "soft porno", to powiedzcie mi proszę, co puszczają co dzień na MTV?

Sama postać Conchity nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Aby coś było autentyczne musi moim zdaniem mieć ręce i nogi, a nie tylko brodę. Tu tych rąk i nóg mi zabrakło, przez co odebrałam go jako zwykłego showmana, a nie osobę walczącą o równość, jak to miało ponoć być w założeniu.
W moim domu Conchita wprowadziła fakt faktem jednak pewne zmiany, bo Maciek teraz średnio co drugi dzień mówi, że musi iść się ogolić, bo zaczyna wyglądać jak baba.
A tak poza tym, to jak w XXI wieku wrażenie może robić "kobieta z brodą", skoro ja codziennie na ulicach mijam facetów w rurkach?!

Kiedyś osoba, którą bardzo szanuję, powiedziała, że jak ktoś nie dość, że ma odwagę spojrzeć na siebie w lustrze, to jeszcze wyjść w czymś na ulicę, to jej nic do tego. I ja się tego trzymam, pamiętając, że gust to rzecz względna....ale chyba zwyczajnie tęsknię za czasami, gdzie mężczyzna, aby być uznany za zadbanego, nie musiał mieć apaszki pod kolor lakieru na paznokciach.
Bo jeśli tak wygląda dzisiejszy samiec alfa, to ja się nie dziwię, że całe stado zamiast sadzić drzewo, budować dom i płodzić syna, śledzi na blogu Tuskównę.
Kiedyś to było nie do pomyślenia!
Kiedyś ci zaradniejsi, weźmy na to takiego Gepetto, to potrafili zasadzić drzewo, z niego wystrugać syna, a potem syna użyć przy wykończeniu stolarki w domu!
Dawniej mężczyzna z gadżetów potrzebował jedynie srebrnej taśmy i WD-40. Co się ruszało, a nie powinno- sklejał taśmą, co się nie ruszało, a powinno- pryskał sprayem.
A dziś?
Dziś mi kolega tłumaczy, jak jego życie zmieniło się na lepsze, od kiedy odkrył olejek arganowy.


Musiałam ostatnio, dumnie dzierżąc awizo, wybrać się na pocztę. I tak stoję sobie w tej kolejce, i tak sobie zerkam dyskretnie na kolejkę obok, bo stoi w niej całkiem fajny facet. Zresztą na co mam się patrzeć? Na kolekcję znaczków z papieżem? 
Nie ważne. 
W każdym razie widzę, że on kątem oka też na mnie patrzy. I nagle wychodzi z tej swojej kolejki, podchodzi do mnie i pyta, czy mógłby mnie zaprosić na kawę. 
NIE!
NIE!
NIE!
I jeszcze raz N-I-E!!!!
.....bo pomijając wszystko inne, ja nienawidzę, jak ktoś nie potrafi sobie dobrze pudru rozprowadzić!!!

A w tym wszystkim najgorsze jest to, że nie ma normalnie na kim oka zawiesić!
Gdzie te czasy kiedy faceci nie jedli miodu, tylko żuli pszczoły?!
Jak wyglądałby "Ojciec Chrzestny", gdyby Brando posuwał w rurkach?  Czy Rambo wskakiwałby w krzaki jedynie po to, aby przypudrować nosek?
Czy współczesny mężczyzna stanąłby w razie potrzeby w naszej obronie, gdybyśmy zostały napadnięte?
I co by zrobił?
Napierdalał oprawcę po głowie swoją torebką? Rzucił mu w twarz własnym błyszczykiem?


Koniec końców, wracając do Eurowizji,  postanowiłam, że to ja będę reprezentowała Polskę w 2015. Może i śpiewać nie umiem, ale za to będę miała jastrzębia na ramieniu.
A czymże jest baba z brodą, w porównaniu do baby z wielkim ptakiem?!


Dla tych, co jakimś cudem jeszcze nie widzieli (Star, podejście 5;))))



piątek, 23 maja 2014

Gdzie jestem jak mnie nie ma

No dobra, nazbierało się trochę wywołujących komentarzy pod poprzednią notką, dostałam kilka miłych maili i jednego też miłego z poradami (gdzie i co mogę sobie wsadzić), za którego również dziękuję, ale nie skorzystam, bo jednak kij od szczotki mam drewniany i to by było raczej niehigieniczne.

Zmorka,  spóźnione podziękowania za życzenia. Też bym chciała Ci życzyć wszystkiego dobrego z okazji Światowego Dnia Żółwia.  Tak, tak, to już dziś!!! Ahaaaa, tak dla jasności- to nie jest aluzja, po prostu dziś wypada jeszcze tylko Dzień Spedytora, więc sama rozumiesz, żółw wydaje się jakiś taki sympatyczniejszy. 

Jeszcze kilka miesięcy temu każdy mój dzień wyglądał całkiem podobnie. Mniej więcej co trzy godziny karmienie Stiflera, w międzyczasie karmienie pozostałej trójki w tym jednego wyjątkowo wyrośniętego, nawet jak na swój wiek (pewnie na ruskim bebiko chowany;) + jakieś domowe obowiązki, wykonywane z większym (gotowanie i pieczenie) lub mniejszym (sprzątanie) zaangażowaniem, zabawy z dziećmi, spacery, spotkania ze znajomymi i takie tam. Nuda, panie nuda. No owszem zdarzały się jakieś małe urozmaicenia. Zwłaszcza rano, bo musicie wiedzieć, że pierwsze chwile po przebudzeniu, bez kawy, zachowuję się jakby mi brakowało piątej klepki. Nie wiem kompletnie co się dzieje, jestem oszołomiona i lecę w ciemno za instynktem, czyli w tym wypadku brałam Stiflera na łapy, wsadzając mu cyca po drodze do buzi i sruuuu, byle szybciej nastawić wodę. Na kawę właśnie. I stałam tak zazwyczaj przy czajniku, i patrzyłam zaspanymi oczami na Stiflera, a on szczerzył się do mnie tym małym, pluszowym ryjem....
Po drugim razie szok był mniejszy. Nawet nauczyłam się nie panikować, tylko po prostu wrócić pędem do łóżeczka, odłożyć tygryska, wziąć dziecko i wio do kuchni zalać kawę, aby móc zacząć żyć.  Ignorując przy tym wszystkim zupełnie Maćka, który niemal sikał w takich momentach ze śmiechu, zapominając zupełnie, jak to osobiście poleciał kiedyś z samym rożkiem, do którego nawet czule przemawiał...

W każdym razie z nadejściem ciepłych dni, podrośnięciem Stiflera i wizją kończącego się niebawem urlopu, postanowiłam wycisnąć z każdego dnia na maksa co się da, mając świadomość, że laba niedługo się skończy.
A jak już w temacie jesteśmy, szukam nowej pracy. Jakby ktoś z okolic poszukiwał pracownika- gorąco się polecam. Jestem niesamowicie mało wymagająca. Potrzebuję jedynie być grzecznie ignorowana, pozostawiona samej sobie, z nieograniczonym dostępem do kawy, ciastek i internetu. Myślę, że idealnie nadaję się na przeciętną państwową urzędniczkę. Oferty proszę składać w komentarzach lub na priv. Liczy się kolejność zgłoszeń, albo zaoferowanie lepszych niż konkurencja służbowych ciastek.

Wygadałam się.
Z tymi ciastkami.
Tak, tak, lato tuż za progiem, a ja nadal jak śmietana...biała jak śmietana i tłusta jak śmietana. Ale postępy robię. Zaczęłam ćwiczyć. Nie porwała mnie niestety fala fit, bo nadal im jestem starsza, tym chętniej zamiast biegania wybieram bajaderkę, ale czego to się nie robi, jak w małych rozmiarach wygląda się jak salceson, a w dużych jak karzeł owinięty namiotem cyrkowym.
Świadków nawet mam. Niedawno jak ćwiczyłam zadzwoniła do mnie Brytusia. Nie wiem, co sobie myślała w pierwszej chwili. A zresztą wiem, zboczuch jeden. W każdym razie musiała wysłuchać jak się wysapię, zanim zaczęłam normalnie mówić. A później grzecznie wytłumaczyłam Jej, że nie, to nie Chodakowska. Ani aerobik, ani nawet taniec.
To pilates.
Tak, pilates.
Rozumiecie więc sami, dlaczego powinnam nieco nad sobą popracować.
I proszę mnie nie osądzać.
Urodziłam się zajebista, a nie idealna.

Następną rzeczą, która pochłania mi czas jest....dzierganie. Długo zastanawiałam się , jak napisać "dzierganie", aby jednak tego słowa nie użyć.
Nie, nie wstąpiłam do PiSu.
Nie, nie przeprowadziłam się do Torunia i nie używam moheru.
Po prostu zawsze chciałam umieć robić na drutach/szydełku. A że akurat nie mam ciepłego kocyka do stiflerowej parasolki, pomyślałam sobie, że oto właśnie nadszedł ten dzień i...taaaadaaaaa mam już szydełko, kordonek i na stanie kilka aniołków, kwiatków, płatków śniegu, sowę-zakładkę i nawet jedną kaczuszkę.


Także jeśli gdzieś kiedyś na spacerze, zobaczycie niezwykle seksowną i inteligentną kobietę, która siedząc przy wózku z wytkniętym językiem liczy na głos oczka, a później słupki- śmiało, podejdźcie się przywitać. To na bank ja.
A jeśli z kolei znacie jakieś fajne strony, zwłaszcza z odpowiednim instruktażem dla opornych dla niezaawansowanych, szczególnie z wzorami na maskotki (bo na kocyk już sama znalazłam), dajcie znać.

Wracając do bloga- no fakt, zaniedbałam. Nawet muszę powiedzieć Wam, z ręką na sercu, że przysiadłam do niego w ostatnią sobotę. Wszystko dlatego, że właśnie wtedy dowiedzieliśmy się z Maćkiem, że pozbywamy się dwóch starszych synów, aż do niedzielnego wieczora.
A konkretnie i po kolei nasza reakcja wyglądała mniej więcej tak




ale że nie jesteśmy rodzicami bez serca, w porę się zorientowaliśmy i dalej było jak należy




i jeszcze trochę w oknie


a gdy zniknęli za horyzontem, mogliśmy znowu być sobą






Następnie okazało się, że mamy całkiem różne wizje na spędzenie wieczoru. Maciek chciał zaprosić znajomych


a ja właśnie chciałam poćwiczyć i zabrać się za odkurzenie bloga




tylko że nie umiem akurat znaleźć odpowiednich gifów.
W każdym razie poszliśmy na kompromis i postanowiliśmy porobić coś razem


No i wyszło jak wyszło.

Na swoje usprawiedliwienie mam jeszcze mój aktualny rozkład dnia. Pisałam ostatnio o tym przyjaciołom, więc Wam skopiuję, żeby było autentyczniej:
"O 5 budzi mnie dziś ryk. Stifler spał ze mną i spadł z łóżka. Spoko, to nie pierwsza jego próba samobójcza, więc łóżko obłożone jest poduchami. Jest ściśle obłożone poduchami- noga mu utknęła, dlatego ryczy. Wyciągam go, kładę obok siebie i mówię bez nadziei w głosie " jest noc, śpimy jeszcze, aaaa, kotki dwa i tak dalej". Po czym Stifler zamyka oczy, bo kuma o czym mówię, po dwóch sekundach otwiera, przechyla się znowu z łóżka do skrzynki stojącej na ziemi z jego książeczkami i podaje mi swoja ulubioną o pajączku. Potem o rybce. I o kotku. I o straży pożarnej. I tak dalej. Zmieniam mu pampersa, przebieram go i idę nieprzytomna zrobić sobie kawę, a jemu śniadanie, bo jak każde z moich dzieci i Stifler, tak się składa, że jest niedożywiony. Chyba. Albo mu się tak wydaje, bo non stop mógłby jeść. sadzam go w kuchni na ziemi, otwiera mi szafkę z zastawą, kucam, ale za wolno, bo zdążył rzucić kubkiem. Tu napomknę, że jak się ma trójkę dzieci, to się nie ma Rosenthala. Kubek żyje. Ja grożę mu palcem i mówię ":nie wolno". On grozi mi palcem i mówi "agubununu". Odsuwam go od szafki i czuję, że ma spodnie mokre. Czyżby pampers przepuścił? Nie, spoko, rozlał tylko wodę kotom. Woda na kawę się zagotowała, ale ja zdejmuję mu spodnie, łapię za mopa (Stifler również), wycieram wodę i znowu grozimy sobie palcem, tym razem pokazując na miski. Młody najwyraźniej rozumie, bo łapie tym razem za tą z suchą karmą i wywala wszystko po kuchni. Wynoszę go z kuchni, ponownie wstawiam wodę, i zaczynam zbierać karmę. Stifler wbiega (przy ścianie), rzuca się na kolana, kradnie jednego suchego gluta i rzuca sie do ucieczki. Łapię go, wyłączam wodę, chwilę szarpiemy się o suchego gluta, po czym wynoszę go do pokoju i zamykam drzwi. Idę, kurwa, zrobić sobie kawę (a jemu jedzenie). Słyszę napierdalenie czymś w drzwi. "nie wolno" krzyczę, "gugununu" odkrzykuję, jestem pewna, że mi grozi. Słyszę rozpaczliwe miauknięcie kota, "nie wolno!", "gugununu". Otwieram drzwi, a tam wywalone rzeczy z dzieciecej szafy. Stifler patrzy chwilę na mnie i pierwszy grozi mi palcem. Sprzątam ciuchy. Po chwili zdejmuję swój szlafrok, bo kichnął jedząc twarożek, a tak go to rozśmieszyło, że następne 10 minut też próbował, plując. Kawę mam zimną. Biorę go na ręce i idę podgrzać sobie w mikrofalówce. Nie ma to tamto, żaden Wersal. Nastawiłam na minutę, trzymam go na biodrze, na wysokości, gdzie bez trudu sięga kuchenne radio. I je zrzuca. Bogu dzięki, że kiedyś to solidniejszy ten sprzęt był jakiś. Radio żyje. Odtwarzacza do płyt i tak nie używałam. Idziemy do pokoju, gdzie Stifler dostaje "szaleja" i śmiejąc się zaczyna wariować: biega, krzyczy, chichocze, gada, rzuca się na łóżko, nie trafia, rzuca się na ziemię, ryczy. Biorę go na ręce, wycałowuję czerwone czoło, on robi smutną minkę i zrywa mi łańcuszek. Robię taką minę, że on ponownie nadstawia czoło do wycałowania.....echhhh...ciężko mi pisać, bo mnie napierdala resorakiem...."

Aaaaaa i jeszcze pogoda robi swoje. Od jakiegoś czasu praktycznie non-stop jesteśmy na dworze. Szkoda nie wykorzystać tego pięknego, majowego słońca. W naszym klimacie kto wie, czy nie jest to ostatnie 25 stopni w sezonie. Macie kolejne dowody:










 


Po całym dniu, energii mamy mniej więcej już tylko tyle


a jeszcze trzeba napoić i podkarmić bezpańskie zwierzaki, bo obok takiego widoku nie da się przejść obojętnie



Tak więc macie teraz pełny obraz sytuacji  "co u mnie?". Nie mniej dziękuję Wam serdecznie za każdy komentarz,  maila, za Waszą troskę, pozdrowienia i w ogóle za to, że jesteście. Postaram się pisać tak często, jak się da. No i nadrobić wszystkie blogowe zaległości;) 
Nie uważacie przypadkiem, że mam najzajebistszych czytelników pod słońcem? Bo ja tak.