piątek, 25 lipca 2014

Stało się...czyli wybiła trzydziestka

Zaczęło się niewinnie całkiem.
-Wszystkiego najlepszego- powiedział
I gdyby na tym poprzestał naprawdę byłoby ok.
Ale nieeee, skądże znowu. Musiał wszystko spieprzyć.

-Jesteś jak wino- dodał zatem
Zeszkliły mi się oczy.
Ja pierdolę, "jak wino"?!
Ledwie trzydziestka, a ten najchętniej już trzymałby mnie w piwniczce?!

No owszem, może to nie osiemnaście, może i skóra pod oczami zaczyna mi się robić jakaś dziwnie delikatna (jakich kremów pod oczy używacie?), ale żeby od razu tak brutalnie?!
Swoją drogą moja osiemnastka była podobna do osiemnastki Radia Maryja- większość uczestników miała problemy z pamięcią. No ale cóż, te czasy mam już dawno za sobą. To se ne vrati, te urodziny celebrowane hucznie aż do imienin. To właśnie po jednej z takich imprez, jak głosi legenda, psychiatrzy wymyślili pojęcie "ciągu alkoholowego"...
Jednak trzydzieści to nadal dopiero początek, do jasnej cholery! I to nic złego, że spędzane na działce.
Więc dlaczego raptem poczułam się, jakbym znalazła we własnej torebce zdjęcie Mojżesza z dedykacją?!

Zobaczył moją minę.
-Nie wiem co sobie pomyślałaś, głupolu, ale tak się mówi- rzekł- Im starsza, tym lepsza.
-Im starsza, tym lepsza?-wydukałam
-Nooo, jak można tego nie wiedzieć?-powiedział już całkiem pewnie i zaraz dodał -Proszę, prezent dla ciebie...
Wręczył mi mały, zgrabny pakunek.
-To nie jedyne co dla ciebie mam, ale myślę że od tego zaczniemy, na pewno się ucieszysz.
Rozdarłam papier drżącymi rękami. Moim oczom ukazało się małe pudełeczko.Gładkie w dotyku.
Odczytałam na głos
-Collagen +30. Kolagenowy krem na dzień, wypełniacz zmarszczek. Z biosferami kolagenu. Przywraca sprężystość skóry.
-Jest napisane-powiedział z dumą- że skuteczność potwierdza 74% kobiet! To na tę twoją skórę pod oczami, co się skarżyłaś, że coś musisz sobie kupić. I już nie musisz! Bo ze mną jak z dzieckiem, mówisz i masz!-zakończył z uśmiechem

I wiecie, tak sobie myślę...pamiętacie moje dyspozycje w sprawie śmierci , nie?
To ja chciałabym coś dopisać.
W razie gdybym przekręciła się przed moim mężem, to pragnę jeszcze mieć stypę. A na niej piniatę. Skoro to taki duży dzieciak powinien przecież coś z tego mieć.
Pragnę też, aby piniata wypełniona była osami.
Mnie się w końcu też coś od życia należy.

Tymczasem postanowiłam, że będę się zachowywała stosownie do wieku dopiero w 69 urodziny.
Wydoroślałam przecież już dawno, a stwierdziłam to wtedy, gdy zauważyłam, iż u dentysty bardziej boję się rachunku niż wiertarki.
A zresztą mój mąż ma obowiązek pamiętać kiedy są moje urodziny.
KIEDY, a nie które.

I przypomnijcie mi, żebym w przyszłym roku nie mówiła, że brakuje mi szalika. Bo będę tak chodzić od 31 urodzin. A tak, to się jeszcze kilka lata dłużej przebujam, zanim mi natura taki sprezentuje....





piątek, 18 lipca 2014

co umie Stifler....czyli jak zostałam drugą Montessori

Dziecko mi się postarzało o cały rok w zeszły czwartek.
Rozczuliło mnie to ogromnie, bo taki duży już jest, taki zabawny, takie włoski długie już ma. Wszystkie trzy. Z tyłu głowy głównie.
Obserwuję Stiflera jak siedzi co dzień w piaskownicy, macha patykiem, zabiera innym dzieciom samochodziki i stale doprasza się Flipsów....chyba jednak zostanie gliniarzem w drogówce.
Albo komornikiem, w końcu co zobaczy to zaraz chce mieć. Choć z drugiej strony w sklepach usilnie próbuje naciągać nas na książki, nie na przetwory więc może jest jeszcze nadzieja.
Jest taki uroczy. Jak tak na niego patrzę to chciałabym go schrupać.
A gdy budzi się nadal w nocy na porcję mleka to nawet czasem żałuję, że nie mogę tego zrobić.

W każdym razie nie wiadomo kiedy to minęło. Dopiero co przyniosłam małe,


pogodne


zawiniątko ze szpitala, a dziś ta sama istota siedziała 15 minut temu przede mną i z uporem maniaka powtarzała dobre pół godziny "kot" pokazując na kota, który nie wie wprawdzie o co chodzi, ale nie ufa Młodemu profilaktycznie Choć w zasadzie się kumplują. A jeszcze bardziej w zasadzie to żyją w pełnej symbiozie. Gdzie Stifler tam i Rychu. I odwrotnie.

Zaczyna się od piątej. Wtedy obaj ze Stiflerem pijemy cappuccino. Ja bez mleka, on bez kawy. Dalej to od kilku dni dziecię me zależnie od tego czy postanowię się jeszcze przy nim położyć albo zasypia, albo wstaje. Konkretnie, to gdy kładę go do mojego łóżka, półprzytomna głaskam po główce i szepczę błagalnym tonem żeby zasnął- wstaje. Natomiast gdy ja stwierdzam, że się wybudziłam i na pewno już nie zasnę, wstaję i odwracam się do szafy, aby wziąć czyste ciuchy dla niego- idzie spać. Gdy się budzi od razu zasuwa do drzwi i żąda wpuszczenia Rycha do pokoju. Woła: "kot,kot, kot, kot, kot", po czym patrzy mi twardo w oczy jakby sprawdzał czy jestem świadoma, że takie "coś" mamy. Później obaj jedzą śniadanie. Stifler siedzi na swoim krzesełku, Rychu tuż pod nim. Od kiedy Stifler próbuje jeść samodzielnie odnoszę wrażenie, że Rychu najada się bardziej. Około 9 jest obowiązkowe wyczesywanie i robienie "cacy cacy", które to może robić tylko dziecko. Raz się rozpędziłam i też chciałam Rychowi cacy cacy zrobić.... ale w sumie nie ma co do tego wracać. Nie chowam urazy, a i blizny prawie nie widać.
Około tej godziny ostatnio wstaje też Maciek. Pierwsze moje słowa do męża zazwyczaj brzmią:
-Pamiętaj, że prawdziwy dżentelmen kota zawsze nazwie kotem, choćby się o niego potknął i upadł.
Czasem pomaga.
A czasem Maciek odpowiada mi, że nie jest prawdziwym dżentelmenem, bo do dziś nie wie, w której ręce trzyma się widelec, jak się w lewej trzyma kotlet.

Największy szał zaczyna się wtedy, gdy w domu jest karton. Jako kociara powiem Wam, że niezależnie jak wypasione Wasz kot miałby legowisko i tak będzie wolał spać w kartonie. Stifler także. Może to dobrze? W końcu tektura musi mieć jakieś ważne mikroelementy w sobie. Inaczej by jej chyba nie jedli....

W domu moje najmłodsze dziecko w każdym razie można spotkać, od kiedy się w nim pojawił, zawsze w towarzystwie Rycha


Drugim najlepszym towarzyszem zabaw od samego początku jest Szara Eminencja.
Jest też autorem covera "Kołysanki dla nieznajomej". Wersja jest dość znacznie zmieniona, bo nie przypominam sobie, aby w oryginalne było:

....Kocham cię nieprzytomnie
    jak suchy pampers siusie,
   bo jesteś mym dzidziusiem...


Ostatnio nawet spytałam Szarego w czym tkwi jego tajemnica sukcesu i dlaczego Stifler widząc go aż piszczy z radości. 
-Żeby lubił Cie bobas musisz myśleć jak bobas- odparł filozoficznie, po czym wsadził sobie Flipsa do buzi i razem poraczkowali w stronę kuchni.

Chrupki kukurydziane, Stifler i Szary to u nas w ogóle dość kontrowersyjny temat i przeglądając zdjęcia w aparacie czasem można się nieco zdziwić.



Nie powiem, don Juan również orze jak może biorąc czynny udział w edukacji młodszego brata


 



 Ooo, a jak już tak w temacie edukacji jesteśmy, to muszę się Wam pochwalić, że już w 8 miesiącu życia Stiflera pediatra stwierdziła, że jest on rozwinięty jak roczny dzieciak. 
W 10 miesiącu zaś, na wizycie kontrolnej, rozpływała się na dobre w zachwytach.

A zaczęło się od niewinnego polecenia skierowanego do mnie "to proszę wymienić co dziecko umie".
No więc zaczęłam wyliczać:
  • stawia pierwsze niepewne kroczki 
  • potrafi samodzielnie zjeść coś o niezbyt wymagającej konsystencji (zdecydowałam ,że to brzmi lepiej niż "zażera się parówkami")
  • potrafi naśladować odgłosy zwierząt: pieska (po czym rozległo się głośne "hau"), kotka ("miau" rzecz jasna), myszki (poskrobał w przewijak łapką), krowy ("muuuu"), udaje rybkę (Stifler pocmokał bezgłośnie robiąc dziubek lepszy niż niejeden lachon), no i pracujemy nad koniem, żabą i królikiem, bo na razie wyglądają tak samo, po czym wskazałam na podskakującego na siedząco Stiflera
  • naśladuje odgłos samochodu (nie wiem jak się zapisuje dźwięk, jaki wydaje odpalany silnik, takie "yynynynynyyyy"), ryczącego lwa ("agrrrrrr")
  • robi "halo halo" (tu Stifler demonstracyjnie przyłożył rękę do potylicy udając, że odbiera telefon. Spoko, kiedyś mu powiemy, że tak za dużo nie usłyszy)
  • robi "pa pa" (tak, tak, pomachał)
  • robi "o jejku jejku" (Stifler złapał się za głowę i zaczął nią kiwać na prawo i lewo, jak ja gdy czuję się jak moja kawa- słaba i zimna, a do wieczora zostało jeszcze jakieś 14 godzin)
  • pokazuje głową "nie" (co wyszło tuż przed daniem w długą, gdy jedna z cioć zaszczebiotała wyciągając w jego stronę ręce "przyjdziesz do cioci?") 
  • mówi "mama", "tata", "baba"
  • w książeczkach pokazuje kilka zwierząt, gdy się wymieni ich nazwy 
  • gdy słyszy "spacer" ustawia się przed wyjściowymi drzwiami i jak się w przeciągu pięciu sekund z nim nie wyjdzie to ryczy.  Ogólnie też rozumie to, co się do niego mówi i w większości wykonuje polecenia. No może poza "błagam, śpij wreszcie", "jest trzecia w nocy, mógłbyś sobie sam zrobić mleko?" i takie tam inne
  • żeby nie było tak kolorowo nadal odmawia korzystania z sortera. Odkąd zrozumiał, że nie da rady połknąć żadnego klocka na dobre stracił zainteresowanie
- No brawo, pięknie!- wykrzyknęła pani doktor szczerze rozentuzjazmowana, po czym dodała- Musi pani przyznać, że z trzecim dzieckiem idzie wszystko znacznie szybciej i łatwiej, jak już człowiek ma wypracowane metody i wie jak najskuteczniej dziecko uczyć.
- Coś w tym jest- odparłam, zastanawiając się równocześnie czy powiedzieć jej o tym, że Szary z don Juanem mogą po pół godziny grać w weekend dłużej na kompie za każdym razem jak go czegoś nauczą....

Ma się ten łeb, co?!
Normalnie taka ze mnie Montessori wielodzietnych.

I jeszcze wrzucę Wam kawałek filmiku, jakość kiepska, ale i tak liczy się jako dowód na to, że Stifler jak najbardziej wpasował się w rodzinę;)


A na koniec kilka aktualnych fotek z wiejskiej rezydencji i nie tylko...

niedziela, 13 lipca 2014

gwiazda...czyli moje powołanie

Gdy byłam dzieckiem miałam silne przekonanie, że zostanę gwiazdą. Artystką znaną, znaczy się.  Miałam szczwany plan, w którym detronizowałam Madonnę i zajmowałam jej miejsce, gdyż jak mówi lokalna skandalistka "królowa jest tylko jedna".
Matka natomiast, być może po tym gdy przysłuchała się jak śpiewam, stwierdziła, że trzeba ukierunkować moją karierę w zupełnie inną stronę. Miałam na początku uzyskać tytuł Miss Polonia. I nie to żebym specjalnie urodziwa była, po prostu mieliśmy Fiata 125p, a za wszelką cenę chcieliśmy mieć Toyotę.
Osobiście nieszczególnie widziałam się w roli "misski" choć przyznam ,że o koronie myślałam wielokrotnie. Ze względu na niesamowitą awersję do sprzątania doszłam do wniosku, że musiałam mieć kiedyś służbę, która to za mnie robiła. I stąd prostą linią do faktu, że muszę być co najmniej księżną jakąś, jak nie królową. Zapewne tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że urodziłam się w Malborku nie na zamku tylko w zwykłym szarym bloku, na ulicy Reymonta. I tak rok rocznie, w dniu moich urodzin, staję przed moimi domniemanymi adopcyjnymi rodzicami i stwierdzam, że jestem już gotowa i mogą mi powiedzieć skąd naprawdę pochodzę, bo ja to właściwie od dawna wiem.
Za kilka dni kończę trzydziestkę, może tym razem się uda.

Niewątpliwym atrybutem gwiazdy są zarobki. A ja od dawna szukam już sposobu, aby stać się bogatszą od Billa Gates`a. Oczywiście, jak powszechnie wiadomo pieniądze szczęścia nie dają. Ale za pieniądze można kupić nowe sukienki i wtedy już się jest bardzo blisko szczęścia przynajmniej. Zwłaszcza jak się ma w szafie jedynie zjawisko o nazwie "niemamconasiebiewłożyć".
Wróćmy do sposobów wzbogacenia się. Próbowałam już chyba wszystkiego.
Chciałam się wzbogacić na szyciu. Wymyśliłam burki na Multiplę. Niestety pomysł się nie przyjął, ale za to obrazili się na mnie jedni znajomi.
Chciałam być szefową kuchni w jakiejś prestiżowej restauracji. Uważam, że mam do tego wszelkie predyspozycje, pół mojego życia kręci się wokół żarcia.
Jestem jak karaluch- można mnie znaleźć nocą w kuchni.
Koniec końców okazało się jednak, że w Union Street Cafe nie potrzebują nikogo, kto gotuje mistrzowską grochówkę.
W sumie to ich strata, widać nie potrafią docenić tego, co dobre. Każdy normalny człowiek wie, że grochówka to najlepsza zupa. W brzuchu syto, w spodniach ciepło. Czego chcieć więcej?

O tym jak jedna małpa położyła mi karierę w Victoria`s Secret już Wam pisałam (tutaj) więc nie będę się powtarzać.
A ostatnio z kolei  przeszła mi tuż koło nosa kariera naukowa.
Wyobraźcie sobie, że zaczepił mnie chłopak z jakimiś ulotkami w ręce. Pyta się czy mam minutkę, bo chodzi o lekarstwo na raka. I ja, głupie cielę, zamiast chociaż spróbować od razu wypalantowałam "niestety obawiam się, że we dwoje za dużo nie wymyślimy".
Jak przyszłam do domu myślałam, że się własną pięścią zabiję.
I wtedy zdarzył się cud.
Usłyszałam z pokoju jak siedzący przed telewizorem don Juan mówi do Maćka:
-Patrz tato, jaka brzydka małpa!
-noooooo...ooooo właśnie, kochaaaaanieeeee, mogłabyś mi zrobić kawę?

No nie powiem, nieco to podkopało moją wiarę w siebie, ale równocześnie było zalążkiem nowego pomysłu, gdy dziś rano dodatkowo stwierdziłam nawet, że mam urodę gwiazdy. Tyle dziewczyn chciało kiedyś wyglądać jak Britney Spears. A ja w końcu się doczekałam!
Tak więc film nakręcę, koniecznie z rana. Będę tam grać i śpiewać.
Remake to będzie, bo teraz ten gatunek jest modny. Mam już tytuł:
 "Koszmar w mini nago lata"
I to dopiero będzie, kuźwa, horror. Normalnie czuję, że Hitchcock wstanie z grobu żeby bić mi brawo.



źródło zdjęcia TU

środa, 9 lipca 2014

donos z linii frontu....czyli żaby, plony i plany

Chaszcze przycięte, pomysł przenoszenia mrowisk, który miał Szary- wybity z głowy. Przyszła pora na zajęcie się rezydencją.
No więc Maciek się zajmuje.
Dzieci zajmują się tresurą pierwotnego właściciela działki jak mniemam, żaby Stefana, która przełożona przez płot wraca niczym bumerang.
A ja się bumerangów boję. Od kiedy w dzieciństwie rzuciłam jeden i poleciał nie wiadomo gdzie- żyję w ciągłym strachu.
Nieistotne.
W każdym razie kazałam wynieść Stefana dostatecznie daleko od płotu z wredną nadzieją, że się zgubi. Wyraziłam też opinię, że moja mama nie lubi żab, bo się ich brzydzi, a przecież wiadomo, że mamę będę chciała w końcu zaprosić. I wtedy właśnie milczący dotąd Maciek postanowił nagle ni z tego, ni z owego wesprzeć chłopców i nawet stwierdził, że hodowla jednej żaby jest nieludzka. Bo "tam , taaaaaam gdzieś na pewno Stefan ma rodzinę, która za nim tęskni".
W rezultacie zostałam przegłosowana, Stefan został, a don Juan z Szarym znoszą domniemanych krewnych z całej okolicy.


Mam jeszcze nadzieję, że zgodnie z moją sugestią postanowią zrobić karmnik, budkę lęgową i fascynacja żabami im przejdzie.
Co do tej ostatniej musi być wyjątkowo wysoko, ze względu na Stiflera. Bo pozostała dwójka zna bajkę o jednookiej Kasi, która nie chce już więcej wiedzieć kto mieszka w budce dla ptaków... Tak samo jak wiedzą, że zimą, zanim zaczną łapać płatki śniegu na język należy upewnić się, że wszystkie możliwe gatunki odleciały już do ciepłych krajów.
Niemniej to wyjątkowo fascynujące stworzenia.
Jedna jaskółka wiosny nie czyni, za to jeden bocian już tak. Niech mi więc nikt nie wmawia, że rozmiar ptaka nie ma znaczenia.

Poza tym ziemia na dobre obrodziła.
Oto plony:

jabłka


wiśnie


agrest (coś z nim kiepsko, bo ma w cholerę pleśni i jeszcze nie doczytałam czy da się coś z tym zrobić)


orzech


porzeczka


no i majeranek



Muszę przyznać, że porządkowanie tej działki sprawia mi niespodziewanie dużo frajdy. Nie dziwię się ludziom, że siedzą sobie na emeryturze i dłubią w ziemi. Też potrafię sobie w ten sposób swoją starość wizualizować



Fakt faktem, że to niesamowity pochłaniacz czasu. Pół dnia zajmuje mi użalanie się, że trawnik (że tak "to" skomplementuję) nie jest emo i sam się nie tnie, bo odrasta w tempie zastraszającym. To znaczy tak konkretnie to chwasty odrastają. I ku mojej i dzieci uciesze- poziomki również. 
Dużo czasu zajmuje mi też planowanie części uprawnej. 
A jestem w swoim żywiole, bo musicie wiedzieć, że pisze te słowa nawrócona wegetarianka. 
Nawrócona, bo stosunkowo do niedawna sądziłam, że słowo "wegetarianin" pochodzi z jednego z narzeczy indiańskich i oznacza "za głupi, aby polować". Zmieniłam zdanie od kiedy wykluczenie mięsa spowodowało znaczną poprawę mojego poposiłkowego samopoczucia. 
Żadnego uczucia ciężkości, żadnych wzdęć mimo że jem dość szybko, bo wiadomo- obiad więdnie. 

Maciek z kolei jest typowym mięsożercą. Takim, przy którym przeciętna świnia zaczyna gonić koty i szczekać na obcych.Nie lubi wegetarianizmu, bo twierdzi, że jest to wyjadanie żarcia jego żarciu. 
Zero zrozumienia, zero wsparcia, a jeszcze pretensje, że za dużo miejsca chcę poświęcić na hodowlę pomidorów. A ja uwielbiam sok pomidorowy. To podstawowe źródło witamin i mikroelementów w mojej wódce diecie.
Żadne argumenty na niego nie działają. Nawet nie przemawia ten, który zazwyczaj działa najbardziej, że mając swoje owoce i warzywa zaoszczędzimy pieniądze. Wypomniałam mu nawet niedawno podsłuchaną rozmowę z kolegą, a leciała mniej więcej tak: "Pojechałem wczoraj z żoną do centrum handlowego. Ja wziąłem tylko piwo, ale moja żona... Kurde! Człowieku, ile ona pierdół nakupowała! Jakieś mleko! Jakieś jajka! Chleb, pomidory, rzodkiewki, ziemniaki, masło, makaron... Normalnie z torbami mnie puści ta lafirynda..."  
Nie chce mi pomagać, mimo że ma znacznie większą wiedzę, bo jego rodzice mieli niegdyś swój ogródek działkowy. Sam Maciek twierdzi natomiast, że od zawsze pasjonował się archeologią tylko jego ojciec nazywał to wykopkami ziemniaków.
Teraz, gdy poprosiłam go o radę jedyne co miał do powiedzenia to żebym sobie kupiła strusia i straszyła go co 20 centymetrów, bo to ponoć bardzo ułatwia sadzenie. No i tak od słowa do słowa, aż w końcu ja z kolei powiedziałam, że jest niedojrzały i fajnie by było żeby w końcu dorósł.
Trochę żałuję, bo zgadnijcie kto teraz nie będzie miał wstępu do jego domku na drzewie...

Poza tym wszystko gra i wszyscy szczęśliwi




P.S. Czy tylko ja mam dość mundialu?

Gdybym chciała całymi dniami oglądać facetów, którzy nie mają normalnej pracy, pół życia spędzają na siłowni i stale paradują w dresach, to bym sobie pojechała do Nowego Portu, czy na jakąś inną Orunię....

sobota, 5 lipca 2014

obrona życia, którego nie chcą nawet pokazać w telewizji (drastyczne zdjęcia, nie dla wrażliwych)

Podchodziłam do tej notki jakieś milion pięćset razy.
Każdorazowo kasowałam całość w momencie, gdy orientowałam się, że jedyne słowa cenzuralne jakich użyłam to spójniki i rzeczowniki własne. A ja zazwyczaj nie przeklinam, jak wiecie;)
O Chazanie będzie, o aborcji, etyce, moralności i miłości więc tych wszystkich, którzy mają tematu powyżej uszu już teraz ostrzegam, żeby na tym zdaniu czytanie poprzestali.

Nie jetem zwolenniczką aborcji.
Przeciwniczką też nie.
Uważam, że polskie prawo dobrze reguluje tę kwestię i mimo całego uwielbienia dzieci, całej mojej ogromnej miłości, nie śmiem podważać słuszności dokonywania aborcji np. po gwałcie, z bardzo prostej przyczyny- nigdy nie byłam zgwałcona.
Z tej samej przyczyny nie śmiałabym kwestionować słuszności dokonywania aborcji w przypadku ciężkich wad genetycznych.
Jestem matką trzech zdrowych chłopców. Nie mam zielonego pojęcia jak to jest wychowywać dziecko niepełnosprawne, drżeć o jego przyszłość, gdy mnie zabraknie, gdy stracę pracę i nie będzie mnie stać na zaspokojenie jego podstawowych potrzeb, zwłaszcza w tym kraju.
Nie wyobrażam sobie napisać, że jednak wiem, bo znam osoby niepełnosprawne, ich rodziców. Bo mam wyobraźnię. Bo czytam. Słucham. Oglądam.
Znać, czytać, słyszeć, widzieć to nie to samo, co doświadczyć. A zwłaszcza doświadczać każdego dnia, do końca życia. Swojego bądź dziecka.
O aspekcie aborcji w wyniku zagrożenia zdrowia lub życia matki nawet nie wspomnę.

Aborcja jest zawsze ogromną tragedią. No może są małe wyjątki, bo osobiście znałam "kobietę", która żrąc z uśmiechem pigułki  wczesnoporonne, klepała się z po zaokrąglonym brzuchu mówiąc "no terminator, wypadaj już w końcu, idzie lato i nie zamierzam być gruba"
Słowo "kobieta" nie przypadkowo w tym wypadku jest w cudzysłowie.
Dla mnie to szmata zwykła. Nikt więcej.
Niestety patologie zdarzają się w przyrodzie wszędzie.

Nie podchodzę do aborcji też czysto medycznie. Nie jestem w stanie wyłącznie kierując się rozumem rozstrzygnąć, czy o dziecku mówimy już w chwili poczęcia, około 5 tygodnia ciąży, gdy wyodrębnia się głowa, około 6 tygodnia, gdy zaczyna bić małe serducho, czy może dopiero, gdy w drugim trymestrze wykształcą się wszystkie narządy.
Mój rozum kompatybilny jest w tym wypadku z sercem. Dla mnie o dziecku mówimy od chwili poczęcia, mimo że z naukowego punktu widzenia ten zlepek komórek nie ma za wiele z dzieckiem wspólnego.
Moja opinia bazuje na emocjach, jakie wywoływały we mnie ciąże. Pozytywnych emocjach. Na szczęście.
Dla mnie.
Według mnie.
Moim zdaniem.
Nic więcej.

Nie jestem też w stanie oglądać filmów i zdjęć obrazujących efekt terminacji ciąży. Za każdym razem, gdy się na taki obraz natknę lecą mi mimowolnie łzy. Tak samo, jak wtedy, gdy widzę martwe ciała ofiar wojen, chorób, klęsk żywiołowych, czy innych tragedii.
Z tyłu głowy mam zawsze myśl, że podczas ogromnej tragedii ofiar jest więcej, niż tylko te, które poniosły śmierć.
Za każdą wykonaną zgodnie z prawem aborcją stoi matka, często ojciec, czasem babcia, czy dziadek lub inny członek rodziny, który przeżywa swój dramat. O ich dramacie się nie mówi. To, co czują jest nieważne.

Jestem w stanie zrozumieć pojęcie "mniejszego zła". I rozumiem też, że ocena kiedy należy co wybrać nie do mnie należy.
Nie śmiem więc oceniać ani publicznie, ani w domowym zaciszu. Nie śmiem mówić, że wiem, gdy tak naprawdę nie wiem. I nieodmiennie dziwię się, że ludzka pycha sięga tak daleko, że są tacy, którzy nie mają z tym problemu.
A niestety jak to w życiu bywa-  jednostki najgłupsze krzyczą najgłośniej.
Dlatego jest mi niesamowicie wstyd za rodaków i jeszcze bardziej jest mi przykro, że kobieta, która doświadczyła takiego koszmaru jak poród dziecka z tak ciężkimi wadami genetycznymi,  które opisuje tutaj prof. Dębski. może dodatkowo trafić na takie coś:
http://niezalezna.pl/57039-podpisz-list-w-obronie-prof-chazana-jest-juz-ponad-50-tysiecy-podpisow
http://wpolityce.pl/polityka/200411-w-atakach-na-prof-chazana-znanego-obroncy-zycia-odradza-sie-w-polsce-moralnosc-szmalcownikow
https://www.facebook.com/pages/Poparcie-dla-prof-Bogdana-Chazana/499087906888289?fref=ts
http://www.prawy.pl/wiara/6248-prof-b-chazan-wraz-sympatykami-prawy-pl-i-pisma-moja-rodzina-w-sobote-na-jasnej-gorze
http://glosrydzyka.blox.pl/2014/06/Media-o-Rydzyka-bronia-prof-Chazana-Nie-mamy.html

Czytałam to wszystko i jeszcze wieleee, naprawdę wiele innych artykułów pragnąc doszukać się w nich tego, co deklarowane: obrony życia, etyki, a przede wszystkim miłości.
Nic z tych rzeczy nie znalazłam.

Tak wygląda poprzeczny rozszczep twarzy (dziecko, o którym mówimy ma "rozszczep całej twarzy" według słów profesora Dębskiego)


tak wygląda brak pokrywy czaszki



Szukać zdjęć dziecka ze "zwisającą gałką oczną" i bez "mózgu w środku", czy starczy?
Wyobraźnia wszystkim obrońcom "pro-life" podpowie jak wygląda kumulacja tych wad, czy jednak szukać dalej?
I proszę się przyjrzeć zdjęciu powyżej.
Proszę poczytać na temat tego, co takiego dziecko odczuwa.
Jak wygląda doba z życia tak chorego dziecka.
Proszę się jeszcze raz przyjrzeć.
Proszę spróbować to sobie wyobrazić.
SPRÓBOWAĆ chociaż.
I zanim komukolwiek przyjdzie do głowy się odezwać, proszę się dobrze przygotować do rozmowy ze mną pod kątem naukowo-medycznym, bo opinia osób fikcyjnych typu bóg, czy tam Jezus mnie nie interesuje. W końcu ja też nie wychodzę do nikogo z argumentami, co mój kot sądzi o stwardnieniu rozsianym.
A mój kot przynajmniej istnieje.
Ale my tu nie o wierze, bo ja z natury nikomu nie odmawiam prawa do wierzenia choćby w taboret.
Ja się po prostu kurewsko dziwię jak w imię taboretu, kota, czy Jezusa, można skazywać kogoś na cierpienie? I jak można mówić przy tym o miłości? O etyce? O humanitaryzmie?
Jak można mówić, że cierpienie uszlachetnia?
Takie bzdury może pierdolić tylko osoba, która się naczytała Harlequinów, a nie widziała jak ktoś (za przeproszeniem) zesrał się z bólu.
Dosłownie.
Zesrał się.
Takie farmazony pieprzą osoby, które w filmach oglądają, jak umierający odchodzą z uśmiechem na ustach, spokojnie, do "lepszego świata", w otoczeniu bliskich, we własnym domu, na własnym łóżku. A nie, jak to często gęsto bywa w hospicjum, gdy bliscy nie dają sobie rady z ciągłymi krwotokami, wyjąc z bólu i ze strachu. Do ostatnich chwil walcząc.

O wy, obrońcy Chazana, jesteście tacy, kurwa, żałośni.
Tak wielu z Was zadeklarowało chęć adopcji duchowej (http://www.duchowa-adopcja.pl/) tego dziecięcia, a żadne z was, zakłamane gnoje, nie zadeklarowało chęci adopcji formalno- prawnej.
Typowe dla waszej wybiórczej katolickiej miłości, zakłamanego sumienia,  dla waszego pojebanego pojęcia miłosierdzia.
Czyż nie tak samo postępowała wasza mentorka, zwana Matką Teresą z Kalkuty?
Czyż to nie ona dostrzegała piękno w cierpieniu?
Cierpieniu innych, obcych, zależnych od jej widzimisię. Bo sama zdaje się, że umierała otoczona profesjonalną opieką w zakładzie opieki paliatywnej.

Wybaczcie Czytelnicy mój język, ale nie mam zamiaru "nazywać szamba perfumerią".

Wątpię też, żeby kiedykolwiek taka osobistość jak profesor Dębski zajrzała na tego bloga, ale pragnę Mu z całego serca, z tego miejsca, podziękować.
Ma Pan ogromną odwagę cywilną bronić w tym ciemnogrodzie nas, kobiet.
Jest Pan niesamowicie światłym, inteligentnym i empatycznym Człowiekiem.
Przywraca mi Pan wiarę w ludzi.
Przywraca mi Pan wiarę w lekarzy. Ludzkich lekarzy, prawdziwych lekarzy, a nie ogłupionych fanatyzmem szamanów, którzy powinni mieć dożywotnio odebrane prawa do wykonywania zawodu.







 


czwartek, 3 lipca 2014

trawa. historia jednej działki

Wszystkie zalety mieszkania w mieście najbardziej widoczne, a przede wszystkim najbardziej doceniane są zimą. Gdy przychodzi zaś lato i jedyne odgłosy natury, dzięki kratce wentylacyjnej, słyszymy z łazienki sąsiadów rok rocznie tęsknimy za ciszą, spokojem i bliskością przyrody.
Nie mamy nawet gdzie uprawiać narodowego sportu Polaków- grillowania. To znaczy właściwie mamy gdzie, ale mój przewrażliwiony mąż ciągle narzeka, że mu ręce drętwieją, gdy trzyma tego grilla za oknem.
Ale co zrobić, balkonu/tarasu brak.

Niedawno dojrzeliśmy do genialnego pomysłu, aby zakupić działkę w ROD.  A że los trzeci raz w przeciągu dwóch lat przyciągnął nas w to samo miejsce, stwierdziliśmy, że to musi być przeznaczenie i bardziej wymownie byłoby tylko wtedy, gdyby na tamtejsze ogródki działkowe spadł meteoryt i dostalibyśmy odłamkiem płotu w czoło.
Na wszelki wypadek postanowiliśmy więc nie kusić losu i po tym jak sam prezes zarządzający włościami zderzył się z nami w bramie i z głupia frant zapytał "nie są państwo przypadkiem zainteresowani zakupem działki? Mam taką jedną w bardzo okazyjnej cenie", wydzierżawiliśmy dożywotnio ok. 500m2 ziemi, w małej wsi, niedaleko lasu i w pobliżu dwóch jezior.

Sama działka jest piękna. Kwiaty, drzewa owocowe, krzaki agrestu, maliny, poziomki i cudna altana.
A zresztą wkleję Wam zdjęcie:


Jeśli macie problem z dostrzeżeniem tej wyjątkowej urody zamknijcie po prostu oczy.
Mnie to pomaga.

W każdym razie do przedwczoraj trawa była wyższa od Stiflera. Altanka to obraz nędzy i rozpaczy, a sama działka zwiastuje rychłe dostanie pierdolca tyle tylko, że jeszcze nie wiemy, które z nas dostanie go jako pierwsze.
Prawdą natomiast jest to, że mamy na niej liczne rośliny.
Bliżej niezidentyfikowane, bo każdy z nas ma swoją teorię na ich temat. Jesteśmy zgodni co do trzech jabłoni, prawdopodobnie tylko dlatego, że są na nich jabłka. W trawie cudem znaleźliśmy poziomki, niedaleko od poziomek rosną dzikie maliny, no i kilka krzaków niedojrzałego jeszcze agrestu plus jeden krzak na wpół zdechłej czarnej porzeczki. No i wiśnie, sztuk dwie (młodych drzewek, nie owoców na szczęście. Tych jest z  kolei aż ze cztery). I to by było z naszej bujnej botanicznej wiedzy na tyle.

Stałam tak sobie z Maćkiem na środku...hmmmm...posiadłości i zastanawialiśmy się od czego się zabrać do roboty. Szary latał jak wściekły z prawa na lewo, Stifler gnębił żuka, a don Juan posilał się groszkiem,  jak twierdził.
-To nie jest groszek. To fasola- powiedział Maciek z miną eksperta- Fasola jest włochata, a to ma włoski.
-To łubin i tego się nie je. To taki kwiat- dobiegł nas zza płotu głos sympatycznej pani, która ze wszystkich sił starała się nie śmiać
-Oczywiście, że to łubin- przytaknęłam
-Zapamiętać- tak wygląda łubin-pomyślałam sobie i mi zdecydowanie ulżyło, bo zostały już tylko 283 gatunki roślin do odgadnięcia. 

Dalej to Szary nadal biegał w tę i we w tę, Stifler rozczarowany, że zwłoki żuka nie chcą chodzić tykał je palcem, don Juan przerzucił się na maliny (maliny, sprawdzałam), a ja postanowiłam zrobić rekonesans w altanie. 
Ostatni raz taką chatę widziałam w książce o wsi w XVI wieku DDTVN, gdy pokazywali jak mieszkał Versace. I tak, wydaje mi się, że podłoga to włoski marmur. Ściany na bank są pozłacane. Warto też zwrócić uwagę na oryginalny wystrój wnętrza. Wydaje mi się,  że projektował je sam Jeff Andrews. Zobaczcie sami:





Tak, wiem, gdybym miała psychiatrę nie byłby ze mnie dumny.

Gdy wyszłam zapłakana ze szczęścia z altany okazało się, że Maciek bardzo koniecznie chce się pokłócić. Kosząc chaszcze skosił przez przypadek poziomki i jeszcze kazał się bezczelnie cieszyć, że nie skosił Szarego, który nadal latał jak poparzony.
Później mieliśmy odmienne zdanie, co do krzaka róż. Ja uważałam, że trzeba go zlikwidować ze względu na dzieci, zwłaszcza te najmłodsze. Natomiast Maciek twierdził, że krzak jest piękny i na pewno go nie wytnie. Po czym chciał czule pogłaskać krzaczora, który jako że lata świetności miał już dawno za sobą, ku mojej uciesze został mu w ręce i problem sam się rozwiązał
I gdy się tak kłóciliśmy nawet nie spostrzegłam, że akurat wszyscy sąsiedzi wyszli pielić. W końcu jedna sąsiadka pękła i uprzednio przedstawiwszy się jako technik ogrodnik powiedziała, że chętnie powie nam co jest czym i co według niej warto zostawić, a co nie i dlaczego.
Tak więc dzięki sąsiedzkiej uprzejmości dowiedzieliśmy się, że prócz roślin wyżej wymienionych mamy jeszcze na działce: młodą gruszę (z rdzą, do wywalenia), dwie śliwy z gatunku, co brzmi jak market "Auchan", ale nie pamiętam dokładnie (raczej zostaną obie), orzech (zostaje), czarny bez (zostaje, syrop będę robić). Wszystko "nieszlachetne", co miła sąsiadka z jeszcze szerszym uśmiechem podkreśliła.
Z roślin ozdobnych, poza gorzkim ponoć w smaku łubinem i byłym krzakiem róż, mamy piwonie, których don Juan jeszcze nie próbował.

Podziękowałam sąsiadce, podałam Szaremu Octanisept, bo się przewrócił, wyjęłam Stiflerowi żuka denata z buzi, opierdzieliłam don Juana ze jedzenie przejechanych poziomek i zarządziłam odwrót, bo robiło się już późno, a byliśmy bez obiadu, co dwoje na troje dzieci wyraźnie sygnalizowało.

W samochodzie spytałam Szarego co właściwie robił i dlaczego cały czas tak zaiwaniał jak oszalały.
- Ratowałem ślimaki przed skoszeniem. Chyba w sumie z dwa wiaderka udało mi się wynieść- oznajmiło z dumą moje empatyczne dziecko
- To pięknie. A co z nimi zrobiłeś?- spytałam
- Wrzuciłem je do ogródka tej miłej pani, jak nie widziała. Tej, która tłumaczyła wam co to za rośliny u nas rosną, . Będą miały u niej lepiej niż u nas, w końcu podkreślała, że ona to ma same szlachetne odmiany.

No cóż...