piątek, 3 stycznia 2014

poród naturalny vs. cesarka cz.1

Mam za sobą dwa porody naturalne i jedną cesarkę. Moi fani.....nie, no dobra, zalewam....moje koleżanki w napięciu czekały na ostatni poród przez cc, abym jako matka trojga dzieci, czyli ekspert od porodów na poziomie medium (gdzieś między matkami jedynaków, a matkami dzieci z rodzin naprawdę wielodzietnych) mogła w końcu wydać ostateczny werdykt co jest lepsze: poród sn (siłami natury) czy cc(cesarskie cięcie).

Już ze szpitala wysyłałam smsy, że oba rozwiązania są wyjątkowo chujowe i teraz jestem absolutnie pewna, że najlepszym wyjściem jest wynajęcie surogatki....

Jeśli czyta mnie jakaś kobieta w ciąży, to niech na tych słowach poprzestanie....tu będą krwawe opisy, niezdrowe emocje, a poza tym noga, ręka, mózg na ścianie...szkoda, bidulko, zwłaszcza jeśli rodzisz po raz pierwszy, żebyś się niepotrzebnie wystraszyła....
...."niepotrzebnie".....
hahahahahahahahahahaha

Przy pierwszej ciąży jako ekspertka od wszystkiego mianowałam się też ekspertką od porodów. Wiedziałam jak oddychać, wiedziałam ,że znieczulenie biorą tylko wyrodne rozhisteryzowane matki, wiedziałam jak przeć, przećwiczyłam przed lustrem jak trochę cierpieć nie robiąc przy tym głupich min. Wymalowałam się, uczesałam, starannie ubrałam choć tu szyk popsuły mi adidasy- jedyne obuwie, jakie pasowało na moje spuchnięte niczym u Wielkiego Ptaka (tego z Ulicy Sezamkowej, choć cieszę się, że wyobraźnia Wam pracuje) nogi. Po czym ruszyłam uśmiechnięta i przeszczęśliwa na oddział patologii ciąży, gdyż poród w 38 tygodniu miałam mieć indukowany. Mojej niczym nieuzasadnionej pewności siebie, nie zmąciła nawet ekspedientka z pobliskiego spożywczaka, której radośnie zakomunikowałam, gdzie właśnie jadę, kupując herbatniki, bo w "Mam Dziecko" pisali, że podczas porodu będzie chciało mi się jeść. Pamiętam, powiedziała tylko: od razu widać, że pani pierwszy poród. Przy drugim by się pani tak nie uśmiechała. No więc poinformowałam głupią babę z wyższością, że drugi to zapewne sobie sama odbiorę, taka już będę fachura i sruuu do szpitala.
Byłam taka szczęśliwa, że już za chwilę zobaczę mojego pierwszego osobistego dzidziusia, że nie irytowała mnie ani ankieta z cyklu "sto pytań do", ani późniejsze kroplówy z oksytocyny, ani personel, który patrzył na mnie z pobłażliwym uśmiechem, ani krzyki kobiet z pobliskiej porodówki. Co się miałam jakimiś histeryczkami przejmować.  Przeszkadzało mi natomiast, że nic się nie dzieje. Aż w końcu się stało. Dokładnie minutę przed północą odeszły mi wody i wpadłam w panikę.
Jeeeezu, zaplanowaliśmy poród rodzinny, szpital 10 minut od domu, czy Maciek zdąży? Pewnie nie, przecież ja rodzę!!!
Poleciałam do dyżurki. Wpadłam z takim:
-Taaaadaaaa, wody mi odeszły!
Ale o dziwo, nie wzbudziłam entuzjazmu, ani nawet specjalnego zainteresowania.
-Czujesz pani coś?- spytała położna, bo lekarz nawet nie obrócił się od biurka
- No. Mokro mi- odpowiedziałam zgodnie z prawdą
I dopiero wtedy widać poznali się oboje, że nie trafili na zwykłą kobietę, ale na geniusza, bo lekarz tym razem się obrócił, a pielęgniarka zaczęła mi się uważnie przyglądać
-Ale czy czuje pani jakieś skurcze? - przerwała niezręczną ciszę
-Eeeee...może niech się pani na fotel położy, lepiej będzie jak to zobaczę- lekarz jakby zwątpił w mój intelekt
-Zero akcji porodowej, niech pani wraca na salę, położy się i spróbuje przespać- zawyrokował po chwili
-Wariat-pomyślałam sekundę później
-I co mam urodzić w łóżku? Sama? Pierwsze dziecko? Drugie, to jeszcze bym zrozumiała, ale...- mówiłam z nieukrywaną pretensją, całkiem głośno, gdy znudzony mi przerwał...
-Spokojnie, urodzi pani normalnie, na porodówce, ale to pani pierwsze dziecko i nic nie wskazuje na to, żebym to ja poród odbierał, choć zostało mi jeszcze 7 godzin dyżuru
- No teraz to Cię facet naprawdę pojebało! MNIE WODY ODESZŁY! Ja rodzę! Ja swoje prawa znam! Żądam porodówki, ktg, chcę oddać próbki krwi i moczu, chcę mieć monitorowane tętno i sprawdzane co minutę rozwarcie! Natychmiast proszę wezwać ordynatora i sztab neonatologów!- pomyślałam, a głośno powiedziałam- Phi......- i udałam się do sali, obrażona, jak kazał.
Zasnąć oczywiście nie mogłam, bo jak można spać, gdy się opowiada koleżankom z sali o niekompetencji durnego dyżurującego lekarza i wcale nie lepszej położnej, oraz pomstuje na polską służbę zdrowia.

-Niech pani jednak przyjdzie do zabiegówki- usłyszałam głos stojącej za mną pielęgniarki.
Widać poszli po rozum do głowy.
Sumienie ich ruszyło.
Ciekawe, czy słyszała to: "i strajkują tylko o podwyżki, ale jak człowiek ich potrzebuje, to nieeeeee,  przecież się nie będą przemęczać"?
Wchodzę do zabiegowego, patrzę co się dzieje, zdejmuję szlafrok, podwijam mankiet koszuli...
-Co pani robi?- pyta mnie lekko zdziwiona pielęgniarka
No więc teraz ja się pytam, co ja sobie w takiej chwili miałam pomyśleć? Przychodzę do zabiegowego, widzę wielką kroplówkę, odsłaniam żyły, a kobieta, która powinna wiedzieć to najlepiej, pyta mnie co robię...jedna z nas naprawdę nie powinna się tu teraz znajdować.Co za niekompetencja, po prostu brak słów....
-Ułatwiam pani wkłucie- mówię zblazowanym tonem, a w duchu myślę- bo kroplówki podaje się dożylnie, idiotko, chyba, że tobie się wydaje, że w dupę się je wsadza...
-Proszę pani, to nie jest kroplówka, to jest lewatywa...
A jednak......
Następne 1,5 h przemilczę, bo nawet najtwardsi gracze, ręczę, że nie chcieliby tego opisu przeczytać. Po głowie chodziły mi w każdym razie przeróżne myśli, a górowała ta, że pielęgniarka jednak słyszała ten tekst o strajkach i to była zemsta.
Jak wróciłam do sali to dziewczyny- współspaczki myślały, że urodziłam. Dziecko. Dodam, żeby była jasność. Wyjaśniłam im krótko, dlaczego lewatywa mogłaby zamiast np. koła służyć za średniowieczne narzędzie tortur i jak najprędzej położyłam się spać. Czułam przez sen, jak podłączają mnie co jakiś czas do ktg, ale poza tym nie czułam nic. Aż do 7 rano, gdy tamten lekarz, z nocnego dyżuru, z dziwnym uśmiechem przyszedł powiedzieć mi "do widzenia".
Miał rację. No trudno. Przynajmniej kulturalny jest, pożegnać się przyszedł...
Po porannej herbatce, bo jeść mi nie pozwolili, trzepnęłam sobie prasówkę. Obdzwoniłam wszystkich bliskich po dwa razy. Obdzwoniłam w ogóle wszystkich i zaczęłabym się nudzić, gdyby nie padło hasło "kolejna próba oksytocynowa" na którą zastrzygłam uszami, zamerdałam ogonem i dzielnie wystawiłam, uffff, żyłę. I tym razem byłam tego pewna.
Pół godziny później byłam najgorętszą zwolenniczką eutanazji i chciałam już tylko umrzeć. Nie mogłam uleżeć, nie mogłam usiedzieć, ustać. Bolały nawet włosy.
-Rozwarcie na dwa palce i....(rzut oka na ktg)...jakieś tam minimalne skurcze, których pewnie może pani nawet nie odczuwać- powiedział kolejny lekarz, też niekompetentny jak widać.
Tym razem dzielnie milczałam. Dla dobra jego i swojego również, bo dobrze pamiętałam jeszcze, co robi w tym szpitalu personel z zemsty...

Dwie godziny później, ten sam lekarz:
-Naprawdę aż tak panią boli? To dopiero "trzy palce", a akcja nadal znikoma..
-Nie, taka jajcara ze mnie, panie doktorze- powiedziałam dotknięta głupim pytaniem, ze łzami w oczach i postanowiłam umrzeć w samotności, nikomu już się nie skarżąc, żeby im później było głupio, że sami nie zauważyli....

Kolejne dwie godziny później, czyli koło południa, postanowili wpuścić na oddział Maćka (który jak mu kazałam, czekał na korytarzu od prawie dwunastu godzin), ze względu na mój stan- niedoszłej samobójczyni w ciężkiej depresji i niewyobrażalnych męczarniach. To mi zdecydowanie pomogło. I on też mi zdecydowanie pomógł. Na przykład wziąć ciepły prysznic, pod którym zalewałam się łzami, gdyż byłam najbiedniejsza na świecie. Pochodzić po korytarzu, na którym kurwowałam bez opamiętania, bo jeszcze nigdy nic mnie tak nie bolało. Nie napierdalało, konkretnie rzecz biorąc. I gdy stwierdziłam, że pierdolę, nie rodzę, poczułam, że bardzo szybko powinnam skorzystać z toalety...Uprzedzona przez "Mam Dziecko", aby nie mylić TEGO, z TAMTYM, zamiast do wc pognałam do dyżurki. Po czym wpadłam tam sina, czerwona, zielona, z oczami wychodzącymi z orbit, zalana krwią, która leciała mi ciurkiem z nosa, oparta o futrynę, której mało nie wyrwałam z bólu...
-Noooooo, teraz to rodzisz, kochaniutka- powiedziała, nie wiedzieć z czego śmiejąca się położna, zanim zdążyłam sama władować się na fotel i rozkraczyć.

Skurcze parte trwały od 12:50- 13:10. Przez całe 20 minut, ja parłam, zgodnie z instruktażem położnej, pod okiem lekarza, a Maciek próbował mnie napoić. Też przez głupi miesięcznik dla rodziców.
Niepotrzebnie dawałam mu do czytania wkładkę dla przyszłych ojców, w której jakiś debil- na pewno facet, który nigdy nie rodził, w każdym razie, napisał, że kobiecie podczas porodu jedyne co się chce, to pić.
Dementuję. Kobiecie podczas porodu jedyne co się chce, to odejść godnie i w spokoju, a czego się nie chce- to pić. Zdecydowanie.
Tymczasem wyglądało to tak:
-aaaaaaaaaaaaaaaaaa,nie dam rady, nie dam rady, nie dam rady!!- to ja się darłam. Tak, darłam się. Nic mnie nie obchodziło, co te krowy z patologii myślą o krzyczących...
-dasz radę, dasz radę, świetnie ci idzie- to miła położna
-nalać ci do kubka, czy będziesz piła z butelki?- to Maciek
-naprawdę nie dam rady!-to do położnej
-spierdalaj z tą wodą!-to do Maćka
-kochana, ja ci mówię, że wszystko jest pod kontrolą, przyj i zaraz będzie po wszystkim, widzę główkę-to znowu położna
Jeb!!!! W pierwszej chwili myślałam ,że zostałam spoliczkowana, ale to tylko Maciek próbował zwilżyć mi usta, lejąc sobie wodę na rękę...
-ja już nie mam siłyyyyy- zawyłam do położnej
-jeszcze raz mnie dotkniesz, a zaraz ty będziesz rodził-butelkę wody, którą uprzednio wsadzę ci w dupę- zwróciłam się oczywiście do Maćka
-przepraszam- tym razem do personelu, że muszą tego słuchać
-nie żartuję!- znowu do Maćka, który był tylko lekko zbity z tropu, nie mniej złapał za kubek..
-nic nie szkodzi, jesteśmy przyzwyczajeni- powiedziała położna, po czym dodała- gratuluję, macie państwo syna!

Tak oto, 17.03. 2004 roku, o godzinie 13:10 , z wagą 4120g, przyszedł na świat Apoloniusz Maciej, zwany później don Juanem.
Nasz przyszły prezydent.

A zamiast tradycyjnej już fotki lub obrazka, pozwólcie, że wstawię Wam piosenkę, której refren, oddaje moje uczucia z tamtych wiekopomnych chwil...It`s my party and I`ll cry if I want to. Cry if I want to, cry if I want to. You would cry too if it happend to you!!!








16 komentarzy:

  1. Jak na razie nic nowego nie opowiedziałaś, wszystko w normie :)
    Dawaj drugą część.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, to taka strategia. Dawkuję napięcie;)))))

      Usuń
    2. OMG! Nic nowego? Ja tu prawie zeszłam ze śmiechu kochana! Jesteś mega! Od dziś będę Cię czytać namiętnie! No bezbłędna laseczka z Ciebie!

      Usuń
  2. Eh, na przemian płakałam za śmiechu wzruszenia...
    Kiedy w 9miesiącu ciąży z Elizą lekarz powiedział mi, że z porodu naturalnego nici, świat mi się zawalił... To tak jakby Oscar przeszedł mi koło nosa. Przecież odkąd zobaczyłam dwie kreski na teście codziennie ćwiczyłam przed lustrem jedno z najważniejszych zdań w moim życiu: "Kochanie wody mi odeszły" i "Nie, nie żartuję i gówno mnie obchodzi, że jest 3 w nocy". No nic, planowana cesarka, zero magii... gorzej być już przecież nie może. Tylko koleżanki, które rodziły naturalnie, jakoś tak dziwnie mi zazdrościły. Pojechaliśmy do szpitala, przywitano mnie lewatywą ("Czy to normalne, że tylko raz się po niej załatwiłam?"- pytam pielęgniarki. "No co się pani tak dziwnie patrzy, przecież od tego może zależeć życie mojego dziecka!!!") i dali do podpisania zgodę na wykonanie cc. Po przeczytaniu pierwszych 7punktów konsekwencji jakie niesie za sobą cesarka, powiedziałam, do Marcina, żeby się ubierał bo wracamy do domu- nie urodzę ani naturalnie, ani przez cesarkę. Dopiero jak zapewnił, że będzie mnie kochał, nawet kiedy będę robiła w pampersa, a w razie czego znajdzie Elizie mamę równie czułą i opiekuńczą jak ja bym była, zgodziłam się zostać i urodzić, to znaczy dać się pociąć. Poza małymi problemami podczas samego cięcia, kiedy ciśnienie mi spadło tak, że musieli mi je wyrównywać (bo chyba to właśnie robili, zanim usłyszałam jak zza grobu "Ok, mamy ją z powrotem"?) było ok. Od godziny 12.23 do 16 byłam przekonana, że może faktycznie ta cesarka nie jest taka zła... W sumie już chwilę przed 16-tą miałam takie dziwne przeczucie, że ta rana to chyba jednak mimo wszystko boli bardziej niż powinna. Marcin mi wpłynął na ambicję: "Nie przesadzaj, to w końcu była operacja, a nie skaleczenie". No myślę sobie, dobra, nie ma co przesadzać w końcu jestem matką, wszystko się zmieniło... Za 10minut miałam już w dupie, że jestem matką, żoną, córką, siostrą... Chciałam umrzeć. Mogliby mnie nawet żywcem zakopać, byleby przestało boleć... Okazało się, że zapomnieli o mnie, kiedy przyszła pora kolejnego zastrzyku przeciwbólowego...

    Poród z Lilą? Czy ja napisałam, że jak się dowiedziałam o cc z Elizą, to pomyślałam, że gorzej być nie może? Doba skurczów mniej i bardziej regularnych, rozwarcie na 5cm i w efekcie i tak cesarka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmroziło mnie na myśl o tym przegapionym zastrzyku...ja byłam tak naćpana, że oczekiwałam przybycia jednorożca. Bynajmniej nie z powodu samej cesarki. Z powodu pieprzonego zapalenia okostnej. Dzień po porodzie. I to dopiero był ból.

      Usuń
  3. Uśmiałam się po pachy - choć nieco przez łzy ;)
    czekam na drugą część!

    ja tylko po jednym porodzie jestem, ale przeżywałam porody kolejnych "współspaczek" z patologii ciąży, kolejne nieudane indukcje, zmagania z wykręconym personelem, z każdym dniem zaciskając kolana coraz mocniej, stwierdzając, że poproszę by mnie wypisali, że nic mnie nie boli, a te himalaje na KTG to taka działalność artystyczna tylko... Byle tylko wrócić pod opiekę mego lekarza i uciec z tego pierdolnika, w którym co 3 minuty słyszałam co innego (od "oo, no to właśnie chyba się zaczyna, będziemy rodzić kochaniutka", do "e tam, 35 tygodni to już luz", po szczodre wyrokowanie "i tak skończy się indukcją").

    A ambicji miałam że hej! Miałam rodzić w wybranej klinice (aż się zapożyczyliśmy by to możliwe), bez znieczulenia, ew. z przyrządem TENS, na kole porodowym, miałam skakać na piłce, brać prysznic, być masowana przez męża... Z czego udało się tylko rodzić w tejże klinice (alleluja!). A, i brać prysznic, wielokrotnie, tyle że w domu.
    Na porodówkę trafiłam po wieeeeelu wesołych godzinach, z 6 cm rozwarcia, i błagałam wtedy o znieczulenie, a czy koło, czy łóżko, było mi wszystko jedno...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Herbaciana, ja na pierwszy poród miałam przygotowane MP3 z muzyką relaksacyjną. Oczywiście nie użyłam. Po pierwsze, bo ja takiej muzyki nawet normalnie nie lubię, a po drugie i najważniejsze- weź to sobie wyobraź: krajobraz jak po teksańskiej masakrze piłą mechaniczną, a w tle...świergot ptaków, szum wodospadu, cichutki strumyczek:)

      Usuń
  4. Świetnie napisana opowieść:)
    Moje są nieco inne - jak masz ochotę, zajrzyj :*

    http://bloganiam.blogspot.com/2012/04/dwadziescia-trzy-lata-temu.html
    http://bloganiam.blogspot.com/2012/04/dwadziescia-trzy-lata-temu-ciag-dalszy.html
    http://bloganiam.blogspot.com/2012/05/dwadziescia-lat-temu.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Zupelnie nie pasuje do tego wpisu z moimi doswiadczeniami:)) Rodzilam co prawda tylko raz i za czasow kiedy mezowie nie towarzyszyli zonom na salach porodowych, kiedy znieczulenie uwazalo sie za krzywde swiadomie wyrzadzona dziecku itp.
    Mimo to urodzilam ekspresowo, w ciagu 20 minut od momentu kiedy lekarz przeklul to akwarium z woda, bo samo peknac nie chcialo. Nawet przyjemnosc lewatywy mnie ominela bo przez caly dzien nic nie jadlam, wiec stwierdzono, ze nie ma potrzeby tym bardziej ze byla godzina ok. 22ej jak dotarlam do szpitala.
    Ok. 23:30 dostalam sie na upragnione loze tortur (upragnione, bo chcialam spac, a na spanie w tamtych czasach trzeba bylo zasluzyc wlasnie urodzeniem) a Mlody sie urodzil piec minut po polnocy.
    Ale ja wszystko robie szybko:)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to były czasy, wtedy jeszcze można było "zasłużyć" na sen. Urodzeniem dziecka, znaczy. Niestety, dobre czasy skończyły się bezpowrotnie. Dzisiaj matka od razu po urodzeniu zajmować się musi swym dzieckiem. Zero spania! Potem się dziwią, skąd te depresje tudzież inne dziadostwa...

      Usuń
    2. Star, wszystko wszystkim, ale żeby Ci nawet lewatywy nie zrobili......naprawdę nie wiesz co straciłaś...ta adrenalina- zdążysz, czy nie zdążysz? te pytania egzystencjalne: kiedy to się skończy? czy się w ogóle skończy? czy to już odwodnienie?..te spostrzeżenia: Ooo, fasolka! Chwila, fasolka? Przecież ja dobry tydzień nie jadłam fasolki...dużo by gadać;))

      Usuń
    3. Errata, w sumie nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób, ale coś w tym jest...

      Usuń
  6. Nadrabiam;)) - siedzę i kwiczę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy masz może jakieś namiary do Surogatki ? Na razie "trochę " potrzebuję . Ale jeszcze dwie części przede mną . Wtedy już będę BARDZO potrzebować...coś czuję

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...