środa, 29 stycznia 2014

kim będą twoje dzieci jak dorosną?

Wczoraj koleżanka, całkiem poważnie, spytała mnie kim będą moje dzieci jak dorosną. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że raczej mogę powiedzieć jej kim chciałyby być, na co ona równie poważnie odrzekła, że wyczytała w Mądrej Gazecie, że w dzisiejszych czasach sześciolatki już mają dokładnie sprecyzowane plany na przyszłość. Jedenastolatki natomiast mają już wybrane studia.
Wróciłam myślami do czasów, gdy don Juan miał 6 lat. Chciał zostać rycerzem Jedi. Szary chciał być SpiderMan`em. Podzieliłam się z nią wiedzą, ale okazało się ,że zupełnie nie o to chodzi.
-(nie)typowa, to duże chłopy, a może zostaną sportowcami? Rozwijacie ich sportowo?- spytała
-Nooo, trzy razy w tygodniu trenują kick-boxing- odpowiedziałam
-Tylko??? Phi...- prychnęła z pogardą- Pipsińka,...pamiętasz Pipsińską, nie?...no więc Pipsińska posyła Laurę na taniec i na karate, bo mówi , że dwa sporty to w dzisiejszych czasach minimum!
- Już nie. Spotkałam tatę Laury i powiedział, że z karate ją wypisali, bo jej się czasem myliło- powiedziałam z niejaką satysfakcją
-(nie)typowa, ale oni zupełni tak nic nie mówią o przyszłości?
-No mówią, mówią. Szary chce być boksującym taksówkarzem pływającym na kutrach, a don Juan chce zawodowo śpiewać- odparłam zgodnie z prawdą..
-Pływać? Śpiewać? To nie są zawody! Ja swojego Krzysia ukierunkuję tak, aby był ginekologiem. Ginekolog to najintratniejsza specjalizacja, wiesz? Od razu można spostrzec, który akurat jest ginekologiem spośród lekarzy- powiedziała z przekonaniem
- Taaaa, ciekawe po czym?- tym razem ja spytałam- Po zegarku na bicepsie?
Żart, jak zresztą sądziłam nie spotkał się z uznaniem, bo przypuściła dalszy atak:
-A powiedz, czego ty byś chciała dla swoich dzieci?
- Żeby były szczęśliwe robiąc to, co lubią. Niezależnie, czy będą w życiu posłami, czy kierowcami śmieciarki -tak mi się przypomniało, bo don Juan w wieku dwóch lat oświadczył, że właśnie taki zawód sobie marzy na przyszłość, uzasadniając całkiem rzeczowo, że kierowcy śmieciarek to fajni goście. A to głównie dlatego, że obaj kierowcy z naszego osiedla, gdy go tylko widzieli jadąc śmieciarką, to trąbili, a on im machał.
- No ale nie chciałabyś, aby choć jeden z nich został ginekologiem?- co ona ma z tymi ginekologami, to ja nie wiem..
-Przede wszystkim nie chciałabym, aby myśleli później "a mama mówiła, żebym został ginekologiem. Kasy dużo, rączki w cieple...", gdy jako kierowcy TIRa będą zmieniać zimą koło w aucie....
- Musisz więc ich ukierunkować odpowiednio, to naprawdę nie jest trudne- ciągnęła, jakby mnie nie słysząc
- Zapewne "najtrudniejszy pierwszy krok"- uśmiechnęłam się i zaraz spoważniałam widząc jej minę
-Może to kwestia wychowania- westchnęła- u mnie od małego było wiadomo kim ja będę (ekonomistka), tak jak moja mama wiedziała od małego, że chce być pedagogiem szkolnym, a tata- myśliwym.
MYŚLIWY! Palnęłam się w myślach w czoło. A ja całe dzieciństwo będąc u nich w domu i oglądając poroża myślałam, że jej tata jest po prostu kiepskim weterynarzem...
-No nic, widzę, że cię nie przekonam, ale jak byście potrzebowali pomocy w wyborze, to zawsze możecie zasięgnąć rady u mojej mamy. Pamiętasz pewnie, że ona nawet takie warsztaty prowadziła, więc doskonale się na tym zna..

Ooooo, tak. No pewnie ,że pamiętam. Sama brałam w tych warsztatach udział, w szkole, w ósmej klasie. Pani pedagog na godzinie wychowawczej postanowiła pomóc nam w wyborze szkoły średniej na podstawie ocen i predyspozycji. Bardzo dużo żeśmy sobie po tych warsztatach obiecywali, bo piętnastolatki, przynajmniej w tamtych czasach, zdawały się nie do końca jeszcze wiedzieć, co tak naprawdę chcą robić w życiu. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy okazało się , że pani pedagog działa bardzo schematycznie. Jechała po kolei ławkami, pytała ucznia o nazwisko, zaglądała do dziennika aby zerknąć na oceny, a później zadawała pytanie "w co najbardziej lubiłeś bawić się w dzieciństwie?" i "jaki jest twój ulubiony przedmiot?"
I tak, jeśli jakiś chłopak o średnich ocenach mówił ,że najbardziej lubi wuef, a w dzieciństwie namiętnie grał w piłkę, pani pedagog opuszczała okulary na nos i autorytarnym tonem oświadczała, że powinien udać się do liceum sportowego, bo przed nami, klękajcie narody, stoi przyszły Pele. Gdy jakaś dziewczynka była w nauce raczej słaba, za to lubiła czesać lalki- zawodówka fryzjerska, bo na bank, świetna z niej fryzjerka będzie. Ktoś lubił  ZetPeTy i w domu posiadał małą kuchnię- technikum gastronomiczne, bo szkoda żeby swój talent zmarnował przyszły szef kuchni. Z chwili na chwilę mój entuzjazm malał, aż w końcu opadł do zera. Tak więc, gdy doszła do mnie, wstałam już całkiem rozgoryczona i spytałam, czy mogę spróbować określić się sama. Przytaknęła.
- Ja, proszę pani, nazywam się przed(nie)typowa. Uczę się dobrze. Moim ulubionymi przedmiotami są biologia i chemia. W dzieciństwie lubiłam wsadzać żabom słomki w...pardąsik...tyłki i je nadmuchiwać. I wiem, wiem, liceum ogólnokształcące, bo będzie ze mnie świetny weterynarz, ewentualnie patolog.

-Dzięki Aga, chętnie skorzystamy- odrzekłam, bo co by nie mówić, ale chłopcy wygadani są po mnie, a szkoda byłoby choć raz jeszcze nie zobaczyć tamtej miny....





niedziela, 26 stycznia 2014

łabędziem być...czyli polecam afirmacje

Kiedyś, natchnięta takim jednym filmikiem oraz rozmową z przyjaciółmi, postanowiłam wypróbować na sobie moc afirmacji, bo w sumie niewiele wysiłku zabieg kosztuje, a efekt może być ponoć piorunujący. Tak więc pewnego dnia  wyszłam spod prysznica, stanęłam przed lustrem jak mnie Pan Bóg stworzył i powiedziałam sobie:
-Jestem piękna!!!
Po czym od razu usłyszałam przez drzwi:
 -I mam początki schizofrenii, bo gadam sama do siebie!!!
Postanowiłam to zignorować , bo Maciek również na afirmacjach się nie zna specjalnie więc pewnie nawet nie wiedział, że mi w nich przeszkadza. 
-Jestem piękna!!!- powtórzyłam i spojrzałam sobie na moje krzywe zęby i sińce pod oczami
-Jestem piękna mimo krzywych zębów i sińców pod oczami!!!- nie, nie!  To chyba nie powinno być tak....
-Jestem piękna nawet z krzywymi zębami i sińcami pod oczami!!!-ja pierdolę, nadal źle....
-Jestem pięknaaaaaaa....po prostu cała jestem piękna!!!- po czym znów przyjrzałam się swoim sińcom, bo krzywym zębom przyglądam się od kiedy odmówiłam noszenia aparatu, bo brat wołał na mnie "terminator" i "glebogryzarka"
-Wyglądam jak śmierć na urlopie!- pomyślałam. 
-Jestem piękna!!!- powiedziałam na głos. 
-Kurwa, dałabym sobie głowę obciąć ,że mam coraz większe sińce, niedługo będę wyglądać jak jakaś pieprzona panda!!! -pomyślałam 
- Jestem piękna!!!- powiedziałam wkurwiona. 
-No jesteś, jesteś, tylko już wyjdź ,bo chce mi się siku!!! -usłyszałam zza drzwi. 

I jak w takim ignoranckim domu człowiek ma być piękny, jak się nawet naafirmować nie może?!
Ale nie szkodzi, bo niedługi czas potem spotkałam tatę kolegi, który zawsze świetnie  podbudowuje moją wiarę w siebie:
- (nie) typowa, ty mi zawsze przypominałaś tą..no...tą....jak to się ona nazywała....
-Cindy Crawford?- spytałam z nadzieją w głosie
-Nieeee, nieeeee- szybko zaprzeczył

Lekki tik nerwowy z mojej strony

- No tąąąąą.....wiem! Laurę Łącz!

Ponowny tik nerwowy

- Z czasów młodości, oczywiście

Yes! Yes! Yes!
Wobec tego za nieistotny uważam fakt, że tata kolegi od dawna daje ostro w palnik i również od dawna niedowidzi. 








piątek, 24 stycznia 2014

wiara czyni czuba...czyli jak zostałam Pastafarianką i dlaczego Kk omijam szerokim łukiem...

Temat dość kontrowersyjny, dlatego zaznaczę, że nie mam na celu urażenia niczyich uczuć religijnych. To, co poniżej, to wyłącznie moje zdanie. 
Macie prawo się z nim nie zgadzać, możecie się nawet na nie poskarżyć pisząc...do fokarium na Helu, na przykład... 


Zacznijmy od początku.

Pierwszego dnia stworzyłam Niebo i Ziemię.
Aaaaaaaaaaaaaaaa nie.
Poniosło mnie. Tak naprawdę to akurat nie była moja zasługa....

Na początku, to warto wspomnieć, iż byłam ochrzczona w wierze katolickiej. Bardziej dlatego, że w latach osiemdziesiątych "wszyscy tak robili", aniżeli z potrzeby, czy też rozumienia rangi sakramentu. Przystąpiłam do I Komunii, bo bardzo chciałam dostać keyboard. Bałam się Szatana, którego personifikowałam sobie klasycznie- jako postać z rogami, kopytami i długim ogonem, która czai się pod moim łóżkiem i wciągnie mnie do piekła, jak będę niegrzeczna. Lubiłam też zakonnicę, która uczyła mnie religii, siostrę Wandę i nie chciałam robić jej przykrości. No i tylko jedna koleżanka z klasy nie szła, którą inne dzieci w klasie wyzywały od "Jehówek" i mówiły, że śmierdzi. Reszta dziewcząt, w tym ja, licytowała się na kiecki i dodatki. Ot to, co wyciągają dzieci z sensu sakramentu w tym wieku, według mnie, rzecz jasna.

Mniej chętnie przystąpiłam już do bierzmowania. Namawiana argumentami "bo później będziesz mieć problem ze ślubem" i nieco pod presją grupy- ustąpiłam. Nadal nie czułam należytego szacunku, ani żadnej radości, czy też tym bardziej potrzeby serca. Na przygotowaniach do bierzmowania  bawiliśmy się świetnie. Wszystkie pierwsze piątki odpykałam jadąc na oszustwie. Po spowiedzi należało dać księdzu przy konfesjonale kartkę ze swoim imieniem i nazwiskiem na dowód, że się było (dziwnie pojęta anonimowość, ale spoko;). Ja swoje kartki podklejałam na ślinę, do kartek koleżanek, które faktycznie szły się spowiadać. 
Dwukrotnie niemal mnie wywalono. Raz za to, że ksiądz złapał mnie z kolegami i koleżankami, jak nawalaliśmy się śniegiem przed kościołem, zamiast uczestniczyć we mszy. A drugi, bo założyłam się z kolegą z klasy, że nie podejdzie do konfesjonału i nie powie "poproszę kalesony L-ki i 2 kilo pomarańczy". Podszedł.
Na samym bierzmowaniu nie było lepiej. Na świadka wybrałam swojego brata, który w trakcie mszy, tuż przed komunią, zniecierpliwiony wypalił "dobra, niech on daje już tego chipsa i spadamy, bo się umówiłem za godzinę". Oczywiście powiedział to do mnie. Szeptem. Ale jak to bywa w takich sytuacjach, akustyka miejsca zrobiła swoje i część ludzi do końca patrzyła na nas z nienawiścią, za to koledzy i koleżanki, którzy to usłyszeli, uznali ten tekst za świetny żart i długo potem jeszcze wspominali. Ja byłam gdzieś pomiędzy. Czułam się jak niewłaściwa osoba na niewłaściwym miejscu. Już wtedy nie przemawiały do mnie katolickie zakazy i nakazy, sianie nietolerancji i przede wszystkim straszenia gniewem bożym. Mój Bóg był nieskończoną miłością, a nie kapo, który zsyłał plagi na tych, którzy odważyli się kochać Mariana zamiast Martę, czy też zagłosowali na SLD. 

W LO przestałam chodzić na religię w ogóle. Chyba zraziłam się objęciem mnie i propozycją podwiezienia do domu przez księdza- katechetę. Poza tym ksiądz ów nie potrafił pracować z młodzieżą. Nie radził sobie ani z odmiennymi opiniami, ani z młodzieńczą ciekawością. Wszelkie uczniowskie pytania i sugestie zbywał mówiąc, że nie mamy czasu na dyskusję, bo on ma program do przerobienia. 
Jako że nie było wówczas alternatywnej etyki, a nie chciało mi się szlajać przez godzinę po szkolnych korytarzach, gdyż jak wiadomo prawo sobie, życie sobie i religia niemal nigdy nie trafiała mi się na początku, tudzież na końcu zajęć, a zazwyczaj w środku- umówiłam się z księdzem, że fizycznie będę w klasie. W ostatniej ławce, która była i tak moim stałym miejscem na wszystkich lekcjach zresztą. No i że będę sobie czytała, gdy on będzie prowadził katechezę. Miałam wtedy okazję pierwszy raz zaobserwować, jak to naprawdę w Polsce jest z Katolikami. Deklarowali się jako wierzący niemal wszyscy. Z trzy osoby spijały słowa z księdza ust, a reszta mniej lub bardziej oficjalnie gadała między sobą, grała w karty, albo nadrabiała zaległości z innych przedmiotów. Czyli taka w Polsce katolicka większość, jak fakt, że nugetsy w McDonaldzie są z kurczaka. Czyli nie bardzo.

Gdzieś w okresie liceum właśnie postanowiłam też się określić, bo miałam bardzo ambiwalentne odczucia. Z jednej strony słyszałam wzniosłe idee i widziałam sporo dobra, a z drugiej doświadczałam ,że to tylko piękne słowa, a za epizodami dobra idzie cała fala zła w najczystszej postaci.Kościół katolicki, jako instytucja, fascynował mnie od zawsze. Teologia sama w sobie również. Przeczytałam Stary Testament. Nowy Testament. Nic to nie dało, bo okazało się, że nikt mi i tak nic nie zapisał...
Spędzałam dnie całe w bibliotece naukowej, która była rzut beretem od mojego domu. I czytałam. Czytałam, czytałam, czytałam. Wtedy pierwszy raz odkryłam niespójność Biblii z faktami historycznymi. Bardzo mi to zgrzytało, bo zawsze uważałam, że najbliżej mi do niewiernego Tomasza, któremu słowa nie wystarczą. Zawsze to szkiełko i oko było najbliżej moich przekonań.  
Jeszcze gdzieś tam w głowie tliło mi się, że właśnie na tym polega wiara. Nie trzeba rozumieć, trzeba wierzyć. Ale zaraz sama siebie ganiłam za głupotę. Równie dobrze mogłam wierzyć w nadprzyrodzoną moc stokrotek.

Jeśli idzie o ślub poprzestaliśmy na cywilnym. 

Dwoje naszych dzieci zostało ochrzczonych z inicjatywy Maćka,  pod presją jego bogobojnej rodziny. Mnie było szczerze wszystko jedno. Nie kłamałam, że chodzę do kościoła, że mamy w planach ślub kościelny, że przyjmuję kolędę, że wychowam dziecko w katolickim duchu. Księdza zresztą to nie obchodziło. Chcecie ochrzcić? Tyle i tyle się należy......to znaczy "co łaska"....ale nie mniej niż....:)
I tak, jako że nie narzucam, ale i nie zabraniam wierzyć dzieciom w co tylko zapragną, albo nie wierzyć kompletnie w nic- jeden z synów ma wszelkie zapędy, aby zostać inkwizytorem, a drugi to heretyk. Jeśli chodzi o tego głęboko wierzącego i jego kontakty z klerem, staram się pocieszać, że trenuje kick- boxing, a na treningach ma też elementy judo, mma, k1 i szeroko pojętej samoobrony. Zresztą póki przygotowania komunijne jeszcze się nie rozpoczęły, cały kontakt ogranicza się do lekcji religii. Na której moje dziecko dowiaduje się, że owszem diabeł pod postacią gościa z rogami i widłami, mieszkający pod ziemią,  istnieje (oni to mają chyba w programie katechezy, bo to już trzeci "uczący" bzdur "duszpasterz", że tak zażartuję). Ksiądz nie dodaje jedynie, że potoczna jego nazwa to "biskup".  Chłonie jeszcze, że na drodze do Jezusa stoi internet i telewizja. No "trwam" to na pewno. 
Drugi z synów odmówił pójścia do Komunii, a teraz i chodzenia na lekcje religii w szkole.
Stifler ochrzczony nie jest i nie będzie. Jeśli zapragnie przyjąć jakiś sakrament- droga wolna, a wybór będzie przynajmniej świadomy. 


A jak jest z moją wiarą i stosunkiem do Kk dziś?
Otóż: 

całe życie, tak w głębi serca, bardzo chciałam wierzyć. Idea Jezusa Chrystusa jest piękna. Mądra. I dobra. O ileż łatwiej byłoby mi żyć ze świadomością, że gdy stuknie mi te 105 lat i znudzi mi się podrywanie przystojnych Latynosów, odejdę spokojnie do Boga. Do Nieba. 
No dobra, do czyśćca..
Nieeee, w sumie do Nieba jednak.
Do Boga w każdym razie, a nie w pizdu.
Jednak nie potrafię udawać.

Nigdy nie aspirowałam do tytułu świętej. Nie żałuję niczego, co zaszło w moim życiu, bo każde wydarzenie ukształtowało mnie na osobę, którą teraz jestem. Jednak, jak każdy chyba, mam na koncie parę niechlubnych słów i sytuacji. Nie jestem bez skazy, ale moja moralność nie pozwala mi współuczestniczyć w instytucji, która kryje pedofili. A że ryba psuje się od głowy- brzydzę się papieżami, którzy od wieków grabili, mordowali, gwałcili i tuszowali ogromne zbrodnie. I to wszystko w imię Boga. A teraz zezwalają na zesłanie do innej parafii za gwałty na dzieciach, jako jedyną karę dla swoich podwładnych. Czuję przez skórę, że obecny papież i jego spektakularne kroki powzięte w ramach walki z pedofilią wśród księży, czy kościelnymi haraczami ("dobrowolnymi" datkami na sakramenty) są jedynie celnym zabiegiem marketingowym. Aby zatrzymać choć parę, mających już naprawdę dość owieczek, czyt. parę ich portfeli, bo o duszę to tam nigdy na przełomie dziejów tak naprawdę nie chodziło. 
Brzydzę się nuncjuszami papieskimi, którzy solidarnie nakładają klapki na oczy i zatyczki w uszy, gdy docierają do nich wieści, jak źle się dzieje w Kościele, który winni nadzorować. Brzydzę się odwracaniem kota ogonem, oczernianiem i atakowaniem ofiar tych nadużyć. Brzydzę się klerem,  który żeruje na starszych ludziach (patrz Rydzyk). Który sieje nietolerancję, homofobię i popiera skrajny nacjonalizm. Który jest egoistyczny, arogancki i ze wszech miar obłudny. Który głosi nieżyciowe zasady, jak choćby do niedawna zakaz używania prezerwatyw, czy kalendarzyk jako jedyną metodę antykoncepcji, a później spokojnie patrzy na epidemię AIDS, czy coraz liczniejsze dzieciobójstwa. Czy po prostu pieprzy bzdury jak ksiądz Natanek.
Nie zgadzam się na piętnowanie in vitro. Na indoktrynowanie na siłę. Na tyle agresji słownej. Na autorytaryzm. Na wszechobecne krzyże.  Według moich przekonań wszyscy jesteśmy równi, wobec tego jeśli krzyż z klasy lekcyjnej nie zniknie, proszę o zawieszenie tuż obok innych symboli wiary. Proszę o opodatkowanie Kościoła. Nie zgadzam się z przepychem panującym w nim. Jego wyznawcom, którzy nie mają na chleb, czy też umierają w cierpieniach, gdyż nie stać ich na leki naprawdę nie pomaga, że mogą się pomodlić w złoconym pałacu. Czuję się zażenowana patrząc na kolejne pomniki, krzyże, świątynie. Coraz większe, coraz bardziej kiczowate...Czuję się zażenowana patrząc na niestosowne zachowania i słowa księży. Nie przekonuje mnie gadanie, że ksiądz to "tylko człowiek" taki jak Ty czy ja. Niezupełnie. Ja nie grzmię co niedzielę do (coraz mniejszych) tłumów, strasząc ich gniewem bożym, piekłem i rzeczami, przy których plagi egipskie to pikuś, wyzywając np. od cudzołożników, a później sama nie idę do swojej rodziny, którą mam oczywiście na boku, albo do kochanki. Nie wyzywam od "pedałów", samemu pukając kolegów z seminarium regularnie, czy tam w moim przypadku powinny to być koleżanki.  Albo nawalona nie zapieprzam moim wypasionym autem, które kupiłam sobie za emerytury starszych ludzi, żyjących w przekonaniu, że dając na tacę -dają na zbożne cele. No co kto tam uważa, najnowsze audi może i zbożne, w niektórych mniemaniu....
Nie odmawiam klerowi tego, że część z nich ma na koncie naprawdę wielkie i wspaniałe czyny, akcje faktycznie charytatywne. Ale niestety w stosunku do ogóły, jest to nieliczna garstka. A ogół uznaję za głęboko chory. 
Nic i nikt nie zasiał mi takiej wątpliwości w istnienie Chrystusa, jak katolicki kler. Jeśli oni, czyniąc to, co czynią nie boją się Jego gniewu, którym tak chętnie straszą swoje owieczki, znaczy to według mnie, że przynajmniej ich Boga nie ma.
A jeśli jest- myślę ,że po tym co w "swoim" kościele zobaczył i usłyszał- opuścił go na długooooo przede mną. I to by w sumie tłumaczyło dlaczego zawsze czułam Boga jedynie w pustych kościołach....

Spokojnie, nie tylko Kk mnie razi. Zaraz za Bill`em Maher`em uważam, że ogólnie "wiara czyni czuba" (jeśli ktoś nie widział, serdecznie polecam). I właśnie w wyniku niedorzeczności związanych z każdą religią po kolei, postanowiłam, że równie dobrze mogę "wierzyć" w Jego Makaronowatość- Latającego Potwora Spaghetti i zostałam Pastafarianką. 
Tu warto nadmienić, że Oficjalny Kościół Latającego Potwora Spaghetti sektą jako taką nie jest. Piszę na wypadek, gdyby przypałętał się tu nurt katolicki zwany moherowym betonem, co to wierzy w katastrofę smoleńską, dorabia straszną gębę gender, krzyczy na młodych ministrantów, gdy się skarżą, że ksiądz ich dotykał w "te" miejsca i nie widzi różnicy między słowami "gej" a "pedofil".

Także reasumując, kochana Hesed ;) , dumnie dzierżę durszlak na głowie, prawdziwie wierząc w miłość, równość, dobro, sprawiedliwość i silny kręgosłup moralny. W ludzi też wierzę, mimo wszystko. A jeśli mówię , że się za coś/kogoś pomodlę, to zdecydowanie stosuję jedynie skrót myślowy, który znaczy ni mniej ni więcej, niż li i tylko "będę trzymała kciuki";) 


























A na samiuteńki koniec mój hicior z ukochanego filmu (myślę, że jeśli istnieje Jezus, w przeciwieństwie do niektórych swoich wyznawców, ma poczucie humoru i też lubi "Żywot Briana". W zasadzie ja wiem, że ma poczucie humoru, skoro podobno wymyślił i stworzył np. dziobaki, czy żyrafy;)



I pamiętajcie:

źródła obrazków: TUTUTUTUTUTUTUTU i TU

środa, 22 stycznia 2014

in inglisz

Od dawien dawna wiadomo, że wszystko po angielsku brzmi lepiej. Ja się modlę czasem, żeby nie mieć zaniku pamięci, bo jak się pewnego dnia z takowym obudzę i nie będę pamiętała, w jakim kraju żyję, wyjdę na ulicę i zobaczę te wszystkie shopy, to niechybnie pomyślę, że jestem na przykład w Anglii. I jeszcze odruchowo do pierwszej lepszej knajpy na zmywak wejdę. Ale będzie siara...
No chyba ,że akurat przejdzie obok mnie głodne dziecko i przejedzie ksiądz w najnowszym BMW. A to wtedy na pewno od razu sobie przypomnę.

Któregoś dnia szłam po ulicy z jedną z moich koleżanek, która jest równie ładna, co odporna na wiedzę, przynajmniej z zakresu przyswajania słów obcojęzycznych. I mimo kilku szkolnych lat nauki angielskiego potrafi powiedzieć chyba jedynie "love" i "fashion" i to w różnych kompilacjach.
No i tak idziemy sobie i nagle ona mówi
-O, patrz, "bakery", ciekawe co to za sklep będzie?
-Piekarnia-odpowiadam raczej bez ekscytacji
-Taaaa, piekarnia-śmieje się koleżanka, bo chyba uznała to za żart.
Gdy do logo doszły rogaliki trochę widać, że było jej głupio, ale w sumie postanowiłyśmy pominąć ten temat. Mnie natomiast interesowało, czy w bakery robią lepszy chleb pszenno-razowy, nie wiem...bardziej światowy, zagraniczny może...w końcu w dzisiejszych czasach, człowiek czasami trzymając banana dochodzi do smutnej refleksji, że ów banan zwiedził więcej świata niż on. Może z chlebem bywa podobnie. W końcu w mojej pobliskiej piekarni mają pieczywo tak twarde, jakby się w Rosji hartowało...
-Dzień dobry, dlaczego "bakery"?- spytałam uprzejmie, bo chleb pszenno- razowy jak chcę ,to sobie sama upiekę. I przynajmniej krótką drogę przemierzy, od automatu do chlebaka i  nie będę musiała mieć przy nim kompleksów
-Bo to jest piekarnia- odpowiedziało dziewczę w wieku, który woła o wezwanie PIPu, celem sprawdzenia, czy u nas drugich Chin nie robią i nieletnich nie wykorzystują przypadkiem, z miną taką jakbym ją spytała kto to był Emerson Fittipaldi
-No właśnie "piekarnia", więc dlaczego "bakery"? - nie dawałam za wygraną
-Bo w dzisiejszych czasach wszystko jest po angielsku, to jest międzynarodowy, podstawowy język, przecież. Każdy go zna. Coś podać?- spytała
- I have a rash. I think it is contagious (mam wysypkę, myślę, że to zaraźliwe)- powiedziałam dwa proste zdania, które znajdują się chyba w każdych rozmówkach dla niezaawansowanych, w dziale "u lekarza". Po czym uśmiechnięta wskazałam na razowiec
-Ok, please- odpowiedziała niepewnie dziewczyna sięgając po chleb
-Call an ambulance! (wezwij karetkę)- powiedziałam
-3,40, please- odrzekła równie niepewnie, ale gdy zobaczyła mój szeroki uśmiech również się uśmiechnęła i dodała- thank you, nice day you have
Na co ja poruszyłam bezgłośnie ustami, westchnęłam sobie smutno, podziękowałam i wyszłam z moim razowcem, z moją wysypką, bez karetki, za to bogatsza o nowy grzecznościowy zwrot, którego nie znałam. A powinnam, bo przecież angielski każdy powinien znać.

Jakiś tydzień później będąc na spacerze z dziećmi, postanowiłam, że moje długie włosy są za długie i chętnie bym je obcięła. Udałam się więc do fryzjera, takiego co to oferował nowy look,  o nazwie takiej, która prędzej brzmiała jak groźba wściekłego taliba, niż nazwa salonu.
Wchodzę, pusto.
Znaczy fryzjerzy są, klientów nie ma. To źle wróży, ale może inni niepotrzebnie sugerują się tym, co sami mistrze mają na głowach...ja bym tak nie pozwoliła swojego chomika ostrzyc. Gdybym miała. Wiem, wiem, rzecz gustu...i trendów.
-Dzień dobry, kiedy mogłabym podciąć włosy, no tak powiedzmy ze 25 cm.
-Dzień dobry, choćby teraz.
No dobra, jeszcze tylko jeden szczegół, bo zobaczyłam imitację marmuru, szkło, metal i fotele, które wyglądały jakby ich producent wygrał przetarg dla NASA
-Jaki koszt?-spytałam tonem, jakby to był tylko szczegół faktycznie
-80 złotych
-Ja bym chciała w linii prostej, bez mycia, bo świeżo umyte mam
-80 złotych
-Bez mycia, bez cieniowania
-80 złotych
-Bez cieniowania, bez mycia, tylko podciąć w 5 minut
-Nadal 80 złotych
-Chyba Was pogięło. Wolę je sobie pojedynczo poobcinać sama, trymerem do nosa- no tak na pewno nie powiedziałam.
Choć to jest prawda.
-Do widzenia- tak powiedziałam. I wyszłam.
Poszłam prosto do "U Ani", gdzie z miłą fryzjerką pośmiałyśmy się z tamtej głupiej nazwy salonu, po czym zapłaciłam trzy dychy z pocieniowaniem przy twarzy i podcięciem grzywki.
Pierdolę te saluuuuny. Te ich fotele wcale na pewno nie są wygodne.

Nie rozumiem, no nie kumam za cholerę tej wszechobecnej anglizacji języka. Otwierasz gazetę- do pracy poszukiwani: coolhunterzy, groomerzy, bartenderzy. Jakby nie było polskich fajnych nazw zawodów, np. topiarz fryty (nie, to nie jest pracownik McDonald`sa). Idziesz po ulicy i słyszysz "fakające" małolaty. Jakby nie mogli "kurwować", jak normalne polskie dzieci...

A tak a propos dzieci...don Juan mówi do mnie
-Mamooo, chcesz zobaczyć moją nową grę? Muszę omijać drzewa, jadąc na snowboardzie.

-Gościu,- nie wiem, czy Wam mówiłam, ale za radą Piotra Bałtroczyka często mówię do synów "gościu", żeby sobie nie myśleli, że będą ze mną mieszkać do końca życia- masz prawie 10 lat, jesteś mądry chłop, to ki diabeł Tobą kieruje, gdy mówisz na to snowboard, a ja wyraźnie widzę dwie deski?! No, no, noooooo, jak się dwie deski nazywają?

- Snowboards ???

Bo angielski w dzisiejszych czasach to przecież podstawa...

Chociaż słyszałam, że Brytyjczycy mają podobnie. Jednak oni coś z tym przynajmniej robią. Podobno nawet brytyjski rząd przyjął wniosek mniejszości i w niektórych szkołach, obok polskiego, językiem wykładowym ma być również angielski. 



poniedziałek, 20 stycznia 2014

dlaczego Bear Grylls nie wie co tak naprawdę znaczy survival

Zauważyliście ,że wszystkie trudności według większości rodziców/książek/ gazet związane z są z posiadaniem niemowlaka, tudzież bardzo małego dziecka?
Owszem, czasami łatwo nie jest. Zwłaszcza, gdy dowiadujemy się ,że powiedzenie "śpi jak niemowlę" zawiera w sobie wyłącznie sarkazm. Jednak wydaje mi się, że są gorsze rzeczy, które mogą spotkać rodzica, aniżeli niewyspanie. Gorsze nawet niż przymus oglądania Teletubisiów oraz odpowiadanie na serię niekończących się pytań z cyklu "po co?' i "dlaczego?". 
Przecież nasze dzieci, zamieniają się z czasem w nastolatków. I myślę, że wtedy dopiero zaczyna się rodzicielski survival, gdzie Bear Grylls może sobie ciasno zwinąć swoje rady i rozważyć znaczenie słowa "czopek". Zresztą jemu się wydaje, że potrafi się zmierzyć z każdą przeciwnością losu. 
Taaa, spróbowałby ze mną, gdy jestem na diecie, przed okresem, rzuciłam palenie, o alkoholu nie wspominając i nie mam pieniędzy na nowe buty...jakby przeżył, A NIE SĄDZĘ, to wtedy na bank, na podstawie tych doświadczeń napisałby bestseller.
A później mógłby spróbować przeżyć z takim nastolatkiem właśnie. Najlepiej emo.
Wiecie, które to są nastolatki emo, nie? Te, dla których episkopat żąda wprowadzenia ochrony życia pociętego. No wiecie na pewno, nie sposób ich nie zauważyć, zwłaszcza ,jak ktoś oglądał rodzinę Adamsów- wyglądają jak żywcem wyjęci z kadru. Z mimiką twarzy tak bogatą, jaką mają moje koty, ale to akurat jestem w stanie zrozumieć, bo myślę ,że makijaż im przeszkadza. A mają go zazwyczaj tyle, że po 2 latach codziennego make up`u, największym zagrożeniem dla emo jest nie samookaleczanie, ale pylica. 
No dobra, wkleję Wam zdjęcie:





Choć chyba w sumie lepiej mieć w domu emo, niż dresiarza. Tak mi się wydaje. Zresztą podobno nastolatek, który ma inklinacje do bycia dresem, daje już we wczesnym dzieciństwie pierwsze oznaki. Na przykład jego ulubioną bajką jest "Brzydkie Karczątko", a na pytanie matki "czy masz coś do prania?", zazwyczaj odpowiada "nie, pranie jest spoko".
Na Discovery mówili, że dresy,jako jedyne stworzenia mają więcej szarych komórek w kieszeniach , niż w głowie. To by w sumie tłumaczyło, że podjeżdża ci później taki nastoletni typ, w swojej beemce, pod okno i drze ryja:
-ZJEBAŁA! ZJEBAŁA!
Po czym na balkon wychodzi dziewczyna i odkrzykuje:
-IZABELA, kretynie...
Człowiek boi się takiego wysłać do sklepu po "osiemnastkę", bo na bank wróci nie ze śmietaną.
Sami zainteresowani nie lubią, jak się ich nazywa "dresiarzami". Według nich są rdzennymi mieszkańcami uboższych dzielnic większych miast, w strojach ludowych. Przez innych tubylców zwani również Zębowymi Wróżkami, bo gdy się takiego typa spotka, to ponoć można później włożyć ząbek pod poduszkę.




Nigdy jeszcze Adam Darski i Behemot nie byli tak znani w Polsce, jak od momentu, gdy wzięli sobie na piarowca Ryszarda Nowaka. Myślę, że to jemu możemy podziękować za propagowanie Satanizmu w naszym kraju. Choć na dobrą sprawę wydaje mi się, że jako pierwszy Satanizm rozpowszechniał serial "Alf". Pamiętacie? O takim kosmicie z planety Melmac, który jadł koty.
Nastolatki, które wielbią diabła, poza oczywistym wyglądem, zazwyczaj grają bardzo głośno i bardzo szybko na jakimś instrumencie. Bardzo głośno, chyba po to, aby ich Pan to usłyszał, a szybko- wiadomo, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy..




Nawet jeśli uda nam się uchronić nasze dzieci przed wszelkimi subkulturami i sektami, nie oznacza to przecież, że możemy spokojnie odetchnąć. Nadal czeka na nich wiele niebezpieczeństw, jak choćby alkohol. Czytałam, że nawet kolumbijskie kartele narkotykowe poważnie zaniepokoił wzrost alkoholizmu wśród nastolatków. 
No dobra, narkotyki też.  
Coraz więcej starszych osób twierdzi, że wcale widać nie jest z nimi tak źle, widząc ile ich wnuczęta łykają tabletek przed wyjściem do kolegów.
I ten ich język...mój Bobrze.....

Usłyszy człowiek fragment rozmowy " zdarza mi się wpuszczać szmaty" i myśli -oho, bramkarz!
I się później okazuje, że faktycznie bramkarz.
Tyle, że na dyskotece.
A jak już w temacie jesteśmy- uważam, że większość dziewcząt zdecydowanie się nie szanuje. Zbyt młodo i zbyt szybko pokazują miejsca, które ich rodzice nazywają "KAPUSTĄ". Choć "szacunek" w dzisiejszych czasach również nabrał nowego znaczenia. Wstydzi się taka jedna z drugą wyjść z domu bez makijażu, żeby szacunku na dzielni nie stracić, a za to z pustą głową, to sobie chodzą jak gdyby nigdy nic. Gdyby Mikołaj zobaczył ich profile na fejsie, co druga dostałaby na gwiazdkę ciepłe ciuchy i słownik.
Nawet nie wiecie jakie błędy robią! 
Uważam, że naprawdę niepotrzebnie kropkuje się niecenzuralne słowa. Później człowiek czyta na murach to, co powinno pisane być przez "ch", napisane przez "h" i normalnie chuj człowieka trafia. 
I te ich tablety, laptopy, komputery, przed którymi spędzają całe dnie. Nic dziwnego, że poprosisz później o coś takiego małolata, a on reaguje burczeniem i otwieraniem okien. 

No i nie sposób przemilczeć pedofilii, zmory dzisiejszych czasów. Zresztą myślę, że wczorajszych też, jedynie media nie działały tak sprawnie, a i mentalność ludzi była inna. Choć słyszałam ,że nasze władze postanowiły nie czekać, a zaatakować szajki pedofilskie. Najlepszym dowodem na to jest krążące w internecie od jakiegoś czasu ogłoszenie: 
Urocza 14-letnia dziewczynka pozna miłego pana w wieku 45-55, celem wspólnej zabawy na wideo-czacie. Mój e-mail: operacjalolita@policja.gov.pl

I jakie szanse, w związku z tym wszystkim, ma jakiś tam Bear Grylls, żeby mnie zjadaniem jąder tarantuli wystraszyć?

Przecież ja, do cholery, jestem matką!

Na pocieszenie powiem Wam, że tak naprawdę nie jest z tą naszą młodzieżą aż tak źle. Na przykład tacy dresiarze, to tak naprawdę bardzo troskliwi młodzi ludzie. Co chwilę pytają: masz jakiś problem?
Ale w ogóle młodzi są empatyczni. Potrafią się dzielić. Myślicie, że ich kryzys nie dotknął?!
Ostatnio widziałam jak pięciu się jednym papierosem zaciągało.
I jeszcze się przy tym zanosili śmiechem. Kochane dzieciaki!
A jeśli nadal twierdzicie, że nie jest dobrze, to pamiętajcie, że może być gorzej. 
W końcu w czasach Kaina i Abla, aż pięćdziesiąt procent młodzieży było mordercami.



źródła obrazków: TUTU i TU

sobota, 18 stycznia 2014

bo dla mnie Papa Dance pisał kiedyś piosenki

Kilka dni temu, Lola na swoim blogu zapodała fajny temat i zadała pytanie, jakiej to muzyki się kiedyś słuchało, której się teraz człowiek wstydzi.
No i od tego czasu nie mogę się opanować normalnie.
Co chwilę leci u mnie Papa Dance.
Paweł Stasiak był jednym z mężczyzn, poza Michaelem Jacksonem, z którym we wczesnej młodości zamierzałam się hajtnąć.
Z Michaelem zresztą, to nie była prawdziwa miłość. Tata, przywiózł mi po prostu, po jednym z kontraktów, ciemnoskórego bobasa, no i wiadomo, że przecież z kimś musiałam mieć to dziecko. A że jedyną ciemnoskórą osobą jaką znałam, w wieku lat pięciu, był Michael Jackson (tak, bo on wtedy jeszcze był ciemnoskóry), to padło na niego. Ale jak wiecie związki, które trwają jedynie dla dobra wspólnej latorośli, zazwyczaj skazane są na porażkę. Toteż poprosiłam mamę tym razem o lalkę w zbliżonym do mojego kolorze skóry, żebym spokojnie mogła mieć ją z każdym, a przynajmniej miała szerszy wachlarz w wyborze ojca oraz o winyla tego przystojniaka, co śpiewa "naj story". Jakby to Maffashion powiedziała: to był mój must have sezonu. Naprawdę ważny dla mnie, gdyż swoim (już wtedy) przenikliwym, pięcioletnim mózgiem, po długiej i wnikliwej analizie tekstu, doszłam na przemian uradowana i nieco przerażona, że przecież on.... kurna, śpiewa o mnie!
No bo tak:
pierwsza zwrotka oscyluje wokół pytania "dlaczego tak zmieniłaś się?"- wiadomo, kobieta w wieku pięciu lat, zasadniczo różni się od kobiety w wieku lat np. trzech. Rośnie, zmienia zabawki, ciuchy, upodobania kulinarne, lepiej się bije. Zwłaszcza, gdy ma o sześć lat starszego brata. Może Paweł Stasiak o tym nie wiedział...
Druga zwrotka leci "pieniądze masz, bo on je ma"...i to jest z kolei o moim tacie, który w latach osiemdziesiątych, jak większość rodaków, którym się poszczęściło, jeździł na saksy do NRD (później do RFN też, Viki;) .
Jakby nie patrzeć, ta część też się zgadza.
No i refren.
Refren, moi mili....któż jeszcze mógłby mieć po nim wątpliwości?
naj..naj...najpiękniejszą byłaś tam  (w Malborku, tam się urodziłam)
naj..naj..najwspanialej całowałaś   (no ba! mój chłopak potwierdzał)
gorący piach, słońce w twarz, a wiatr do tańca grał  (czasem jeździliśmy na wakacje do Krynicy Morskiej)
I gdy już tak myślałam, że lepiej być nie może, mama kupiła kolejną płytę. Też zaśpiewaną dla mnie. Tym razem poznałam po tym fragmencie:
ona była inna
klejnot w szarym tle
wierna niby cień
niedostępna jak wymyślony brzeg
czy sen

Wspominam z rozrzewnieniem tamte muzyczne lata. Mój adapter i trzeszczące głośniki. A w nich Kim Wilde, Samantha FoxPaula AbdulSandra, cycata Sabrina, gwiazda chyba tylko jednej piosenki albo moja kochana Małgosia Ostrowska ze "Szklaną Pogodą"...
Moje fochy, gdy rodzice puszczali Wojciecha Gąsowskiego, czy Andrzeja Rybińskiego- takiego ówczesnego Piaska (tłumaczę na wypadek, jakby się tu przypałętał ktoś smarkaty).
Jesssuuu, jak się kiedyś wystraszyłam, gdy się kapnęłam ,co ja nucę....pamiętacie "nie liczę godzin i lat, to życie mija nie ja..."? Aż mi mikser z ręki wypadł. I to uczucie, gdy wydaje ci się, że pamiętasz to tylko ty i dąb Bartek.
Wracając do muzycznych wspomnień- największą gwiazdą, oczywiście w swoim mniemaniu, byłam ja sama. Ubrana w żółty, chiński dres, oczojebny daszek na głowie (już Wam chyba o nim kiedyś wspominałam, że z niewyjaśnionych przyczyn, był dla mnie wówczas synonimem dobrego gustu i światowego obeznania w najnowszych trendach modowych), wytapetowana paletą do makijażu (z Baltony!) mojej mamy i z wypchanymi cyckami, udająca wczesną Madonnę. Albo, gdy dawał czadu Alice Cooper- skacząca po łóżku i przy okazji z łóżka. Teraz to mnie nawet śmieszy, że mój brat tylko udawał zawsze, że mnie złapie...
W naszym zielonym fiacie 125p, słuchaliśmy zazwyczaj soundtrack z Top Gun`a, z jeszcze pięknym i nie sfiksowanym Tomem Cruisem. No cóż...wiara czyni czuba, jak to mawia Bil Maher.
Pamiętam aferę, że ciacha z Milli Vanillii, tylko ruszały ustami, podczas gdy śpiewał zupełnie ktoś inny. Może i bardziej utalentowany, ale za to z brzydszym tyłkiem. I buzią pewnie też.
Kochałam Roxette i Europe. I nie, nie za The Final Countdown, tylko za Carrie i za włosy wokalisty. Tę miłość akurat przypłaciłam w późniejszym czasie dwukrotną trwałą, z efektem mokrej włoszki...
Dzięki UB40 poznałam reggae i z kolei w tej miłości tkwię do dziś.
W lambadówce zasuwałam Lambadę i chciałam być taką fajną babką, jak Freddie w I Want To Break Free
Postanowiłam trenować boks, po obejrzeniu Rocky`ego i dzielnie ćwiczyłam przy Eye Of The Tiger. Notorycznie też trułam mamie dupę o zwierzątko. Najlepiej to od razu Falkora z Never Ending Story

I muszę to napisać.
Muszę, choć czuję się przy tym tak stara, jakbym posiadała zdjęcie Matki Boskiej z dedykacją.
Teraz takich hiciorów już nie ma.
To se ne vrati.
Teraz to ja czasami nie wiem, czy sąsiad muzyki słucha głośniej, czy coś remontuje.
Co niby będą śpiewały moje dzieci za 30 lat?
Feel`a?!
Mój Boże, toż to gwałt przez uszy!
Już nawet nie odpalam MTV. Tego się nie da słuchać, a wygląda to jak porno.O pardąsik, w przeciętnym pornosie leci jednak lepsza muzyka. Naprawdę nie dziwi, że w Media Markt rekord sprzedaży bije grupa CD-RW i ich album 700MB. A jak komuś się znudzi, zawsze można na niej nagrać coś porządnego, na przykład TO

A na koniec zostawię Was z .....


....niech później też za Wami lata całymi dniami, a co!
Będziecie mogli robić, tak jak ja



P.S. Czy ktoś oprócz mnie słuchał jeszcze wtedy Helloween ??

czwartek, 16 stycznia 2014

dzieci to powinny rozumieć głównie koty dla własnego bezpieczeństwa

No dobra, matki też powinny dzieci rozumieć....więc dlaczego ja nie rozumiałam, nie wiem. Ostatnio opowiadałam Wam, przy okazji Tybkowych urodzin, jak miałam problem ze zrozumieniem suahili z jego dorzecza. W zasadzie jedyną osobą, która zawsze rozumiała Szarego był jego, 22 miesiące starszy, brat.

Don Juan brzdącem był niesamowitym. Nauczył się gadać szybciej niż chodzić, a chodzić nauczył się z kolei tuż przed swoimi pierwszymi urodzinami. Jak miał 18 m-cy znał perfekt alfabet, a buzia mu się nie zamykała po prostu. Pamiętam, jak szpanowaliśmy na mieście, w kolejkach "P-O-C-Z-T-A", "A-P-T-E-K-A"- literowało moje dziecko, a starsze panie zachwycone, jaki to on mądrutki, wpuszczały nas przed siebie, żeby się "dziubusiowi" nóżki nie zmęczyły od tego stania.
Jakież było moje zdziwienie, gdy drugie dziecko nie mówiło długo, dłuuuugo nic. A jak już mówić zaczęło, to w suahili i za chooja wafla nie chciało inaczej.
Brzmiało to mniej więcej tak:




Jeszcze bardziej byłam zaskoczona, gdy pewnego razu Szary powiedział coś do don Juana w swoim języku, a ten, bez problemu, w tym samym tonie, tą samą gwarą, mu odpowiedział. Po czym Szary pokiwał głową ze zrozumieniem i poszedł po dwa samochody, z czego jeden podał don Juanowi właśnie. Wniosek był prosty-  don Juan nie tylko rozumiał, ale i potrafił mówić w ten sposób. Urodzony poliglota.
Ja również próbowałam, ale widać nie trafiłam w realne dla Szarego słowa, bo gdy się odezwałam w jego dialekcie, patrzył na mnie tylko, z rozdziawioną buzią i miną identyczną jaką miałabym ja, gdyby Krystyna Pawłowicz oznajmiła z mównicy, że rzuca karierę polityczną, na rzecz tańca na rurze...
Maciek też próbował. On miał zresztą od początku większe szanse, genetycznie. U Maćka w rodzinie, wszyscy mężczyźni bowiem, potrafią mówić nie zdejmując wargi z nosa. Ja już naprawdę nie czepiam się dykcji, ale słowo "mamrotanie" to dla nich komplement. Tak czy siak, Maćka starania również spełzły na niczym. Pozostaliśmy z jedyną nadzieją na porozumienie -don Juanem, no i własną nieograniczoną wyobraźnią oraz mimiką Szarego, która uśmiechem, tudzież ustami w podkówkę, podpowiadała nam, jak daleko jesteśmy od prawdy...
Pewnego dnia zostaliśmy z Szarym sami w domu, jak Kevin w Boże Narodzenie, każdego roku na Polsacie (poza 2013). I do dziś przysięgłabym, że zrozumiałam go wyraźnie. Tym bardziej, że całość miała spójny, logiczny sens.
Niedawno kupiliśmy koty. Tfu, wróć...niedawno przygarnęliśmy koty. Rasy dachowej, w sensie dosłownym, gdyż kotka okociła się na dachu.
Garażu.
Żeby nie było, że ktoś mi zaraz napisze w komentarzu, że trzeba było jej klucza do lufcika, ze strychu na dach,  nie dorabiać...
W każdym razie ja gotowałam obiad, a Szary gonił się ze zwierzakami po całej chacie, gdy nagle dobiegło mnie z łazienki:
-Mamy samiczka.
-Nie, kochanie. To nie jest samiczka. To samczyk, samiec, wiesz- odpowiedziałam, nie podnosząc głowy znad garów
-Mamy samiczka!- usłyszałam nieco głośniej
-Nie, to są koci chłopcy. Samce, skarbie- odpowiedziałam nadal niewzruszona
-Mamy samiczka! Sa-mi-czka!- wydarło się moje dziecko
-Nie krzycz, słyszałam za pierwszym razem. Tłumaczę ci przecież, że to nie jest samiczka! Samiczka to dziewczyna, a samiec to chłopak.
-SAMICZKA! SAMICZKA! SAMICZKA!-uderzyło w ryk moje zrozpaczone dziecko
No dobra, ruszyłam dziarsko do łazienki.
Weszłam, ale to co zobaczyłam nie nadawało się na moje słabe serce...
Tybo siedział na podłodze, przed pralką, której bębnem kręcił.
A w pralce zapierdalał kot.
Tak z 200 obrotów na sekundę- na moje oko.
-Mamy chomiczka- nie wiedzieć czemu, tym razem usłyszałam całkiem wyraźnie

I czy ktoś się jeszcze dziwi, że na pytania znajomych, dlaczego kot chowa się w kartonie, gdy włączamy pralkę, odpowiadam prawie zgodnie z prawdą, że to jego manifest, w związku ze zmianą proszku. A bo to moja wina, że akurat Persil teraz mają w promocji w Biedronce?


wtorek, 14 stycznia 2014

doktor Mango Shop

Kilka lat temu, wieczorem, dokładnie po "faktach", musiałam usłyszeć o jakichś podwyżkach, bo złapałam się za serce. I tak jakoś się za to serce złapałam, że wyczułam w prawej piersi guza. Tu powinnam napisać, że dzięki świadomości, którą nabyłam przez liczne kampanie społeczne etc.......ale prawda jest taka, że pewnie wyłącznie dlatego, że był to czas niedługi po tym, jak bardzo bliska mi osoba chorowała na raka- na drugi dzień, z samego rana, siedziałam już na poczekalni, przed gabinetem USG.
I jak zwykle popisywałam się przenikliwością umysłu:

- I co, panie doktorze, to jakaś torbiel?
-Przykro mi, ale to nie jest torbiel.
-Taka mało charakterystyczna torbiel?
-Niestety, nie.
-Nie wie pan co to jest, ale coś torbielowatego?

Pan doktor popatrzył wtedy na mnie długo i przenikliwie. Nieskromnie sądzę, że chyba pierwszy raz miał do czynienia z kimś tak błyskotliwym i wygadanym, w związku z czym postanowił przyjrzeć mi się uważniej. Tak to sobie potem tłumaczyłam, w każdym razie... Tymczasem lekarz przetarł powoli okulary, w trakcie gdy ja zastanawiałam się ,czy zasugerować jeszcze toczeń, bo już wtedy oglądałam dr Housa lecz nagle usłyszałam:
-Pani (nie)typowa, to nie jest torbiel. Żadna torbiel. Guz ma wszelkie cechy nowotworowe. Jednak nie można panikować, potrzebna jest dalsza diagnoza. Skieruję panią do mojego kolegi, jednego z najlepszych trójmiejskich onkologów, w celu wykonania biopsji. I on już zaleci dalsze postępowanie..
Pożegnałam się pospiesznie, wzięłam, co mi wypisał i udałam się pod wskazany adres, celem rejestracji. Wizytę miałam wyznaczoną za trzy dni, bo akurat trafiłam w jakieś okienko. Tylko za trzy dni, ale wiecie jak to jest, gdy się czeka z taką sprawą. Czas ciągnie się w nieskończoność, a wszystko, co się zdarzy pomiędzy i tak jest z życia wyjęte....
No i w końcu doczekałam się. Weszłam do gabinetu na miękkich nogach i posłusznie zdjęłam górę, aby mieć to jak najszybciej za sobą.
Specjalista przemówił:

-Myślała pani kiedyś o silikonach?
-Kurwa- pomyślałam-pomyliłam gabinet, tu kręcą najnowsze odcinki "mamy cię", a na głos wyrwało mi się tylko- słuuuuucham???!!!
-Pytam, czy myślała pani kiedyś o silikonach? Ma pani raczej mały biust, a mogłaby pani mieć taki, jaki się pani zamarzy. Ja mam kolegę, który świetnie robi takie zabiegi. Piersi wyglądają jak naturalne, nie poznałaby pani. Przyjmuje we Wrzeszczu, dam pani do niego numer. Dodatkowo, jak pani powie, że jest ode mnie, to jeszcze pani zniżkę dostanie. I będzie pani wyglądała jak prawdziwa seksbomba...-przy czym powiedział to wszystko z taką precyzją i zaangażowaniem, jak pani z reklamy o ciasteczkach na śniadanie, o tych ciasteczkach właśnie, no wiecie których...
Nie powiem, szoknęło mnie i to nawet nie lekko
-Panie doktorze, ale ja wcale nie chcę wyglądać jak seksbomba. Ja chcę po prostu żyć, nawet z małym biustem. Dlatego u pana jestem..- zaczęłam tak nieśmiało wykładać moje skromne oczekiwania
Na co doktor wyraźnie się ożywił:
- O mój Boże, pani ma depresję!!! Na szczęście ja mam taką koleżankę, internistkę, przyjmuje prywatnie. Zapiszę pani jej numer, proszę się z nią umówić, a ona wypisze pani jakieś leki. Tylko broń Boże niech pani nie idzie do psychiatry!!! Psychiatrzy ćpają człowieka tak, że później nie może normalnie funkcjonować. A moja koleżanka to fachowiec, zna się na tym i dobierze pani odpowiednie środki i....
Postanowiłam mu przerwać i bardziej bezpośrednio naprowadzić na właściwy tor i cel mojej wizyty...choć nie będę się wypierała, że poprawiłam również włosy, bo po tym, co przed chwilą usłyszałam, byłam już pewna, że jestem w jakiejś ukrytej kamerze..
-Panie doktorze, miło ,że się pan tak o mnie martwi. I że wziął sobie pan za ambicję poprawienie jakości mojego marnego życia z małym biustem. Oraz ,że jest pan tak świetnym fachowcem, że już w 5 minucie pobytu w pańskim gabinecie zdiagnozował pan u mnie depresję, ale nie skorzystam...nawet jeśli odeśle mnie pan do dentysty, który całkiem przypadkiem jest pana kolegą, przyjmuje prywatnie, ma akurat promocję i do każdej wizyty dorzuca toster gratis. Co z moim guzem?!

No dobrze, gdybym wiedziała, że onkolodzy są tacy obrażalscy, podeszłabym do sprawy łagodniej. Ale nie wiedziałam, więc pan doktor zdążył się obrazić, a że był dojrzałym mężczyzną, postanowił to również zamanifestować, robiąc minę pod tytułem "foch i chuj" oraz krzyżując ręce na piersi.
Jak świat światem wiadomo, że w kłótniach to jest tak, że jak się jedna strona sfochuje, to się tego zdecydowanie wypiera, pytając "ale o co ci chodzi?", chcąc przerzucić tym samym winę na powód tego stanu, w tym wypadku na mnie.
- Z jakim guzem? Ja tu nie czuję żadnego guza!
(że niby moja wina, sama przecież zaczęłam mu dupę zawracać)

W tym miejscu warto wspomnieć, że to wtedy właśnie wysnułam teorię, że scenariusza do życia nie pisze Bóg/ Opatrzność/ Los, czy w co tam kto wierzy, a Stanisław Lem.

-Jak to pan "nie czuje"? Ja czuję, mój mąż czuje, moja matka czuje, moja przyjaciółka czuje, a radiolog nawet widział!
-Nooooo, jak radiolog widział, to ja nie mówię ,że go nie ma. Bo on tam jest! Proszę się zapisać na biopsję w rejestracji, wypiszę skierowanie. A tak w ogóle, to jest pani bardzo nieprzyjemna. Do widzenia.....
moment!!!!!!
.....te numery do kolegi i koleżanki, zapisałem pani z tyłu książeczki zdrowia. Teraz: do widzenia!
- Do widzenia, doktorze Mango Shop.

No nic, sama sobie jestem winna. Powinna mi była dać do myślenia dziewczyna, która przede mną wyszła z jego gabinetu i na pytanie bliskich "i co ci jest?", bezradnie rozłożyła ręce i z lekkim obłędem w oczach wyszeptała "nie wiem".

Zrobiłam tę biopsję, ale zmieniłam lekarza, bo nie opuszczało mnie przeczucie, że doktor Mango Shop ma w zanadrzu jeszcze znajomego patomorfologa, rzecz jasna- z promocją i też będzie chciał mnie do niego wysłać.
Nikt w końcu nie zabroni mu potwierdzić diagnozę poprzez zrobienie sekcji.
Zastanawiałam się jedynie później:
jak on powiadamia swoich pacjentów o rokowaniach?
-Panie doktorze, czy to poważna sprawa?
-Nieeeee, skądże znowu...ale na pana miejscu, oper mydlanych już bym nie zaczynał oglądać.

co mówi przed operacją?
-I co panie doktorze, amputacja obejmie jedną pierś, czy obie?
-Nie mogę powiedzieć, bo niespodziankę szlag trafi!

jak bada?
-No tak, puls w porządku
-Panie doktorze, niech pan sprawdzi na lewej ręce, to proteza...

jak prowadzi pacjentów?
-Panie doktorze, ta terapia działa! Nie muszę już iść, po kolejne diagnozy, do pańskich kolegów!
-I co ja mogę powiedzieć?! no cóż, niestety, zdarza się...

co wpisuje w kartę?
Rozpoznanie: rak trzustki, chyba. Tak konkretnie to: "CH W", albo inaczej- nie do końca zdiagnozowany
Wskazania: ekstrakcja górnej szóstki, u Jasia, co przyjmuje na Bema 5/1.

W każdym razie, ja jestem już spokojna.
Mój nowy lekarz nazywa się Hannibal Lecter i jest ponoć znanym, światowej klasy specjalistą od organów wewnętrznych...
Żartuję.
Lekarzy unikam jak ognia, wszak trzy białe śmierci, to:
sól
kokaina
...i lekarz pierwszego kontaktu
Poza tym nie od dziś wiadomo, że trzeba mieć w tym kraju zdrowie, żeby chorować.


poniedziałek, 13 stycznia 2014

zdrowie Szarej Eminencji!

Dziś trzynasty dzień stycznia.
Dokładnie osiem lat temu, w okolicznościach, które już znacie, urodziłam specjalnie dla Was, no i dla świata, Szarą Eminencję. Naszego przyszłego ministra finansów.
Tybo nie poszedł do szkoły, mimo, że wczoraj zrobiliśmy 20 sówek-muffinek, jako urodzinowy poczęstunek dla dzieci, z jego klasy.
Daleko im do zamierzonego efektu, ale nam równie daleko do cukierników, także....

Również wczoraj, obchodząc swoje święto z kolegami, walnął się tak nieszczęśliwie w duży paluch u nogi, że aktualnie leży na łóżku, czyta komiks, popija mleko i zajada sówki- muffinki. Ze stopą na poduszce, aby od razu było wiadomo, co go boli, w razie jakby ktoś nie usłyszał, jak cierpi w milczeniu. Bo musicie wiedzieć, że on cierpi w milczeniu najgłośniej, ze wszystkich ludzi, jakich znam....


Maleńki Tybo zmuszał do kreatywności. Ja na szczęście byłam kreatywna i na przykład napisałam list do Watykanu, z prośbą o przysłanie egzorcysty, gdyż nie wierzę, że TO mogą być kolki...





Do dwóch lat, Tyberiusz niemal nie mówił. Śmialiśmy się, że jest zupełnie, jak ten gość od kompociku. Znacie ten kawał?
Przez osiemnaście lat, pewni rodzice myśleli, że mają niemego syna. Syn ów nie powiedział nigdy ni słowa. Aż do swoich urodzin, na których, ni stąd ni zowąd, zapytał: a gdzie kompocik?
Matka w szloch, toż to cud! Prawdziwy cud! Ojciec płacze z radości i krzyczy: synu, ty mówisz!! 
A syn, najspokojniej na świecie: mówię, no i co?
Ojciec: jak to "i co"?! Byłeś niemową ! Po osiemnastu latach w końcu przemówiłeś...
S: nie, nie byłem
O: to dlaczego się nigdy nie odzywałeś?
S: bo kompocik był.
No i tak żywiliśmy sobie nadzieję, że u nas jest podobnie. 
Tyberiusz miał opanowane jedynie proste słowa, w stylu: mama, tata, baba, pa pa, daj, mam, itp. Nic nadzwyczajnego. A już na pewno nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie poprosi o kompocik. A jednak pewnego dnia poprosił. Tak dokładnie, to nie o kompocik, a o "miało miało"
Poprosił grzecznie. 
Mniej grzecznie. 
Zupełnie niegrzecznie. 
Po czym już na wkurwie- zażądał. 
Co to, kużwa, jest to "miało miało"? Tysiąc dwieście prób rozszyfrowania nie przynosiło żadnego efektu. Choć ponoć każda matka rozumie suahili, bo w tym języku zazwyczaj zaczyna mowę dziecko. Ja nie rozumiałam. To pewnie dlatego, że matki mają w domach dzieci, ja miałam enigmę.
A Tybo wył. 
Ja pierdykam, jak on płakał!  
W strachu, że mi sąsiedzi opiekę społeczną naślą, bo odgłosy wskazywały raczej na to, że właśnie dziecko ze skóry obdzieram,  obdzwoniłam całą rodzinę, a później wszystkie koleżanki- matki, a później nawet i nie-matki, przeprowadzając na gwałt pilną ankietę- co tajemnicze "miało miało" może oznaczać?
Tymczasem moje dziecko osiągało na twarzy, coraz to nowsze odcienie czerwieni, nadal wyjąc wniebogłosy.
Później na chwilę zsiniał, bo się zapowietrzył, aby następnie odzyskać rumiany kolor i na nowo zacząć zanosić się płaczem.
Po jakichś dwóch godzinach, postanowił interweniować jego starszy brat. Niespełna czteroletni don Juan, który wstał od zabawek, podszedł do mnie, spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział:
-Puść mu w końcu to cholerne "Wyginam Śmiało Ciało", bo mi zaraz łeb pęknie...


Powyżej jedno z moich ulubionych zdjęć, z wakacji....pamiętam ,jak Maciek przeszedł wtedy kryzys nerwowy, bo uprawiał na swojej profesjonalnej wędce rybną pedofilię, czyli wyławiał tak małe sztuki,że zaraz wpuszczał je na powrót do jeziora. Tymczasem Tybo, aby ojciec popadł w kompleksy chyba, złapał przy nim dużego okonia.
No i zaczęły się propozycję co zrobić z rybą:
-Zjemy ją z grilla- krzyknął don Juan- pokropimy cytrynką, posypiemy ziołami, położymy masełko, zawiniemy w folię aluminiową i sruuu..
-Tak, ale najpierw musimy ją oczyścić i wypatroszyć- powiedział ich mały kuzyn, Wojtuś-no wiecie,trzeba jej wyjąć flaki...dużo flaków...i oczy...i flaki.
na co Szaremu puściły nerwy:
- To moja ryba! Wypuścimy ją!  Ona też chce żyć! Ona też ma gdzieś dom, matkę, rodzinę, dzieci.....





sobota, 11 stycznia 2014

jak nawiązać nową znajomość

Pewnego dnia Maciek spytał mnie, czy wybiorę się z nim i jego dziadkami do rodziny na wieś. A były to czasy, gdy byłam starą panną, czyli miałam 18 lat i nie miałam jeszcze męża, li i tylko narzeczonego. Tego właśnie. Co pytał.
-Do Felka- uzupełniła babcia Corleone, czyli babcia Maćka

Był sobie raz Felek, co chodził bez szelek 
40 butelek w kieszeniach miał
Zaintonowałam cichutko

-Na pogrzeb- dodał Maćka dziadek
Przestałam nucić i zwróciłam wzrok w stronę mego lubego, aby przypomnieć sobie czym mnie ujął, bo na pewno nie precyzją w wypowiedzi
-Nieeee, możesz śpiewać, Felek faktycznie się zachlał- powiedział Maciek, który w mych oczach, nie wiedzieć czemu, najwyraźniej odczytał pytanie o przyczynę zgonu.

Kilka dni, ponad 400 km i 5 godzin słuchania w samochodzie muzyki biesiadnej później, dotarliśmy w końcu do celu. W sumie bez większych przeszkód. Jedynie po raz kolejny dowiedzieliśmy się, że romantyzm jest przereklamowany.
No wiecie, jest taki jeden romantyczny gest: kładzie się palec na ustach tej drugiej osoby i mówi  "cśśśśś....nie mów nic więcej..."
I pewnie nie uwierzycie, ale okazało się, że zupełnie inaczej patrzą na to policjanci z drogówki....
Mniejsza z tym.
Dojechaliśmy na miejsce na kilka godzin przed pogrzebem. Maciek, po przekroczeniu progu domu żałobników i przedstawieniu mnie, od razu ulotnił się z kuzynem ,a ja zostałam ze starszyzną plemienia w kuchni. Złożyłam kondolencje, jak należy i zamilkłam, bo wprawdzie byłam na tyle wiekowa, aby pamiętać jak to jest być swoim własnym pilotem od telewizora, ale niestety `58 nie pamiętałam.
Jakąś chwilę później, wdowa po Felku postanowiła, abyśmy przenieśli się wszyscy do salonu, gdzie czeka już reszta rodziny, a ona w tym czasie zaparzy herbatę.
I to wtedy właśnie, pierwszy raz widziałam zwłoki z bliska. Nikt nie uprzedził mnie, że na niektórych wsiach panuje zwyczaj, iż zmarłego zostawia się w domu, w otwartej trumnie, do dnia pogrzebu. Powinny mi to zasygnalizować przysłonięte lustra (aby śmierć się nie odbiła) i obrócone krzesła (aby nie przysiadła). Ale mnie jakoś nigdy nie interesowały zabobony. Nie jestem przesądna.
A nie wierzę w gusła, od kiedy doszłam logicznie do wniosku ,że to kompletna bzdura.
No bo tak- słyszeliście zapewne na przykład o takim, że się nie je przed lustrem, bo można swoje szczęście przejeść. Z tego samego powodu nie powinno się przed lustrem pić.
I jeśli to byłaby prawda, to powiedzcie mi, tak na zdrowy rozsądek, kto normalny miałby lustro w łazience?
Niemniej, martwy wujek Felek, leżący w domu, zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Poczułam jak miękną mi kolana i oblewa mnie fala zimnego potu

-Jak on dobrze wygląda- powiedziała babcia Corleone, wpatrując się w bladą twarz, podkrążone oczy i wychudłe ciało Felka
-Nic dziwnego, to pierwsze od dawna dwa dni, jak nie pije- wyszeptał Maciek, który zmaterializował się nagle u mojego boku
Od razu zganiłam go spojrzeniem, wszak wiadomo, że o zmarłym nie mówi się wcale lub mówi się wyłącznie dobrze.
A później nastąpiła sugestywna chyba minuta ciszy.
...którą przerwała ciocia Maćka, wchodząca z herbatą.
-A to właśnie, moja droga, jest Felek- zwróciła się do mnie

Wiedziałam, że mimo całego stresu muszę utrzymać nerwy na wodzy. Wiedziałam też, że zwrócone w moją stronę są wszystkie oczy oraz że z każdej sytuacji należy wybrnąć z klasą i nienagannymi manierami. I teraz, po latach, założę się, że moje maniery na bank, zrobiły na wszystkich bardzo duże wrażenie. Widziałam to już wtedy, bo ich oczy osiągnęły wielkość przeciętnych spodków, gdy zrobiłam dumnie krok na przód i z gracją....
.....DYGNĘŁAM.



Innego razu byliśmy w sklepie.
I niech Was nie dziwi, że rzecz znowu miała miejsce właśnie tam.
Niestety prawda jest taka, że przypuszczam, że gdyby urwać mi głowę, to reszta i tak jeszcze trzy dni po sklepach by biegała.
W takim centrum handlowym człowiek naprawdę może dużo zaobserwować i jeszcze więcej nauczyć. Na przykład ,że taka "odległość" to jest pojęcie względne. Dajmy na to -500 metrów po marchewkę-oj, oj ,oj, jak daleko, a nóżki już bolą, toć to kawał drogi.
Tymczasem okazuje się niezmiennie ,że te same 500 metrów po nowe buty, to- o tu zaraz, tuż za rogiem.
Ot, taka kobieca natura, w pełnej krasie. Choć bywa męcząca, bo przez nią nabawiłam się klaustrofobii- lęku przed zamkniętymi pomieszczeniami. Jak wychodzę z domu, panicznie wręcz boję się czasem, że mój ulubiony sklep będzie zamknięty. No nic. Trza z tym jakoś żyć.
W sumie to nie jest mi aż tak ciężko, na pewno nie tak, jak tym ,którym sklepy kojarzą się z długim staniem w kolejce po masło.
Swoją drogą, jestem rocznik 84 i mimo wszystko nie uwierzę, że kiedyś, za komuny,w sklepach nic nie było. W takich małych, osiedlowych, to jeszcze może....ale w Biedronce?

Wracając do tematu, był to dzień promocji, jakie potrafią robić tylko duże marki, na przykład "w środę wszyscy nasi klienci obsługiwani są bez kolejki". Zawsze współczuję personelowi, promocji w ich sklepie. Ile się oni muszą nalatać, aby ponaklejać przekreślone wyższe ceny na te swoje produkty, aby sprzedać je po tych cenach, które od samego początku na nich były.....Ale nie powiem, promocje konsumentów cieszą.
Chciałam ostatnio kupić dziecku koleżanki książkę w empiku, ale szalona cena 20 zł, stanęła mi na przeszkodzie. Dziś jest w promocji. Dumnie opatrzona takim napisem, za całe 19,99 jest już w zasięgu mojej kieszeni. I jaka oszczędność!!

Stałam sobie przy regale z kosmetykami i szukałam czegoś na pryszcze, bo niestety jakieś 8 lat później, od kiedy przestałam oficjalnie być nastolatką, nadal borykałam się z nastoletnimi problemami. Wzięłam więc do ręki kilka specyfików i zaczęłam czytać skład i obiecywane działanie. A że po chwili zgłupiałam, postanowiłam poradzić się mojego męża
- Jak myślisz, powinnam wziąć taki tylko na pryszcze, czy też na wągry Bo ja żadnych wągrów nie mam, ale z moim szczęściem, to zanim dobrnę do trzydziestki zapewne będę miała. Boże, wyglądam jak Hogata! Że też muszę się tak chrzanić z tą cholerną cerą. I szpachlować toną matującego pudru, bo świecę się jak psu jaja! To pewnie, tak naprawdę, nie jest pozbawione sensu. Myślę, że na tym czole, to Bóg mi codziennie wiadomości zostawia. Brajlem. Trzeba to sprawdzić, może noszę na sobie szczęśliwą szóstkę w totka, czy coś.... No dobra, to który wybrać? Jak myślisz? NO PYTAM, JAK MYŚLISZ?!
A że przeciągająca się chwila ciszy zaczęła mnie już wkurzać, podniosłam wzrok znad toników i zdębiałam. Nade mną stał młody,przystojny- a jak!, wystraszony facet, z pianką do golenia w ręku, który płaczliwym tonem wydukał:
-Ale ja naprawdę nie wiem...jak nie masz problemu z wągrami, to ja chyba wziąłbym ten pierwszy...


Czytelniku, zanim podejdziesz następnym razem do kogoś, z wyciągniętą ręką, aby powiedzieć "cześć, mam na imię....", zastanów się chwilkę.
Czy naprawdę nie stać Cię na więcej?
Przecież są lepsze metody na poznanie nowych ludzi.



źródło obrazka: tu


czwartek, 9 stycznia 2014

jak se człowiek czasem coś ubzdura...o mieszkaniu na sielskiej wsi....

Zawsze marzyłam o domku na wsi. Wsi sielskiej i anielskiej, gdzie latałabym boso po trawie zbierając maki jabłka na kompot, a Maciek siedziałby i żując źdźbło trawy, kontemplował. Nie mam pojęcia, za co niby byśmy wtedy żyli, gdybym ja tylko tak latała, a on by tak siedział. Być może dużo tego kompotu z jabłek bym musiała robić, coby później w działkach sprzedawać. Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym. W każdym razie dzieci byłyby rumiane, szczęśliwe, biegałyby z kijkami pasąc krowy, kury, świnie, czy co tam się pasie. Albo w zasadzie wszystko na raz, bo teraz to się ponoć modyfikuje genetycznie, więc goniąc taką krowę, mogliby równocześnie gonić na przykład w jednej którejś ośmiornicę. No nie ważne, nie znam się za bardzo na genetyce. Wiem tylko, że krowa, która dużo kwacze....jest na pewno modyfikowana.  A i na przyrodzie się niestety nie znam, bo żem z  miasta i to tak nieszczęśliwie urodzona, że do któregoś pokolenia wstecz żadnych korzeni wiejskich nie było.
Mimo, że znam osoby, które dałyby nerkę odjąć, że na pewno jest inaczej.
Z cudów natury natomiast znam: samochody, tramwaje, autobusy, domy, sklepy, knajpy, znowu samochody, wieżowce, falowce i sklepy ponownie. A ze szkoły wyniosłam taką wiedzę, że potrafię rozrysować układ trawienny tasiemca, a nie wiem jak pieprzona lipa wygląda.
W każdym razie drzewa dzielę na: kasztany, klony, brzozy, topole, dęby, wierzby, buki, jesiony, orzechy i po prostu drzewa. A z krzewami jest jeszcze gorzej. Zresztą nie tylko z florą.
Jak moja koleżanka, odpowiedziała dzieciom na pytanie dlaczego wczesną wiosną ślimacze skorupy są puste, że ślimaczki na zimę poszły spać pod ziemię i dopiero, gdy się obudzą to do nich z powrotem wlezą- dwa dni szukałam tego w internecie. Tak mnie zafascynowało życie ślimaków.
Dwa dni z życia wyjęte. I jaki wstyd. Zwłaszcza jak doszłam, że google to jednak nie taka skarbnica wiedzy, jak mówią i w bibliotece naukowej wyłuszczyłam panu teorię o ślimaczkach z pytaniem, w której książce dowiem się więcej....
Jakby nie mogła puścić do mnie oka, jak gada dzieciom farmazony, niepoważna...
W każdym razie wiedziałam, że na wsi jest lepiej, ciszej, spokojniej, że przy domu hoduje się marchewki, psu się nie zakłada łańcucha, bo się w budzie obok Piróg przykuje (i słusznie) oraz, że rano nie budzą budziki tylko ćwierkające ptaszki.

W pewnym momencie życia opatrzność postanowiła spełnić moje marzenie i tak się stało, że zrzuciła nas nie gdzie indziej, a na wieś właśnie.. I to nie taką, nad którą ptaki do góry brzuchami latają, bo się tego nawet osrać nie chce, tylko taką raptem dwa kilometry, za przekreśloną tabliczką "Gdańsk".
W życiu, jak Bozię kocham, nie sądziłam, że dwa kilometry robi taką różnicę.
Dwa kilometry i chodniki, bo na wsi, na której wylądowałam nie było chodników.
Choć gdyby były, zapewne nie poszłabym do nieba w przyszłości, bo musicie wiedzieć, że ja dzięki deficytowi chodników zrobiłam się niesamowicie religijna. I potrafiłam chwalić Pana, nawet idąc rano po bułki.
Tak dokładnie to gnałam po te bułki, wąskim poboczem niczym zakon maryjny- z pieśnią religijną na ustach, obłędem w oczach i modląc się w duchu, aby jakiś pijany wiejski jełop nie zapragnął usiąść za kółkiem jadąc choćby cztery domy dalej, do szwagra. Albo żeby jakiś pijany miejski jełop nie śmigał akurat za moimi plecami 150km/h, bo to przecież martwa wiocha.
I może właśnie przez ten stres nie mogłam się zaaklimatyzować, albo i dlatego, że po prostu nie byłam prawdziwie wiejską dziewczyną.
A wiecie po czym różnicę poznać?
Nieee, nie po kowbojskim kapeluszu i białych kozaczkach, to się zdarza nader często w mieście. Po tym, że ponoć miejska dziewczyna nosi w pępku kolczyk, a wiejska- kleszcza. Nie wiem, czy to prawda, czy też nie, bo jednak dużo wiejskich kobiet ukrywa się za woalem. Za firanką konkretnie. Bo jak inaczej wyjaśnić, że od czasu do czasu, jak człowiek sobie spokojnie próbuje zapalić fajkę przed domem,to na parterze taka firanka przemawia. I to na dwa głosy:
-Halina, co ona pali?
-Nie wiem. Źle widzę, za gęsty wzór wybrałaś, ale pewnie kukainę.
Do końca papierosa myślałam, czy w bibliotece naukowej będą mieli coś o kukainie, co to właściwie jest i jak to się pali.
Byłam coraz bardziej zestresowana i niewyspana, mimo ,że zaraz po przeprowadzce wyrzuciłam budzik. Okazało się, że poranne trele mają inne znaczenie dla okolicznych ptaków, a inne dla mnie. Dla mnie powinny zaczynać się subtelnie w granicach ósmej, a dla nich znaczyło to od 4:30 darcie mordy. Kogut wstawał po 5. Kurwa.
Zdesperowana postanowiłam wyżalić się przyjaciółce i jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam , że mój telefon nie działa. To znaczy działa, ale nie w domu. I nie na podwórku. Jedynie przy pobliskim przystanku autobusowym. I nawet o tym bym nie wiedziała, gdyby nie zastanowiła mnie ilość osób biegających z telefonami w wyciągniętych rękach, w tym miejscu. Byli też desperaci klęczący tuż przy ziemi.
Od razu wiedziałam ,że coś jest na rzeczy.
Przecież mekka była w drugą stronę.
I żadnych przystojnych masarzy na wsi nie spotkałam, ani ich córek w strojach wiktoriańskich, które ponoć po obejściu tak biegają, znając lepiej angielski, niż ich rodzony polski ojciec-polski. Wiecie o czym mówię, nie? O bodajże kanadyjskim horrorze, z polską wsia w roli głównej, "The Shrine", w którym obiecywali, że tak będzie.
Ale może dlatego, że tam gdzie zamieszkałam, to jednak nie była Alwania.
Nooo, Alwania, co nie znacie? Jesteście może jopcokrajofcami?
To wioska, na wschodzie kraju, według scenarzystów przynajmniej.
I z góry przepraszam za kpiny, jeśli Alwania istnieje, bo na równi z nieznajomością przyrody i genetyki, mam zaległości z topografii.
Ostatnio Maciek szyderczo zaproponował mi, abym się zatrudniła do tworzenia google maps. A szydzić to ja powinnam. Z jego sklerozy. Jak można nie wiedzieć, gdzie jest sklep, koło tego drugiego, w którym w zeszłym roku kupowałam te szałowe buty. Tam, gdzie niedaleko spotkaliśmy Ewę, wtedy ,co jej zjebali trwałą i dokładnie tam, gdzie naprzeciw chciałam sobie kupić pasek. Oliwkowy.

Zmierzając ku końcowi, powiem Wam,  że jak se człowiek coś ubzdura, to głowa mała.
Nigdy więcej wsi.
No prawie nigdy, bo czasami to mogę wpadać.
Na dożynki.
Na ukraińskich już raz byłam i po spożyciu serwowanych specjałów, pod postacią płynną i ja i Maciek w końcu zbliżyliśmy się do przyrody. I to bardzo. Ja z bardzo bliska przyglądałam się życiu owadów, a Maciek gonił wyimaginowane dziki.
A później, jeszcze przez dwa kolejne dni, słyszeliśmy nawet, jak tupią mrówki.



źródło obrazka: tu