środa, 22 października 2014

Bób, homar, włoszczyzna....czyli jak zostałam drugą Magdą Gessler

Pretekstem do umieszczenia tego wpisu jest fakt, iż chcę się pochwalić, że umiem już upiec puszysty biszkopt. Jeszcze mi się dziwnie marszczy po ostygnięciu, ale przez chwilę jest taki zajeeeebisty, że ho ho! Normalnie szósty raz próbowałam zdjęcie na fejsbunia cyknąć, coby wszystkie koleżanki padły z zazdrości, a koledzy jeszcze bardziej żałowali, że się ze mną nie hajtnęli.
Co?
Że niby każdy potrafi?
Taaa, spoko, też tak kiedyś kłamałam.

Gdy poznałam Maćka miałam 17 lat i potrafiłam samodzielnie ugotować ziemniaki. Niekoniecznie potrafiłam odpowiednio je posolić, bo niestety większość życia mam spięcie na stykach odpowiadających za przyprawianie i albo nie dosolę, albo przesolę właśnie.
Owacje na stojąco?
Dajcie spokój, nie trzeba.
Mama moja jest pedantką, gdzie "pedantka" to eufemizm, bo założę się, że nie znacie wielu osób, które kładą się na ziemi w ciągu dnia (zresztą w nocy pewnie też nie) i krzyczą
-Na panelach w kuchni są ślady stóp! Boże, że też ja muszę całe życie na tej szmacie jeździć, bo wokół same brudasy!!! I nikt nie potrafi uszanować mojej roboty i po tej cholernej podłodze nie chodzić!
W każdym razie wizja wyczyszczenia szczoteczką do zębów boazerii po sufit, w mieszkaniu wysokim na 3,30m,  po ugotowaniu jajka na twardo, nie bardzo mi się uśmiechała, toteż postanowiłam z zasady z kuchni korzystać jak najmniej. W postanowieniu wytrwałam całe lata ważąc w porywach 48 kilo.

No a później poznałam Maćka, jak rzekłam wcześniej.
I dziś, jako mężatka z dwunastoletnim stażem, mogę śmiało Was, beztroskie singielki, zapewnić, że niezależnie od wszystkiego- od Waszej religii, światopoglądu, rasy, czy też preferencji seksualnych, to z czym się w przyszłości hajtniecie, na pewno będzie chciało żreć. I już dziś też mogę Wam rozwiać resztę złudzeń, że samo oglądanie Master Chefa Was z niego uczyni.
W końcu ilu Waszych partnerów/partnerek ogląda porno? A ilu z nich to Nacho Vidal albo Jenna Jameson?
No więc właśnie.

Jak każda zdrowa narzeczona póki mogłam nieco koloryzowałam prawdę pochodzenia dań. Nawet sobie blachy pokupowałam takie, aby pasowały do nich wypieki z cukierni za rogiem. I po pracy, delektując się dajmy na to kruchymi rogalikami z konfiturą różaną "według przepisu mojej ciotki Zofii" (wersja oficjalna), śmialiśmy się z tych nieudolnych, pożal się Bobrze, domowych kucharek, co to latają jak ze sraczką między patelnią a piekarnikiem, mając totalny rozpiździel nie tylko w kuchni, ale i w całym domu. Gdy tymczasem ja po kuchni chodziłam w szpilkach, zarzucając czupryną niczym Magda Gessler, a zrobienie 30 sztuk rzeczonych rogalików zajmowało mi 20 minut podczas których nie dość, że nie nasyfiłam nigdy, to jeszcze sobie pazury pomalowałam i przeleciałam ze dwie gazety.
Jakoś tak się stało, że pewnego dnia Maciek doceniając kunszt tamtejszego cukiernika, w ferworze drożdżówki popijanej "mieszanką herbacianą z receptury mojej babci" (taaa, ekspresowa z Biedry. Ot, siła sugestii) , rzekł:
-I obiecaj, że mi tak będziesz gotowała aż do śmierci..

I wtedy coś we mnie pękło. Nie wiem, czy spowodowane wizją mnie zmęczonej, ujebanej (a jakże!), ociekającej potem przy garach, która to przysłoniła wizję mnie na czerwonym dywanie puszczającej oko do Vin Diesela, ale w każdym razie postanowiłam wyznać mu prawdę słowami
-Kochanie, jeśli ja miałabym ci tak naprawdę gotować, to nawet się nie spodziewasz jak szybko nastąpiłaby ta śmierć.
A później mieliśmy długą i fascynującą rozmowę o tym, że ja z natury to antykulinarna jestem i to jest nie tylko światopogląd, ale też i religia dlatego nie możemy nic na to poradzić. Konstytucja zapewnia mi do tego prawo. Ja jej nie wymyśliłam.
No i jeszcze se pogadaliśmy o kłamstwie.
No i o tym, że cukiernik z cukierni zza rogiem to zdolny chłop, ale nawet umiejętność pieczenia dobrych ciast nie jest jakimś gwarantem szczęśliwego małżeństwa, bo żona puściła go kantem. Więc może mi odpuśćmy.
I że "no dobra, dobra, dla ciebie mogę się postarać"

Słowo się rzekło, kobyła u płotu.
Tak rozpoczęłam swoją przygodę z gotowaniem.
Jak zwykle improwizując.
Idyllę zburzył Maciek. A w zasadzie ja. Niepotrzebnie podsłuchiwałam, jak gada z kuzynem przez telefon...
-No właśnie okazało się, że niezupełnie gotuje jak moja matka, ale za to potrafi pić jak mój ojciec!
I nie to, żeby z tym piciem to nie była prawda. Choć oczywiście nie była. No bo same powiedzcie, czy to nie jest normalne, że jak Wam się w kuchni rozsypie sól, to jest to znak, aby poszukać tequili i przynieść cytrynę?! A później ręce same się trzęsą i sól rozsypuje się za każdym razem, gdy po nią sięgamy. A więc znowu- cytryna, tequila, itd. Też tak robicie, nie?
W każdym razie naprawdę mniejsza z tym piciem, ale powiedzieć, że gotuję gorzej od jego matki, to już był szczyt chamstwa zwyczajny!
Ja gotuję gorzej?!
Ja?!
A kto nawet głupich schaboszczaków nie potrafi dobrze wybrać?!
Jak położyłam na patelnię te zamrożone kotlety co nam dała (oczywiście uprzednio przyprawiając, głupia nie jestem) to się tego kuźwa, jeść nie dało. Z wierzchu usmażone, a w środku zimne i twarde.
Tfuuu!
A Maciek do mnie, jak do idiotki:
-Kochanie, one są zamrożone.
-No, na kość. -powiedziałam dobitnie, po czym dodałam z satysfakcją-Od twojej matki.

Dalej nasze dialogi stawały się coraz bardziej napięte i było mi niezręcznie jak sataniście o imieniu Bogusław.
-Kochanie, ta ryba jest surowa.
-A słyszałeś, kochanie, o czymś takim jak SUSZI?
-Z kostki? W panierce?

Albo
-Ten kurczak jest niedosmażony.
-Taaa. A surówka jest surowa i niestety lody na deser mamy tylko mrożone. Świeżych nie było.

To była jakaś tragedia.
Apogeum bezduszności i niewdzięczności z jego strony, razem wzięte.
To ja tu pierwszy raz w życiu zrobiłam szpagat przygotowując dla niego kisiel. Nabawiałam się oparzeń trzeciego stopnia robiąc dla niego sernik na zimno z opakowania, a on mi, że tę galaretkę, to trzeba było na wierzch.
A biszkopty na spód.
A nie wszystko wrzucić i zmiksować!
I że tak się nie da, że nie wszystko trzeba zawsze traktować mikserem. Jak spaghetti.
Wiecznie coś nie tak.
Miarka przebrała się we wrześniu, gdy papryka była najtańsza.
Ułańska fantazja doprowadziła go do pytania:
-A zrobiłabyś mi leczo?
-Leczo to lekarze- odparłam beznamiętnie. Odkręciłam zimną wodę, nalałam do garnka, wrzuciłam do niej mrożone pierogi i nastawiłam minutnik na 3 minuty. Bo tak, kuźwa, było napisane. GOTOWAĆ TRZY MINUTY. Co ja siedzę w tych pierogach, czy jak? Czy ja wyglądam jak Gordon Ramsey? No może z rana, zanim się wymaluję, ale nie o to chodzi.
Tak więc wrzuciłam, zaczęłam odmierzać czas i wróciłam do oglądania Klanu.
- To może bigos? -a ten tam walczył dalej
- Weź Stopperan- odparłam nie odrywając oczu od ekranu
-Dlaczego?-spytał
-Bo chyba cię posrało- powiedziałam nadal beznamiętnie wyciągając pierogi, a w duchu myśląc, że to jednak prawda, że gówno zapłacisz- gówno masz.  Kupiłam je w markecie w promocji. Twarde i niedobre jak cholera.

Któregoś dnia, gdy wracaliśmy do domu, niebo rozstąpiło się, usłyszeliśmy anielskie trąby i jasna poświata pojawiła się wokół nowego przybytku na dzielni,  z napisem "GARMAŻ".
Nawet sobie nie wyobrażacie, jak się ucieszyłam.
A jak się Maciek ucieszył! Łzy poleciały mu ze szczęścia normalnie. A on sam poleciał do robotników pytać, czy im nie pomóc, żeby szybciej remont skończyli.
I kto by pomyślał, że tak mu zależało na tym sklepie?! Przecież apetyt ostatnio mu i tak nie dopisywał. Schudł, mówił wiecznie, że nie jest głodny. Ale wiecie jak to jest- z facetem, jak z dzieckiem, które w domu ma rarytasy i kręci nosem, a w gościach to się pasztetową zażera.
No nie dogodzisz, normalnie.
Wraca taki buc z pracy i od progu
-Co na obiad?- a mina jakby się bał przy tym
-Ziemniaki z grzybami- kobieta subtelnie i eterycznie drze ryja, po czym pyta- Może być?
-No może, może- i widzisz jak na jego paszczy w miejsce strachu pojawia się uśmiech
-To dobrze, bo na ziemniakach od wczoraj pleśń się zrobiła, a szkoda wyrzucić
I o co później awantura? Bo ja nie wiem.

W każdym razie po pierwszej fali radości to mi się nawet trochę przykro zrobiło, bo ten garmaż powstał na etapie, gdy w kuchni zaczynałam się rozkręcać.
Gdy ja się pierwszych odmrożeń nabawiłam nie mogąc się zdecydować przy zamrażarkach co na kolację- pizza czy zapiekanki.
A na obiad to nawet własne dania wymyślałam- kurczak w sosie z wódki, kaczka w winie, jagnięcina w whisky, baranina w koniaku.
Rzecz jasna wszystko w wersji wegetariańskiej, bez mięsa.
I wiem, że mu to też pasowało, bo to był też jedyny etap w naszym związku, gdzie zostawałam codziennie obsypywana prezentami.
Książki mi kupował.
Kulinarne.
I zawsze, gdy stawiałam mu obiad na stole, z przepisu z którejś z tych książek, nazywał mnie "Czarodziejką".
W każdym razie otwierał na odpowiedniej stronie, patrzył na zdjęcie, później na talerz. Na zdjęcie. Na talerz. I znowu na zdjęcie. Po czym szeptał
- To, kurwa, muszą być jakieś czary.
Urocze, nie?

A dziś....dziś nie dość, że lubię gotować, to jeszcze robię zajebisty biszkopt, który z nieznanych mi przyczyn po kilkunastu minutach dziwnie się marszczy. Ponadto dbam, aby gotować zdrowo. Czytam etykiety i potrafię godzinami stać na dziale ze zdrową żywnością. I już naprawdę nie chodzi o to, że w moim markecie jest ten dział tuż obok działu ze słodyczami i po prostu gdzieś muszę zawsze przeczekać, aż sobie ludzie pójdą, żeby iść po batona. Czy tam dwa. Czy tam siedem.
Ostatnio słyszałam od jednej dziewczyny, że to właśnie jest mój słaby punkt diety. Radziła, żebym odstawiła słodycze, alkohol i majeranek, bo pobudza apetyt.
Właściwie to ta dziewczyna przyjaciółką moją kiedyś była, ale po takich radach to uważam, że nie można człowieka więcej nazwać przyjacielem.
W każdym razie dążę do tego, że jeśli któraś z Was jest na początku swojej drogi kulinarnej, to nie należy się zniechęcać tym, co się zastanie w mikrofalówce po wsadzeniu tam pomidorów i nastawieniu na największą moc w celu uzyskania sosu pomidorowego. Ani tym, co się zastanie po wsadzeniu jajka celem ugotowania go na miękko. A kajmak z sufitu może i ciężko schodzi zostawiając plamy, ale też uczy, że ugotowana puszka mleka skondensowanego przed otwarciem powinna ostygnąć.  
Ostatecznie, jak Wam nie wyjdzie, to pamiętajcie, że durszlak może służyć też w innych celach.....






echhhhhhhhhhh, no dobra, poniżej bardziej prawdziwe oblicze...




I na ryjoksiążkę zapraszam, kto tam jeszcze nie miał okazji zajrzeć PROFIL RYJOKSIĄŻKOWY-TU KLIKAĆ

Aaaaaa i jeszcze jedna prośba- w związku z moją planowaną w pierwszej połowie grudnia emigracją, czy moglibyście kochani emigranci tudzież znajomi emigrantów dać mi jakieś namiary na zaufane firmy zajmujące się przeprowadzkami z PL do UK, które bezpiecznie przewiozą całą moją biżuterię, oczywiście wysadzaną diamentami, mój diadem, wszystkie kreacje, w których występowałam w "Dynastii" oraz niezwykle cenny dla mnie autograf Krystyny Lubicz. A przede wszystkim przewiozą też Rycha i Psota. Bezpiecznie.

40 komentarzy:

  1. Paczpan, to jestesmy z jednej gliny ulepione! Ja tez bardziej nadaje sie do tego, zeby lezec, pachniec i robic dobre wrazenie, niz obracac sie po kuchni. Wrozka powiedziala mi dawno temu, ze stworzona jestem do lepszych celow niz prace domowe, wiec sie tego trzymam i nie odpuszcze az do smierci. Jeszcze mnie nie stac na pomoc domowa, ale mam silne postanowienie, ze sie kiedys jej dorobie. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie wróżka Cyganka powiedziała kiedyś, że będę miała dwóch synów i jak dam jej pierścionek i portfel potrzymać, to mi powie coś jeszcze. A że ja nieufna menda z natury jestem, to nie dałam. Pewnie by powiedziała, że synów będzie jednak trzech ;)

      Usuń
  2. Jesoooo, popłakałam się :)))))))))))))
    I tak mi się przypomniało, jak się wyprowadzałam na swoje, poszłam do mamusi, zadeptując jej panele w kuchni, zasiadłam z kartką i długopisem i rzuciłam "Mów!"
    Ale co? "Mów po kolei, jak się gotuje zupę! Ale absolutnie wszystko, po kolei i ile czasu! Jak do kretyna!"

    P.S. moja mamusia też ma pewne zboczenia na tle pedantycznym ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego się popłakałaś? Cebulę kroisz? Tajemnica w krojeniu cebuli, aby uniknąć łez tkwi w tym, żeby się nie angażować emocjonalnie;) To tak na przyszłość.

      Pedantyczna matka to przekleństwo. Ja musiałam m.in. mieć w szafce kolorystycznie ciuchy poukładane, a po każdym umyciu się wyszorować w łazience kafelki wokół wanny tak, aby się błyszczały;)

      Usuń
  3. No to Ja się mogę dopisać na trzecią - też bym tylko leżała , pachniała i czytała. A gotowanie ? zbieram przepisy takie żeby było prosto , smacznie i szybko. Żeby robić ale się nie narobić. A co do pedantyczności to jestem jak Twoja mama i żałuję że nie leżałam na podłodze - jakoś na to nie wpadłam. Z biegiem lat trochę się uspokoiłam i jak przychodzą do mnie córki to tylko rejestruję co bedę miała do sprzatania ale zaciskam zęby i nic nie mówię i się nawet uśmiecham :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że moja mama też mówi, że teraz to już jej się nie chce tak sprzątać. I ja się kurna nie dziwię. W końcu całe moje dzieciństwo widywałam ją głównie ze szmatą od podłogi i to koniecznie na kolanach, coby było dokładniej.

      Jak bywam w domu rodzinnym to się zawsze pytam, czy np. torebkę mogę na blat położyć. Słyszę "taaaaak, jaaaasne, kładź sobie gdzie chcesz", ale kątem oka zawsze widzę ten jej skurcz żołądka, więc i pod względem rejestrowania macie tak samo:))

      Usuń
  4. Swojego czasu byłam (jestem) mistrzem zakalca i jak do tej pory nikt mnie nie zdetronizował. Jak na moje nieszczęście teściowa to mistrz kulinarny do tego pedantka, synuś zamiłowanie do garów to chyba po niej ma i goni mnie trochę do gotowania. Był czas, że stawiałam opór to znaczy słodziłam mu jaki to on jest masterchef.
    Ale co tam, postanowiłam zrobić lasgne dla rodziny, ożesz jego mać, patrzę jak on to żuje i mówi: wiesz kochanie chyba plandeka od przyczepy jest bardziej miękka niż to danie. Wygrzebałam sobie trochę z dolnej warstwy ale nie byłam w stanie jeść, bo łzy mi ciekły po plecach, jak oni żuli tą plandekę. Twardzi i nie dali po sobie poznać, że aż taki antytalent kulinarny ze mnie.
    Takich przygód kulinarnych mam więcej. A pieczenie doprowadza mnie do białej gorączki, robię co mogę, ale rzeczywistość bywa naprawdę okrutna i dołująca. Dlatego jadę do mamusi na pyszne ciasto i kawusię :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To żółwik, bo moja pierwsza (a także druga i kilka kolejnych) lasagne była nie dość, że plandeką, to jeszcze ni wuja się nie trzymała kupy. Widzisz, jednak wielkie mózgi nie tylko myślą tak samo, ale i talenty mają całkiem podobne;)

      Usuń
  5. Nietypowa, wszystko z Toba w porzadku i przebiega wrecz pokazowo.
    Martha Stewart tylko dlatego musiala byc dobra w kuchni, ze byla do dupy w lozku.
    Mnie na kuchnie rzucilo dopiero po 50tce, a wczesniej po prostu siadalam na kaloryferze zeby kolejnemu mezowi obiad odgrzac:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stardust zawsze powie cos, ze smieje sie do compa :

      Ja zawsze lubilam gotowac, poczatki moze byly nienajsmaczniejsze, ale teraz z kuchni moglabym nie wychodzic. Gotowanie mnie odstresowuje :)

      Matka, nigdy nie przewozilam wiekszych rzeczy z Polski, wiec nie moge nikogo polecic. Mam kilka tutejszych polskojezycznych gazetek, duzo firm sie oglasza, jesli chceszmoge wyslac namiary mailem.
      Beata

      Usuń
    2. Stardust padlam:)))))))))Dorusia

      Usuń
    3. No ja do dziś pamiętam, jak babcia DiCaprio uczyła mnie robić drożdżówkę i równe sto razy uderzając ciasto powiedziała do mnie "pamiętaj Ania, przez żołądek do serca faceta". A że ja za gówniarza również miałam problem z utrzymaniem gęby na kłódkę, to równie filozoficznie jej odrzekłam "taaaa, babcia, bo dziadek to do Zochy sąsiadki na pewno na pierogi chodzi";)

      Usuń
  6. Ale się uśmiałam :) :), a tak na marginesie: zamrożone pierogi, kluski czy też świeże wrzuca się do gotującej się wody tzn. wrzącej. Wtedy są smaczniejsze no i lepiej ugotowane :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ba! 12 lat mi zajęło odkrycie tej tajemnicy, ale teraz to już wiem! A nawet potrafię zrobić swojskie. I od dobrych pięciu lat nadają się nie tylko do wybijania okien;))

      Usuń
  7. Tylko temu małemu łysemu oblicze się nie zmienia, ot typowy ze wszystkiego zadowolony :-) Namiary Ci dałam na fejsuniu, to jedyne sprawdzone poza Tanią Paczką ale ta do celów przeprowadzkowych się nie nadaje.
    Ja tam nawet i gotować lubię ale raczej tak jak Star, wszyscy wynocha na cały dzień z kuchni i zakaz wstępu a ja ze dwadzieścia dań w dwóch wielkich garach na zmianę. A potem do zamrażarki. A jak mrożonego potem nie chcom to niech nie jom, niech se idom do sklepu i kupiom. O!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha jak Wspanialy wyjechal na weekend do Wirginii to popelnilam 132 meatballs:))) i zupe grzybowa. oczywiscie jedno i drugie w kotle a potem pojemniki i mam z glowy.
      Tak naprawde to mam pol wolnostojacej zamrazarki pojemnikow z gotowcami, ktore sama przygotowalam. Moge nie gotowac cala zime i damy rade przezyc:))))
      Jest juz zupa grzybowa, barszczyk ukrainski, zupa ogorkowa, jarzynowa, sa meatballs, golabki, chili, gulasz wolowy, leczo... i kazdego po co najmniej 5 pojemnikow takich na dwie osoby jednorazowo.
      U mnie swieza jest tylko kawa i herbata reszta z zamrazalnika:))))

      Usuń
    2. Dzięki Iwonko za namiary.

      A odnośnie tego, co napisałyście to czuję się rozgrzeszona. Gotuję w podobnych ilościach, mrożę, a później do wyczerpania zapasów się opierdalam;)

      Usuń
    3. a ja mrożę to, co dostaje od mamusi :) widać poszłam krok dalej :)

      Usuń
  8. A ja mam taki cudny przepis na wątróbkę, że mąż już w drzwiach (po zapachu poznaje) zaprasza mnie na obiad w lokalu bez rezerwacji stolików. Chcecie? Mogę podać. A co. Każdemu miło iść na obiad przygotowany według receptury zawodowca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepis na wątróbkę? A to dziękuję, nie trzeba. Mój to samej wątróbki nie jada, już niezależnie jak przyrządzonej. Dzieci jedzą ze smakiem kotleciki z wątróbki właśnie, a dorosły chłop się brzydzi. No wstyd i hańba, normalnie. Ostatecznie jednak nie cisnę go bardzo. Ja za cholerę nie zjadłabym czerniny i flaków. Jak można w ogóle lubić flaki? Toż to wygląda jak brodawki jakieś i pachnie jeszcze gorzej...

      Usuń
  9. O Boze Makaronowy, to wy juz przyjezdzacie? A ja taka nieuczesana! :-) Co do przeprowadzek to nie wiem czy koszta sa warte dobytku albowiem takie firmy czesto kroja jak za zboze. Wiec czasem lepiej sprzedac I tutaj kupic nowe. Meble I sprzet sa tutaj raczej tanie.Ubrania itp to mozna w paczkach (taniej niz w walizkach samolotem, za te pieniazki to juz Twoj zwierzyniec moze leciec :-)) Moge polecic www.przesylarka.pl, tak wlasnie dobytek mojej rodziny jezdzi w te I z powrotem. No I dajcie znac jak juz bedziecie, koniecznie chce sprobowac tego biszkopta (obiad przywioze ze soba :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze się nie czesz. Masz na to na luzie 1,5 m-ca. Zapinamy formalności, kombinujemy jak ogarnąć ten majdan, koty muszą odbębnić swoją kwarantannę.
      Zaraz sobie zobaczę tę przesyłarkę. Dzięki za namiary.
      Biszkopt na pewno spróbujesz. I jak cztery godziny później nadal nic Ci nie będzie, to my też spróbujemy ;)))

      Usuń
  10. Nietypowa czy ty gotujesz razem z moim mezem?????Znaczy chodzi mi o ten watek z sola co to trzeba do tego cytryne I te inne przyprawy:)))Moj maz doprawia wszystko whisky,i wmawia mi ,ze bez tego ani rusz w kuchni:)))Trzymam kciuki za przeprowadzke.Dorusia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam nawet chleb na kanapki flambiruję, więc się zgadzam z Twoim mężem;) Dzięki Dorusiu za te pozytywne fluidy od Ciebie:***

      Usuń
    2. Nietypowa trzymam kciuki za was,i wiem ze bedzie dobrze:)))Dorusia

      Usuń
  11. to ja lepsza strategie obralam, wzielam meza zagranicznego i w tej zagranicy nic nie bylo takie samo i jak tu gotowac? no nie da sie! Wiec czekalam az maz wroci z pracy i mi pokaze jak sie robi obiad w Ameryce. ;) Raz nawet robil obiad niespodzianke -patrze na przepis: guempki, czyli golabki. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. spryciula! :)
      ja tam od razu wyznałam szczerze, ze mam inne zalety niż umiejętność gotowania :) przynajmniej nie moze powiedzieć, że go oszukałam - jak kiedyś szwagier rzucił sis - że przed ślubem była wersja demo, a potem jak po apgrejdzie ajfona na siódemkę - same problemy. No. Ja mojemu zawsze mogę rzucić: widziały gały co brały :)
      Do mikrofalówki nie wolno też, prócz jajek nigdy, przenigdy wkładać wątróbki. Koleżanka tak zrobiła. Potem rozważała kupno nowej mikrofalówki, bo to, co było w środku było tak odstręczające, ale niestety nie miała funduszy, więc musiała czyścić

      Usuń
    2. Lola, to mi przypomniało zasłyszaną niegdyś anegdotkę, jak synek przyszedł pochwalić się przed ojcem rysunkiem podpisanym "dinozałr". Tata pogłaskał syna po głowie, oznajmił ,że dzieło jest piękne , ale nie pisze się "dinozałr" tylko "dinozaur".
      Jakiż był dumny, że nauka nie poszła w las, gdy po kilkunastu latach odkrył na pulpicie swego nastoletniego syna folder o nazwie "goue baby".

      aLusia i popatrz, jednak prawda, że forum wspiera, radzi, uczy i wychowuje. Jak powyżej koleżanka Garkotłuk wspomniała o niezapomnianym przepisie na wątróbkę, to ja od razu sobie pomyślałam "ciekawe, czy by dało radę ją w mikrofalówce przyrządzić":)

      Usuń
    3. ta, jesteś dzięki mnie o mikrofalówkę do przodu :)

      Usuń
    4. (nie)typowa, podchwytliwy ten kawau. ;))

      a co do microfalowki to jak prawdziwa kura domowa dam wam zlota rade, wszystko mozna, nawet ziemniaki, ale wszystko przykrywa sie papierowym recznikiem. ;)

      Usuń
  12. hahhaha... widzę, że większość z nas miała podobne początki :D
    mój M na szczęście w tygodniu je obiady w stołówce w pracy, więc tylko w weekendy muszę się bawić w Masterchefa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak sobie na te weekendy Twój luby cateringu ze stołówki nie zamawia albo nie błaga szefa o dodatkowe godziny na weekend, to znaczy ,że jednak dajesz radę;)))

      Usuń
  13. Podpytałam Monikę z bloga - http://monikacookies85.blogspot.com/2014/10/blog-post.html , która mieszka w UK i podała mi :
    https://www.facebook.com/transquickpol.kurier
    https://www.facebook.com/speedetrans.ukpl
    kotki moga jechac z wlascicielem busem :)
    oczywiscie musza miec papiery

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Retro, tylko właśnie o to chodzi, że nie bardzo miałyby z kim jechać, bo ja się nieco boję takiej drogi z 15 miesięcznym Stiflerem. Już chyba najlepiej (czyt. najtaniej) będzie, jak Maciek po nie przyjedzie i zabierze przy okazji graty. Jednak dzięki raz jeszcze. Doceniam Twoje starania i chęć pomocy, wielka buźka:**

      Usuń
  14. A to trzeba było kochana Nietypowa tak jak ja znaleźć księcia w białym Seicento co umi gotować :-) dzięki temu ja swój talent kulinarny zostawiłam w świętym spokoju razem z tym od malowania, śpiewania i haftowania.
    EwaWW ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja to nieskromnie powiem, że dobrze maluję. Się. Potrafię się tak umalować, że jak kichnę, to dwie wioski dalej pylicy dostają. Śpiewać i haftować też potrafię, ale staram się jednak tyle nie pić;))

      Usuń
  15. a ja na lodówce mam magnez "lepiej całuję niż gotuję " i tego się trzymamy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak kupowałaś ten magnez to były takie z napisem " perfekcyjnie oglądam klan i nie wyjeżdżam malując paznokcie"??;)

      Usuń
  16. Mozesz tez wyslac bagaz ladowo w sensie ze ten kto jedzie busami z ludzmi to moze walizy zabrac. Tylko no trzeba poszukac. Ponoc na emito.net sa ofwrty przewozowo przeprowadzkowe. Mozesz poszukac i poporwnywac ceny.
    a do gotowania to ja mam na szybko. Kotlety sojowe kupuje i robie wg przepisu. Ziemniaki na pol do zaroodpornwgo folia cyk i do piekarnika na 1h jakos i z gloqy. Albo wsio do parowaru wrzucsm tzn miecho warzywa i moge pazurki malowac. Tsk samo z piekatnikiem zaroodporne folia i 1h czekania. Luz blus. Lata praktyki:D

    OdpowiedzUsuń
  17. Znamy, znamy. O święty garmażu i błogosławiona zamrażarko ;)! Pozdrawiam
    (i zapraszam "do siebie")

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...