czwartek, 9 stycznia 2014

jak se człowiek czasem coś ubzdura...o mieszkaniu na sielskiej wsi....

Zawsze marzyłam o domku na wsi. Wsi sielskiej i anielskiej, gdzie latałabym boso po trawie zbierając maki jabłka na kompot, a Maciek siedziałby i żując źdźbło trawy, kontemplował. Nie mam pojęcia, za co niby byśmy wtedy żyli, gdybym ja tylko tak latała, a on by tak siedział. Być może dużo tego kompotu z jabłek bym musiała robić, coby później w działkach sprzedawać. Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym. W każdym razie dzieci byłyby rumiane, szczęśliwe, biegałyby z kijkami pasąc krowy, kury, świnie, czy co tam się pasie. Albo w zasadzie wszystko na raz, bo teraz to się ponoć modyfikuje genetycznie, więc goniąc taką krowę, mogliby równocześnie gonić na przykład w jednej którejś ośmiornicę. No nie ważne, nie znam się za bardzo na genetyce. Wiem tylko, że krowa, która dużo kwacze....jest na pewno modyfikowana.  A i na przyrodzie się niestety nie znam, bo żem z  miasta i to tak nieszczęśliwie urodzona, że do któregoś pokolenia wstecz żadnych korzeni wiejskich nie było.
Mimo, że znam osoby, które dałyby nerkę odjąć, że na pewno jest inaczej.
Z cudów natury natomiast znam: samochody, tramwaje, autobusy, domy, sklepy, knajpy, znowu samochody, wieżowce, falowce i sklepy ponownie. A ze szkoły wyniosłam taką wiedzę, że potrafię rozrysować układ trawienny tasiemca, a nie wiem jak pieprzona lipa wygląda.
W każdym razie drzewa dzielę na: kasztany, klony, brzozy, topole, dęby, wierzby, buki, jesiony, orzechy i po prostu drzewa. A z krzewami jest jeszcze gorzej. Zresztą nie tylko z florą.
Jak moja koleżanka, odpowiedziała dzieciom na pytanie dlaczego wczesną wiosną ślimacze skorupy są puste, że ślimaczki na zimę poszły spać pod ziemię i dopiero, gdy się obudzą to do nich z powrotem wlezą- dwa dni szukałam tego w internecie. Tak mnie zafascynowało życie ślimaków.
Dwa dni z życia wyjęte. I jaki wstyd. Zwłaszcza jak doszłam, że google to jednak nie taka skarbnica wiedzy, jak mówią i w bibliotece naukowej wyłuszczyłam panu teorię o ślimaczkach z pytaniem, w której książce dowiem się więcej....
Jakby nie mogła puścić do mnie oka, jak gada dzieciom farmazony, niepoważna...
W każdym razie wiedziałam, że na wsi jest lepiej, ciszej, spokojniej, że przy domu hoduje się marchewki, psu się nie zakłada łańcucha, bo się w budzie obok Piróg przykuje (i słusznie) oraz, że rano nie budzą budziki tylko ćwierkające ptaszki.

W pewnym momencie życia opatrzność postanowiła spełnić moje marzenie i tak się stało, że zrzuciła nas nie gdzie indziej, a na wieś właśnie.. I to nie taką, nad którą ptaki do góry brzuchami latają, bo się tego nawet osrać nie chce, tylko taką raptem dwa kilometry, za przekreśloną tabliczką "Gdańsk".
W życiu, jak Bozię kocham, nie sądziłam, że dwa kilometry robi taką różnicę.
Dwa kilometry i chodniki, bo na wsi, na której wylądowałam nie było chodników.
Choć gdyby były, zapewne nie poszłabym do nieba w przyszłości, bo musicie wiedzieć, że ja dzięki deficytowi chodników zrobiłam się niesamowicie religijna. I potrafiłam chwalić Pana, nawet idąc rano po bułki.
Tak dokładnie to gnałam po te bułki, wąskim poboczem niczym zakon maryjny- z pieśnią religijną na ustach, obłędem w oczach i modląc się w duchu, aby jakiś pijany wiejski jełop nie zapragnął usiąść za kółkiem jadąc choćby cztery domy dalej, do szwagra. Albo żeby jakiś pijany miejski jełop nie śmigał akurat za moimi plecami 150km/h, bo to przecież martwa wiocha.
I może właśnie przez ten stres nie mogłam się zaaklimatyzować, albo i dlatego, że po prostu nie byłam prawdziwie wiejską dziewczyną.
A wiecie po czym różnicę poznać?
Nieee, nie po kowbojskim kapeluszu i białych kozaczkach, to się zdarza nader często w mieście. Po tym, że ponoć miejska dziewczyna nosi w pępku kolczyk, a wiejska- kleszcza. Nie wiem, czy to prawda, czy też nie, bo jednak dużo wiejskich kobiet ukrywa się za woalem. Za firanką konkretnie. Bo jak inaczej wyjaśnić, że od czasu do czasu, jak człowiek sobie spokojnie próbuje zapalić fajkę przed domem,to na parterze taka firanka przemawia. I to na dwa głosy:
-Halina, co ona pali?
-Nie wiem. Źle widzę, za gęsty wzór wybrałaś, ale pewnie kukainę.
Do końca papierosa myślałam, czy w bibliotece naukowej będą mieli coś o kukainie, co to właściwie jest i jak to się pali.
Byłam coraz bardziej zestresowana i niewyspana, mimo ,że zaraz po przeprowadzce wyrzuciłam budzik. Okazało się, że poranne trele mają inne znaczenie dla okolicznych ptaków, a inne dla mnie. Dla mnie powinny zaczynać się subtelnie w granicach ósmej, a dla nich znaczyło to od 4:30 darcie mordy. Kogut wstawał po 5. Kurwa.
Zdesperowana postanowiłam wyżalić się przyjaciółce i jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam , że mój telefon nie działa. To znaczy działa, ale nie w domu. I nie na podwórku. Jedynie przy pobliskim przystanku autobusowym. I nawet o tym bym nie wiedziała, gdyby nie zastanowiła mnie ilość osób biegających z telefonami w wyciągniętych rękach, w tym miejscu. Byli też desperaci klęczący tuż przy ziemi.
Od razu wiedziałam ,że coś jest na rzeczy.
Przecież mekka była w drugą stronę.
I żadnych przystojnych masarzy na wsi nie spotkałam, ani ich córek w strojach wiktoriańskich, które ponoć po obejściu tak biegają, znając lepiej angielski, niż ich rodzony polski ojciec-polski. Wiecie o czym mówię, nie? O bodajże kanadyjskim horrorze, z polską wsia w roli głównej, "The Shrine", w którym obiecywali, że tak będzie.
Ale może dlatego, że tam gdzie zamieszkałam, to jednak nie była Alwania.
Nooo, Alwania, co nie znacie? Jesteście może jopcokrajofcami?
To wioska, na wschodzie kraju, według scenarzystów przynajmniej.
I z góry przepraszam za kpiny, jeśli Alwania istnieje, bo na równi z nieznajomością przyrody i genetyki, mam zaległości z topografii.
Ostatnio Maciek szyderczo zaproponował mi, abym się zatrudniła do tworzenia google maps. A szydzić to ja powinnam. Z jego sklerozy. Jak można nie wiedzieć, gdzie jest sklep, koło tego drugiego, w którym w zeszłym roku kupowałam te szałowe buty. Tam, gdzie niedaleko spotkaliśmy Ewę, wtedy ,co jej zjebali trwałą i dokładnie tam, gdzie naprzeciw chciałam sobie kupić pasek. Oliwkowy.

Zmierzając ku końcowi, powiem Wam,  że jak se człowiek coś ubzdura, to głowa mała.
Nigdy więcej wsi.
No prawie nigdy, bo czasami to mogę wpadać.
Na dożynki.
Na ukraińskich już raz byłam i po spożyciu serwowanych specjałów, pod postacią płynną i ja i Maciek w końcu zbliżyliśmy się do przyrody. I to bardzo. Ja z bardzo bliska przyglądałam się życiu owadów, a Maciek gonił wyimaginowane dziki.
A później, jeszcze przez dwa kolejne dni, słyszeliśmy nawet, jak tupią mrówki.



źródło obrazka: tu 



21 komentarzy:

  1. "Zawsze marzyłam o domku na wsi " - to początek z mojego życia ! No zawsze !
    No i co ? Razu pewnego poznałam chłopca miłego . Ani to ładne, ani mądre , ale ...opowiadał cos o małej nieruchomości . No to se myślę - mamy Cię ! Biorę go ! No przecież jakoś dam radę z nim żyć . Gazeta na mordę - i za ojczyznę . Najważniejsza ta mała nieruchomość - znaczy się mały domek na wsi prawda ?
    Jakież było moje zdziwienie , gdy okazało się , że ta nieruchomość to nie na wsi !
    On ją w majtkach nosi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, w takim razie, jak to powiedziałaś...za ojczyznę!
      I do boju;)

      Usuń
  2. Hahahaha
    Kochana, zapewniam Cię, że i na polskiej wsi takie cuda dają do picia (nie tylko na dożynkach), że włos się jeży i żołądek dęba staje.
    Ja z kolei w bardzo prostej linii mam typowo wiejskie korzenie (co widać, słychać i czuć, bez poświęcania nerki :)) i często spędzałam tam wakacje. Może dlatego nigdy taki domek mi się nie marzył?!
    A co do turnków wyskokowych rodem z wiejskich barków, tudzież ganków, letniaków- jak zwał tak zwał... Będąc już narzeczoną mojego męża obecnego, żeby się chłopak oszukany nie poczuł, że wszystkiego o mnie nie wiedział, zabrałam Go na jeden dzień na tą moją wioskę... Bo byliśmy akurat przejazdem z mamą i resztą rodzinki. I jak mój wuj Stanisław zapytał, czy wypijemy po maluchu do obiadu, to mama mnie kopnęła pod stołem i powiedziała: "Ty lepiej Marta nie pij.". No kto jak kto, ale własna matka wie, jaką Jej dziecko ma głowę do picia... No i nie piłam, bo przecież i tak ktoś musiał Ich stamtąd wywieźć. Nie sądziłam tylko, że będą mi Ich pakować do auta, jak się zwłoki ładuje... I po mamie to się spodziewałam, bo po kimś tą słabą głowę w końcu mam, ale po Marcinie? A co ciekawe, ostatnie co Marcin pamięta to jak kroił kotleta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I myślę, że tupanie mrówek też słyszał głośno i wyraźnie, tylko wstydził się przyznać.

      Usuń
    2. Tu się nie ma czego wstydzić, ponoć na wsi o to przecież chodzi- by być bliżej natury. Każdy sposób dobry;)
      A tak z innej beczki, w przenośni i dosłownie, ja miałam okazję spróbować śliwowicy koszernej. Wprawdzie aż mi łzy poleciały ciurkiem, ale za to ból gardła bezpowrotnie ustąpił.

      Usuń
  3. Trzeba było zamieszkać na takiej "miejskiej wsi" co to szumnie wsią się nazywa, ale obok supermarket, kluby fitness, a w miejscowych sklepikach właściciel zastanawia się czy z win zamówić Valpolicella czy Rioja :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to tam nie jest wieś. No cały czas powtarzam, że mnie chodziło o przyrodę. A na takiej wsi, to gdzie ta przyroda? W klubie fitness? Jedna sarenka i same maciory?;))

      Usuń
  4. Swego czasu (ale to było dawno, w poprzedni wieku) rozpoczęłam studia biologiczne, ale Ci powiem, że aż tylu gatunków drzew nie rozróżniam. Może dlatego ich nie skończyłam? Znaczy studiów -nie drzew.
    Obrazek wsi spokojnej, wsi wesołej cudny, Przekonujący.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też wylądowałam na wsi nic o niej nie wiedząc! I kupiłam kozę i kozła też z niewiedzy! Ale to już całkiem dłuuuuga historia.....do dzisiaj. Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opowiedz Joasiu, opowiedz koniecznie! To może być całkiem niezła historia, zwłaszcza zważywszy, na brak tej niewiedzy w hodowli:)

      Usuń
    2. Z niewiedzy pierwszy dał się we znaki smród. Straszny capi smród!! A potem bez przerwy rodziły się kózki po jednej dwie albo nawet trzy na raz
      ( co jest dużą rzadkością)Występowałam wtedy jako matka zastępcza, bo koza swoich małych absolutnie nie akceptowała. W zimie ogrzewałam je w domu więc brykały mi po wersalce razem z psami..itd..itd Nawet mam dvd z naszych początków.Wierzyć się nie chce.Buziaczki.

      Usuń
    3. Nadzieja w tym, że małe kózki się kiedyś odwdzięczą...herbatę zrobią, zakupy przyniosą, czy na starość okna pomyją;)

      Usuń
  6. Do wsi spokojnej, wsi wesołej, można przywyknąć! Jeno czasu trzeba... Jakieś 30 lat! Gdy mnie, gdyniankę, wypędziło w 1977, wielce byłam nieszczęśliwą. Ale gdy 2 lata temu musiałam do ,,mojej'' Gdyni wrócić.. Horror! Ani żaba nie zarechoce, ani słowik nie zakląska, ani łabądek pod oknem Motławą nie przepłynie... Od kiedy wróciłam w lipcu 2013, uwielbiam wieś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam, może i żaba nie zarechoce, ale klakson przyjemnie, no powiedzmy, zatrąbi.
      Ale skoro mówisz, że da się przywyknąć, to może kiedyś się jeszcze skuszę. Najlepiej na starość, koło 70. Wtedy będę miała motywację, by kolejne 30 lat przeżyć i stwierdzić ostatecznie, czy Zgaga miała rację;)

      Usuń
  7. Cha ja też na wsi jestem i to z własnej chęci ponoć. A dzisiaj to nawet zebranie u nas było i żałuję tylko że los nie obdarzył mnie takim talentem coby to opisać. Na pół roku bym tematów miała!

    OdpowiedzUsuń
  8. A na tym zebraniu co u nas dzisiaj było to pytali nawet kto do gazu a kto nie?! Dobrze chociaż że każdy sam mówił chce czy nie do tego gazu. A sołtys nasz to nawet jednej Pani obiecał że samochód jej umyje. Aż żałuję że i ja się nie zgłosiłam.Ale okien sołtys już nie chciał u tej Pani myć, ciekawe czemu, nie? I dużo jeszcze fajnych rzeczy było a luuudzi ile było, nawet nie wiedziałam że tylu u nas na tej wsi jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Jeśli ten sołtys młody, przystojny i ma zamiar bez koszulki, za to oblany pianą ten samochód pucować, to namówiłaś mnie- tez się tam przeprowadzę;)

      Usuń
  9. padłam po prostu, kobieto jestes nieziemska!!!
    właśnie się wyprowadziłam na wieś i tego mi bylo trzeba ;p;p

    jesteś niemozliwa

    OdpowiedzUsuń
  10. Trafiłam na ten blog przypadkiem. Niesamowity talent komediowy do opisywania codziennego życia. Czytam płacząc ze śmiechu:))) Powinien być przepisywany jako lek na poprawę humoru. Dziękuję za pokazanie niesamowitego dystansu do życia:)))))

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...