poniedziałek, 2 grudnia 2013

Jak poznałam Waszego ojca

Drogie dzieci,
miałam wtedy skończone 17 lat i gdy tylko zorientowałam się, że na "podstawach przedsiębiorczości i zarządzania firmą" nie mówią o najnowszych trendach w modzie, postanowiłam dać odpocząć skołatanym nerwom, pozbierać się psychicznie po tym rozczarowaniu i zwyczajnie nawiać z zajęć. A że nietypowa byłam od małego, to zamiast szlajać się na wagarach po sklepach, albo siedzieć na plotach u psiapsiółki, jak każdy szanujący się wagarowicz, wsiadłam w pociąg i pojechałam do miasta oddalonego o ok. 60 km, odwiedzić rodzinę.
Widać z kuzynem odziedziczyliśmy zupełnie inne geny, bo gdy dojechałam na miejsce okazało się, że on akurat jeszcze był w szkole. Po wypiciu grzecznościowej herbatki z wujostwem i wysłuchaniu jak wyładniałam (nie, żeby faktycznie. Po prostu tak się mówi dzieciom, które już nie rosną), zamknęłam się w pokoju kuzyna i postanowiłam czekać. I jakbym się nie starała, przez dwie godziny dzielące mnie do czasu jego powrotu ze szkoły, nie dało rady, zgodnie z sugestią ciotki, oglądać kuzynowej kolekcji owadów za szkłem. Głównie dlatego, że miał ich z sześć, może z siedem sztuk. Nie więcej.  Przy tak marnej ilości okazów, a tak dużym czasie do zagospodarowania to ja bym zdążyła nauczyć się ich nazw łacińskich od tyłu na pamięć, narysować każdego z zamkniętymi oczami, zrobić im make-up i wystawić na biurku "Nieszpory sycylijskie", gdzie w rolę de Montforta wcieliłby się chrząszcz, bo mi jakoś tak najbardziej pasował.
Z książek znalazłam jedynie wszystkie tomy "Kaczych opowieści" w komiksie, co uznałam za oznakę, że kuzyn, na którymś etapie własnej ewolucji musiał porzucić czytanie, albo ewentualnie, że pilnie potrzebuje pomocy. Nie mojej. Specjalistycznej. Telewizora w pokoju nie miał. Pozostał więc komputer.
I tak oto pierwszy i zarówno ostatni raz w życiu weszłam na chat. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie spotkałam w jednym miejscu tylu przystojnych mężczyzn i chłopców, którzy byli właścicielami dobrze prosperujących firm:) Aż wreszcie zagadałam do takiego jednego. On miał nick, pamiętam do dziś,  "Mr. NoName" , a że ja lubię ludzi oryginalnych, rozmowa sama popłynęła. Nie mogło być inaczej, miał niebieskie oczy, 190 cm wzrostu,  bogate wnętrze i zewnętrze, bo był właścicielem firmy. Do tego byłam już po 30 minutach użytkowania chata przyzwyczajona, ale że w ciemię nigdy bita nie byłam, wyznawałam zasadę, że nie każdy chłop z widłami to Posejdon, więc urzekł mnie zupełnie czym innym: był dowcipny, błyskotliwy, ciepły i wygadany. Taki sobie piar wymyślił, skubany jeden...Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się numerami gg, później telefonów i mimo przerażenia wtajemniczonego kuzyna, któremu obiecałam przećwiczyć jeszcze raz techniki samoobrony, postanowiłam po jakimś czasie udać się na spotkanie. A że nie raz oglądałam  "997", a moja mama prenumerowała kiedyś "Detektywa", to umówiliśmy się w miejscu publicznym, w środku dnia i zaznaczyłam ,że sama tam dotrę i powrócę, bo do żadnych obcych samochodów wsiadać nie będę. Na spotkaniu okazało się, że faktycznie ma firmę. Firemkę. Firmusię, raczej. Zapamiętałam jeszcze, że zrobił na mnie wrażenie jego wzrost, szerokie, męskie ramiona i faktycznie najbardziej błękitne oczy, jakie widziałam. Był w butach, które mi się cholernie nie podobały i nie pasowały do stroju (i tak mu zostało do dziś), a mi podczas głębokiego patrzenia sobie w oczy i machania rzęsami, wpadła mucha do szklanki, z którą nie bardzo wiedziałam co zrobić. Wypić z muchą ostatecznie się brzydziłam, wyciągnąć też jakoś było głupio, tym bardziej, że nie wiadomo, gdzie ta mucha wcześniej się szlajała, a jako ,że on stawiał, nie chciałam wyjść na rozrzutną i naciągać go na nową wodę. Wybrałam opcję z klasą: "mnie się już pić nie chce":) Potem poszliśmy do kina, na film romantyczny "Król Skorpion", a później to już było z górki...po pół roku postanowiliśmy razem zamieszkać, po roku wzięliśmy ślub, później pierwszy, drugi, trzeci syn. W międzyczasie proza życia. Wzloty i upadki, a później znowu wzloty.
Jesteśmy razem 12 lat. I mimo ,że potrafi doprowadzić mnie do szewskiej pasji...mimo, że dwa razy nasikał mi do kosza z brudną bielizną....mimo, że ubiera się, jak by go pijany Jacyków stylizował...a czasem zachowuje, jak niemal dwumetrowe dziecko, które butelkę ma wypełnioną nie mlekiem, a ukochanym piwem....patrząc z perspektywy czasu- dobrze ,że wtedy uznałam, że to gówniany dzień na naukę. Pasujemy do siebie. Głównie ze względu na to, że jak widać na załączonym zdjęciu, oboje mamy zakuty łeb;)








14 komentarzy:

  1. Gdyby nie ten dwumetrowy dryblas, to bym Ci wyznała miłość za ten post :-D
    A tak to się boję! :-D

    OdpowiedzUsuń
  2. hej_placzolina, luz, on z natury spokojny jest. Kochaj więc ile wlezie;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo wszystkie M. to fajne chłopaki są...

    Duśka :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pozdrowienia dla M. od M. i ode mnie, oczywiście i dla Ciebie, też oczywiście;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moj M nosil "kaczki" jak sie poznalismy :-D Domin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domin, ja się pocieszam, że zawsze może być gorzej...mogliby np. zacząć nosić szpilki;)

      Usuń
  6. hahahaha! jedna z ciekawszych historii miłosnych, jakie czytałam:))) a tak przy okazji - nominowałam Twój blog do Liebster Blog Award - szczegóły znajdziesz tutaj: http://ciaza-strach-sie-bac.blogspot.com/2013/12/no-i-daam-sie-wkrecic.html . Tylko się nie w...j, znaczy nie denerwuj!:))

    OdpowiedzUsuń
  7. Znaczy, że co? sława, pieniądze, wywiady, paparazzi, bugatti veyron i własny odrzutowiec już teraz tylko mnie czeka? Ależ ja się nie denerwuję, ja to wszystko z pokorą przyjmę, no trudno;)))
    A tak na poważnie- dziękuję za uznanie;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Taaa mój M też ma coś z rycerza - zakuty łeb :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ha, ha, jeśli stylizacja a'la pijany Jacyków i zakuty łeb nie przeszkadzają, to musi być miłość :)
    Pozdrawiam i z rekomendacji Star (jak też po lekturze wszystkich postów od góry do dołu) przyłączam do ulubionych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba musi...a ze względu na rzeczone stylizacje, ta miłość, dla własnego spokoju, musi nader często być ślepa:)))
      Dzięki, Fidrygauko:)

      Usuń
  10. a jest gdzieś o tym w jakich okolicznościach nasikal do kosza? :-D

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiem, że to stary wpis, i chciałabym Ci napisać coś więcej i bardziej przemyślanego, co na pewno w przyszłości uczynię, ale czuję się w obowiązku tu i teraz zapytać - MASZ COŚ DO KACZYCH OPOWIEŚCI?! :D

    OdpowiedzUsuń

Z wielką przyjemnością przeczytam, co masz do powiedzenia w danym temacie. Jeśli natomiast masz uwagi co do samej autorki bloga, jej poczucia humoru, inteligencji, wyglądu, sposobu życia i bycia, postrzegania świata, rodziny,itd.- nie pisz tego tutaj. Wyląduje to w spamie i autorka, jak to wstrętne mendy mają w zwyczaju, nawet nie doczyta. Polecam natomiast napisać do Watykanu, fokarium na Helu, Krzysztofa Krawczyka, psychiatry z miejscowości,w której mieszkasz...