piątek, 5 sierpnia 2016

o tym, że do końca wakacji będę jak Elżbieta Dzikowska

Szanowni Państwo,
milczenie moje spowodowane jest brakiem czasu, a ściślej z przygotowaniami do realizacji planów wakacyjnych. Pięć minut temu wylicytowałam na ebayu przyczepę kempingową. Napisałabym, że do 5 września (powrót do szkoły dzieci) będę jak De Niro z "Poznaj moich rodziców", ale ze względu na wiek rzeczonej przyczepy będę raczej jak Elżbieta Dzikowska z młodości.
Tak czy siak, przez najbliższy miesiąc, będę miała co rano wiatr we włosach, a co wieczór powiew toi toia i komary w zębach. Mam zamiar dużo czytać, dużo się opierdzielać i słuchać, gdzieś w lesie nad jeziorem, ptaków urokliwie drących ryje.
Będę się wkurwiać na turystyczny prysznic.
Jarać dla odmiany kiełbaski i pianki nad ogniskiem.
I znając życie, już w trzeciej dobie, jak na dziką dziewuchę przystało, będę miała w pępku kleszcza, zamiast kolczyka <3
Także bądźcie cierpliwi, jak nauczyciele (nie chodzi o cierpliwość do dzieci, raczej do wypłat) ;)

P.S. wszyscy z UK znający fajne miejsca, gdzie można rozbić obozowisko (koniecznie blisko jeziora, w którym można pływać), proszeni są o pilny kontakt na pw. Dziękować, niech Wam Pan Bóbr w majeranku i procentach wynagrodzi :*

piątek, 29 lipca 2016

o moim rwaniu i roztrzęsieniu Siary

W poniedziałek to rwanie ósemki miałam. 
W gabinecie siedziałam 30 minut, z czego sama ekstrakcja zajęła 30 sekund. Podpisałam tonę papierów wnikliwie sprawdzając, czy nie zostaję cudzym żyrantem oraz jak jest „nerka” po angielsku i „przeszczep organów”, bo z natury nieufna jestem. Chirurg był jakby stworzony do rwania. Po dwa metry- wzrostu i w obwodzie. Pogadaliśmy sobie o mojej arytmii, astmie, uczuleniu na jod, że nie wstrzyknie mi botoksu, bo to nie ten chirurg, o tym, że z 10 tysięcy rwań ósemek miał 10 przypadków paraliżu nerwów na amen, żebym się rozluźniła i że na pewno botoksu nawet nie ma, nawet dla znajomych i krewnych i mogę przestać rozciągać kurze łapki pokazując o jaki efekt mi chodzi.

Później spytał czy jest ok, że znieczulenie będzie w dwóch zastrzykach. I okazało się, że mnie oszukał, bo jeden zastrzyk w dziąsło dostałam normalnie, a policzek to mi nastrzyknął w trzech miejscach. Wiem, bo liczyłam do naklejek za dzielność, ale i tak mi nie dał więc śmiało można rzec, że zostałam oszukana podwójnie.
Dalej to się nachylił, wbił mi coś w zęba, wyjął to coś zakończone innym czymś całym we krwi, asystentka zaczęła majstrować mi przy buzi, a lekarz sobie wyszedł. 

-Mój Bobrze, zaczęło się- pomyślałam sobie- Poszedł zwymiotować. 

No więc siedziałam tak, po jednej stronie ze sztywną gębą i czekałam aż wróci, podczas gdy rzeczona asystentka sprzątała gabinet, w międzyczasie dwukrotnie do buzi mi zaglądając i coś tam mówiąc, ale postanowiłam nie dociekać.  Zaniepokoiło mnie, gdy zgasiła nade mną lampę, ale sobie pomyślałam, że teraz ultrafioletem pojadą czy też inne stroboskopy wyjmą. Ja tam się na ekstrakcjach w końcu nie znam. A później to już się wprost spytała, czy mogę też sobie iść. Odpowiedziałam jej, że „uhm” i zdziwiona w cholerę sobie poszłam. Na poczekalni stał mój lekarz i rozmawiał z recepcjonistką, gdy mnie zobaczył, to spytał czy wszystko ok, a ja chciałam wprawdzie powiedzieć, że nie, bo mdli mnie jak diabli, jak zresztą zawsze po znieczuleniu, ale z połową zesztywniałej buzi stwierdziłam, że „uhm” i jemu musi wystarczyć. Podaliśmy sobie ręce, on się uśmiechnął, ja zmrużyłam oczy, bo nie dał mi naklejek, a widziałam, że ma na biurku w kubeczku po jogurcie i poszłam. 

Wróciłabym do domu, ale miałam w bagażniku dwie badziewiary ( jak jesteście nie z mojej dzielni to już tłumaczę- duże siatki/torby, w których kiedyś przynajmniej panie na bazarach przenosiły swój towar z auta na stoiska. Moje były z Ikei i Sport Direct- to już tak w ramach ciekawostek), w większości pełne straconych nadziei. Lub mówiąc inaczej- moich starych ciuchów, w rozmiarze 34, w które się nie mieszczę i postanowiłam spojrzeć prawdzie w oczy, że z tą miłością do jedzenia pewnie się nie zmieszczę już nigdy. Przetestowałam to  dzień wcześniej, gdy postanowiłam wejść w stare spodnie. I wlazłam. Do wysokości kolan, tak dokładnie. 
W siatkach było też nieco ciuchów dziecięcych, bo chłopacy są strasznie nieekonomiczni i szybko rosną. Miałam je zawieźć do charity shopu i wiedziałam, że jeśli od razu tego nie zrobię, to znając nas, to się przyzwyczaimy i będziemy z nimi jeździć w tym bagażniku następne trzy miesiące,  w międzyczasie wkurwiając się, że nic innego się do niego nie mieści. Jako, że jak już wspomniałam nieco (w wuj) mnie mdliło, a obie siaty były wielkie, ciężkie i nie można było zaparkować koło sklepu, po głównej ulicy szłam ciągnąc je za sobą, w ogóle nie wzbudzając zainteresowania.  
A nie taaam! 
A skąd! 
Gdy wciągnęłam je w końcu do lumpeksu miałam serdecznie dosyć wszelkiej dobroczynności. Ze zdrętwiałą twarzą i równocześnie pierwszy raz w życiu z brytyjskim akcentem powiedziałam, że ciuchy przyszłam oddać i od razu spytałam gdzie postawić. A odpowiedź do mnie doszła, że to chyba pomyłka jaka. 
Zarąbiście- se myślę. 
Wiem, że w charity shopach pracują wolontariusze, a ich z gruntu już za samo poświęcenie nie można obrażać, ale jak we wszystkich charity shopach pracuje jeden wolontariusz idiota, to trafi się on właśnie mnie. 
Takie szczęście.
 Na witrynie kartka, że pilnie przyjmą wszelkie ciuchowe datki, a wolontariuszka mnie mówi, że 2 siaty to pomyłka i nie trzeba. No spoko.
I w tym momencie poczułam, że mnie się bluzka zrobiła mokra na wysokości lewego cycka, czy tam lewej piersi, jak kto woli. Tak czy siak musiałam owe badziewiary odstawić, żeby chusteczkę wyjąć, coby se ślinę (z gracją naćpanego pterodaktyla) otrzeć. 
No mówię Wam, niejedno znieczulenie w życiu miałam, ale takiej siekiery to jeszcze nigdy. 

Podnoszę więc przy okazji swój zmęczony życiem wzrok powoli i parzę na lewo. A tam, kufa, Parada.
Patrzę na prawo- Dżordż z Armenii.
Patrzę przed siebie- dwie Versucze. Chude, długie, eleganckie,  z twarzy jednak nieprzyjemne. Brwi wygięte w znak zapytania. Jedna paznokciem pokazuje na swój kącik ust. 
- Od dentysty wracam, sorry- rzuciłam w pośpiechu przez ramię, bo takiej energii dostałam, że obie siaty uniosłam lekko prawie nad głowę i zapieprzałam tym swoim znanym świńskim truchtem przed sklep, a potem do drzwi obok. 
Wchodzę- na prawo lata 80, na lewo porcelana z królową, za ladą rumiana, sympatyczna pani. Klientka w sklepie z lewostronnie wielką gębą. A nie, to lustro było akurat. 
W każdym razie wszystko wporzo.
Podaję badziewiary, starając się uśmiechać, pani dziękuje, mówi, że jestem uprzejma i coś tam o buzi wspomina. Nie wiem dokładnie, skoncentrowana byłam na tym, żeby śliną nie chlapać. 

W domu się pieprzłam na kanapę, bo obiad miałam z dnia poprzedniego gotowy i odtajam poruszając plany wakacyjne. W odpowiedzi natomiast mąż zagaja, że mnie tampon jaki wystaje.
Głupia nie jestem, nawet nie sprawdzę. Nie dam się nabrać, siedzę przecież w dżinsach.
A on swoje dalej:
-Jak mówisz, to ci się tak delikatnie tampon wysuwa- powtarza
Coś mnie tknęło i ruszam do lustra. 
I powiem Wam, że wcale taka spuchnięta nie byłam. Ot, nie wyjęli mi trzech tamponów.
-Musimy porozmawiać o Stiflerze- mąż zagaja dalej, bo ja zahartowana w przeżywaniu szoku jestem i mnie szybko mija-Jak byłaś u dentysty nazwał mnie "Kujwellą". 
-Jak Cię nazwał?
-Kujwella. Powiedział, że jest Pączek, ma brata Pieprzyka, a ja jestem Kujwella.
-Aaaa, Cruella. Cruella de Mon.
-Jak to?
- Co “jak to”? No sorry, ale ktoś musi być czarnym charakterem, ja jestem Czika.
- To mu o Cruellę chodziło?
- A o kogo? Trochę litery poprzestawiał. No i pamiętasz, że „er” na „jot” zamienia, co nie?
I tu Siara otworzył buzię, jakby sobie o czymś przypomniał i chciał coś powiedzieć. Po czym szybko zamknął. Otworzył. I znowu zamknął. I tak kilka razy, aż w końcu się przełamał i nie wytrzymał:
- Pamiętasz jak mu wczoraj powiedziałem, że przed kolacją pójdziemy sobie jeszcze w piłkę pograć?
-No.
-A potem go opieprzałem, że tak się grzeczne dzieci nie odzywają i w ogóle afera była?
-No
-To widzisz, jest taka sprawa. Bo teraz to dochodzę do wniosku, że on wtedy krzyknął tylko „hurra, hurra”…



niedziela, 24 lipca 2016

o tym jak zmieniło się moje życie, po tym jak zostałam celebem

Do napisania dzisiejszej notki zainspirowała mnie zdjęta blokada oraz dwa najczęściej zadawane przez Państwa pytania na pw. Otóż:
1. „Jak się czuje Siara i czy coś nowego ostatnimi czasy wypróbował?”

No więc odpowiadam oficjalnie, że czuje się już dobrze, przestał się kiwać ssąc kciuk po kątach. I nie, nie wypróbowuje nic nowego, gdyż po traumie jaką przeżył, nadal jesteśmy na etapie ponownego oswajania z łazienką.

2. „te, Matka, widziałaś jaka sławna jesteś? Jak się z tym czujesz?”

Czuję się w deseczkę. 
Już nie jestem tą samą Matką, bowiem zmieniło się, tudzież postanowiłam zmienić, u siebie wszystko. Włącznie z wyglądem. 
Kilka dni temu strzeliłam prasówkę i zobaczyłam, że gwiazdy na lato noszą „beach look`a”, a że gwiazdą teraz jestem, to se też postanowiłam pieprznąć. No rejczel.
Siara zastał mnie rano w łazience:
-Czy ty masz na głowie gazetę?
-Aha..
-A to, co masz na twarzy ma coś wspólnego ze skórkami od bananów i słoikiem miodu na umywalce?
-No.
- A dupę to se teraz nacierasz fusami od kawy, czy mnie się tylko wydaje?
- Nie wydaje się.
-Matkobosko, jak wy się musicie namordować, żeby dobrze wyglądać. A my, faceci, to ciach! Wstajemy tylko i z natury jesteśmy piękni! 
Taką głupotę powiedział i se wyszedł. A po chwili wrócił i mieszając w misce palcem dodał:
-W kuchni na blacie to zostawiłaś, choć nie wiem do czego?
No więc go postanowiłam uświadomić:
- To była akurat moja owsianka na śniadanie, ale teraz to se na syry walnę, bo płatki świetnie zmiękczają naskórek.
Więc tylko popatrzył na mnie jeszcze dziwnie i  do roboty poszedł.
Ja się cała spłukałam natomiast i postanowiłam sobie frędzle z gazety rozwinąć, co to je z youtubem i pasmami własnych włosów skręcałam, coby moim beach lokkiem na rozdaniu nagród w szkole syna szpanować. Tak, żeby wszyscy rodzice byli w szoku, że jak jaka Bijons teraz wyglądam. A co!
Wyszłam z mieszkania nieco mniej pewna siebie, bo się zderzyłam z lustrem w przedpokoju, ale za to, by se dodać pewności siebie, podśpiewując 
"ajm tu seksi for maj laf, tu seksi for maj laf. Lafs going tu liw mi.." itd. 
No znacie Państwo na pewno, bioderko samo chodzi, nóżka sama tupie. Założę się, że już śpiewacie w myślach wesoło. 

To teraz Wam mina zrzednie, bo powiem tak: w największym szoku był sam syn, bo mnie, kurde, nawet nie poznał. W domu tłumaczył, iż telefonem we mnie mierzył nie dlatego, żeby mi zdjęcie zrobić, bo tak ślicznie wyglądałam, tylko dlatego, że myślał, że Pokemona znalazł i się w pierwszym odruchu nawet ucieszył.
I tu mnie się przypomniało, że tarczycę muszę mu zbadać, bo jak stał na tej szkolnej scenie, to mu się oczy takie wielkie robiły, jak się robią gdy się ma Gravesa- Basedowa.  
Fakt, że mnie się z beach look`a zrobił bitch look taki trochę. 
Konkretnie to wyglądam jak suka pudla średniego, którą pierdolnęło 220V najmniej. Ale wiecie jak to jest, jak się jest gwiazdą, to nawet jak spodnie na dupie pójdą, to zawsze można wmówić, że tak miało być i że się właśnie wyznacza trendy.

No dobra. Koniec o stylizacjach. 
Lećmy dalej. 
Dalej z tego co się zmieniło, to fakt, że bywam regularnie na ściankach.
Głównie w łazience, bo się ni cholery grzyba nie mogę stamtąd pozbyć. 
A! No i mąż przestał do mnie mówić Rysia.
Wiecie- on Siara, ja- Rysia, „Kiler” i te sprawy.
Zaczął do mnie mówić „Jola”.
No i spoko, bo w sumie wszystkie Jolki jakie znam, to fajne babki. Sławne też.
Jolanta Fraszyńska- lubię bardzo.
Jolanta Kwaśniewska- no wiadomo, elegancka, jak cały naród nauczyła mnie jeść bezę widelcem. Choć jak cały naród z tego nie korzystam. 
Jolanta Fajkowska- taka przyjemna, ładna kobieta. I piękną ma córkę.
Jolanta Pieńkowska- a nie! Tej nie lubię akurat. 
To się zaniepokoiłam od razu:
- Która?- się pytam
- Co która?
-Która Jola?
-No jak to która? Wiadomo. Rutowicz.
I to samo, kurna, było w kolejną sobotę.  Jak znowu kombinowałam, żeby kibla nie sprzątać.
-Czy Ty wiesz, że ja jestem teraz celebrytką?- spytałam poważnie
-Wiem- odparł czule- dlatego kupiłem ci złoty Domestos.
Także jak nie zrobię kariery, to wiecie kogo winić...
A ja serio jestem rozpoznawalna. Rozpoznaje mnie moja pielęgniarka astmatyczna, bo w UK jak temperatura w lipcu do 24 stopni doszła, to nie wiedziałam co się dzieje i się rozstroiłam kompletnie, w efekcie mając po cztery ataki astmy dziennie. 
No i dentysta mnie rozpoznaje, bo mi ósemkę chirurgicznie będą jutro usuwać. Chciałam ją ratować początkowo, ale tak se pogadałam od serca z tą moją panią dentystką i obie stwierdziłyśmy, że przy moim intelekcie na chuj komu zęby mądrości?!
No sami powiedzcie! 

Hobby też se znalazłam nowe. Światowe bardziej.
Tera to nie tylko blogerka i pospolity freelancer, ale i projektantka jestem.
Nic ode mnie na razie nie wyciągniecie, bo mi kto jeszcze pomysł podpieprzy. Póki co powiedzieć mogę tyle:
to będą buty. Damskie, męskie i dziecięce. Różne stylówy i fasony- do kostki, kolana, za kolano. Wszystkie z gumy. Będzie w nich można chodzić po deszczu, zbierać grzyby w lesie, włazić w kałuże i szlajać się bez moczenia nóg po rosie. Dla wędkarzy będą specjalne- do pachwin! Zupełna nowość! Jeszcze nie było takich na rynku!

Poza tym, to jak na celebrytkę przystało, krzewię w młodzieży nawyki zdrowego trybu życia i kulturę sportu. 
Tak konkretnie, to w ostatnim tygodniu szkoły, miałam poważną rozmowę z Szarą Eminencją, który zakwestionował sensowność lekkoatletyki na wuefie, słowami:
-...i kicamy przez te płotki jak debile...
Super Niania mówiła, żeby motywować dzieci własnym przykładem, no więc sięgnęłam do przepastnej księgi wspomnień i zaczęłam:
- W podstawówce byłam najlepsza w rzucie piłką lekarską.
- I jak ci się to w życiu przydało?- spytał syn
- Ano, przydało się. W małżeństwie.
- To znaczy?
- Piłkę lekarską mamy?- tym razem ja spytałam
- Mamy- odpowiedział.
Tu należą się Państwu wyjaśnienia, albowiem z tego co mi wiadomo, piłka lekarska nie jest standardowym wyposażeniem domu. 
Normalnego domu. 
Już wszystko jasne, mam nadzieję.
- Z tatą piętnaście lat jesteśmy razem. Czy kiedyś odszedł?- spytałam poważnie
- No nie- poważnie odparł syn
- I słusznie, bo on wie, że mógłby spróbować, ale nie odszedłby daleko- wyjaśniłam 
Ja to sobie czasem nieskromnie myślę, że jakiś poradnik małżeńsko- rodzicielski powinnam wydać, bo tyle dobrych patentów dla siebie chować, toć to grzech normalnie! Tymczasem to autobiografię piszę. W zasadzie kończę, można by rzec. Jeszcze tylko mi został ten rozdział, jak to z Prezezsem Jarosławem, jako pierwsi ludzie, wylądowaliśmy na Księżycu i heja! Może lecieć do druku. 

Jednak do tefałenów mnie dalej nie zapraszają. To fakt. 
Do publicznej, za to sama się iść boję. I już nawet o "dobrą zmianę" nie chodzi, ale słyszałam, że tam w śniadaniowej to stygmatyzują. I to dosłownie. 
W ogóle, abstrahując, to niesamowity numer z tym magikiem był. Ja to się kiedyś nauczyłam takiego podobnego numeru, ale z cebulą. Pewnie znacie. Jak mnie się ktoś chwalił, że od cebuli mu się nawet oczy nie zeszklą, to się z nim zakładałam o stówę, a później w niego rzucałam tą cebulą z całej siły. Cztery stówy tak w młodości zarobiłam. Muszę temu panu to polecić. Choć coś mnie się wydaje, żeśmy na tym samym kursie magicznym byli.  

Oglądaliśmy z Siarą ten jego występ w internecie. Nawet się bawiliśmy w podkładanie myśli głównym bohaterom. Ja byłam Marzeną Rogalską i krzyczłam „kurwaaaaa”, a on był magikiem i krzyczł „ja pierdolę”!!! 
W ogóle to słyszałam, że pana magika to Polsat zaprosił później w jakiś sobotni poranek, żeby się gość zrehabilitował, bo narzekał, że wszystkie numery musiał zmienić od tego nieszczęśliwego wypadku. 
Ale podobno , jak tylko prezenterzy usłyszeli, że teraz to przecina ludzi w skrzyni, to się w łazience zabarykadowali krzycząc
- Na żywo- nie na żywo, nie ma wuja, nie wyjdziemy!

A wracając do mnie, to chciałam też Państwa zapewnić, że ja sobie zdaję sprawę z tego jaką odpowiedzialność niesie za sobą bycie gwiazdą. I ja tą odpowiedzialność w pełni na klatę wezmę.  Znaczy już w sumie wzięłam i świecę przykładem od środy, kiedy to dziecię najstarsze me przyszło do kuchni, jak zmywałam i mówi, że mają w szkole na etyce i filozofii o nałogach.
I wybrało napisanie referatu o alkoholizmie. Ankietę przeprowadza i się mnie przyszedł spytać, czy mam coś do wódki?
Zrobiłam więc naburmuszoną minę i powiedziałam, jak przystało, że oczywiście, że mam. 
Dzieciak ledwo wyszedł, a Siara nie wytrzymał:
- No hipokryzja do kwadratu!- powiedział zniesmaczony
- Czy możemy znowu nie mówić o moim teściu?- zapytałam zniesmaczona bardziej
- Mówię o tobie. Ty masz coś do wódki?!
- No heloooł, jasne że mam. 
- A konkretnie?
- Konkretnie to sok porzeczkowy i koreczki śledziowe w lodówce.
Także żeby znowu nie było, że seksizm, ale chłopy to są serio czasem strasznie niedomyślne. 

I wiem, wiem co byście chcieli jeszcze wiedzieć, ale większość z Was krępuje się zapytać. 
Chcielibyście się dowiedzieć o zarobki.
Czy mi stawka za napisanie artykułu podskoczyła i czy z bloga coś teraz ciągnę?
Otóż jeszcze nie, ale słyszałam, że to się zmieni, bo mi zaczną płacić. 
Państwo mi zacznie płacić. 
Znaczy nie Państwo, Państwo przed monitorami. Tylko państwo polskie. 
PiS mnie obiecał. Fakt faktem nie powiedzieli tego mi osobiście, ale publicznie zasugerowali. 
Konkretnie to, że chcą wprowadzić "pensję dla pierwszej damy". 
A tera to chyba nikt już nie ma wątpliwości, że chodzi o mnie. Co nie?!

przed kliniką dr Gojdzia po tuningu

sobota, 16 lipca 2016

KĄCIK GROZY pt. "o tym jak zostałam głupią pindą i obraziłam celebrytkę Kamilę W."

Herbata i siku zrobione?
To już opowiadam....

Dostałam cynk od Państwa, że Kamila W. udostępnia mój post niepodpisany. Znaczy podpisany „zapożyczony z grupy” czy coś takiego. Teraz po wymianie korespondencji wiem, że Ona mogła myśleć, że „zapożyczony z grupy” to jest autor, ale wtedy tego nie wiedziałam jeszcze...

W ogóle nie wiedziałam kim jest Kamila W. 
I to w tym wszystkim jest najgorsze. 
Więc wysłałam jej taką wiadomość, jaką żem pisała do śmiertelników zwykłych (załączam print screeny, gdzie słowo "PROSZĘ" pada dwa razy :) ). 



Coś mi jednak zaczęło nie stykać na zwojach. Bo se patrzę- tam tekst udostępniony od Kamili, tu tekst udostępniony od Kamili. 
Kufwa, ja rozumiem, że Ci co im nie szło w gimnazjum, to teraz se odbijają kolekcjonując na fejsie znajomych, ale żeby aż tylu?!
Jednakże nie zdążyłam tematu zagłębić , gdyż dostałam od Pani Kamili odpowiedź (której print screena nie zrobię, bo tajemnica korespondencji, ale mogę poza nawiasem opowiedzieć), że gdybym swą prośbę napisała inaczej, to Ona by autora dopisała, a tak życzy na drugi raz więcej pokory i żegna. 
Ogólnie to wywnioskowałam, że jest oburzona. 
Na mnie i na interpunkcję. 
Po czym mnie zablokowała, bo mnie się takie tam słowo niecenzuralne nie wysłało, ale akurat nic ważnego.
I wtedy ja gugiel włączyłam...

Matkobosko, jaki wstyyyyd!!
Kufa, nie wiem jak mi to przez palce przejdzie- ale jaka ja głupia pipa jesteeeem!
Mnie gugiel powiedział, ze Kamila W. to nie jest śmiertelnik zwykły tylko celebrytka, rozumicie Państwo? 
Znana głównie z tego, że narzeczoną jest sportowca.
A ja do niej wyjechałam z prawem autorskim, że to ŁAMANIE PRAWA I ZWYCZAJNIE NIEFAJNE!
Mój Bobrze! Nigdy sobie nie daruję!
Wstyd na całą wieś i to jak cholera! 

Poleciałam wody święconej szukać, coby się wypsiukać od stóp do głów i tym samym wyegzorcyzmować, bo mnie diabeł jaki musiał podkusić, żeby do celebrytki takie bezeceństwa napisać, ale mnie się w ostatniej chwili przypomniało, że ja niewierząca jestem. To se tylko wina golnęłam, żeby się odkazić wewnętrznie. A zresztą najlepszy mieliście Państwo dowód, że jak jestem trzeźwa, to straszne głupoty robię.

Gdybym ja mogła czas cofnąć, ja bym w życiu takich pierdół do Niej nie napisała! 
Przysięgam! 
Ja bym na kolanach buagała o autogaf celebrytkem. 
Nad łóżkiem bym go powiesiła. I codziennie podziwiała, że pisać w ogóle umie!

Okropnie mnie ta historia rozstroiła nerwowo. 
Całymi dniami się po domu od rana do wieczora w szlafroku szlajałam, aż w końcu się przestraszyłam, że wylewu dostałam, bo jak tą historię opisywałam dziennikarzom z tego znanego portalu, co to pokazuje jak Pani Rozenek podwiało sukienkę, albo pisze o Joli Rutowicz, to mnie się jeden kącik ust tylko w dziwnym uśmiechu do góry podnosił. 

Tak. Opisałam, bo se wykoncypowałam, że choć tak mogę przeprosić i choć trochę zadośćuczynić. I sławy Pani Kamili trochę napykać, której łaknie, jak pani poseł Pawłowicz sałatki w Sejmie. 

I tu się mogę pochwalić, że jakby MOPS jaki pracownika szukał, to ja się na 100% nadaję.
Jak se wywiad środowiskowy przez gugiel robiłam, to się dowiedziałam, że pani Kamila chce być piosenkarką. 
Jak Whitney Houston. 
Albo Edyta Górniak. 
Czy też Shazza. 
Tak se pomyślałam, że dobrze, że choć ten mój tekst tam na profilu ma- to też się trochę rehabilituję, bo do tej pory ani pokazując piersi, ani wstawiając filmiki jak śpiewa, ani nawet pierścionek zaręczynowy od tego znanego boksera fotografując- nigdy nie dano jej tylu lajków i nigdy nie udostępniono jej postu tyle razy, jak zrobiono to, gdy wstawiła mój tekst o łuszczącym się ryju męża.
  
Z planu nic nie wyszło, choć dziennikarze odpisali, a i owszem, coś w ten deseń:

„siema Nietypowa. Po pierwsze żeśmy się uśmiali nad Twoim tekstem, szacunek. Po drugie, bardzo chcielibyśmy Ci pomóc, ale- po trzecie- nie zrobimy tego, z prostej przyczyny. Nie mamy pojęcia kim, do kurwy nędzy, jest ta cała Kamila?!”

Tymczasem Czytelniczki mnie doniosły, że Ona nadal jest obrażona na mnie okrutnie, gdyż na jej profilu linki do źródła wstawiane przez Państwa usuwa z prędkością światła. I żeście mi Państwo zaczęli przysyłać print screeny.
Ponoć nie je, nie śpi, nie korzysta z łazienki, tipsów nawet nie dopełnia, tylko usuwa.

Dalej to ja w Polsce byłam przez chwilę. Jadę autostradą, tuż pod Warszawą i krzyczę do Siary:
-Hamuj, kurna, hamuj! Bóg jednak istnieje!
Patrzę, kurna i oczom nie wierzę. Pani Kamila we własnej osobie stoi przy drodze i macha do kierowców. 
Pewnie jej się samochód zepsuł, komórka rozładowała i pomocy wzywa.
A że cycki przy tym pokazuje? O mój Bobrze, ja wcale nie mam zamiaru osądzać. Państwo wiecie jaka teraz znieczulica społeczna panuje, nikt na takie wołanie inaczej nie zwróciłby uwagi. 
A z drugiej strony las- napalone dziki, wściekłe wiewiórki, to się nie ma co pierdzielić w konwenanse, tu się trzeba za wszelką cenę ratować!
No więc matko, jak ja się ucieszyłam! Brwi przyczesałam, sprawdziłam w lusterku czy mnie się Constance Carroll jeszcze z ósmej klasy nie rozmazał i ruszyłam z optymistyczną myślą, że jak jej pomogę pomoc drogową wezwać, na miejsce wskazane podrzucę, a przy tym na kolanach przebłagam o wybaczenie, to z kamienia przecież nie jest- musi wybaczyć i mnie odblokować.
Podchodzę nieśmiało zatem, już prawie zaczynam z nerwów ryczeć, jednak jak już wam kiedyś pisałam, błądzić rzecz ludzka, a ja się starzeję, wzrok nie ten co kiedyś, więc się zwyczajnie pomyliłam. 
Pani podobna fizycznie była, to się pomylić mogłam. I się pomyliłam, bo to jednak nie celebrytka Kamila. Tymczasem babka mnie zaczyna za kudły szarpać, a wychodzący z lasu facet krzyczy „paszła won, bo wpierdol, brzydka babo! To nasz tieren”.
 A że tchórzem jestem, wiadomo, to już nic nie wyjaśniałam, tylko się zawinęłam i uciekłam. 
Ostrzegam natomiast, że "grzybiarze" w tym sezonie są strasznie nerwowi.

I może ja prosta baba jestem, ale dobra z natury, więc po nocach nie spałam, aż doszłam jak mogę w końcu celebrytkę przeprosić. Zwyczajnie jej coś w przeprosinach wyślę. 
Wiem, że narzeczony jest bogaty, bo media piszą o jego walkach za dużą kasę, więc tu miałam problem. No bo co kupić lasce… tfu…. dziewczynie…. tfu!  
Psia mać, się dziś wysłowić nie mogę. 
Wróć. Jeszcze raz. 
Co kupić damie, która ma tyle kasy? 
Ja tam się na tych celebryckich gustach nie znam, ale kombinuję tak: perfum i mydła nie kupię, bo wiadomo- za osobiste. Zresztą nie wiadomo, czy też Fa używa. 
Kupię coś do domu, neutralne będzie. 
Se przełączyłam gugiel na grafiki, żeby obczaić, czy mają np. sokowirówkę i worek jutowy na buraki, bo to mnie pierwsze do głowy przyszło. 
Sokowirówka myślę, byłaby dobrym prezentem. Pani jest szczupła, to pewnie dba o dietę, a pan jest sportowcem. Worek na buraki był z kolei takim luźnym skojarzeniem jak oglądałam zdjęcia. 
Skojarzeniem z kuchnią, oczywiście. Żeby nie było…

I tak oglądam te zdjęcia, oglądam i o mój Bobrze, co ja widzę?! 
Że pani Kamila ciuchów nie ma!
Znaczy ma, ale już się nie nadają i takie bardzo skromne. 
I dalej to mi do głowy przyszło, że jak Ona niby będzie koncerty w tym Pcimiu Dolnym na dożynkach dawać w takiej przykrótkiej spódnisi z której już wyrosła? 
Toć ludzie gadać będą, wiecie jak to bywa z tą ludzką zawiścią. Zwłaszcza jak się plebs nie pozna na talencie. 
Patrzę dalej- bluzka taka malutka jakaś. Może po młodszej siostrze? 
Następna z bazarku. Tak sądzę, bo takie w zeberkę to na bazarku widziałam swego czasu u mnie na wsi- w Gdańsku. Uwagę zwróciły moją, bo takie ładne, gustowne. Sama bym taką nabyła, ale nie miałam 25 zeta wtedy wolnych. 
Z outletu zdaje się też część ciuszków, bo z wadą. Na dekolt materiału nie starczyło i teraz Pani tak chodzi i pewnie zimno jej w piersi. 
I to nie są heheszki proszę Państwa, proszę o zachowanie klasy. Ja to wszystko rozumiem, sama z bogatego domu nie pochodzę.  

Także pomysł taki mam, już się pod którąś z ostatnich notek nim podzieliłam, ale się powtórzę- chciałabym jakieś konto otworzyć, coby na prezent w ramach przeprosin uzbierać.
I tu do Państwa taką prośbę bym miała, żeby mi pomóc nieco. 
Ja rozumiem, że czasy ciężkie, ale tak byście mogli sypnąć, ile dacie radę, co łaska. Zbieramy w szlachetnym celu- na body w panterkę (dla chłopów co się nie znają dodam, że to taki motyw z jagura czy innego tygrysa). 
Jak się dogadam ze sprzedawcą z ebaya, żeby mi na lateksie opuścił, to jeszcze materiału dokupię i sama na tej mojej lidlowej maszynie do kompletu spódnicę uszyję, żeby nowy wyjściowy strój był jak trzeba. 
I na koncerty do Pcimia i taki od święta, do cioci na imieniny i na niedzielę.  

Toteż jeśli Państwo pomysł podchwycą, to bardzo proszę o datki, koniecznie z dopiskiem „dokładam się w ramach przeprosin do body w panterkę dla Kamili W.”

No znowu. Nosz, kufa. Ja jestem niereformowalna, normalnie!

CELEBRYTKI Kamili W, miało być. Bo jak mnie 8 tysięcy osób gorszego sortu z mojego profilu, plebsu zwyczajnego takiego jak ja, płci obojga, po prostu „Kamili W.” napisze , to się w życiu na mnie nie odobrazi. 
Na zawsze zablokowana będę i nigdy nie zobaczę czy już się z tego basenu wyłoniła. A wtedy nie wiem co zrobię z moim życiem dalej. 
Pamiętajcie, proszę, zatem o słowie „celebrytka”.

I jeszcze jedna prośba na koniec- udostępniajcie ten post komu się da, żeby później zrzuta była jak największa. 

Póki nie uzbieram kasy, to ja bym chciała Pani Kamili piosenkę dedykować:

https://www.youtube.com/watch?v=CWMsGYOTnuU

No. To chyba by było na tyle. 

Wasza głupia pinda
 Nietypowa Matka Polka

piątek, 15 lipca 2016

o tym, że ja też czasem parkour ćwiczę, a Stifler to miał urodziny

W zeszła niedzielę urodziny Stiflera były. 
Trzy lata skończył. 
Jako,że ma nadal fazę na Superbohaterów tort postanowiłam zrobić tematyczny i stosunkowo nieskomplikowany. Sprawę nieco utrudniał jedynie fakt, że wszyscy żeśmy się przeziębili. Siarze na gardło siadło, nie mógł mówić zupełnie. Choć jak ja z kolei powiedziałam, że planuję, żeby w sobotę został z dziećmi,chatę ogarnął, a ja skoczę z dziewczynami wieczorem na koniaczek dla kurażu, to cuda, moi mili, cuda- głos od razu odzyskał i to donośny całkiem.
On uparcie nie może zrozumieć, że ja nawet nie lubię pić tego koniaczku. Niestety innego zastosowania dla niego nie wymyślono, więc co panie zrobisz? No nic nie zrobisz.
Tak się poświęcam właśnie.  
Koniec końców poszliśmy na kompromis. Ja od szesnastej do osiemnastej piekąc tort, miksując, lepiąc, docinając i wygładzając dumałam, czy po tej ilości gliceryny, jaką dodałam do masy cukrowej wszyscy nie dostaniemy biegunki, a mąż odkurzał i wycierał kurze. 
Od osiemnastej do dwudziestej byłam bardzo zajęta udawaniem bolesnej owulacji, żeby nie sprzątać kibla. 
Nie to żebym leniwa była, broń Bobrze, tylko se na wyjście zrobiłam te wszystkie manikiry, pedikiry i inne kiry, a tylko te co to robią, to wiedzą ile człowieka kosztuje samodzielne naklejanie prawdziwych brylantów z kiosku na paznokcie. Z językiem na wierzchu. I pod lupą. 
No a o dwudziestej, to już dzida!
Wyrwałam z chaty, mniej więcej jak ci, co ten parkour cały ćwiczą.

Z koleżankami było fajnie, jak zresztą zawsze. Spokojnie sobie obgadywałyśmy tą, która przyjść nie mogła, dudliłyśmy koniaczek, gdy nagle w pubie zaczęła się bójka. Jednego uczestnika nawet znałam osobiście, bo się okazał nim oczywiście mój sąsiad. Piszę "oczywiście", bo o sąsiadach, to ja bym mogła długo. Całe życie mieszkałam w ubogich i zakapiorskich dzielnicach. Do jednych zatem przyjeżdżała Szlachetna Paczka, do innych- reporterzy z UWAGI. 
Ten typ za to jest niezwykle religijny. Jak się pod koniec tygodnia zbombarduje, to po trzech dniach dopiero zmartwychwstaje. Okazało się również, że- jak to się mówi- gość jest niezbyt odważny w walce, ale za to z gestem. 
Szczodrze próbował dawać drapaki i dyle. 
Nie widziałam całości, ale myślę, że zmartwychwstanie zajmie
mu po tym nieco dłużej. 

Niedziela upłynęła nam spokojnie, na świętowaniu rzeczonych urodzin.

Don Juan se rano dziwny rodzaj składania życzeń wybrał, ale wiecie jak jest- na 9 lat starszego brata zawsze można liczyć.
- Sto lat, amebo!- wykrzyknął
- Nie obrażaj go, on jest mądrzejszy niż ci się wydaje- odparłam
- Zapewne- potwierdził Don Juan- Moja mała małpiatka, mój mały śmierdzielek...- wymieniał masując sobie nos, bo o ile "ameby" Stifler faktycznie nie rozumie, to na "śmierdzielka" reaguje dość szybko i nad wyraz celnie
- Widzisz, mówiłam, że on więcej rozumie, niż Ci się wydaje- powtórzyłam
- Zaiste- przytaknął Stifler

Przestałam składać pranie i znieruchomiałam. 

Don Juan otworzył buzię. 
Zapadła cisza. Słychać było jedynie bzyczącą muchę.
Szara Eminencja, która nigdy ponoć nie podsłuchuje, przyszedł z pokoju obok spytać:
- Czy ja dobrze usłyszałem?
- Zaiste- przytaknął Stifler po raz drugi.

Don Juanowi zaczęła kapać ślina z otwartych ust. 

Mucha przestała latać, wyciągnęła ajfona i zaczęła nagrywać. 
Ja układałam sobie w głowie tekst notki, jak Państwu o tym napiszę. 
Że ledwo trzy latka skończył, a taki mądry- po mamusi. 
I że piękną polszczyzną włada- też po matce.  
I  że może ktoś z Państwa z Mensy? 
Bo warto by pomyśleć nad przyjęciem mojego dziecka. W końcu szkoda, żeby się zmarnował i w przyszłości światem nie rządził.

Stifler tymczasem płynął na fali naszego zachwytu.

- Zaiste- powtórzył po raz trzeci, a widząc łzy wzruszenia w moich oczach dodał- "Zaiste" to taka ryba... 

Tak se jednak myślę, że co ja go tam do jakichś Mensów będę dawać i mu dzieciństwo odbierać. 

Jeszcze się chyba wstrzymam. 
Niech se spokojnie głowę piachem na plaży naciera! 
Plasteliny niech się nażre! 
Niech se nakleja samodzielnie te moje wkładki higieniczne na czoło i niech wybiega z łazienki szczęśliwy z okrzykiem: "patrzcie, jestem Batmanem!", bo jeszcze mi później wyrośnie na jakiegoś polityka, czy innego zboczeńca...

miłego weekendu, Panie i Panowie

Nietypowa Matka Polka

P.S. Pierwszy raz w życiu zamieszczam na zdjęciach znak wodny, ale sami Państwo rozumiecie- nie chcę, żeby później jakaś, pożal się Bobrze,"celebrytka", przyzwyczajona do grzania się w cudzym blasku, wynurzająca się z basenu, niczym to dziewczę ze studni w Ring-u, napisała na swojej stronie, że moje dziecko "z grupy zapożyczyła" i odmawiała uznania mi autorstwa ;) 




Buddy Valastro, oto nadchodzę!!!

Dzielne dziecko, udało mu się zdmuchnąć świeczkę już za siedemnastym razem!

Tu solenizant wybiera się na podryw. Średnia wieku jego adoratorek to 87 lat. W skład wchodzi jedna rówieśniczka i większość starszych pań z okolicy.

Problemy wychowawcze nas nie omijają. Na zdjęciu złapany na kradzieży samochodu...