wtorek, 31 grudnia 2013

mężczyźni to chamy, a kobiety to psychopatki

Różnimy się niemal wszystkim.
Jaki by ten partner wspaniały nie był i tak nigdy nie będzie kobietą...no chyba ,że w wersji les. Wtedy to będzie, bo inaczej byłoby bez sensu. No ale załóżmy od razu ,że my tu teraz o związkach hetero. A także o podejściu jednej i drugiej strony do poszczególnych zagadnień:

1. Wiadomość o ciąży

Gdy kobieta dowiaduje się, że jest w ciąży ma kilka dni z życia wyjętych. Kanonada myśli, od sztampowego pytania, czy aby na pewno będzie się dobrą matką, po wizualizację pokoiku dziecięcego i natychmiastowy wybór pięciu par śpiochów, małych bucików, smoczka i jednego śliniaczka, aby namacalnie potwierdzić, że nic sobie nie wymyśliła i rozpoczął się wiekopomny etap dla ludzkości- właśnie rośnie w niej nowe życie.

Gdy facet dowiaduje się ,że jego partnerka jest z nim w ciąży, pierwsze o czym myśli to wybór imienia.
Słyszałam, że najczęstsze to Carlos i należy ich później szukać w Hiszpanii.


2. Dbanie o wygląd zewnętrzny

Kobieta, przed wyjściem z domu, dobiera starannie garderobę. Zmienia ją kolejno sześć razy. Cztery razy z powodu tego, że wygląda w niej za grubo. Raz, bo nie jest pewna, czy to nadal jest modne. I raz, bo dziecko zdążyło ulać jej na ramię, narzygać do kaptura, albo akurat miało brudne ręce, czy tam twarz.
W wyborze garderoby niezwykle ważnym elementem jest wybór odpowiedniej bielizny. Biustonosz, w zależności od potrzeb, musi mieć fiszbiny, grube ramiączka i korbkę, aby dało się podciągnąć to, co niestety smutno zwisa, zamiast dumnie sterczeć. Albo musi być to push up z wkładkami, czyli tak zwany "model od razu z biustem".
Majtki...no cóż, to nie mają być stringi. No i rajstopy. Rajstopy, nie pończochy. Ja tu w końcu piszę życiowego bloga, a nie powieść erotyczną. Barchany najlepiej by były takie, jakie nosił Obelix- pod pachy, znaczy się. Wtedy jest gwarancja, że żadna fałda nie wyskoczy w najmniej oczekiwanym momencie i równie niespodziewanie nie przemienimy się z Kate Moss w Roseanne Barr. Co do rajstop, to to ciężki temat i klasyczny przykład na to, że gdy chce się być piękną trzeba cierpieć. Te wszystkie modelujące niby coś tam działają, unoszą, ściskają i tak dalej, ale zakładając je powinno się mieć świadomość, że cały wieczór będzie nam towarzyszyć uczucie, jak byśmy miały nogi owinięte ciasno folią spożywczą i za małą miskę na dupie.

Równie starannie dobiera kobieta dodatki. Mają być piękne i zauważalne. Ale zauważalne subtelnie, a nie tu się świeci, tam się błysko, dzisiaj na wsi będzie disco.

Czesze się z precyzją ,co do najkrótszego kosmyka. Mając przed oczami fakt, jak wyglądało się w fryzurze "na małpę" lub "od garnka" oraz, że po sześćdziesiątce chujowo wygląda się w dwóch kucykach przyozdobionych kokardkami, a po dwudziestce chujowo wygląda się w krótkiej trwałej w kolorze gołębim.

Maluje kobieta paznokcie, maluje siebie. Najpierw panieruje twarz w tych wszystkich bazach, fluidach, podkładach, korektorach i pudrach. Wali se kolor na poliki. Zawsze zastanawiało mnie właściwie po co? Modelować twarz można delikatniej, więc po co te różowe place? Żeby wyglądać jak zdrowa, rumiana wiejska dziołcha?
W sumie nie wiem.
Na wszelki wypadek też tak robię.
Jasna kreska na linii wodnej, cień na ruchomą część powieki, ciemniejszy na linię banana i znowu jaśniejszy w kąciki wewnętrzne i pod starannie wydepilowane brwi. Dalej to eyeliner w kocie oko, mascara przedłużająco-pogrubiająco-podkręcająca, a czasem nawet sztuczne rzęsy.
Rzut oka w lustro....
......krzyk......
Spokojnie, spokojnie, żadna lambadziara nie włamała nam się do chaty.
To nadal my, tyle że stuningowane...

Mężczyzna....no cóż. Dba o paznokcie brzeszczotem. Od nóg. Od rąk ma obgryzione, a tamtych nie dosięga. Uszy i nos ma czyste, bo wszystko wydłubał na powtórce "Szklanej pułapki". I jeśli pozwolimy mu się same wystylizować, wyjdzie prawdopodobnie ubrany jak połączenie pijanego klauna z ulicznym żulem. Za to cieszący się jak dziecko feerią barw, wzorów i faktur, które sam dobrał, co z dumą będzie za nami wykrzykiwał, gdy na ulicach będziemy próbowały go zgubić.
I te buty....słodki Jezu...i te ich buty...


3.Choroba

Naprawdę masz zapalenie płuc?
A faktycznie, możliwe. Przypomnij sobie, jak dziś rano kaszlałaś, gdy biegłaś w deszczu po świeże bułeczki na śniadanie. Potem atak kaszlu złapał cię, jak wyprawiłaś dzieci do szkoły i ogarniałaś mieszkanie. Później w pracy starałaś się hamować. Dalej tylko lekkie zawroty głowy przy praniu, prasowaniu. Uczucie gorąca, gdy gotowałaś obiad. Nawet otworzyłaś okno. Pamiętasz?
A teraz, gdy zemdlałaś przy myciu okien (na szczęście do wewnątrz padłaś) okazuje się, że to nie przelewki. To zapalenie płuc.
Trudno.
Musisz wziąć witaminę C i Rutinoscorbin.

Mężczyzna do choroby ma podejście męskie, więc się nie fafluni, nie utyskuje, nie jest mazgajem. Jest twardy jak najtwardsza skała. Granit na przykład.
Tak, google potwierdza, granit jest niezwykle twardy.
Mężczyzna wie, że jest głową rodziny i to odpowiedzialne stanowisko nie pozwala mu się rozkleić. On wie, że musi nas otoczyć swoim silnym męskim ramieniem, być dla nas opoką, ukojeniem, naszym obrońcą i bohaterem w naszym domu.
I to wszystko robi dzielnie.
Dopóki termometr nie pokaże 37,1.


4. Mamusia

Mamusia to mama żony.
Mamusia zawsze chce dla córki i zięcia dobrze. I tak- kobieta o tym wie. Mężczyzna jakoś nigdy nie może tego zrozumieć. Mimo, że żona z mamusią często próbują mu to razem wytłumaczyć.
Kobieta kocha mamusię, bo jest piękna, dobra i niestety jest duże prawdopodobieństwo ,że jakieś cechy się po niej odziedziczy.

Mężczyzna mamusi nie docenia. Z tych samych powodów, co powyżej patrzy na mamusię z lękiem. To ponoć mamusia powstrzymuje go przed bigamią. Konkretnie to wizja posiadania więcej niż jednej mamusi. To mężczyzna wymyślił wszystkie kawały na temat mamuś, z których śmieje się wyłącznie on i....nasz tatuś.


5. Teściowa

Teściowa to mama męża.
Jest zazwyczaj wredną raszplą. Ja przepraszam za dosadność, ale to nie ja każę być teściowym mendami. Teściowa, wręcz odwrotnie do mamusi, jest niewielkiego wzrostu, ma haczykowaty nos z wielką kurzają, bazyliszkowe oczka i chodzi w łachmanach z kapturem na głowie.
Wszelka zbieżność w opisie z postacią czarownicy z Jasia i Małgosi zupełnie przypadkowa, nie to żebym miała regał z dziecięcymi książkami przed sobą...
Teściowa, w przeciwieństwie do mamusi, nie rozumie nic i zdecydowanie nie działa dla naszego dobra. Zazwyczaj uważa, że nie powinnyśmy zmieniać kodu do lodówki, jak mąż spóźnia się z pracy oraz że zawsze, no kurwa zawsze, jak byśmy ich nie ubrały- albo przegrzewamy, albo staramy się zaziębić własne dzieci.


6. Zakupy

Kobieta uważa zupełnie za niezbędne posiadanie np. takiego dzyndzla, który się doczepia nie wiadomo gdzie i po co, tylko dlatego, że jest w panterkę. Idąc po masło i mleko, kupuje stanik i całą masę rzeczy, których on nie rozumie ,że są im do życia niezbędne (mleko i masło, o których zapomniała, może kupić on, w drodze z pracy do domu, przecież i tak mija ze trzy spożywcze i jedną "Żabkę" choć tam dość drogo)
A te zapachowe patyczki się zużyje, jak się skończą tamte, które mam teraz, odświeżacz w sprayu i kadzidełka!

Mężczyzna na zakupach to utrapienie. W sklepie czuje się jak w dżungli, gdzie za wygłodniałe zwierzęta robią napalone na trendy kozaki kobiety. Nawet w markecie zajmują go wyłącznie pierdoły. Nie może zrozumieć, że bez zimowego płynu do spryskiwaczy człowiek jest się w stanie obejść, a jak wyjść do ludzi w niemodnych butach?
Poza jakimiś bzdetami w stylu jajka, parówki, pieczywo, ketchup nie patrzy na nic. Jest zazwyczaj zajęty przekonywaniem swojej partnerki, że to chwyt marketingowy, ta jednorazowość pampersów i że przecież po praniu, w 30 stopniach, ani się nie skurczą, ani nie zmechacą oraz, że sezonowe, coraz droższe warzywa i owoce są zupełnie zbędne w diecie waszej i waszych dzieci i naprawdę nie ma potrzeby, abyście ulegali trendom na zdrowe odżywianie. No i w jakiej alejce można znaleźć popcorn, bo piwo już wyniuchał. Instynkt go zaprowadził.


7.Solidarność płciowa

My, kobiety, jesteśmy mega solidarne.
Wystarczy tylko, żeby koleżanka była brzydsza, głupsza i grubsza, a będziemy ją kryć, dla niej łgać i solidaryzować się z nią we wszystkim: w miłości do ukochanego serialu, bólu włosów i jajników, cierpieniu z powodu pomarańczowej skórki, głupoty własnego chłopa i w wywodach na temat francowatego obicia kanapy, w które czekolada wchodzi, a nie schodzi.
Jeśli akurat koleżanka jest ładniejsza, zgrabniejsza i mądrzejsza, to z solidarnością mamy większy problem. Natury etycznej. Bo my się szanujemy i nie zadajemy ze zdzirami.

Faceci solidaryzują się nie z sobą, a przeciw kobietom. Myślą, że w kupie siła. Zupełnie jak owsiki...


8.Podejście do wychowania dzieci

Kobieta: "Kochanie, jestem dumna z naszego syna. Dziś rano przepuścił sąsiadkę w drzwiach, jak go uczyłam, nakarmił Azorka i ukłonił się pięknie pani z kiosku. Moja krew!"

Mężczyzna pod drzwiami łazienki:" Kochanie ,szybko!!!!! Szybko!!!!!! Posłuchaj.....nasz syn pierdzi przy sikaniu! Jestem z niego dumny! Moja krew!"


8. Podejście do higieny

Każda kobieta wie, że pranie dzieli się na białe, czarne i kolorowe. Kolorowe dzieli się na jasne i ciemne i wyłania się z tego wszystko to, co czerwone, aby przypadkiem nie zafarbowało. Posiada się osobne mydło do rąk, żel pod prysznic i do higieny intymnej. Peeling do ciała i do twarzy osobny, a także maseczkę relaksującą po tej oczyszczającej. Balsam do ciała i oliwkę, krem do twarzy i szyi, osobny do rąk tuż po maseczce i osobny do stóp, tuż po peelingu i maseczce. Szampon, odżywkę i maskę do włosów tym razem. Krem do depilacji i po depilacji. Pastę do zębów i płyn higieny jamy ustnej. Antyperspirant i pomadkę ochronną, która nadaje wargom miękkość i delikatność. Płyn do demakijażu, żel do mycia twarzy i tonik.
I ona tego wszystkiego używa. I wie jak to użyć!

Więc wytłumaczcie mi teraz proszę, dlaczego jedyne pranie jakie zrobił mój mąż weszło do pralki kolorowe, a wyszło całe w jednym odcieniu- różowym, z czego mój kiedyś ecru, a teraz różowy ulubiony sweter wyglądał jak by był dziergany na noworodka?
I dlaczego on umył się cały moim żelem do higieny intymnej, włącznie z głową, pod pachy psiknął sobie oliwką w sprayu, a po goleniu wklepał balsam na rozstępy?


9.Podejście do zwierząt

No ja na przykład to się martwię, bo mnie się wydaje, że się futro kotom nie lśni jak kiedyś. Dodatkowo Rychu się dwa razy pod rząd porzygał i się boję, czy nie wciągnął czegoś z podłogi. Jak Psot miał krwawą biegunkę to zaryczana wiozłam go po 30 godzinach pracy do weterynarza, gdzie na wstępie oznajmiłam, że z nikim poza doktorem Housem nie będę nawet gadać. Dbam, aby spokojnie dużo spały, by miały siłę spać dalej. A jak im się nudzi, przywiązuję im tasiemkę np. do łyżki cedzakowej i tak se latamy chwilę po ścianach dla formy i dla rozrywki. No i Rychu aportuje piłeczkę.

A Maciek się tylko tak dziwnie na te koty patrzy.
Patrzy i patrzy.
Mruży oczy, jak by myślał. Otwiera usta, jak by chciał coś powiedzieć. Uśmiecha się do nich tajemniczo...
I się mnie czasem tylko pyta, czy myślę, że koty to naprawdę pomagają na korzonki.


10.Powody do radości

"W końcu, po tylu latach, mogę z dumą powiedzieć, że praktycznie sama opanowałam rosyjski"

"W końcu, po tylu latach, ograłem naszego syna w pokera!.... Co się tak na mnie gapisz?! I co z tego, że ma osiem lat?! Jest cwany i przebiegły!!!"


11. Podejście do seksu

On nas łapie za cycka, my patrzymy na niego jak na idiotę.
Nieeeee, to nie jest dla nas gra wstępna.

My włączamy muzykę, zapalamy świece, pindrzymy się w łazience, wychodzimy z taaaadaaaaa....a on śpi.
Widać dla nich to też nie jest gra wstępna.

Więc kochacie się ze sobą, najczęściej pomijając te wstępne pierdoły, oraz niuanse w stylu, ile to faktycznie jest dwadzieścia centymetrów i trzy minuty.
Przed znajomymi koniecznie wspólnie przytakujecie: co, "na małpę"? oczywiście, że znamy i praktykujemy. Dziewięć razy w tym tygodniu. "Na legwana" sześć. A wy znacie w ogóle "na legwana"? Jasne, że znacie....Coooooo? Wy w tym tygodniu razem 26 razy?....a co myśmy powiedzieli, że 15? Nieeee, no coś ty, 35 miało być....


12. Ranga problemów

A to najlepiej widać po postach na forum:

"Dziewczyny,
kiepsko się czuję, kręci mi się w głowie, mam powiększone węzły, drgawki , bóle brzucha i głowy, nierówne tętno. Robiłam mocz i morfologię, usg, rtg, mr, tk, ekg i echo serca. Wszystko w normie. Potwierdził to internista, chirurg, ortopeda, kardiolog, ginekolog, neurolog, pulmonolog, hematolog, nefrolog oraz urolog, który przyjmował w zastępstwie okulisty.
Jeśli któraś ma jakiś pomysł, co mi może dolegać, proszę o pilny kontakt, zanim trafię do patologa...
Dorota, 35"

"Panowie,
jak to jest z tym Świętym Mikołajem? Ja w niego wierzę. Mama mówi , że istnieje. A żona się ze mnie śmieje.
Jakub, 35"


13.Gotowanie

Kochane, ale co by nie mówić, powinnyśmy na koniec oddać nieco sprawiedliwości facetom i zwyczajnie ich docenić. Oni nie są tacy głupi. Oni doskonale wiedzą, że 90% wypadków w domu, zdarza się w kuchni. A mimo wszystko zazwyczaj jedzą to, co im ugotujemy





P.S. Szczęśliwego Nowego Roku i zajebistej zabawy sylwestrowej życzę Wam, Kochani;)

niedziela, 29 grudnia 2013

Święto ogłaszam!

Dziś mija miesiąc od kiedy prowadzę bloga.
Odwiedziliście mnie przeszło 10 tysięcy razy.
9 900 od Star, a tą stówę pozostałą sama sobie nabiłam wchodząc tu z okrzykami:
"hmmmm...to to się opublikowało,czy nie?"
"szybko, kurwa, jak to się kasuje?!"
" a ten przycisk, co się świeci, to do czego?"
"8765"
"8766"
"8767"
"nieeeee, licznik działa prawidłowo"
"jeszcze to napiszę....albo nie....."
"no popatrz i teraz edytować muszę....a dałabym sobie nerkę odjąć ,że "który" się pisze przez "u" otwarte"
"ja pierdole, chciałam wejść na "bez odwrotu"..."

Nie wiem, czy te 10 tysięcy to dużo, czy też mało, bo to mój pierwszy osobisty blog, a nie moje i nieosobiste odwiedzałam dotąd licznikiem specjalnie się nie interesując. Niemniej z racji tego, że czytacie i jest Was więcej niż ja sama, poczułam się zobligowana by siąść przed kompem, uprzednio starannie się ubrawszy i umalowawszy i do Was pomachać.
Nie tak zwyczajnie góra-dół, albo szybko na boki.
Na boki, ale wolno. Jak papież. Albo jakby się strzelało po twarzy kogoś z bardzo wąską gębą.
No więc macham.
Możecie odmachać, nie krępujcie się.
* W końcu 10 tys. nas czyta/**W końcu bardzo dużo ludzi nas czyta

Jako, że ćwiczę to od dawna, mam przypadkiem przygotowane również przemówienie:

Chciałam podziękować Jego Przenajświętszej Makaronowatości, mojej rodzinie, przyjaciołom, tym którzy na fejsie nacisnęli lajka, gdy napisałam "mam bloga, naciśnij lajka",  wszystkim, którzy dołączyli do mojej blogowej społeczności, zaglądają tutaj by czytać i komentować oraz wszystkim tym, którzy we mnie uwierzyli.
I proszę nie zawracać mi dupy jakimś tam Pulitzerem.
Ja dziś robię gołąbki.

A jak szaleć, to po całości, toteż ogłaszam z okazji mojej miesięcznicy Święto Narodowe!
I tak możecie dzisiaj nie iść do pracy.
I zróbcie sobie coś dobrego na obiad.
I golnijcie sobie za moje zdrowie, koniecznie.
A co się będziemy oszczędzać...
;)

*to na wypadek, jakby to było dużo
**a to na wypadek ,gdyby ta liczba plasowała mnie jedynie przed blogiem "skarpety frotte-moja pasja, moje życie"

sobota, 28 grudnia 2013

dieta....cud....jak zadziała

Supermarket, ja w szale przedświątecznych zakupów, a tu podchodzi do mnie odważna hostessa i nieśmiało zaczyna:
- czy może zechciałaby pani....
-nie, dziękuję.
-ale....
-nie.
-choć....
-nie.
-tylko...
-nie.
-te ciastka są naprawdę dobre...
-nie, nie i jeszcze raz nie!!!!!!!!!....co?....ciastka?...no dobrze, to poproszę opakowanie. Albo dwa od razu, bo jakieś takie malutkie. I tylko dlatego, że jest pani dobrym sprzedawcą, choć zastosowała pani paskudne techniki manipulacji klientem.

Minęło już pięć miesięcy od rozwiązania, a ja nadal nie wróciłam do przedciążowej wagi. Ba, jest mi do niej tak daleko, jak Kasi Cichopek do Oscara. I najgorsze jest to, że nie wiem, co robię źle...jestem na dwóch dietach, bo na jednej się nie najadam. W tym jedna z tych diet, to nie jakiś banalny Dukan, jakieś przereklamowane south beach, tylko modna i popularna dieta rotacyjna- gdzie się człowiek nie obróci, tam coś zeżre.
Żartuję.
Wiem, co robię źle, ale kurwa, nie moja wina, że ja akurat punkt G mam usytuowany w cukierni za rogiem. Słodycze mnie gubią. No po prostu w starciu nutella i ja, samokontrola zupełnie odpada. Dokładnie sobie zdaję sprawę, że aby schudnąć wystarczyłyby najprostsze ćwiczenia. Tak konkretnie to przekręcanie głowy w lewo, a potem szybko w prawo i kilka powtórzeń, za każdym razem jak stoję przy ciastku lub czekoladzie. I to szybko, póki jeszcze łatwiej mnie obejść, niż przeskoczyć. I póki nie mierzą mnie w gigamajtach. Swoją drogą, czy Wy naprawdę myślicie, że dużo jest kobiet o wymiarach 90-60-90? Taaaa, chyba w Ameryce.
Tylko dlatego, że oni mierzą w calach.
A propos słyszałam, że waga przeciętnego Amerykanina to jakieś 80-90 kg. Musi być taka solidna, żeby mógł na niej stanąć przeciętny Amerykanin....ale nieeee, my Polki zawsze mamy największe kompleksy. To prawda, że żadna z nas nie chciałaby być Niemką, ale już poza nimi, to czujemy się ładniejsze chyba wyłącznie od Steve`a Taylora z Aerosmith.  Ale już od niego nie chudsze. Zgrabne laski myślą, że są grube. Grube myślą, że są otyłe. A faktycznie otyłe, nie wiedzieć czemu, myślą ,że dobrze wyglądają w legginsach...
No nie ważne, prawda jest taka, że my zawsze czujemy się grube. I nasi biedni partnerzy doskonale wiedzą, że nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy grubo wyglądamy.Maciek, gdy go pytam, czy grubo w czymś nie wyglądam wali już wprost: ale o co ci chodzi?! chcesz się znowu pokłócić?!

Nie, nie idą mi jeszcze oczka w jeansach. I nie, nie mam depresji, bo hula-hop na mnie pasuje. Nie mniej fajnie byłoby mieć znowu ciuchy z wcięciem w talii. Hmmmm, albo po prostu fajnie by było mieć znowu talię. A najgorsze jest to, że jakoś nie mogę się zmobilizować do bezsłodyczowej diety. Słyszałam o jednej takiej,  na samych tic-tacach. Może ta by była dobra. Czy tic-taci to słodycze? No nie ważne, w każdym razie je się czterdzieści tic-taców na śniadanie, siedemdziesiąt na obiad, trzydzieści na kolację. Waga leci ponoć w dół, jak szalona. I oddech jest świeży. Fakt, że słaby...
I jeszcze teraz ten okres nie sprzyja, najpierw święta, potem karnawał,  a ja tak uwielbiam gotować i piec. Nadal mam świąteczne ciastka. Co wieczór leżę w łóżku i powtarzałam sobie w duchu "idź spać. nie idź po ciastko. idź natychmiast spać". Dlaczego takie ciastka nie idą w cycyki? Gdyby tak było miałabym większe niż Lolo Ferrari. Jak dbać o linię w karnawale? W sumie można dbać... żeby była gruba i wyraźna...
A najgorsze w tym wszystkim jest to straszenie, że ponoć jest się tym, co się je.
Choć ja wiem, że to nieprawda.
Jakoś nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zjadła seksowną bestię;)

Źródło obrazka: tu



piątek, 27 grudnia 2013

magia minionych Świąt

-On jest jeszcze dzieckiem- powiedział filozoficznie don Juan zerkając z pobłażliwością na Szarego, gdy przyszedł podziękować mi i Maćkowi, konspiracyjnym szeptem, za prezenty.
Szeptem, gdyż jak być może pamiętacie Szary już wie, że mały Mikołaj nie istnieje, ten co to niby bywa u dzieci 6 grudnia, jednak oczywistą oczywistością jest, że istnieje Mikołaj duży. Szary ma na to w tym roku dowód- prezenty pojawiły się pod choinką znikąd, podczas gdy on i don Juan byli ze mną w kuchni czyniąc ostatnie przygotowania do wigilijnej wieczerzy.
Don Juan już nie wierzy w Świętego Mikołaja od roku. Ani małego, ani dużego. Oznajmił mi to zdecydowanym tonem, jak też to, iż wie, że to my podkładamy mu kasę pod poduszkę za każdego straconego mleczaka i że naprawdę nie odbiło mu na tyle, aby wierzyć, że na przełomie marca i kwietnia do naszego domu kica jakiś przerośnięty zajączek, który zamiast klasycznych włochatych jajek, ma jajka w koszyczku i to czekoladowe.
-Dziecko mi dorasta- pomyślałam z dumą, czy tam z lekkim smutkiem
Nawet nie wiem kiedy zaczął być niemal mojego wzrostu i nosić buty o rozmiar większe od moich. Nawet nie wiem kiedy oznajmił mi, że Kubuś Puchatek jest dla maluchów i przestało mu zależeć na koszulkach ze zwierzątkami. Polubił owoce i warzywa, a jego codzienny look stawał się coraz bardziej dopracowany....bobrze i jeżu, zaraz stuknie mu dziesięć lat! A już za rok, w ramach współczesnego świata i faktu posiadania nastolatka w domu będę może miała inne problemy niż znalezienie drugiej sztuki z jakiejkolwiek pary jego skarpet. Być może w dzisiejszych czasach to już będzie ten wiek, gdy zaraz zacznie żyć w myśl zasady "sex, drugs and rock&roll".....

 -No i te prezenty pojawiły się znikąd- tłumaczył nam Szary- bo przecież w pokoju był tylko tata
-Noooooo taaaak- potwierdziliśmy pospiesznie z don Juanem, choć nasze miny mówiły "buhahahahahahaha" oraz "nie do wiary, że nie słyszał"...
...jak Mikołaj sobie zaklął siarczyście, gdy z hukiem najpierw wywinął orła przez zdradziecki bujaczek -leżaczek, a później gromkim głosem zamiast "ho! ho! ho!" zawołał "złaź bydlaku z tej cholernej choinki". Do kota oczywiście, bo oprócz Rycha, nikt u nas po choinkach nie łazi. A komu ,jak komu, ale to oczywiście nam musiał się trafić kot psychopata. Rychowi bowiem się wydaje, że jest człowiekiem i na ten przykład, jeśli chodzi o choinkę, dizajn mu się widać nie podoba i cały czas poprawia bombki. Ocipieć można.

Wracając do Mikołaja- w drodze powrotnej, z Rychem, którego przestraszył, przyczepionym do twarzy, wywalił się dokładnie o ten sam bujaczek, co poprzednio, stojący nadal w przejściu, tyle że bardziej na lewo. Po czym, gdy mnie zobaczył, dezynfekując sobie brew i prawy polik, Mikołaj obrażonym tonem powiedział ponuro "w przyszłym roku twoja kolej"
Dalej było klasycznie: wieczerza wigilijna z rodziną, kawa wigilijna i patrzenie na ciasta i ciasteczka, bo jeść nikt już nie miał ochoty, czy tam odwagi po tych wszystkich kapustach i kapuścianych farszach. No prawie nikt. Jedyną chętną do jedzenia w każdym momencie osobą jest Stifler, który jest na takim etapie, że czuje, jak by go palec Boży dotknął za każdym razem, jak mu skapnie coś z dorosłego stołu. A że w święta należało być wyjątkowo religijnym, dotknęliśmy go palcem Bożym kilka razy i tak dostał do spróbowania skórkę samorobnego chleba (tak naprawdę, to mam automat- wrzucam składniki, otrzepuję ręce i idę ,ale chleb samorobny brzmi dumnie, jak bym go co najmniej godzinę osobiście ugniatała),kruche ciasteczka rudolfy (bez nosa) i topniejące bałwanki bez głowy, części z lukrem, nie mówiąc o ozdobnych czekoladowych guzikach, którymi łatwo byłoby się zadławić. W takich kwestiach jestem bardzo przezorna, bo zauważyłam, że moje dzieci miewają szczęście po moim bracie, który jak był w ich wieku potrafił dwa razy w ciągu jednej nocy znaleźć się na pogotowiu. Raz- gdy ślizgając się na świeżo wypastowanej "SAMĄ" podłodze, wykonał mistrzowską długość ślizgu zakończoną bliskim spotkaniem czoła z kaloryferem.
Nic strasznego, małe szycie, prawie nie ma blizny.
A drugi raz, gdy po powrocie z pogotowia do domu, postanowił pójść do łazienki za potrzebą, gdzie ponoć słabo mu się zrobiło i tym razem sedes zaatakował jego brodę.
Większe szycie, większa blizna, plus bezcenna mina tego samego chirurga, który pewnie wahał się ,czy nie wezwać opieki społecznej, gdy zobaczył rodziców wracających po godzinie do niego z dzieckiem ze zszytym czołem i krwawiącą tym razem brodą.
Wracając do Świąt- była też wizyta u teścia i Renaty, jego drugiej żony. I tu należy nadmienić, że Renata to fantastyczna kobita pełna ciepła i poczucia humoru, a teść, jak to teść...człowiek by chciał żeby miał dwa zęby jedynie. Jeden do otwierania mi Radlera Warki, jak już nie będę karmić , a drugi po to, by go ciągle bolał. Niestety tak nie jest, teść ma ładne zęby i choć nigdy go nie  pytałam, jakoś szczerze wątpię, aby mi chciał nimi tego Radlera otwierać. Cała nadzieja w lumbago. Ale dyplomacja musi być, więc na głos tego nie mówię, a jedynie marzę sobie skrycie...
W każdym razie rodzinna atmosfera i ciężkostrawne żarcie wykończyły nas na tyle , że o 22 oboje z Maćkiem już spaliśmy, w przeciwieństwie do naszych starszych dzieci, które pod choinką znalazły m.in. 25 ksiąg "Tytusa, Romka i Atomka" i ambitnie postanowiły przeczytać wszystkie te księgi w jedną noc.
I tak Maciek spał klasycznie zwinięty w nogach, w takiej pozycji, w jakiej śpi zazwyczaj przeciętny pies, a ja spałam z kolei z klasycznie wystającym tyłkiem z jednej strony łóżka. Stiflerowi było raczej wygodnie. W końcu on spał sobie w poprzek, z rozrzuconymi kończynami i uchyloną buzią w pozycji "na pisklaka".

Koło północy obudziło mnie takie dziwne uczucie, jak bym była obserwowana. A że niedługo kończę trzydzieści lat i wiem, że to co pokazują w horrorach to bujda, postanowiłam iść na całość i wyjąć głowę spod kołdry, przestać niby niechcący kopać Maćka, który i tak nie chciał się obudzić,  a nawet otworzyć jedno oko.
Na krawędzi, tuż przy mnie, siedział Szary i wzdychał, wbijając we mnie wzrok. Szary zawsze wzdycha, jak chce, aby go zapytać o co chodzi. Sam nie powie. A nawet nie powie od razu, jak się go spyta. Da się poprosić. Nie da za to odpuścić pytania, bo będzie tyle wzdychał, aż człowiek nabierze wrażenia ,że dziecko ma atak astmy.
No to zaczęliśmy:
-Co jest?- spytałam jeszcze półprzytomna
-Nic- odparł, zgodnie ze scenariuszem
-No ale co się stało?- nalegałam, również zgodnie ze scenariuszem
-Nic
-Ale widzę przecież, że jednak coś się stało
-Nieeee
-No powiedz
-Nie
-Proszę...

>westchnięcie<

-No dobrze. Siedzę sobie tutaj, bo nie mogę wytrzymać z don Juanem w pokoju. Ze śmiechu nie mogę wytrzymać. To jeszcze dziecko- powiedział z nutką pobłażliwości tym razem Szary... a do mnie dopiero dobiegł głos don Juana zza ściany:
-Rychu, jest północ, możesz zacząć mówić....nooooo, Rychu, co słychać?...Rychu, no dalej, odezwij się, nikomu nie powiem....no teraz się odezwij....Rychu....Rychu!!!

Eeeeee, spoko, to jeszcze jednak nie etap młodzieńczych szaleństw. No chyba, że ktoś zalicz do nich wiarę w gadające po północy w wigilię koty....


Poniżej wrzucam zdjęcie naszego dzieła- Pani Mikołajowej z masy solnej.
Żeśmy się zainspirowali taką jedną, znalezioną w internecie i taaaadaaaaaaa:




poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych ;)



Wszystkim pirackim Siostrom i Braciom, Pastafarianom, życzę piwnych Świąt, pełnych objawień  Przenajświętszej Makaronowej Macki!!!

Wszystkim Braciom i Siostrom wyznania mojżeszowego, lekko spóźnione, ale szczere: Chag Chanuka Sameach!!!

Wszystkim Katolikom, a za jakieś dwa tygodnie Prawosławnym- Wesołych Świąt, pełnych ciepła i miłości!!!

Świadkom Jehowy, ateistom, agnostykom, Satanistom i całej reszcie: miłego dnia;)

życzy
(nie)typowa Matka Polka

P.S. która od kiedy posiada dzieci, po prostu uwielbia Święta, ale i tak po cichutku słucha sobie swojej kolędy przypominającej, dlaczego te wyjątkowe dni spędza wyłącznie w gronie faktycznie najbliższych osób ;)

P.S.2  Róża, zobacz, link działa! Jestem genialna, nauczyłam się!Jesteś genialna, nauczyłaś mnie!;)




niedziela, 22 grudnia 2013

fotorelacja

- Mamo, zrobisz mi zdjęcie w jasełkowym kostiumie?
-Szary, zdjęcie, czy zdjęcia, bo to różnica, a ja ciasto robię, toteż sam rozumiesz, że nie bardzo mam czas na dwugodzinną sesję...
-Nieeeeee, no zdjęcie. Jedno zdjęcie. A sesja nie będzie dwugodzinna, bo mam pozy przygotowane.

Czasem sobie myślę, że go Maciek powinien za geny przeprosić, bo to parcie na szkło to na pewno nie po mnie:


-Mogę pokazać faka?- spytał Anioł
-Nie, skąd ci to w ogóle przyszło do głowy. Przecież wiesz, co to znaczy- odparła matka Anioła, którą sesja najwyraźniej uduchowiła, gdyż zaczęła się modlić, aby żelatyna w płatkach nie tężała jednak szybciej od tej w proszku
-Ale to by był taki artystyczny fak, w celu artystycznego zdjęcia "Zbuntowany Anioł"- nie poddawał się
Uduchowiona matka przez chwilę zawahała się, zastanawiając się ,czy rośnie jej wrażliwy artysta, czy też fan seriali brazylijskich, po czym rzuciła szybko:
- Nie, nadal nie możesz- po czym obróciła się zwinnie i zderzyła się ze zmaterializowanym ni stąd ni zowąd don Juanem, który optymistycznie wykrzyknął:
-Czekajcie na mnie, też założę kostium Józefa
-Józef, tfu, don Juan, ciasto robię. Później zrobimy wam dalszą sesję....-odkrzyknęłam gnając do kuchni
-No pewnie, że nam to później, bo tylko ON miał TERAZ- z czego ostatnie słowo powiedziane było, nie to że z pretensją i zwężonymi oczkami, nie to że wyartykułowane jak bym miała czytać wyłącznie z ruchu warg. Musiało mi się tylko wydawać, bo przecież dziecko, które przede mną stało, miało usta w podkówkę i takie oczy, że zawstydziłoby kota ze Shreka
Pies jebał żelatynę. Podgrzeję, to się znowu rozpuści....
-Dobra, ino migiem- powiedziałam twardo, bo ja z natury twarda jestem
-Dobra- zgodziło się moje ugodowe dziecko- ja się przebiorę, a ty rozbierz Jezusa-i zanim zdążyłam się zdziwić, dodał
-Noo, Stiflera rozbierz, bo w śpiochach w Puchatka nie będzie wiarygodny
Rozebrałam zatem Jezusa, który i tak goły czuje się najszczęśliwszy. Później chwilę pokłóciliśmy się o pampersa, bo na zdjęcie się nie zgodziłam, ignorując nawet zarzuty, że przeze mnie nie znajdą się na okładce "Polityki", albo przynajmniej w rubryce "kraj ludzie wydarzenia". Na szczęście poparł mnie Szary, mający w pamięci niedawne obcowanie pod prysznicem z tym, czego teraz nie chciał z całą pewnością mieć na anielskiej szatce. I tak, dziesięć minut i jedną na bank już stężoną masę później, doszliśmy do consensusu i oto jego efekty:

  







I nagle zaistniał mały problem, jednak z Szarym mieliśmy rację



Chwilę i jednego pampersa dalej mogliśmy kontynuować w spokoju

Potem dzieci spytały grzecznie, czy mogą jeszcze same kilka zdjęć sobie porobić. Zgodziłam się, wzięłam na ręce Stiflera i odmaszerowałam najpierw do pokoju po śpiochy, a później do tego, co zostało z masy

Wieczorem, pogodzona ,że w świątecznym cieście będą grudy, postanowiłam przerzucić zdjęcia na komputer. I nagle, moim oczom ukazało się to:


A wtedy mniej więcej zrobiłam tak:
















sobota, 21 grudnia 2013

zdarza się

Wczoraj jedną ręką lepiłam pierogi, drugą karmiłam Stiflera, lewą nogą prasowałam mu pościel , prawą wrzucałam pranie do pralki. W końcu nie wytrzymałam napięcia, bo mi ciężko było równowagę utrzymać, zawołałam dwóch pozostałych chłopców i mówię im, że miło by było gdyby mi pomogli i nakarmili Stiflera do końca.
Zupką dla jasności.
Nie piersią.
A że zapobiegliwa ze mnie matka, pod śliniaczek założyłam większy śliniaczek, pod to pieluchę (tetrową, nie jednorazową) i wróciłam do reszty przerwanych czynności. Tymczasem me dzieci nakarmiły Stiflera tak ,że zupkę miał nawet we włosach. Właściwie w tym swoim pierzu, bo te trzy miękkie kłaki na krzyż, to jednak trudno póki co włosami nazwać.
I to pod moim okiem go tak nakarmili. W sumie dziwne mi się wydało, że nie zdążyłam dokończyć prasowania powłoczki, gdy on już zjadł. Instynkt samozachowawczy mnie zawiódł. Stało się.
No trudno.
Podziękowałam starszym synom grzecznie, przebrałam Stiflera po raz 1587 w tym dniu, bo oczywiście zupkę miał nie tylko na głowie, ale jak każde szanujące się niemowlę również na stopach, brzuchu, oraz kończynach górnych. Gdy go podniosłam okazało się, że na plecach też. Wrzuciłam śpiochy do pralki i po raz kolejny wróciłam tym razem do pierogów. Po godzinie i piętnastu minutach stwierdziłam krótko, że nie wiedzieć czemu, ale plamy się nie sprały, ale że model już dość mocno styrany , machnęłam tylko ręką w głowie i rozwiesiłam je na lince do wyschnięcia, planując zrobienie z nich finalnie szmatki do kurzy. O sprawie zapomniałabym całkiem, gdyby nie wieczorny krzyk Szarego, spod prysznica.
-A mnie się udało doprać te śpiochy. Tarłem, tarłem i powoli plama schodziła.
Poczułam jak brew wędruje mi do góry. Spojrzałam na śpiochy, które wisiały sobie na lince, na kabinę prysznicową, w której walczył Szary, znowu na śpiochy i ...olśniło mnie.
Prawda, zapomniałam zupełnie, że rano tam też Stifler zostawił odzienie, zaraz po tym ,jak je pobrudził. Opłukałam tamte śpiochy tylko, bo przecież później miałam wstawić pralkę i oczywiście na koniec o nich zapomniałam. Aż do teraz.
- Szary, mam dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że jestem z Ciebie dumna. Świetnie pierzesz i w ogóle fajnie, że Ci się chciało tym zająć. Zła jest taka, że to nie była zupka. Rano Stiflerowi przepuścił pampers...

Czasem tak bywa, pozory mylą.  



piątek, 20 grudnia 2013

nietypowe imiona nietypowych dzieci nietypowej matki

Byłam w dziewiątym miesiącu pierwszej ciąży, wiedzieliśmy, że wypadałoby mieć chociaż propozycję imienia dla mającego się urodzić w każdym momencie syna, ale niestety jakoś nic nie przychodziło nam do głowy. A jak przychodziło i raz na jakiś czas ktoś z nadzieją rzucał nieśmiało w eter jakieś męskie imię, drugie zazwyczaj odpowiadało "pfffff, tak bym nawet pralki nie nazwał/a". Nazwisko mamy długie, więc imię powinno być krótkie, aby całość dobrze brzmiała, tak się przynajmniej naczytaliśmy. No i kwestia możliwego przezwiska, nie mieliśmy przecież zamiaru fundować dziecku później traumy w szkole. Pewnie znacie te wszystkie:
Jurek- ogórek, kiełbasa i sznurek,
Tadeusz- wajchę przełóż,
Aldona-z pękniętego kondona,
itd.
No ja w każdym razie znam. Miałam w szkole Ariela- raz do czysta.
Pewnego dnia Maciek oglądał skoki narciarskie. Wypowiadał się akurat Apoloniusz Tajner. Popatrzyliśmy na siebie i od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy zgodni.
To jest to!
Apoloniusz!
Piękne imię.

W drugiej ciąży, całkiem podobna historia. Oglądaliśmy tym razem zawody Strongmanów.
Występował Tyberiusz Kowalczyk.
Resztę już znacie.
No i Tyberiusz pasował do Apoloniusza.

W trzeciej ciąży rodzina i znajomi zagrozili, że odłączą nam Eurosport.
Ja obstawiałam Czarka, reszta nie mogła znieść braku polotu. No bo jak to tak: Apoloniusz, Tyberiusz i ...Czarek?! Żeby chociaż Czarekiusz, ale Czarek?! Just Czarek?!
Problem rozwiązał Apoloniusz, wpadając ze szkoły z okrzykiem: wiem, wiem, siedzę teraz w klasie z Eligiuszem. Fajny chłopak, sportowiec.

Całkiem banalna ta historia z wyborem imion dla chłopców. Naprawdę blado wypadałam mówiąc, że natchnęły mnie transmisje sportowe i jeden dzieciak, z klasy starszego syna, przy tych wszystkich opowieściach w stylu "mój mały nosi imię po swoim prapradziadku. Pułkowniku Iksińskim, który to jak w drużynie A, 6 kulami położył dwa pułki najeźdźów". Prestiż wśród mam, wiadomo, rzecz ważna. Wymyśliłam sobie zatem na poczekaniu, że imiona moich dzieci są wynikiem mojej historycznej pasji, zacięcia z jakim śledzę losy świata i mojej niebywałej elokwencji.
I teraz to ja mam najfajniejszą genezę imion dzieci, w związku z czym swoich odważnych przodków możecie sobie wszystkie razem w dupę wsadzić.
I tkwiłam tak w tym kłamstwie, przez jakiś czas. Z dumą podkreślając ,że rys historyczny mnie zainspirował i w ogóle nie zwracałam uwagi na dziwne miny rozmówców.
Ludzie są zazdrośni, stara prawda i jakże widoczna w tym przypadku.
Któregoś dnia, nieco poniewczasie, gdy między smażeniem naleśników a panierowaniem krokietów powiązałam fakty, że ten świr z dynastii julijsko-klaudyjskiej, to zwał się chyba jednak Tyberiusz. Porzuciłam swe, jakże pasjonujące zajęcie, wzięłam do ręki internet i następne dwie godziny spędziłam na portalu historycznym czytając o cesarzu Tyberiuszu- mordercy, gwałcicielu, wariacie i zboczeńcu, który bardziej niż w kobietach lubował się w kozach.
Więc dlatego mówi się, że kłamstwo ma krótkie nogi?
Na drugi dzień, rwąc szaty, wyznałam jednej z mam prawdę. Żal jej się mnie widocznie zrobiło, bo poklepała mnie ze współczuciem po ramieniu i powiedziała, że na szczęście imię nie determinuje niczyjej przyszłości.

A ja nie jestem tego już taka pewna.
Za każdym razem jak Tybo dłubie w nosie.
Słabość do kóz widać jednak pozostała.






P.S. Tak na marginesie powiem Wam, że moje dzieci lubią swoje imiona. To znaczy Apoloniusz konkretnie lubi swoje, a Tyberiusz zazdrości mu, że na jego cześć nazwano koszulkę "polo", wafelki Prince Polo, sklep Polo Market, napój Polo- Cocta, a przede wszystkim tego, że dla niego właśnie Timbaland napisał "Apologize". Eligiusz w tej sprawie  milczy.
Nigdy też nie byli wyśmiewani z powodu swoich rzadkich imion, jak przepowiadała przerażona rodzina. W dzisiejszych czasach wśród Xawierów, Izydorów, Dżesik i Samant ich imiona naprawdę nie są kontrowersyjne. A nawet gdyby były....no przecież nie na darmo płacę im co miesiąc za kick- boxing;)
Jedynie prababcia do tej pory nie może ich spamiętać. Choć na to też znalazła sposób i co jakiś czas pyta mnie jak tam Bolek i Lolek. I dzidziuś. Eli nie ma jeszcze widać ksywy. Mam nadzieję, że nie będzie to Reksio;)

środa, 18 grudnia 2013

bajka o spuchniętej smoczycy

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, w pięknym królestwie, które do niedawna wiodło spokojne życie, wśród mieszczan i przerażonego tłumu, pojawiła się smoczyca. Bestia nie była okazałego wzrostu. Wzdłuż. Jeśli idzie o wymiar zwany "wszerz", a i owszem. Aby objechać ją na około potrzebowano najbardziej rączych rumaków, trzech dni i trzech nocy. A śmiałkowi, który się tego podjął, ukazywał się zupełnie zaniedbany smoczy tył, bo smoczyca do tyłu wzrokiem nie sięgała, a żadne lustro nie było w stanie jej objąć.
Siała postrach smoczyca w królestwie niemały. Brzuch jej okazały, wiecznie o jedzenie wołał, a żaden kucharz, nawet najznamienitszy, najszybszy w ruchach, nie był w stanie jej wyżywić. Podstawiali zatem, pod nos smoczycy, co się dało, bo szczęście w nieszczęściu wybredna w kwestii wyżywienia nie była. I tak siedząc w smoczej jamie ze zgrzewkami batoników bounty i zagryzając je schabowym, patrzyła z pogardą na wszystkie inne, szczuplejsze smoczyce, jak to baby mają w zwyczaju.
Z nie mniejszą pogardą patrzyła na swe odzienie, bo również jak to baba, goła chodzić nie zamierzała, choć to, w co się jedynie mieściła trudno było odzieniem nazwać. Prędzej płachtą jakąś, czy plandeką po prostu. Największą pogardą darzyła jednak swoje desu. Barchany najstarszej smoczycy bowiem wyglądały przy nim jak bielizna z sex shopu, a do stringów było mu tak daleko, jak Adamowi Darskiemu do zostania katolickim papieżem.
W gorszych momentach smoczyca obiecywała sobie, że gdy puchnąć przestanie wyjdzie na ulice i niczym famistka stanik, spali te olbrzymie gacie na środku miasta, choć zdawała sobie sprawę, że od takiego wielkiego pożaru i miasto, i wsie sąsiednie mogłyby do cna spłonąć i to w przeciągu godziny.
Opuchnięta smoczyca straszyła coraz bardziej, zarówno wyglądem, jak i nieprzewidywalnością nastrojów. Raz mieszczan budził nad ranem jej wariacki śmiech, innego razu zastawali ją płaczącą z powodów bliżej nieznanych. Także smoczycy. A najgorsze było w tym wszystkim, że nikt spokoju zaznać nie mógł ni w dzień, ni w nocy, bo smoczyca, niczym dobry monopolowy, działała całodobowo. W nocy głównie szwędała się po jamie, bo męczyła ją zgaga, a i pęcherz co chwilę cisnął, choć wcale dużo nie piła. Ot, jeziorko niewielkie dziennie.
I gdy już myślała , że gorzej być nie może, zobaczyła na swojej skórze to....
ROZSTĘPY!!!
Od puchnięcia.
A że nie była nigdy zwolenniczką dorabiania naciąganych ideologii, o jakichś tam tygrysich paskach, na wojowniczej skórze, poszła się zwyczajnie pochlastać do smoczej łazienki, skąd nie wychodziła przez tydzień cały, pieczołowicie wcierając w smoczą, styraną skórę różne cud specyfiki, włącznie z sikami wiewiórki i sproszkowanymi wąsami lwa albinosa. Choć tyle one działały, że smoczyca z równym powodzeniem mogła własne wąsy sproszkować, bo mimo ,że baba z niej była, miała zarost od niedawna całkiem okazały, który głupi mieszczanin skomplementował na dodatek. Nie wiedząc zapewne, że choćby nie wiadomo jak majestatyczne były, nigdy nie komplementuje się wąsów damy.
Zrezygnowana smoczyca powróciła na swe łoże zdecydowawszy uprzednio,  że na nim to czekać będzie, albo na zaprzestanie puchnięcia, albo na śmierć, bo ta druga wydawała jej się wizją zdecydowanie bardziej realną. Oglądała więc "Klan", od czasu do czasu zerkając w dół, na swoje smocze stopy, gdzie każdy smoczy paluch wyglądał jak balon.
Po pewnym czasie problem zniknął, nie dlatego, że smocze stopy przestały puchnąć, ale dlatego, że brzuch spuchł tak bardzo, że stóp tych po prostu nie było już widać. Nawet w pozycji leżącej. Niegdyś aktywnie straszącej smoczycy, ze sportów ekstremalnych pozostały jedynie bierki. I dalsze oglądanie "Klanu", bo do tego też trzeba mieć stalowe nerwy.
Aż tu razu pewnego, w piękny słoneczny letni dzień, pewien zacny medyk, doktor Dariusz D. postanowił pomóc smoczycy. Zabrał ją do szpitala, kazał zdjąć odzienie, a gdy się położyła na operacyjnym stole i widzieć co się działo wokół już nie mogła, razem z licznymi asystentami i innymi medykami podniósł w górę notę "1", bo smoczyca naprawdę wyglądała kiepsko, po czym przystąpił do operacji...i z brzucha smoczycy wyłonił się sprawca zamieszania- Stifler.

Taaaaaadaaaaaaa


Fajna bajka o ciąży?

Poniżej załączam swoje osobiste zdjęcie z 5/6 miesiąca ciąży ze Stiflerem (bo wszędzie i zawsze uśmiechnięte baby dają do artykułów. Nawet o hemoroidach) i liczę gdzieś na publikację, a później to już liczę na to co zwykle: sława, pieniądze, wywiady, przystojny latynoski kamerdyner i takie tam....

Choć konkurencję mam sporą. Najlepsze bajki o ciąży piszą w końcu poczytne gazety dla mam... one taki tani kit wciskają i takie pieniądze na tym trzepią, że dlaczego mi miałoby się nie udać?





wtorek, 17 grudnia 2013

rodzinny talent muzyczny

Któregoś wieczoru, kładłam spać moich (wówczas jeszcze dwóch) synków. Dzieci leżały w łóżkach, a ja siedziałam wygodnie w fotelu i cichutko nuciłam kołysankę "o rycerzu z grzywką w bok, co go trochę pogryzł smok, przez co rycerz przeżył szok". Minuty mijały, a ja nie przestawałam śpiewać. Melodia wypełniała cały pokój, śpiewana z głębi serca miała odzwierciedlać wszystkie najpiękniejsze uczucia, jakie żywi się do własnych pociech, będąc szczęśliwą matką.
W pewnej chwili zamknęłam oczy i dałam się całkowicie ponieść emocjom. Śpiewałam niczym hybryda Marii Callas z Madonną. Miód dla uszu, balsam dla serca....
Nagle, tknięta jakimś dziwnym przeczuciem, otworzyłam powieki. I zobaczyłam dwóch małych chłopców, siedzących na łóżkach, z oczami jak pięć złotych, w których czaiło się przerażenie. Patrzyli baaardzo wymownie, a drżące brody dopowiadały resztę...
Nagle jeden z nich nie wytrzymał i wykrzyknął:
- Mamusiu, BŁAGAM, NIE ŚPIEWAJ!!!

Ostatnio pisałam Wam, że pewnymi rzeczami zostałam obciążona genetycznie...mój ojciec chyba też lubił śpiewać. Całe dzieciństwo słyszałam, jak nuci jakieś piosenki. Do głowy wbiła mi się jedna, nawet nie znam tytułu, wiem tylko, że Czerwonych Gitar. Leciała jakoś tak:
 raz uciekły z pozłacanej klatki
cztery małe pluszowe niedźwiadki
jeden łkał wracać chciał
do ciemnego lasu wejść się bał...
i tak dalej, o misiach w każdym razie, w tym jednym strachliwym.
No i wyobraźcie sobie, że będąc nastolatką usłyszałam ją kiedyś, pierwszy raz w życiu, w radio (choć "radio" się teraz już odmienia, nie? powinnam napisać "radiu", chyba). I jakież było moje zdziwienie, gdy koleżanka powiedziała mi, że to nie cover, a oryginał....Wyszło na to, że tata i Czerwone Gitary znali niewątpliwie słowa, ale ktoś z nich, kuźwa, zdecydowanie nie znał właściwej melodii....

Mama twierdzi, że śpiewała kiedyś w chórze. To musiał być jakiś karny chór.
Nieeee, nie śpiewanie było w nim karą. Słuchanie go, raczej.
Ewentualnie mieli ściśle wyznaczony target i jego się trzymali, trafiając wyłącznie do publiki niesłyszącej. Ba, to musiała być publika głucha jak pień....albo taka, którą wzruszał los głęboko nieutalentowanych dzieci, więc milczeli w cierpieniu.

Muzyczna przygoda Szarego, na poważnie (nie licząc dziecięcych przyśpiewek) rozpoczęła się około 4 roku życia. Wtedy to właśnie, pewnego pięknego dnia, chwycił mnie za ręce, spojrzał głęboko w oczy i oznajmił, że muszę być dzielna.
Nie mogę płakać.
Choć będzie mi ciężko...
...będzie mi ciężko, bo on nie będzie mógł ze mną mieszkać, gdy będzie dorosły.
On już postanowił.
Mam nic nie mówić.
Nawet nie zamierzałam.
On będzie rapował z Eminemem.
Cóż, byłam dzielna. Pogodziłam się z tą myślą bardzo szybko. Za szybko, bo widać "nie możesz płakać", nie zawsze faktycznie oznacza, że się nie może, a czasami wręcz wychodzi na to, iż płakać się jak najbardziej powinno. Szary, delikatnie mówiąc, poczuł się urażony, ale nie na tyle, abym nie mogła być świadkiem jego raperskiego talentu, który szlifował całymi dniami, śpiewając łamanym angielskim. Ja się domyślam, jak mu było ciężko. Na pewno nie jest łatwo rapować, jak się zna 100-150 angielskich słów, z czego 1/4 to nazwy zwierząt. Jak to sobie wyobrażacie?
Giraffe, dog, hippo, chimp, fucking bitch, elephant yeaaaaah?!?!?!
Jednak, jak wiadomo, to moja krew, więc dawał sobie radę dokładnie jak ja, gdy zabraknie mi słów, aby w obcym języku wyrazić myśli. Mówię wtedy "gmehihdgue ikmahe biehajge kkejhdks", tyle że "z kluchami", bo akcent to podstawa i z mądrą miną, w nadziei, że ta odciągnie uwagę i nikt się nie kapnie, że właśnie te słowa wymyśliłam.
Wy też tak na pewno robicie.
Każdy tak robi.
No w każdym razie Szaremu brakowało jakieś 300 słów na minutę, także jego wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Dziwne, że zawsze jednak wychwytywał i dokładnie powtarzał wszystkie przekleństwa.
A przecież w naszym domu się nie klnie.
Nie po angielsku.
Całymi dniami słuchałam więc jaki jest styrany, wkurwiony i że jego życie to dziwka.
Aż pewnego dnia Szary poznał znaczenie słowa "fuck" i oburzony, bo w końcu on się brzydko nie wyraża, postanowił skończyć z Eminemem na rzecz....Turnaua....Soyki....Mozila....i całe szczęście, że to już historia (chyba) zamierzchła- Kaczmarskiego.
Naprawdę dostawałam deprechy, gdy ustawiał sobie replay i słuchał "Przeczucie, cztery pory niepokoju". Godzinę.
I już nie chce być piosenkarzem. Teraz zarzeka się, że będzie boksującym taksówkarzem, który pływa na kutrach rybackich.
W każdym razie gust muzyczny ma wysublimowany i chyba dlatego też rzadko śpiewa.
A z kolei często kłóci się ze starszym bratem, który katuje nas wszystkimi, z całym szacunkiem, pindami, które są akurat na popowym topie.
Don Juan dokładnie wie czego chce, chyba od zawsze. A na pewno od kiedy tylko zobaczył, że babcie lecą na jego bajerancki, bezzębny wówczas uśmiech. I ma z tego materialne korzyści.  Później kapnął się, że ma najdłuższe rzęsy z rodziny i prawdopodobnie w ogóle najdłuższe, jakie widziałam. I jest wysoki. Bardzo wysoki. Dalej było już tylko gorzej, zwłaszcza gdy stwierdził, że zmarszczki są passe i on na pewno strzeli sobie botoks. Albo gdy stał i przymierzał 68 bluzkę, bo pozostałe nie dość dobrze podkreślały błękit jego oczu..On wie kim chce być. On chce być celebrytą. Piosenkarzem. I mężem. Aktualnie Eweliny Lisowskiej. Wcześniej: Dody Elektrody, Ewy Farny, Agnieszki Chylińskiej (w wersji soft), Sylwii Grzeszczak i Eweliny Flinty. Z zagranicznych to Katy Perry.
Ja tam wychodzę z założenia, że moi synowie mogą zostać kim chcą, byle byli szczęśliwi. Jeśli śpiewanie daje mu szczęście- proszę bardzo. Tylko mam cichą nadzieję, że nie będzie słuchał wiecznie popu. Założy jakąś normalną kapelę, "Brzeszczotem Po Jajach" na przykład i da czadu.
Póki co  mam codzienny gwałt przez uszy....."uśmiechnij sieeeeeeeee.....i nie martw sieeeeeeeee.....bo nie jest źleeeeeeeeee........"
Nie tylko ja powinnam raz na zawsze przestać śpiewać.