wtorek, 29 sierpnia 2017

Post usunięty z facebooka, ten o tym, do czego poprawność polityczna i kłamiące media doprowadzają

KĄCIK O TYM, ŻE MEDIA KŁAMIOOO, A ŚWIAT TO JEDNAK DŻUNGLA 

Ja Państwu powiem, że takiego niedojebania mózgowego, jakie się za sprawą tzw. "poprawności politycznej" przez kraj przetacza, to najstarsi górale nie pamiętają. 
Zacznijmy od początku jednak. 
"Znany dziennikarz" (taki żarcik na początek, milordzie) Bartosz Świderski, napisał dla Natemat.pl to-to: http://natemat.pl/216051,uchodzca-zaczepil-w-londynie-przechodnia-mial-pecha-bo-trafil-na-polaka-prawicowe-media-zrobily-z-niego-bohatera 
Abyśmy mogli merytorycznie pogadać musicie Państwo koniecznie obejrzeć załączony w "artykule" filmik. Trwa 33 sekundy, dacie radę. Z góry zaznaczam, że rozmawiamy TYLKO I WYŁĄCZNIE O FAKTACH. No chyba, że ktoś z Państwa był na miejscu i może rzucić szersze światło na sprawę. Jeśli nie, to omawiamy dokładnie to, co widać na filmiku, bo mnie tam też nie było. Domniemania pozostawmy wróżbicie Maciejowi i detektywowi Rutkowskiemu. 

No to teraz o tym, co widać. Widać faktycznie białego, postawnego mężczyznę, który rozmawia z niższym mężczyzną, ciemnoskórym. Za białym stoi kobieta i dziecko. Za czarnym- inni mężczyźni. Po chwili jeden z "innych mężczyzn" strzela w łeb, jak się za chwilę okaże, Polakowi, a Polak kurwując i motherfuckerując przyjmuje pozycję "no i tera masz wpierdol". Finalnie udaje mu się jedynie kopnąć napastnika w torbę. Sportową, żeby nie było, że jakimś slangiem jadę. No i wymierza mu dwa ciosy z pięści. Napastnik ucieka. Polak głośno się śmieje. Na tym filmik się kończy. 

Jak przedstawia to Natematpl? 
"Z nagrania opublikowanego na Twitterze (ale udostępnionego również na YouTube) dowiadujemy się, że biały mężczyzna został "zaatakowany" przez uchodźcę z Afryki Północnej."
Czyli rozumiecie- jak jesteś czarnoskórym mężczyzną oplutym w Polsce, to zostałeś zaatakowany. 
Jeśli jesteś rosłym Polakiem i dostajesz od czarnoskórego mężczyzny w łeb, w Londynie, i masz to nawet nagrane, to i tak zostałeś "zaatakowany". 

A dalej to już rasistowskie komentarze z jakichś zjebanych prawicowych forów, ale to zupełnie inna para kaloszy. 
Forum Natemat nie jest za to lepsze. 
Tam JanuszBojownikzInternetu pisze: 
"(...)ten inteligentny i dobrze wychowany Polak wyslawiajacy sie niczym absolwent polonistyki zostal bez powodu zaczepiony przed kosciolem przez czarnych emigrantow,tak bez powodu bo szukali zaczepki...sorry ale nagranie zaczyna sie w momencie eskalacji i nie pokazuje przyczyn a moge sie zalozyc,ze ten dzentelmen znad Wisly przechodzac obok Afrykanow nie mogl sobie odpuscic jakiejs obrazliwej uwagi w stylu np.F*****g Nigger! albo Black apps! a ci zareagowali (...)" 

Oczywiście mogło tak być. Mógł rodak być prowodyrem. 
No przecież niemożliwe, żeby "czarni emigranci" szukali bez powodu zaczepki?! 
Słyszał kto żeby kiedyś szukali?! 
Wiadomo, że nie! 
Jak biały, duży i łysy, to zjebany Sebix. 
Jak czarni i uchodźcy (tak twierdzą w artykule, choć nie jest podane skąd wiedzą), to straumatyzowane ofiary wojny. 
Zawsze. No rejczel. 
I jeszcze, polski prostak, "kurwa" krzyczał. 
Matkobobrza, wstyd na całą wieś! 
Ja na ten przykład, jakby mnie ktoś w łeb strzelił, krzyczałabym "leksykostatystyka!". Albo "konstantynopolitańczyk!". Żeby napastnikowi w pięty poszło! I żeby była jasność, psze Państwa, ja naprawdę nie twierdzę, że duży pan nie mógł zacząć. Ja twierdzę, że tego nie widać. A jeśli mamy się opierać na tym co widać czarno na białym, że tak to niebezpiecznie ujmę, to duży pan jest ofiarą w tym wypadku. Ofiarą, która poradziła sobie w dość dziwnym stylu, przyznaję, ale finalnie tak, że napastnik uciekł. I zdaje się, że o to chodzi. W związku z czym, ja nie będę się z niego śmiała, nie będę mu ubliżała, bo jest duży i biały. Bo krzyczał "kurwa", miał sportowe odzienie i chciał oddać, a nie pozwolił grzecznie, żeby mu sklepać maskę. Nie zrobię z niego bohatera narodowego, ale i nie nazwę go "Sebixem", a Bobrowi ducha winnej kobiety za nim, prawdopodobnie partnerki, "Karyną", jak to ma miejsce na lewicowych forach. 
Co to w ogóle kurwa ma być za poziom argumentów? 
Równie dobrze ja mogę zasugerować, że wszystkich, którzy tak piszą, matki musiały przechodzić ciężkie choroby weneryczne w ciąży, że się tacy durni urodzili. 
I co? Fajnie? Tak będziemy ze sobą rozmawiać? Będziemy sobie teraz rodziny obrażać? 

Najgorsze jest to, że takie argumenty stosują ci, którzy przypominają co chwilę, żeby nie szukać winy w zgwałconej kobiecie, bo przestępstwo to przestępstwo i ja się oczywiście z tym zgadzam. Ale nie zgadzam się na podwójne standardy, gdzie jak rosłego faceta strzeli się w łeb to "atak", a nie atak.

Jedźmy dalej. Ostatnio się forum Gazety Wybiórczej pastwiło nad Jakim, gdy mu się wymskło, że dla tych skurwieli z Rimini to by nie dość, że karę śmierci przywrócił, to jeszcze tortury. A wtedy mnie się też wymskło, że ja pierwszy raz się zgadzam z Jakim. Z tą karą śmierci to wprawdzie niekoniecznie, ale z torturami to jak najbardziej. Wtedy to się forum zaczęło zastanawiać, że kto w ogóle by był chętny, żeby prądem po jajach takich zwyroli telepać. No i mnie się znowu wymskło, bo mnie się ostatnio strasznie dużo rzeczy wymyka, gdy widzę otaczającą rzeczywistość, że choćby ja. I z góry zaznaczam, że torturowałabym wszystkich gwałcicieli, pedofilów i innych zboków sprawiedliwie. Bez względu na kolor skóry, czy religię. Bez względu czy świeżo na pontonie taki przypłynął, czy 20 lat już jest proboszczem w pobliskiej parafii. Bez względu czy byliby to zwyrole z Rimini, czy z Łodzi. A wtedy oni, to forum znaczy, mnie osądzili, że to niepokojące, że chciałabym krzywdzić ludzi. 
Ja się tam nie znam. Możliwe. 
Dla mnie niepokojące z kolei jest, że takich sukinsynów miałabym w więzieniu utrzymywać, zapewniając im więcej, niż stać niejednego polskiego emeryta. 
Dla mnie niepokojące są statystyki. 
To, że przestępcy seksualni to recydywiści najczęściej. Znaczy, tak na mój prosty rozum- resocjalizacja w tym wydaniu, w jakim teraz jest, niespecjalnie raczej działa. 
Dla mnie niepokojące jest to, co czytam w gazetach. Że Breivik wygrał proces, w którym oskarżył Norwegię o "nieludzkie traktowanie". 
Bo oni go w odosobnieniu trzymali! 
Oni mu anosu matrymonialnego nie dali zamieścić! 
Jedzenie mu w mikrofali podgrzewali! 
Kawę tylko raz dziennie robili! 
Bydlaki! 
Ja proszę Państwa to już sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać? 

I nie, proszę Państwa, nie marzą mi się czasy, gdzie będziemy chodzić po ulicach z maczugami i sami sprawiedliwość wymierzać. 
Nie marzą mi się czasy, gdzie ludzie ludzi będą znowu łamać kołem. 
Najpierw tych, co faktycznie winni. Później "podejrzanych". A na końcu takich, co to nie po linii partii (jakiejkolwiek rządzącej). 
Nie godzę się na to. 
Ale na wciskanie kitu w imię chorej poprawności politycznej też się nie godzę. 
Nie będzie mi jakiś tam Świderski pisał, że Polak został w cudzysłowie zaatakowany, bo biały, rosły i łysy. A obcokrajowca pobito, bo czarny i uchodźca. Zwłaszcza, gdy ja, na załączonym filmiku, na własne oczy widzę dokładnie coś odwrotnego. 

Ja mogę wykpić Jakiego. Pan może. Pani może. Ale nie Lis, który dziś po wypowiedzi Jakiego pisze o nim per "prymityw", a kilka lat wcześniej taki oto miał stosunek do tortur: 
"Jeśli torturowanie zapobiegło chociaż jednemu zamachowi - jestem za" 

Nie będę malowała kredą po chodniku, gdy kobiety gwałcą. 
Nie starczyłoby ani kredy, ani chodnika. 
Nie będę słuchała ciot od sojowego latte i kulturowego wzbogacania, ani faszystowskich zjebów, czy rodzimych oprawców, co to nadają spod płaszczyka cnoty. 
Nie będę czytała szmatławych gazet, ani wypocin suto opłacanych dziennikarzy, tak z jednej, jak i z drugiej strony. 
I wierzcie mi, że nigdy nikogo pierwsza nie zaczepię, ale jak mnie ktoś kiedyś fizycznie ruszy, to jakem dama, tak mu przyjebię, że się nogami zakryje. I najmniej mnie będzie obchodziło czy jest biały, czarny, czy zielony. Katolik, Żyd, ateista, czy wyznawca islamu. 

Czasem pytacie mnie Państwo, w prywatnych wiadomościach, co u mojego najstarszego syna. Tego, co to miał problemy w szkole, z powodu swojej polskiej narodowości. Już wszystko dobrze. Ma znajomych, chodzi sobie z nimi do kina, smsuje, dzwonią do siebie, chodzą razem do szkoły i po szkole idą "na miasto". Co się stało? Skąd ta sielanka? A no synuś zaczął oddawać. 
Nigdy nie zaczyna pierwszy. Zawsze oddaje, adekwatnie do tego jak został zaczepiony, co ważne. Owszem, czasem zostaje za karę po szkole. Nie mam nic przeciwko. Czasem też dzwoni do mnie jakaś pani nauczycielka z rewelacją, jak to synuś kogoś obraził, w odpowiedzi na obrazę, itd. Jednak moje dziecko nie jest już gnębione z całą pewnością. A ci, którzy nadal gnębić go chcieliby spróbować, dostają szybką nauczkę. I o to w tym chodziło, prawda? 
Gdy jakiś nieprzyjemny incydent ma miejsce, zawsze sobie później gadamy. Nigdy ZA OBRONĘ nie dostaje ode mnie żadnej kary. Bowiem brak stanowczego sprzeciwu wobec przemocy, eskaluje ją i rozzuchwala oprawców. Postawa "ja sobie w kaszę nie pozwolę dmuchać", zbija ich pewność siebie i poczucie, że wszystko im bezkarnie wolno. A więc nie daję mu kar, ale zawsze mówię mu, że to wszystko jest cholernie przykre. 
Bo jest przykre. 
Jednak takie widać, ku mojej rozpaczy, mamy prawo dżungli. A że to dżungla, a nie normalny świat, to się przekonałam nie wtedy, gdy Breivik dokonał swoich ataków, ale wtedy, gdy wygrał proces, w związku z czym dostanie 331 tys. koron (ok 155 tys. zł) m.in. za to, że mu w pierdlu podają niesmaczne jedzenie, odgrzane w mikrofalówce. 

I żeby była jasność- ja Państwa nie namawiam do żadnej formy agresji. Broń Bobrze! Ja rozumiem, że ktoś się pacyfistą urodził, a ktoś inny se nie chce zmarnować manicuru. Jednakże bądźcie Państwo uprzejmi nie robić z broniącej się ofiary oprawcy. Nawet, gdy jest duży, kopie i krzyczy "kurwa". Choć Wy w życiu byście nikogo nie kopnęli. Bo Wam światopogląd nie pozwala. Czy tam ciasne rurki.

środa, 29 marca 2017

Katastrofa

Kiedy rodzisz zdrowe dziecko nie podejrzewasz niczego złego.
Karmisz, przewijasz, całujesz małe stópcie. Gotujesz z namaszczeniem zupki- przecierki, chodzisz na spacerki, bawisz się, śpiewasz (choć nie powinnaś), opowiadasz bajki i wspinasz się na wyżyny swojej własnej kreatywności. Krzyczysz w panice razem z dzieckiem, gdy pierwszy raz rzyga z piętrowego łóżka i padasz na ryj po nieprzespanej nocy, zawsze, gdy jego temperatura pokaże choć trzydzieści siedem i dwie kreski. Wiesz, że to twoje dziecko jest najpiękniejsze i najmądrzejsze i z uśmiechem politowania patrzysz na inne mamy, które to samo myślą o swoich pociechach. Jesteś w każdej chwili gotowa przegryźć obcemu tętnicę szyjną, gdyby tylko chciał zaszkodzić twojemu Mikrusowi.
Taka rola matki.
Patrzysz jak rośnie.
Z czasem z dumą przyjmujesz "zostaw, ja sam", z bólem serca "Jezusmaria, mamo, nie, nie możesz mnie lulać w kocyku, żebym zasnął. Mam trzynaście lat i ponad metr osiemdziesiąt".
Płaczesz na akademiach szkolnych i wszystkim wkoło wciskasz "katar sienny, to tylko katar sienny". Nawet w grudniu.
Jednak przede wszystkim pilnujesz, żeby się nie wykoleił.
Poglądy na temat wychowania dzieci masz od zawsze klarowne.
Bazujesz na nowoczesnej, zagranicznej metodzie, opracowanej przez sztab światowej klasy psychologów i wszelkiej maści behawiorystów, która nazywa się Zwińcie Sobie Wszystkie Rady Rodzicielskie Dla Mnie I Rozważcie Znaczenie Słowa "Czopek".
Za wszelką ceną dbasz żeby nie stracić dobrego kontaktu z dzieckiem. Nie ma dla was tematów tabu. Robicie sobie herbatę i rozmawiacie o wszystkim. O seksie, przemocy, dragach, alkoholu, śmierci, chorobach, ale i o miłości, przyjaźni, rodzinie i umiejętności chwytania chwili, docenianiu życia. Nigdy nie okłamujesz dziecka, ani on nie okłamuje ciebie. Gracie w planszówki, karty i na xboxie. Chodzicie razem na rower i basen. Oglądacie wspólnie seriale i chodzicie do kina. Nie zmuszasz go do dodatkowego judo, hiszpańskiego i zajęć plastycznych. Ale, gdy sobie razem gotujecie, nie zapominasz za to powiedzieć synowi jaki jest zajefajny, a gdy ma zmartwienie zawsze radzisz mu zrobić tak, żeby nie miał problemu spojrzeć na siebie na drugi dzień w lustrze. Jesteś krok przed nim, tuż obok, w cieniu za nim.
Patrzysz, jak twoje dziecko zmienia się w młodzieńca. Napawasz się dumą. Jest mądry, przystojny, empatyczny i potrafi cieszyć się z drobiazgów. Myślisz sobie, że sukces czeka za rogiem i za chwilę wypuścisz w świat dobrego człowieka...
I wtedy przychodzi ten dzień.
Nieświadoma zbliżającej się katastrofy, po prostu zanosisz wyprane gacie i skarpetki do jego pokoju. Kładziesz je na łóżku, niech sobie sam poukłada w szafce, po swojemu.
I już masz wychodzić, już chwytasz za klamkę, gdy twój wzrok pada na TO.
A TO leży na szafce, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby w waszym domu to było normalne...
Bezwiednie siadasz na tym łóżku i siedzisz tak z dobrą godzinę w towarzystwie tych gaci i skarpet, bo czujesz, że nie jesteś w stanie się podnieść.
Wołasz go.
Zaczyna się tłumaczyć, że to nie jego. Że pożyczył od dziewczyny, że wszyscy w klasie mają, że go namówili.
Jednym uchem wpuszczasz, drugim wypuszczasz. I tak nie jesteś w stanie w nic mu już uwierzyć. Zresztą jakie to ma znaczenie od kogo dostał? Ważne, że wziął, do domu przyniósł. Nawet nie skitrał gdzieś w kącie. Może zapomniał?
Ręce ci się trzęsą, masz atak astmy, a w głowie kołacze ci się tylko jedno pytanie. A właściwie dwa. Pierwsze:
GDZIE POPEŁNIŁAŚ BŁĄD?!
I drugie:
CO, DO KURWY NĘDZY, W TWOIM DOMU ROBI PŁYTA NICKI MINAJ?!

środa, 22 marca 2017

Royal Baby

Kiedy w „Milionerach” padło pytanie o co Doda i Emil Haidar toczyli spór sądowy, wszyscy partnerzy moich kumpel twierdzili, że te chórem odkrzyknęły „o pierścionek”.
Ale nieeee. No gdzież tam! Żadna Pudelka nie czyta.
A jak żem im powiedziała, gdzieś w czwartym miesiącu, że w ciąży jestem, to się posypały pretensje „dlaczego nic nie mówiłaś?”
Bo na Pudelku napisali!
No przecież były artykuły, że niedługo urodzi się polskie Royal Baby.
To ja się pytam teraz: a Wy myślałyście, że o czyje dziecko to chodzi?!
I dalsze pytania: „jak to się stało?”
Normalnie.
No co, tutorial o pszczółkach i kwiatkach mam zamieścić?!
-Jesteś w ciąży- powiedział Siara, jak skończyłam awanturę, gdy mi zostawił odciski paluchów na świeżo wypolerowanym chromowanym chlebaku (kto czyścił, żeby się świecił jak psu jajca, ten wie!). Wtedy zaczęłam krzyczeć jeszcze bardziej. A jak krzyczę to i gestykuluję bogato i se pieprzałam w kubek kefiru, który mi się wylał na śledzia, kanapkę z pomidorem i snikersa na jednym talerzu.
Od razu przestałam krzyczeć.
Zaczęłam płakać.
Jak się uspokoiłam to wszystko zjadłam. Było bardzo dobre. A on faktycznie miał rację, okazało się, że jestem w ciąży.
Później to mi cycki urosły. Niesamowite uczucie. Prawie 33 lata na to czekałam. Z radości chciałam zrobić nago takiego Tarzana przed lustrem, ale się okazało, że mogę się dotykać od szyi w górę i od klatki w dół. Siarę ostrzegłam, że jak nie popieram przemocy, tak jeśli mnie dotknie, to mu pieprznę. Do pierwszego razu myślał, że żartowałam. A pszesz wiadomo, że Hormon z Obolałymi Cyckami nigdy nie żartuje.
Następnie przyszły mdłości, które były niejaką ciążową nowością. No i przewrażliwienie na zapachy.
Myślę, że to był jedyny moment w moim życiu, gdzie mogłam faktycznie zrobić niesamowitą karierę. Na lotnisku- wykrywając narkotyki w bagażach, w miejscach trzęsień ziemi- wywąchując żywych, itd.
Przeciętny owczarek niemiecki, to przy mnie leszcz.
 I gdy sobie tak o tym myślałam, mój mąż powiedział, że wyglądam jak debilka, gdy z tamponami w nosie przygotowuję kotlety.
Położna skontaktowała się ze mną koło 12 tygodnia. Przemiła babeczka, która przy pożegnaniu zawsze całuje mnie w oba policzki, do czego niespecjalnie przyzwyczaiła mnie ojczysta publiczna służba zdrowia. Do „niech pani przyjdzie za dwa lata”, a i owszem. Do „okulisty u nas w przychodni już nie ma” również. Do "zaraz! nie widzi, że zajęta jestem!" także. Ale do całowania w policzki to nikt mnie nie przyzwyczaił. Ba, jak gastroenterolog wstał zza biurka i podał mi rękę na przywitanie, to poleciłam go połowie znajomych! Nawet tym, którzy nie mieli żadnych zdrowotnych problemów! W każdym razie Karen, moja położna, jest w absolutnie w dechę.
Pierwszy raz przyszła do mnie do domu z pakietem upominkowym zawierającym próbki witamin, mnóstwo ulotek, ramkę na zdjęcie z usg, gratisowe pojemniczki na mocz, choć wolałabym zapachowe świeczki, a przede wszystkim z moją kartą ciąży, która- w przeciwieństwie do tych, jakie miałam w Polsce- wygląda jak niegruby zeszyt dużego formatu. Następnie okazało się, że angielski z zakresu medycznego muszę jeszcze trochę podszkolić, bo np. potwierdziłam, że oboje moi rodzice mieli zakrzepicę, a myślałam, że „deep vein thrombosis”, to tylko żylaki. No proszę, jak to człowiek się cały czas uczy.
W Anglii, podobnie zresztą jak zdaje się w Polsce, na NHS (nfzet) przysługują 3 usg. O ile ciąża przebiega prawidłowo, rzecz jasna. Pierwsze miałam na początku 13 tygodnia.
Musieliśmy się w tym celu udać do pobliskiego szpitala. I tu się na chwilę zatrzymam, bo widziałam w Polsce parę odnowionych oddziałów, czy ogólnie szpitali, ale drodzy Państwo, taki marmur z jakiego oni na tym oddziale mają podłogę, to ja tylko u cioci na grobie widziałam, jak wujek chciał pomnikiem przed rodziną zaszpanować. Aż mnie się głupio zrobiło i powiedziałam do Siary, że gumiaki i widły to my mogli przy schodach zostawić, bo szkoda takom ładnom podłogem brudzić i deptać. Po co ma się niszczyć, pszesz to się ściera i nie będzie się tak fajnie świecić później.
Tapeta w cwiety na całą ścianę, stoliki w poczekalni na wysoki połysk, niczym pierwsza meblościanka w moim rodzinnym domu, w toalecie nieobsikana deska.
Normalnie jak w jakichś naszych prywatnych klinikach.
Poza tym to już standardowy syf- opakowania po chipsach pod krzesłami, pełno jednorazowych kubeczków po wodzie na stolikach- w końcu kosz całe dwa metry dalej, a wiadomo, że w ciąży nie należy się przemęczać. Stifler szpanował, bo wzięłam mu kolorowankę i kredki, a inne dzieciaki w jego wieku, to tylko tablety i ajfony miały.
Jak przechodziłam 318 poziom w Bubble Shooter przyszła po mnie pielęgniarka, która zabrała mnie na te wszystkie pomiary- ciśnienie+ waga.
Waga zapewne była zepsuta, niestety, bo jak na niej stanęłam, zamiast cyferek, to się ten mem pokazał. No wiecie Państwo- babeczka stojąca przed otwartą, pełną lodówką, a w głowie projekcja piosenki na nutę z Krainy Lodu „Mam tę moc! Mam tę mooooc! Wszystko zeżrę w jedną noc!”.
Nieistotne.
Do brzegu.
Dalej to- uwaga- pobrano mi krew do badania pod kątem Zespołu Downa, Edwardsa i Patau. I tu mnie się zrobiło przykro, bo pani pielęgniarka się mnie grzecznie pyta, czy wyrażam zgodę na całkowicie darmowe i bezpieczne badania prenatalne, o które rodaczki w moim ojczystym kraju muszą żebrać i za nie bulić. Jeszcze dalej to mnie się pytała, czy przy okazji może pobrać drugą probówkę, gdyż z powodu oczywistej zajebistości chcą mnie sklonować. Znaczy się oficjalnie powiedziała, że celem badań naukowych na krwi ciężarnych, ale ja tam swoje wiem, głupia nie jestem. Jeszcze z ciekawostek to powiem, że (o dziwo!) krew nie była niebieska.
USG, sprzętem wypożyczonym z NASA, robiono mi przeszło 40 minut. Co chwilę upewniałam się, czy wszystko jest ok, bo jak żyję i jak czwarty raz w ciąży jestem, to jeszcze nigdy mnie nikt tak długo nie badał. Uspokojono mnie, że wszystko spoko, długość badania jest standardowa i że dziecko jest podobne do mnie. Ma ręce, głowę, nogi, kręgosłup i te sprawy. Na drugim USG dowiedzieliśmy się, że Juliusz będzie chłopakiem i Stifler mógł w końcu odetchnąć, bo nie wyobrażał sobie, żeby rolę Robina, gdy on będzie Batmanem, odgrywała dziewczynka. No i dlatego, że wszystkie dziewczyny są głupie i nie ma się jak z nimi bawić w walki Superbohaterów.
 Mamusi to nie dotyczy, oczywiście.
No rejczel.
Głupie są zwłaszcza te wredne i zdzirowate. Mam nadzieję, że najmniej do czterdziestki mu się ten pogląd utrzyma.
Nowością dla mnie w prowadzeniu ciąży w UK jest jeszcze fakt, że ani razu (a zaraz ósmy miesiąc zaczynam) nie byłam badana ginekologicznie.
Przez lekarza, czy tam kogoś ze służby zdrowia w każdym razie.
Nie jestem jednak pewna, czy jest to standardem i od czego to jest uzależnione, bo jedna moja koleżanka była (również ciąża bez powikłań), inne nie. W ogóle zacznijmy może od tego, że „mojego lekarza” to ja pierwszy raz widziałam bodajże w szóstym miesiącu, gdy się spieraliśmy o poród, a konkretnie czy to ma być cesarka czy sn (się okaże 3 kwietnia, trzymajcie kciuki).
Koniec końców jak zwykle niepotrzebnie naczytałam się o angielskiej kiepskiej służbie zdrowia, fatalnej opiece zdrowotnej w ciąży i w ogóle jakichś opowieści z krypty. Póki co, odpukać w niemalowane, odpluć i przydeptać, mogę śmiało Państwu rzec, że doświadczam tu pełnego profesjonalizmu i sporych pokładów zwykłej ludzkiej życzliwości.
Gdybym jeszcze miała pewność, że będzie ta cesarka, to może spałabym lepiej. Tymczasem tylko Siara jest nad wyraz spokojny.
Powiedzmy, że prawie zawsze ;)


czwartek, 16 lutego 2017

pokazywanki

Bawimy się ze Stiflerem w pokazywanie. 
-Bądź krową- mówię mu, a on chodzi na czworakach i muczy. 
- Bądź samolotem. 
Wężem.
Kotkiem.
Słoniem. 
-Teraz moja kolej- krzyczy Stifler- Bądź podłogą. 
Naklejką.
Wagonem.
Lizakiem.

Nosz kuźwa...

- Zmieniamy zasady. Teraz ja coś będę udawała i Ty musisz zgadnąć co- rzucam przez ramię, po czym zaczynam pokracznie skakać w kucki z tym brzuchem i mówić "kum kum".
-Żaba- woła Stifler
- Po Czarnobylu- se  myślę, a na głos mówię- Świetnie! Teraz Ty.
Stifler klęka przede mną i się szczerzy.
-Jesteś drzewem?
- Nie.
- Krzakiem?
- Nie 
- Domem?
- Nie

...10 minut później...

-Poddaję się. Czym jesteś?
- Zębem, mamusiu.

Mój Bobrze!

- Stiflerku, a mógłbyś następnym razem udawać coś żywego?- pytam z nikłą nadzieją i biegam po chacie trzepocząc skrzydełkami jak mały wróbelek. Skrzyżowany z orką. Ale nadal wróbelek.
- Jesteś ptaszkiem. Dobra, będę czymś żywym- woła Stifler i zaczyna wykonywać nieskoordynowane ruchy. Wypina się i kręci odwłokiem.  Idzie stawiając nogę przed nogą. Wysoko trzyma głowę. Wyciąga szyję. Znów staje do mnie tyłem. Patrzy przez ramię. Odrzuca niewidzialną grzywę i potrząsa nią.
Czuję, jak nie domyka mi się szczęka. 
- Yyyy...lew?- niepewnie i cicho pytam
- Nie. Beyonce!

Ja pierdolę...


czwartek, 26 stycznia 2017

małe dziecko- mały problem, duże dziecko.....

KĄCIK RODZICIELSKI

"Małe dziecko- mały problem, duże dziecko- duży problem", mówili.
I mieli rację. 

No bo tak: ze Stiflerem to jest problem taki, że do tej pory zamiast "er" wymawiał "el", a wczoraj mu się coś w głowie poprzestawiało i zamiast "er", mówił "jot".
Na początku nie zakumałam nawet, bo przyszedł i spytał czy się pobawimy w "pijacki statek". 
Ho, ho, moja krew- se myślę. A potem zaczęłam mu tłumaczyć, że nie możemy, bo ja nie mogę- ciąża, on nie może- w końcu ma trzy lata dopiero, może kiedyś, gdy będzie starszy, itp., itd. 
Dopiero jak se opaskę na oku próbował zawiązać, to mnie tknęło i mówię do niego "powiedz "hurra"". Potem kazałam mu powtórzyć drugi raz i trzeci. Zawołałam Siarę, który mu też kilka razy to "hurra" kazał powtórzyć. A gdy przestaliśmy się śmiać, to się zaczęliśmy martwić. 

A z Don Juanem jest jeszcze gorzej. 
W marcu skończy 13 lat, rozmiar stopy 46 i najmniej ze 180 cm wzrostu. Ostatnio, żeby mu w oczy odkrzyknąć, że jest na coś tam za mały, musiałam głowę zadrzeć. I się poprawiłam od razu. Że za młody. 
Cholera jasna, będzie mi się tu śmiał głupkowato...
Ale już nawet nie chodzi o to, że nie mogę go ponosić, nie pozwala do siebie mówić "mamusi króliczek" i nawet na kolanach nie chce siadać. 
Chodzi o to, że Szara Eminencja mi powiedział, że Don Juan ma dziewczynę. A jak się spytałam u źródła, czy to prawda, to tak nie dba o moje zdrowie, że nawet nie zaprzeczył. 
Dżesika ma na imię. 
I jeszcze się mnie spytał, czy może iść do Dżesiki do domu. 
- A nie moglibyście iść pograć w piłkę, jak normalni chłopcy w waszym wieku?- przyznaję, że spanikowałam. 

Mało tego, jako że od roku 9 dochodzą mu przedmioty zawodowe musiał se już teraz wybrać cztery. 
Powiem Państwu, że rozstrzał tu mają ogromny. 
Od programowania po krawiectwo. 
Od biznesu po gotowanie.
Od nauki o mediach po robienie w drewnie. 
No i synuś przyszedł, cobym wspomogła jego burzę mózgu. Mówię do niego, żeby wziął dodatkowy angielski, bo mu się przyda, a poza tym ostatnio dostałam od jego nauczycielki angielskiego list pochwalny. To mi powiedział, że nie ma takiej opcji, a co do listu- to ponoć całej klasie wysyłała. 
Dziwne. Jak ja dostawałam 5, to mówiłam, że jako jedyna z klasy. 
Jak 1, to twierdziłam zawsze, że cała klasa dostała. 
Ja nie wiem po kim on ma tą prawdomówność...

W każdym razie miał już zaznaczoną dramę na pierwszym miejscu- po naszemu zajęcia teatralne- bo chciałby w przyszłości do szkoły teatralnej być może zdawać, jeśli mu to nie będzie kolidowało z planami zostania gwiazdą popu i sławnym pisarzem sci-fi, a dalej to jest niezdecydowany. 
- Może muzyka- kombinuję. 
Keyboard na zeszłe urodziny żeśmy mu kupili, bo się napalił. Na lekcje nauki gry na pianinie go zapisaliśmy. Przez semestr (a w Anglii są cztery), to się nauczył grać "7 years" i to tak, że w pierwszym momencie się przestraszyłam, że mi dzieciak Beaty Kozidrak zaczął słuchać. A teraz keyboard kurzem zarasta. 
-Nie, ja chcę w przyszłości śpiewać, nie grać. A tu na muzyce jest tylko nauka gry na instrumencie- wyjaśnił. 
Dalej to mi zasugerował, że ja stetryczała jestem i nie wiem jak się teraz kariery robi. 
- Bo teraz to się nie trzeba uczyć. Teraz to się idzie do "X-factora"- powiedział. 
Żeby się stać znowu fajną matką, to zapewniłam, że ja tam mu zawszę będę kibicować. W razie jednak, gdybym miała rację, że uczyć to się zawsze trzeba, bo fajnie jest wiedzieć chociażby, że Morgan Freeman i Nelson Mandela to nie jest ta sama osoba, a i w muzyce jakaś tam np. nauka emisji głosu może się przydać. No i jakby się do "X-factora" nie dostał, to ma się nie martwić, bo- Bobrowi dzięki- ojciec w fabryce pracuje, toteż jakieś "factory" mu zawsze załatwi. 
A jak ja będę kanapki mu do roboty szykować, to specjalnie co rano ręce skrzyżuję ponad głową i krzyknę "iks!".
Nie wiedzieć czemu wziął i się obraził. 
A ponoć to ciężarne są humorzaste.

Jak się odobraził, to powiedział, że se dopisał "media", bo lubi pisać i rozmawiać z ludźmi. I na tym znowu utknął. 
Wspólnie wybraliśmy catering, bo w gastro to się robotę zawsze w razie czego znajdzie, a on lubi gotować. "Dżesika też to wybrała"- powiedział. 
Chciałam skreślić, ale nie pozwolił. 
No i jako ostatni wybraliśmy francuski. Lubi ten język, obecnie jest najlepszy ze swojego roku, a poza tym  do wszystkich opcji nam pasował. 
Bo patrzcie Państwo- będzie mógł brać udział w zagranicznych produkcjach, jak już zostanie aktorem. 
W restauracji to mógłby rozmawiać z zagranicznymi gośćmi. 
Mógłby zostać korespondentem francuskim. 
Udzielać wywiadów do francuskiej telewizji bez tłumacza, jako słynny pisarz sci-fi. . 
A jak, nie daj Bóbr, żadna z powyższych opcji nie wypali i w tym całym Iksfaktorze też by mu nie wyszło, to będzie ojcu przy robocie Garou podśpiewywać. 
Ma się ten łeb, co nie?!
Chyba normalnie doradztwo zawodowe otworzę <3


czwartek, 19 stycznia 2017

Szary ma pingle

Co Was ominęło ostatnimi czasy?
Jedenaste urodziny Szarej Eminencji. Dacie wiarę, że ma już 11 lat? Jak to się stało, że taka młoda matka ma takie stare dziecko? A dziecko to, od tygodnia, okulary nosi.
No poszłam z nim do okulisty, bo od jakiegoś czasu zaczął wyglądać jak Harry z „Trzeciej planety od słońca”.
Tu w ramach ciekawostek opowiem Państwu jak wygląda załatwienie okularów dla dziecka w UK.
Jako że nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać, udałam się do przychodni, gdzie poinformowano mnie, że badanie wzroku można bezpłatnie i bez żadnego skierowania wykonać w dowolnym zakładzie optycznym. Czekaliśmy na nie całe 5 dni, w tym sobotę i niedzielę. Jak już się doczekaliśmy okazało się, że od moich czasów wiele się zmieniło. Otóż ku mojemu zaskoczeniu pani okulistka nie kazała zakryć Szaremu łapą raz jednego, raz drugiego oka i przeczytać literki z tablicy, tylko tak po ludzku ściągnęła spod sufitu trzy machiny prosto z NASA i po chwili stwierdziła, że fakt, trochę krótkowzroczny jest, ale bez tragedii. Kamień z serca, bo po syfie jaki ma w pokoju i zdziwieniu jakie prezentuje, gdy drę mordę, że ma posprzątać, skłonna byłabym sądzić, że naprawdę mało co widzi.
Dalej to poszliśmy wybrać mu oprawki, a Szary błysnął geniuszem przy panu, który miał nam w tym pomóc. Przymierzył pierwszą parę, drugą, trzecią, po czym rzekł poważnie „oprawki jak oprawki, ale najgorzej, że w tych szkłach nic lepiej nie jest”. Pogłaskałam go tylko po główce, tym bardziej doceniając, że za chwilę zajmie pierwsze miejsce w szkolnym turnieju szachowym, kazałam skupić się na kształcie, a panu, który zaczął mu się dziwnie przyglądać bezgłośnie powiedziałam, że syn jest adoptowany.
Wracając do tematu- oprawki to niesamowicie ważna sprawa. Wiem to od drugiej klasy podstawówki, czasu, w którym nabyłam swoje pierwsze okulary. Moja mama wówczas tego niestety nie wiedziała, toteż nie Jurek Owsiak, a ja, 25 lat temu, byłam prekursorem noszenia wielkich czerwonych pingli w grubej oprawce. Jaka szkoda, że na nie niechcący usiadłam. I ponownie, jak wróciły z naprawy. Za trzecim razem matka uznała, że plastiki są robione fajansiarsko i kupiła mi dla odmiany okulary cienkie, metalowe. Już nie wyglądałam jak Owsiak. Wyglądałam jak John Lennon. Podczas jednej z przeprowadzek rąbnięto mi wszystkie albumy ze zdjęciami. Czasem się z tego cieszę.
Koniec końców wybraliśmy jedne niebieskie i zapasowe czarne- nie za grube, nie za chude. Ja byłam za czarnymi okrągłymi, ale Szary powiedział, że będzie wyglądał jak John Lennon. Na litość Bobra, jaki współczesny 11-latek wie kim był John Lennon?! Wyglądałby po prostu jak Harry Potter. Ostatecznie stanęło jednak na klasycznych, prostokątnych ramkach. Potem popatrzyłam na cenę oprawek i stwierdziłam, że najbardziej w ciąży to brakuje mi piersiówki. Ale fajne są, dobrze w nich wygląda. Chciałam mu nawet zdjęcie zrobić, ale jeszcze specjalnie przyzwyczajony nie jest, nie czuje się swobodnie i na wszystkich 30 fotach wygląda jak byśmy go bili. Cały czas tłumaczę mu jak ważne jest to, aby je nosił. Ja przez swoje zaniechania do tej pory jak widzę posła Piętę w telewizji wysyłam sms o treści "POMAGAM". Taki mam słaby wzrok. 
Okulary były gotowe za równy tydzień. Czekały na nas w ładnych, firmowych etui. Opanowałam drżenie powieki, wyciągnęłam portfel, a miły pan powiedział „nie, nie, nie, całość pokrywa NHS”. A ja poczułam, jak zwykle w takich momentach, że kocham Anglię i że se kiedyś wytatuuję Elżbietę na klacie albo na całych plerach.
W domu dałam Szaremu ściereczki do czyszczenia i powiedziałam mu cały okularowy dekalog. Wiecie, że ma je koniecznie zdejmować przed snem, że jak znowu zacznie mrużyć oczy to znaczy, że są brudne i ma je przetrzeć. Że ma je zawsze odkładać do tego ładnego, firmowego etui. I przede wszystkim, że w okularach nie można się bić. W razie czego ma się najpierw przeciwnikowi dobrze przyjrzeć, zdjąć pingle i lać na pamięć. W razie rażącej przewagi przeciwnika natomiast, ma nie być głupi, ma pingli nie zdejmować, tylko właśnie przytrzymywać na nosie krzycząc „tych w okularach się nie bije”. Nie wiem ile z tego zrozumiał, ale czytałam mu od wczesnego dzieciństwa „Mikołajka”, więc coś tam z historii z Ananiaszem mu chyba w głowie zostało.
Tymczasem wrzucę Państwu zdjęcie tortu. Wiem, wiem, Buddy Valastro ze mnie. Tyle tylko, że się inspiruję netem i zatrudniam nieletnich do roboty i wujowo im płacę. Znaczy taki chiński Buddy Valastro ze mnie ;) 


czwartek, 5 stycznia 2017

o tym jak obaj przegrali

Oddycham od kilku dni do torebki.
Miałam się nie odzywać, ale przecież nie byłabym sobą.
Serio nie mogę już czytać nagłówków w sprawie morderstwa w Ełku. Po raz setny dochodzę do wniosku, że lewica jest równie pojebana, co pislamoprawica.
Obcokrajowiec, kucharz z knajpy, zadźgał miejscowego Sebixa, który wraz z kumplem postanowił nie zapłacić za dwie butelki Coli czy innego Sprite.
Dodatkowo naubliżał właścicielowi kebaba i obsłudze, mówiąc m.in. "na kolana psie".
To z petardą, to ponoć po morderstwie się stało, tak przynajmniej twierdzą na Polsacie (http://www.polsatnews.pl/…/elk-petarde-do-baru-z-kebabem-w…/).
Obcokrajowiec płacze i żałuje, bo nie chciał nikomu życia odebrać. Po prostu, zdaje się, poniewczasie się zorientował, że dźganie nożem w serce i nery może spowodować denata.
A teraz z autopsji.
Pisałam Państwu szczerze, jak gdzieś tam, bo do spowiedzi nie chodzę, o zeszłorocznych szykanach jakich doświadczali moi synowie w angielskich szkołach. Dla tych co ominęli, pszę bardzo, linczkuję:
http://nietypowamatkapolka.blogspot.co.uk/search?q=bullying
Moi synowie nie usłyszeli wprawdzie "na kolana psie", ale że są "gównami z Polski, których tu nikt nie chce", to już tak. Zwłaszcza u starszego syna, długo, dłuuugo każdy szkolny dzień był demonstracją siły. Głównie psychicznej, choć nie tylko. A przypominam, że dzieciak miał wówczas niespełna 12 lat.
Szkoła w gruncie rzeczy ignorowała nasze skargi dopóki nie udaliśmy się z nimi na policję. A i tam zmienialiśmy policjantów prowadzących sprawę, dopóty nie trafiła nam się osoba, która faktycznie podeszła do nas z sercem i troską, rozumiejąc i autentycznie współczując skali i wagi problemu.
Pokonać falę nienawiści było kurewsko trudno, psze Państwa. Zwłaszcza, jak się słyszało od załóżmy pani wicepizdy, tfu, chciałam napisać- wicedyrektorki jednej ze szkół, do których uczęszczał mój syn, że angielskie dziecko może sobie krzyknąć do polskiego dziecka "wypierdalaj do swojego kraju", bo "my tu, w Anglii, mamy demokrację. I na tym polega wolność słowa. A jak ci się nie podoba, zawsze możesz zmienić dziecku szkołę".
To była dla nas ciężka lekcja życia.
Był taki czas gdzie praktycznie codziennie byłam w szkole, a później na lokalnym komisariacie.
I wiecie co?
Były momenty, że leciały mi krokodyle łzy. I nie wiem do teraz czy bardziej ze wściekłości, czy z żalu.
Były momenty, że kurwowałam wraz z Siarą tak, że Eminem to przy nas leszcz zwykły.
Było morze wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy ładując się tutaj.
Były setki przegadanych godzin z dzieciakami, te wszystkie rozmowy o tym, że nie zawsze jest tak, jak być powinno, że życie to nie bajka, a większość ludzi niestety jest na przemian głupia lub zła, tudzież głupia i zła równocześnie. Gadaliśmy o ksenofobii, o tym skąd się bierze. O tym, że prawo jest po naszej stronie i wyegzekwujemy je, choćbyśmy się mieli stać gwiazdami śniadaniowej tv.
W międzyczasie prowadziłam też rozmowy, w dość ostrym tonie, z lokalnym MP i innymi urzędnikami.
I każdego wieczora, zanim moje dzieci poszły spać, powtarzałam im jak ważny jest spokój, opanowanie, strategia i rozwaga. Równocześnie powtarzałam, że jedynym sposobem na przekonanie do siebie ksenofobów jest bycie dobrym człowiekiem. Choć w takich okolicznościach jest to zajebiście niełatwą sprawą.Wiecie jak ciężko jest uczyć dzieci szacunku do kraju, w którym część obywateli traktuje cię jak gówno i tak tez nazywa?
Oczywiście uczyłam też chłopaków, że nie mogą sobie dać dmuchać w kaszę. I tu się przydała wpajana od małego pewność siebie, poczucie humoru i potęga ciętej riposty. Fanga w nos, czasem również.
Gdy pewnego dnia wracałam ze Stiflerem z placu zabaw i postanowiłam zajść po moją najstarszą pociechę do szkoły, usłyszałam jak jeden dzieciak woła za nim "Po co wy, Polacy, w ogóle tu przyjeżdżacie?"
A wtedy mój syn odwrócił się i wypalantował " No hellołłłłłłł....żreć łabędzie Jej Królewskiej Mości i prać skarpetki w londyńskich fontannach. A ty myślałaś, że po co? ".Mina dzieciaków i mamusiek bezcenna. Natomiast mój syn podszedł do mnie z uśmiechem.
Uśmiechem Jokera.
Moim uśmiechem.
Wtedy wiedziałam już, że wygramy.
Dziś od tych, co w zeszłym roku go prześladowali, dostał kartki na święta. Z częścią chodzi do kina. Nadal nie jest najbardziej lubianym dzieckiem w szkole, ale nikt mu nie podskoczy, bo już wiedzą, iż nie na darmo się mówi, że "gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle" (możliwe, że w oryginale było inaczej, ale mi ta wersja bardziej pasuje  )
Jeśli jesteś obcokrajowcem- rasa i religia nieistotna, możecie mi Państwo wierzyć, w końcu my jesteśmy białymi ateistami- uratować może Cię tylko asymilacja z lokalną społecznością (co wcale nie oznacza odcięcia się od korzeni), świecenie obywatelskim przykładem, choćby cię w środku skręcało, spokój i cywilizowane podejście do wszystkich problemów. Jeśli swoje kłopoty postanawiasz rozwiązać samosądem, bądź pewien, że karma wraca. Samosąd spotka i ciebie.
I nigdy nie wygrasz.
To właśnie stało się w Ełku.
Bardzo dobrze wiem, jak czuł się poniżany personel kebaba.
Bardzo dobrze rozumiem, że zmarły zachował się jak gnojek i rozpoczął jatkę.
Wiem też, że początkowo pokrzywdzeni zareagowali niewspółmiernie.
Powiem Państwu więcej.
Gdyby ci ludzie, jak zwykło się mawiać na mojej dzielnicy, tak po prostu "sklepali mu mordę", nie byłoby tego wpisu. Lub byłby taki króciutki, o treści "dobrze zrobili". Nawet, gdyby przypadkiem, podczas szarpaniny, uderzył się głową o coś i zmarł- byłoby przykro, w końcu głupio zginąłby człowiek, ale zwaliłabym to na karb pewnego wpisanego ryzyka, pt. "kozaczysz? możesz dostać po ryju".
Ale nic, NIC nie usprawiedliwia sięgnięcia po nóż i zadźgania choćby gnojka za dwie butelki napoju i słowne poniżanie. A przekroczenie obrony koniecznej musi być surowo karane.
Inaczej dzieciakowi tych, którzy dziś krzyczą, że Tunezyjczyk dobrze zrobił, jutro może odbić palma, zajumie ze spożywczaka paczkę gum Orbit, 2 chupa chupsy i powie właścicielce, że jest starą krową, po czym zostnie zadźgany na miejscu.
Nie ma przyzwolenia zdrowej grupy społecznej na rasizm, ksenofobię, chuligaństwo. Jak i nie powinno być na morderstwa.
Tunezyjczyk miał wybór, dokładnie taki sam, jak my tu mieliśmy, gdy doświadczaliśmy rasizmu i dyskryminacji. Mógł walczyć zgodnie z prawem o swoje (jak już pisałam tutejsza policja i urzędnicy bywają równie opieszali, co polscy), mógł wrócić skąd przybył lub szukać szczęścia gdzie indziej.
Odbieranie życia w imię obrony honoru było bardzo złym wyborem.
Choć wydaje mi się, że jestem w tej opinii odosobniona.
No, ale wiecie jak ze mną jest- pierdolę coraz dziwniejszą "polityczną poprawność".
A na koniec, dla wszystkich osób mieszkających za granicami swojej własnej ojczyzny mam jedną złotą radę- jak najszybciej oswójcie się, że nigdy nie będziecie "u siebie". Nawet, jeśli po 10, 20, czy 30 latach będzie się tak czuli, to zawsze może na waszej drodze pojawić się Sebix, dla którego będziecie tylko Polką, która hajtnęła się z Niemcem, kimś kto ze wszystkich sił usiłuje być bardziej brytyjskim od Brytyjczyka, albo zwykłym wieśniakiem z małego, zapyziałego państwa, które nie każdy potrafi wskazać na mapie. To jest cena, którą się płaci za ...(i tu każdy wpisuje swoj powód emigracji).