sobota, 4 stycznia 2014

poród naturalny vs. cesarka cz.2

Dokładnie 12 stycznia 2006 roku, gdy Apoloniusz już zasnął, walnęliśmy się z Maćkiem na łóżku, w jednej ręce trzymając popcorn, w drugiej coś do picia, a w trzeciej pilota i postanowiliśmy obejrzeć "Egzorcyzmy Emily Rose".
Do terminu porodu pozostało mi pięć dni, ale wiedziałam ,że dzisiejszej nocy nie urodzę, choćbym miała się zaszyć, gdyż tuż po północy zaczynały się urodziny teścia. Tak, tego teścia, co mu nie chcą wypaść zęby, a pozostałymi nie chce mi Radlera otwierać. Tak sądzę, bo nadal nie pytałam.
Wystarczy, że Apoloniusza urodziłam w dzień urodzin pradziadka, czyli Maćka dziadka. Niestety pradziadek nie zaczekał na prawnuka i zmarł kilka miesięcy wcześniej. Bardzo było nam przykro, bo to był życzliwy i sympatyczny starszy pan, nie to co teść a teść to po prostu teść, ale już Wam chyba o tym pisałam...
Trochę się stresowałam tym faktem, jednak poza regularnymi skurczami przepowiadającymi, żadnych symptomów nie czułam, więc wzięłam to za dobrą monetę. Poza tym zaklinałam psychikę i powtarzałam sobie w myślach "w dzień urodzin teścia nie urodzę, trzynastego nie urodzę". Zaklinałam też psychikę dziecka: "jak się trzynastego urodzisz nazwę cię Żyraf" i tak w kółko, z takim zaangażowaniem, że Maciek musiał mi streszczać, co się pierwsze 20 minut działo w filmie. A i tak w sumie wiem jedynie tyle, że był o dziewczynce poliglotce, która robiła bałagan, brzydko się zachowywała w stosunku do rodziców i miała za dużo męskich hormonów, bo czasem mówiła takim niskim głosem. Do kogoś ją tam mieli wysłać, czy ktoś do niej przyjechał, dokładnie nie wiem. Pewnie SuperNiania...albo endokrynolog.

Jeśli ktoś wyłapał oksymoron "regularne skurcze przepowiadające", to gratuluję. Ja wówczas nie wyłapałam. Przy całej swojej wszechwiedzy nie wiedziałam, że jeśli przepowiadające to nieregularne, a jeśli regularne to zazwyczaj jest to poród.
No ale skoro o tym nie wiedziałam, to ze skurczami równo co 7 minut, po obejrzeniu filmu, poszłam spać.

Następnego ranka, czyli trzynastego, w piątek, stwierdziłam, że nawet by mnie te skurcze tak nie irytowały, gdyby nie były coraz częstsze. Dokładnie co 3 minuty. Ciężko się sprząta chatę ze skurczami przepowiadającymi co trzy minuty, ale jak się zepnie dupę, w przenośni i dosłownie to można. Ja w każdym razie dałam radę. Częstotliwość skurczów nasiliła się. Teraz jeden od drugiego dzieliły dokładnie 2 minuty. Nie wiedziałam jak to jest zacząć rodzić naturalnie, bo przypominam ,że poprzedni poród miałam indukowany. Wiedziałam natomiast, że:

  • kiedy przychodzi poród, kobieta wie, że to ten moment i nie da się go z żadnym innym pomylić
  • skurcze porodowe cechuje bolesność 
  • przydałoby się jakieś płyny ustrojowe spektakularnie z siebie wylać
I ja wiem, że od każdej reguły są wyjątki- nie musi boleć, nie muszą odejść wody, itd., ale żeby tyle paradoksów w jednym ciele.... to już trzeba być mną.
W każdym razie, w tamtej chwili czułam się naprawdę wyśmienicie. Gorsze problemy gastryczne miewałam po nażarciu się nabiału. Zaczęłam przygotowywać więc Apoloniusza do spaceru, bo szkoda jeszcze ostatnie dni zmarnować, póki nie rodzę.

-Ty rodzisz- wychylił się Maciek, który akurat miał wolne- według mnie- skorygował od razu, gdy zobaczył, że patrzę na niego, jak na naszego niespełna dwuletniego syna, gdy opowiada mi o smoku pod łóżkiem-proponuję pojechać do szpitala
A później się rozpłakałam. No niestety tak już miałam od pierwszego porodu, że na słowo "rodzić" zaczynałam płakać. I to bynajmniej nie ze wzruszenia.
I w tym momencie nadszedł czas na zwrócenie honoru ekspedientce ze spożywczego .
Gdy się uspokoiłam, nadal patrzyłam na niego w ten sam sposób.
-Zrobimy kontrolne ktg, dla świętego spokoju, co?- nie dawał za wygraną

Ja już byłam na kontrolnym ktg, dla świętego spokoju. Dokładnie trzy tygodnie wcześniej, gdy nie czułam ruchów takich jak zawsze, o danej porze. Ani w ogóle.
Wpadłam więc spanikowana na szpitalną izbę przyjęć, a tam pusty korytarz, w okienku ,jakby to Tomasz Jachimek powiedział- dwie hrabiny Voldemort, mentalny PRL. Stoję sobie i czekam, bo Jadwiga (wiem z identyfikatora) wykłada Krystynie, gdzie popełniła błąd w serniku, że nie wyszedł kremowy. Minuty lecą. Zaczynam chrząkać. Kaszleć. Wypluwam płuca
-Zaraz- zwraca się, tym razem do mnie, Krystyna.
No kurwa, wiadomo,że nie od razu. Jeszcze wątek zgubią i znowu jej "taki gumowaty" sernik wyjdzie.
W końcu łaskawie zostałam obdarzona spojrzeniem. Bez zbędnego: "tak?", "słucham", czy nie daj Bóg- "w czym mogę pomóc?". Odczekałam pół minuty, bo byłam nieco zbita z tropu. Nie wiedziałam, czy już mogę mówić o sobie, czy teraz we trzy będziemy wałkować temat pieprzonego ciasta i po prostu pytają mnie o zdanie. W końcu nieśmiało i pokrótce wyjaśniłam, że to 37 tydzień, druga ciąża, nie czuję ruchów, które próbowałam wywołać.
-Pewnie dziecko śpi- tym razem odezwała się Jadwiga, po czym wbiła we mnie wzrok. Wraz z koleżanką.
Chyba brały mnie na przeczekanie...
-Pewnie tak, ale ja bym dla świętego spokoju chciała ktg zrobić- wybąkałam
Wzrok zmienił się w nienawistny. Zapadła niezręczna cisza, w której powinnam odejść. Nie odeszłam
-Dobrze- zgodziła się Jadwiga łaskawie
No i podłączyła mnie do tego ktg.
I wyszło, że dziecko śpi, na co Jadwiga przewróciła oczami, a później przewróciła oczami Krystyna.
I Jadwiga zaproponowała Krystynie, żeby ten sernik w kąpieli wodnej piekła następnym razem.

-Nie bardzo- odparłam-czuję ruchy, skurcze nie są bolesne, wody nie odeszły. Nie bardzo jest więc po co.
Ale raz na jakiś czas można dla własnego chłopa się poświęcić więc załatwiłam opiekę don Juanowi, zabrałam pro forma spakowaną wcześniej torbę, pogłaskałam brzuch myśląc "pamiętaj, ŻYRAF!!!" i udaliśmy się sprawdzić, czy i tym razem dyżur będą miały moje ulubienice- Krystyna i Jadwiga, oraz ogólnie zobaczyć, jak się miewa rodzimy NFZet.
Gdy dojechaliśmy okazało się, że tym razem nie miałam takiego szczęścia, bo korytarz był pełen ciężarnych i nie-ciężarnych kobiet, a także ich ojców, ojców ich dzieci, tych którym pewnie wydawało się tylko, że są ojcami ich dzieci i do tego pełen siatek, toreb i plecaków widać równie zmęczonych, co same ciężarne, bo zajmowały siedzące miejsca.
W okienku była nieznana mi rejestratorka, która wysłuchawszy mnie, jak zwykle beznamiętnie, kazała ustawić się w kolejkę. Gdy się odwróciłam od okienka, nie siedział już żaden plecak, żadna torba, przybyło za to nowych ciężarnych, które co rusz zwożone były na wózkach z patologii i przyjmowane poza kolejnością.
Mnie postanowiono zrobić ktg. Odpękałam te swoje 20 minut podłączona do pasów, gdy przyszła pielęgniarka, spojrzała na wydruk, na mnie i kazała dalej czekać. Na lekarza. Standardowa procedura.
Rzekłabym, że te dwie stojące (dosłownie) w kolejce godziny zleciały jak z bicza strzelił, ale skłamałabym. Wkurwiałam się niemiłosiernie. Na Maćka, bo to on mnie przywlókł i to całkiem niepotrzebnie, bo ktg widać dobre, a mnie nawet te cholerne skurcze przepowiadające całkiem przeszły i nie czułam już nic poza zmęczeniem. Po tym jak pan doktor po powrocie z obchodu, przyjął jakieś panie prosto ze szpitalnego przedsionka, uprzednio całując je w oba poliki, poczułam się zazdrosna, bo ze mną żaden ginekolog się tak nie wita i obróciłam się na pięcie, aby ten żałosny przybytek opuścić.
-(nie)typowa Matka Polka- usłyszałam za plecami
Pielęgniarka wyczytała mnie, jak już byłam przy drzwiach. No dobra, niech jej będzie. Jak mnie woła, to zawrócę.
Dalej mam same przebłyski.
Pamiętam jak lekarz wziął mój wydruk z ktg i zaczął krzyczeć, że "przecież tu coś z tym tętnem dziecka nie tak" i "ile pani tak czeka?". Kazał mi natychmiast się położyć na fotel, stwierdził rozwarcie na 9 palców i ledwo mnie dotknął, a wyleciały zielone wody płodowe. Zwrócił się do pielęgniarki, by natychmiast dzwoniła na porodówkę i żeby przygotowali 0Rh+.
Wtedy pielęgniarka rzeczowo stwierdziła, że nie mają miejsca, bo w kolejce na porodówkę czeka jeszcze ta młoda pani z loczkami, ta w zielonej koszulce i ta z tym mężem, co się kłóci, że nie kupi dobrowolnej cegiełki na rzecz szpitala, aby móc uczestniczyć w porodzie rodzinnym,bo go nie stać i one go nie wpuszczą.Ooooo, na pewno nie!
Ja tam zapłakana, próbowałam wydukać, że jestem razem z mężem, mamy samochód i że chętnie pojedziemy gdzieś indziej, a tu tylko przyjadę później zabić tę jebniętą pielęgniarkę, która przy mnie obejrzała wydruk ktg i pozwoliła mi później dwie godziny czekać,  ale lekarz powiedział tylko, że nigdzie się nie ruszę i jak trzeba będzie to urodzę w zwykłej sali i on tego dopilnuje.
Po czym mnie zostawił. I więcej już go nie widziałam.
Podłączyli mi oksytocynę, biegiem przetransportowali na porodówkę, żebym spróbowała przeć, gdy w tym czasie przygotowywano salę operacyjną do cc.
Pamiętam, jak na porodówce na nowo podłączali mnie do ktg, ale co chwilę zanikało im tętno dziecka, nie mogli go odnaleźć i w końcu maszynę odłączyli, aby mnie mocniej nie stresować. Jakby w ogóle mocniej się dało.
Pamiętam też, jak jakaś położna, która ledwo co weszła do sali, spytała dlaczego tak płaczę, a ja wyszlochałam o zanikającym tętnie, na co ona powiedziała "no to ci się nie dziwię".
Tak na marginesie- z takim profesjonalizmem, to by mogła w telefonie zaufania dla samobójców w Chinach pracować. Raz dwa zmniejszyła by im przeludnienie.
Później było:
-Nie zdążymy z cesarką, wychodzi główka, proszę przeć
-Co tak słabo pani idzie? Przecież to drugi poród, małe dziecko!
-Trzeba naciąć krocze
traaaaaaachhhh
-Nie.... już nie trzeba
-No dalej, dalej, z usg wynika, że dziecko nie większe niż 3800g ,to naprawdę nie jest jakiś olbrzym...
-Mocniej przeć! Mocniej, mocniej!
-Zawołajcie lekarza, nie daje rady urodzić!
-Przeć! Przeć! Proszę przeć!
-Gdzie jest ten lekarz?!....Gówno mnie to obchodzi.... my tu go bardziej potrzebujemy!
-Przyj babo z całych sił, walczysz o swoje dziecko!
Jakbym nie wiedziała...
Maciek stał cały czas obok. Już nie chciał mnie poić. Nawet się nie odzywał. Trzymał mnie za rękę i co jakiś czas nachylał się, aby całować w czoło.
I tak widziałam, że tam sobie cichaczem łzy ocierał.

Aż w końcu usłyszeliśmy jego płacz. Wtedy na dobre rozkleiliśmy się oboje.
I w tym momencie przyszedł też lekarz, któremu położna, nie bacząc na mnie, pogratulowała refleksu.
Neonatolodzy czekali od dawna. I wreszcie usłyszałam upragnione: 9 w skali Apgar. Jeden punkt odjęty za zasinienie skóry.
W pierwszej minucie.
W następnych też całe 9!
Cud, mili państwo, cud nad Motławą!

Tak przyszedł na świat 13.01.2006 roku, Tyberiusz Maciej, zwany później Szarą Eminencją. Długi na 61 cm, z wagą 4600g.
A nie 3800.
Nasz przyszły minister finansów.

Dalej było już z górki, mimo, że spędziliśmy w szpitalu jeszcze całe dwa tygodnie z wenflonem wbitym w Szarego główkę, gdyż miał chyba wszystkie możliwe bakterie....jak i 85% dzieci z oddziału. A w podwójnej sali, jedyna współlokatorka była  fanatyczką religijną, której buzia nie zamykała się w podziękowaniach do Matki Boskiej, za dziecko podobne do Jezuska....i gadała tak przez bite cztery dni, dopóki nie powiedziałam jej, że jak się w końcu nie zamknie ujrzy Szatana...

A Maciek do dziś komentuje, że egzorcyzmy Emily Rose to był pikuś, w porównaniu z Szarego porodem...

Poniżej zdjęcie dwuipółletniego Tyba.
Cały on...










26 komentarzy:

  1. Jak dojdę do siebie, to umieszczę sensowny komentarz...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jebie...co za "profesjonalizm"...
    w pierwszej ciąży byłam zielona i byłam pewna że jestem w dobrych rękach w szpitalu...za drugim razem miałam ograniczone zaufanie i jeśli coś mnie niepokoiło to miałam ten komfort, że w pobliżu był mój ginekolog prowadzący ciązę... wtedy pielęgniarki naprawdę inaczej Cię traktują..
    Aż się stracham pytać o ..trzeci :P
    pzdr Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się strachasz to nie pytaj. Sama powiem;))
      pozdrawiam Gosiu

      Usuń
  3. Ojej! Umiesz trzymać napięcie!
    A skurcze rzeczywiście nie muszą być bolesne - u mnie przy drugim porodzie też nie były...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie przeczytałam, Aniu. I jestem pod wrażeniem czytania tej książki do ostatniej minuty:) A może to był poradnik "poród naturalny. 1000 rad jak urodzić szybko i bezboleśnie" i odświeżałaś sobie teorię, tuż przed praktyką? :)

      Usuń
    2. Dobre, te 1000 rad :)))
      Skłaniam się do przypuszczeń, że to wszystko było zasługą charakteru Matyldy (czyli Młodszej). Zawsze miała i ma dobry wpływ na wiele spraw :)
      Starsza (Ania) zawsze zaś była i jest wulkanem ekspresji :)

      Usuń
  4. No dobra, pozbierałam się i mogę pisać... Strasznie mnie zawsze wzruszają takie historie, gdzie coś jest nie tak... Nie żebym coś takiego przeżyła, ale sama rozumiesz... Także cieszę się, naprawdę się cieszę, że nasz przyszły minister finansów mimo tak nieistotnych, dla tej kompetentnej położnej, problemów, szczęśliwie przyszedł na świat. A zdjęcie powola-luzak :) Szkoda trochę będzie kazać mu codziennie nosić garnitur i krawat...

    I Eliza i Lila to były dwa leniuchy jeśli chodzi o ruchy. Z Elizą byłam stałą bywalczynią na kontrolnym ktg... Na szczęście wyjątkowo trafiałam na same przyjazne i wyrozumiałe położne... Po 10tym razie witały mnie jak członka rodziny: "No chodź tu mamuśka, zaraz obudzimy tego leniucha"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak naprawdę spokojna byłam dopiero w trzeciej ciąży. Stiflera czułam niemal non stop. Aż się bałam ,że jak przeniesie swój tryb życia poza brzuch, to o trzeciej nad ranem będziemy co dzień tańczyć kankana. W sumie dużo się nie pomyliłam. Budzi się o drugiej;)

      Usuń
    2. Hehe, u nas Eliza po porodzie byłą spokojna jak w brzuchu- do czasu. Lilka nadrabia od dnia narodzin.

      Usuń
  5. Szary to rocznik mojej Elizy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dodatkowo napisałaś gdzieś, że go lubisz, będzie miał porządną pracę, ma fajną matkę, chyba się na zięcia nada, co?;)))

      Usuń
    2. Kurczę, zięć z przyszłością w Parlamencie Europejskim, to jakby nie było kusząca wizja... Tylko, że ta moja Eliza to łatwe dziecko nie jest, a partnerka myślę, będzie jeszcze trudniejsza... Ona kiedyś awanturę zrobiła, że te naklejki u lekarza to są wszystkie z napisem "dzielny pacjent", a Ona chłopakiem nie jest i Ona żąda, żeby były dla dziewczyn osobne... Jak nic mi tu pachnie feminizmem... A wiesz-wolałabym, żeby facet, od którego będzie zależała przyszłość finansowa naszego kraju miał ustabilizowane i spokojne życie domowe!

      Usuń
  6. O, nad Motławą. Czyli w moich rewirach. Tak, tutaj zdarza się wiele tych z "cudów".
    Uśmiałam się setnie, a już s-ka Krystyna & Jadwiga dosłownie powaliła mnie na łopatki. Cała reszta również.
    Apoloniusz i Tyberiusz. Widzę, że nie tylko ja mam inklinacje do antycznych odniesień:-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe... widzę, że koleżanka lekcji nie odrobiła ;)
      http://nietypowamatkapolka.blogspot.com/2013/12/nietypowe-imiona-nietypowych-dzieci.html

      Usuń
    2. Kurcze, Errata, problem polega właśnie na tym, że ja mimo iż bardzo bym chciała powiedzieć, że kierowały mną "inklinacje do antycznych odniesień", niestety nie mogę. Nie wypada znowu kłamać;)))

      Usuń
    3. Frutina, dziękuję;)
      Ja piernicze, jakie to miłe, że nie dość ,że ktoś czyta, to jeszcze kojarzy...:)

      Usuń
  7. Chociażem też nadmotławska, rodziłam oboje bez większych sensacji. Nuda, panie, nuda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli że co? Że tylko ja mam takie szczęście?
      Nie ulżyło mi jakoś:)))

      Usuń
  8. Moj pierwszy porod zywcem jak Twoj drugi, podziwiam Cie, moj syn jest jedynakiem.

    OdpowiedzUsuń
  9. (nie)typowa Matko Polko! Tyle Ci powiem , że Jachimek Tomasz może się powoli udawać w kierunku emerytury. Pozdrawiam! Matka karmiąca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że gdybym nie hajtnęła się z Maćkiem i odrzuciła też opcję ślubu z Vinem Dieselem, Dariuszem Kamysem, Grzegorzem Halamą, Georgem Clooneyem, Kevinem Spacey, Arturem Andrusem, Piotrem Bałtroczykiem, Alem Pacino, Robertem DeNiro, Anthonym Hopkinsem, Mattem Damonem i kilkoma innymi, to Tomasz Jachimek, czy by tego chciał ,czy nie-byłby mój;))))

      Usuń
  10. Poryczałam się najpierw ze wzruszenia, po chwili ze śmiechu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie zanim tu trafi ten sponsor od blogów, co mi fundnie silikony i botoks, powinien wpaść jakiś od chusteczek;)

      Usuń
  11. Ja wiem, że kłopoty, że łatwo nie było, ale kurde piszesz to w taki sposób, że idzie paść ze śmiechu. Ja z tych mniej doświadczonych, dopiero jeden poród za mną ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie jeszcze wszystko przed Tobą i nie ma się co bać, kochana, naprawdę nie ma się co bać, to nie jest takie straszne. Na pewno są rzeczy straszniejsze. Ja akurat nie spotkałam, ale pewnie są;)

      Usuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...